Nuda nudzie nierówna

Może być przelotna bądź chroniczna, twórcza lub zabójcza. Choć nikt nie chce jej doświadczać, nuda daje nam czas na zastanowienie się – nie tylko nad tym, co robimy, ale też po co to robimy? Co te działania znaczą dla nas? I czy znaczą cokolwiek?
Czytaj więcej

Bóg chce nas wszystkich

Otworzyć się na drugiego to zamilknąć, przestać rozmawiać ze sobą, wejść w strefę ciszy. Gdy nauczysz się milczeć i słuchać, coraz więcej będziesz widzieć i coraz lepiej będziesz wiedzieć, co czynić.  
Czytaj więcej

Siła wglądu

Rzadko kiedy teoria psychologiczna budzi moje żywe emocje. Poruszam się raczej pomiędzy ciekawością a neutralnością. Tym razem było jednak inaczej: kiedy przeczytałam o ośmiu typach inteligencji, modelu stworzonym przez Howarda Gardnera, moje wahadło wychyliło się gwałtownie w stronę entuzjazmu. Byłam stronnicza: chociaż w liceum moim ulubionym działem matematyki była logika, która pozwoliła mi przeżyć krótkotrwałe chwile triumfu zwieńczone piątkami w dzienniku, ogólnie nie przepadałam za naukami ścisłymi. Chociaż test z IQ wyszedł mi dobrze, przy niektórych pytaniach miałam poczucie, że mój mózg poddawany jest wysiłkom na granicy tortur. Czułam też, że ogólnie przyjmowana definicja inteligencji jest ciasna jak kawalerka w bloku. Kiedy więc przeczytałam u Gardnera, że typów inteligencji jest osiem, poczułam rodzaj ulgi: poza inteligencją logiczno-matematyczną jest też kinestetyczna, przyrodnicza, słuchowa, przestrzenna i jeszcze trzy – te moje nie przypadkiem ulubione: lingwistyczna, interpersonalna i intrapersonalna. Kiedy je wymieniam, mój edytor tekstu łyka wszystkie słowa bez skargi, ale przy słowie „intrapersonalna” alarmuje mnie czerwonym podkreśleniem. Bo też ta inteligencja nie jest powszechnie znanym pojęciem, chociaż gdyby była, świat byłby lepszym miejscem.  Inteligencja intrapersonalna oznacza, że rozumiem swoje wewnętrzne procesy, umiem być w kontakcie ze swoimi uczuciami, nazywać je, i rozumiem wpływ, jaki mają na moje decyzje i zachowania. Dlaczego najadam się szaleju, kiedy  ktoś zwraca mi uwagę? W jakich sytuacjach boję się, chociaż inni są totalnie wyluzowani? Kiedy ludzie gratulują mi odwagi, a ja w ogóle nie wiem, o co im chodzi, bo nie pokonywałam żadnych obaw? Co mnie regeneruje? Co mnie męczy? Innymi słowy, co składa się na tę niezwykle złożoną, jednocześnie kruchą i mocną strukturę, jaką jest moja psychika? Kim jestem? Nie da się tego wyguglować; żałosną karykaturą jest sprowadzanie odpowiedzi do kilku linijek w notce biograficznej czy kilkunastu bulletpointów w CV.  Lubię nie wiedzieć i sprawdzać, kim jestem – to ułatwia mi przepływ uczuć, zmianę zdania, nowe ruchy, w konsekwencji nowe spojrzenie na świat. Dopóki poruszam się w dychotomii pomiędzy „jestem beznadziejna” a „jestem zajefajna”, skazuję się na jakiś jałowy ruch i moja inteligencja intrapersonalna osiada na mieliźnie. Po co tak się przyglądać sobie? Zadaję to pytanie sama po różnorodnych procesach, jogach, terapiach, warsztatach, pracy z ciałem, z przekonaniami i otoczona przyjaciółkami, które z jeszcze większym samozaparciem szukają, jak to się mówi, siebie: a to ustawienia systemowe, a to kursy pogłębionej medytacji, a to reiki czy joga kundalini. Oczywiście, wszystko można przedawkować i nawet najmądrzejszy warsztat, do którego podejdziemy