O tym, że dzieciństwo wpływa na dorosłe życie, wiemy co najmniej od czasów Freuda. A jednak wciąż często nie zdajemy sobie sprawy, w jak dużym stopniu to, jacy jesteśmy, zawdzięczamy naszym rodzicom. To, co w nas dobre, to, co nas motywuje, napędza i stanowi o naszej sile, ale też często nas blokuje, ma zwykle źródło głęboko w dzieciństwie. Nawet jeżeli był to szczęśliwy czas, i tak mógł zasiać w nas przekonania, które negatywnie wpływają na nasze działania w dorosłym życiu.
Czy należy zatem usiąść na kanapie, załamać ręce i poddać się, "bo mam za sobą trudne dzieciństwo"?
Absolutnie nie! Owszem, jeśli czujemy, że przyczyny życiowych trudności leżą w okresie, w którym nadzór nad nami pełnili rodzice, warto na moment wrócić do tamtego czasu. Dobrze również spojrzeć świeżym okiem na relacje z rodzicami i zastanowić się, które składowe naszej osobowości wymagają przepracowania i wychowania od nowa. Pomoże w tym ćwiczeniowa część tej książki, skonstruowana przez autorkę tak, by Czytelnik był w stanie sam poprowadzić własną terapię i by odzyskał wpływ na swoje życie.
Pobierz fragment książki tutaj
O autorce:
Sylwia Sitkowska - psycholog, terapeutka. Współzałożycielka Przystani Psychologicznej, Terapeutycznej Kawiarni i poradni online Przestrzeń Pomocy. Specjalizuje się w terapii krótko- i długoterminowej osób dorosłych.
W pracy terapeutycznej stosuje głównie podejście poznawczo-behawioralne polecane szczególnie w pracy z osobami z zaburzeniami nastroju (np. dystymia, depresja, choroba dwubiegunowa), zaburzeniami lękowymi (np. lęki, fobie, ataki paniki