z poziomu kompulsji, nie będzie nam służyć. Ale jeśli życzliwie dla siebie i z ciekawością będę pracować nad swoją inteligencją intrapersonalną, zwiększę swój obszar wewnętrznej wolności. Zyskuję wpływ na siebie samą. Rozbudowuję wąską i króciutką często kładkę pomiędzy bodźcem a reakcją. Sprawiam, że udaje mi się wprowadzić oddech pomiędzy tak zwaną bezczelną odzywką nastoletniej córki a rodzicielską wykrzyczaną złością, pomiędzy podniesioną dyrektorską brwią a moim przelęknionym milczeniem, pomiędzy „bo ty zawsze” mojego partnera a moim „bo ty nigdy” – pomiędzy tymi codziennymi syjamskimi, jak mogłoby się wydawać, zachowaniami, czyli iskrą i płomieniem. A kiedy wprowadzę ten oddech, może pojawić się inna iskra – wgląd, który pozwoli mi zobaczyć, że tańczę ten taniec, a mogę go nie tańczyć. Mogę zobaczyć, że moja reakcja jest częścią tego równania i tym samym mogę zmienić jego wynik. Ten wgląd jest wyrazem mojej odwagi patrzenia na siebie samą. Kiedy myślimy o odwadze, jesteśmy nawykli patrzeć na czyny bohaterskie, pola walk, cokoły pomników. Ale co z tą pierwszą odwagą, odwagą wzroku zatrzymanego na odbiciu w lustrze? I jak wiele z tego, co wzbudza podziw, jak wiele wyścigów, osiągów i wykonów jest tak naprawdę skutkiem ubocznym tego, że tego wzroku w lustrze nie umieliśmy zatrzymać? Nie żebym coś miała przeciwko osiągom i wykonom, ale też czuję, że nie w pełni ufam tym, których punktem wyjścia była ucieczka przed spotkaniem ze sobą. Przyśnił mi się taki sen: prowadzę starego forda, którego na jawie lata temu doprowadziliśmy do stanu agonalnego i sprzedaliśmy za cenę opon. W moim śnie początkowo wydaje się sprawny. Skład pasażerów jest niejasny – wydaje się, że obok siedzi mój syn, potem mój mąż, za chwilę przyjaciółka, z tyłu jakiś niezidentyfikowany tłum, coraz głośniejszy i coraz bardziej w swoich odgłosach biesiadny. Ford przekształca się w busa, pasażerowie i pasażerki z tyłu zaczynają wstawać i próbują tańczyć. Zaczynam ich upominać, ale mój głos niknie w dźwiękach śpiewanej akurat piosenki Kayah „Jakajakayah”. Tymczasem widzę, że odpadła jedna wycieraczka, ta po stronie kierowcy, zaczyna padać deszcz i prawie nic nie widzę. Deska rozdzielcza zaczyna się świecić, wszystkie kontrolki naraz, w jakiś dziwnych niekontrolkowych kolorach, głównie na różowo. Czuję, że ledwo panuję nad kierownicą. Pamiętam z tego snu wahanie – czy mam się zatrzymać? Przecież chyba powinnam się zatrzymać? Mijam stację benzynową, ale na nią nie zjeżdżam. Mijam zatoczkę, ale też nie zjeżdżam. Teraz już wyraźnie czuję, że sytuacja nie jest bezpieczna i że ci, którzy ze mną jadą, tego nie wiedzą: tylko ja mogę zatrzymać ten busik, ale ciągle jadę.  Kiedy się obudziłam i odparowało ze mnie zmęczenie płynące z tego snu, skorzystałam ze swojej inteligencji intrapersonalnej, żeby go zrozumieć. I wykminiłam, co następuje: jestem pojazdem, do którego zapraszam innych. Jeśli jednak go nie zatrzymam, jeśli nie naprawię tego, co zepsute, jeśli nie zareaguję na komunikaty płynące ze środka, jeśli nie odpowiem sobie na śpiewane przez nieświadomych niczego pasażerów pytanie, nastąpi coś, czego nikt z nas nie chce. Ani we śnie, ani na jawie. Ale w tym śnie i na jawie często więcej odwagi wymaga zatrzymanie się i zajrzenie pod, nomen omen, maskę niż ciśnięcie dalej na gaz.  
Czytaj więcej

Od samopotępienia do samowspółczucia

Odrzucane przez rodziców, zaniedbywane w przeszłości dziecięce części nas samych tułają się w zakamarkach naszej psychiki niczym niechciane dzieci. Możemy je przygarnąć i obdarzyć miłością, a zamiast samopotępienia – okazać sobie współczucie. 
Czytaj więcej

Jestem ważny, bo jestem

Ma ogromny wpływ na nasze życie, w tym na relacje, które budujemy. Jest filarem dobrego samopoczucia i determinuje sposób postrzegania siebie i innych. Nie dziwi zatem fakt, że wielu rodzicom zależy na kształtowaniu poczucia wartości – bo o nim mowa – u swoich dzieci. Jak sprostać temu wyzwaniu? Jak wychować człowieka samoświadomego i akceptującego siebie?
Czytaj więcej

Trening zdrowego snu

Pośpiech, stres, nadmiar zajęć, brak czasu na odpoczynek, przestymulowanie nowymi technologiami i myśli kłębiące pod koniec dnia – wszystko to sprawia, że coraz więcej mamy problemów z zasypianiem. Jak zadbać o dobry sen, by mieć siły na wyzwania kolejnego dnia?
Czytaj więcej

Manowce lukrowania

Bohater jednej z powieści Milana Kundery wysyła do swojej przyjaciółki żartobliwą kartkę: „Optymizm to jest opium dla ludu. Zdrowy duch zalatuje głupotą”. Ta kartka wpada w niepowołane ręce, zostaje potraktowana poważnie i w konsekwencji zmienia życie bohatera. Ten żart ukrywa w sobie gorzką prawdę, że ludzi można uwieść pozytywnymi komunikatami lub obietnicami, które nie mają pokrycia w rzeczywistości. Badacze zajmujący się wpływem społecznym już dawno zauważyli, że ludzie są bezbronni wobec komplementów. Kiedy słyszymy słowa: „Dobrze dziś wyglądasz” albo „Twoje uwagi są bardzo celne”, nie zastanawiamy się nad tym, czy są one prawdziwe, czy też nie. Natomiast kiedy ktoś wygłasza kąśliwe uwagi dotyczące naszej obowiązkowości lub dokładności w pracy, umysł od razu podsuwa nam różne argumenty wskazujące, że krytyka jest bezzasadna. W poprzednim roku słyszeliśmy, że wirus ustępuje i nie ma co się martwić. Wiele osób w to uwierzyło, a ciąg dalszy znamy. W tym roku pojawiła się wiadomość, że do końca roku będzie po wszystkim. To, czy uwierzymy w takie uspokajające komunikaty, jest raczej kwestią wiary. Racjonalne przewidywania dostarczane przez naukowców nie muszą być takie optymistyczne, a na dodatek pokazują różne scenariusze wydarzeń, wskazując na czynniki, które będą sprzyjały pojawieniu się każdego z nich. Jednak obraz rzeczywistości obecnej i przyszłej, kreowanej przez niektóre media, przypomina świat widziany przez różowe okulary. Do wielu zdarzeń nie mamy bezpośredniego dostępu, ale media  relacjonują je, jakby były naocznym świadkiem. O tym, jak silne jest ich oddziaływanie, mówią wyniki badań Kathy Pezdek. Dotyczyły one pamięci ataków terrorystycznych na wieże World Trade Center 10 września 2001 roku.  Jedno z pytań zadanych badanym dotyczyło tego, ile czasu upłynęło od uderzenia samolotu w pierwszą wieżę a momentem jej zawalenia się. Analizie poddano studentów z Nowego Jorku, którzy mogli usłyszeć odgłosy uderzenia samolotu i odgłosy walącej się wieży. Inne grupy badanych znajdowały się w momencie tragedii w odległych częściach Stanów Zjednoczonych i relacje o niej znali tylko z mediów. Okazało się, że różnice między badanymi grupami były stosunkowo niewielkie; oszacowania czasu wynosiły około 60 minut, natomiast czas rzeczywisty był niemal dwa razy dłuższy i wynosił 108 minut. Stacje telewizyjne przedstawiały „skompresowaną” wersję zdarzeń, trwającą nie więcej niż kilka minut. Pokazywane były dziesiątki, jeśli nie setki razy, i to zapewne spowodowało, że ludzie nie doceniali upływu czasu. Zmiany w ocenie czasu wystąpiły również u studentów z Nowego Jorku – informacje pochodzące z mediów były lepiej zapamiętywane aniżeli własne doświadczenia.  W mediach można zaobserwować dwie przeciwstawne tendencje – z jednej strony pokazują one świat przez różowe okulary. Z drugiej strony występuje efekt negatywności – informacje o zbrodniach, katastrofach czy kataklizmach przyciągają uwagę wielu widzów. Jednak ludzie mają wobec nich specyficzny stosunek. Są przekonani o tym, że nieszczęścia przytrafiają się innym, ale nie im samym. Zjawisko to zostało opisane przez Neila Weinsteina, który określił je mianem nierealistycznego optymizmu. Na wielkość tej formy optymizmu wpływa m.in. spostrzegana możliwość kontrolowania sytuacji czy brak dotychczasowych doświadczeń związanych z zagrożeniem. Na przykład ludzie, którzy nigdy nie uczestniczyli w wypadku drogowym, sądzą, że im właśnie wypadek się nie przydarzy. Również ludzie dość optymistycznie patrzą na własne zdrowie – chorują tylko inni. Tak rea­gują nałogowi palacze na informację o związku między paleniem a rakiem płuc. Nierealistyczny optymizm dotyczy nie tylko przekonań, lecz także wywiera wpływ na zachowanie. Widać to szczególnie teraz, kiedy ludzie nie przestrzegają zaleceń higienicznych. Przypominają człowieka, który podczas kazania przedstawiającego męki grzeszników uśmiechał się pod nosem. Zapytany, dlaczego się śmieje, odparł: „Mnie to nie dotyczy – jestem z innej parafii”. 
Czytaj więcej

Konopie na lęk, stres i napięcie

Chyba żadna roślina nigdy tak nie dzieliła społeczeństwa jak konopie. Wokół ich użytkowania narosło wiele mitów. Czy naprawdę jest czego się obawiać? Czy konopie mogą mieć pozytywny wpływ na nasze zdrowie?
Czytaj więcej

Zabójczy perfekcjonizm

Często uważamy, że jest zaletą, cechą osób dokładnych, skrupulatnych, niezadowalających się bylejakością. Jednak naukowcy biją na alarm: perfekcjonizm może być groźny i przyczyniać się do spadku nastroju, samooceny i poczucia sensu życia.
Czytaj więcej

„Czasem mam dość swojego dziecka” – to normalne!

„Moje dziecko doprowadza mnie do granic wytrzymałości, do szału!” – to zdanie często można usłyszeć od rodziców. Nie ma znaczenia, czy dotyczy ono dziecka, które jest małym bobasem, czy też wyrośniętym nastolatkiem. Wypowiadając je, matka czy ojciec mają poczucie winy i rodzicielskiej porażki. Czy słusznie?
Czytaj więcej

Nie wiem, jak Ci to powiedzieć, żeby Cię nie zranić

Jako osoby pozostające w związkach borykamy się czasem z wątpliwościami typu: „nie powiem jej tego, bo stracę w jej oczach”, „nie powiem mu tego, bo boję się, że odejdzie”, „jeśli mu o tym powiem, to go to urazi”.  Na dodatek zdarza się również, że sami nie wiemy, o co nam chodzi, co jest nam potrzebne i w jakim kierunku chcielibyśmy zmierzać. Jak sobie z tym radzić? Jak się komunikować?
Czytaj więcej

A jednak mężczyźni płaczą..

Mężczyźni mówią o swoich uczuciach, ale często w cyniczny, sarkastyczny sposób. Albo komunikują coś przeciwnego, niż czują: pokazują złość właśnie wtedy, gdy potrzebują bliskości – i oczywiście jej nie dostają. Zamiast wsparcia doświadczają chłodu i odrzucenia. Czy jest szansa, że zobaczą, jak sami przyczyniają się do tego? Czy zrozumieją, że mogą powiedzieć, czego się boją, za czym tęsknią i wcale nie odbiera im to sprawstwa ani siły?
Czytaj więcej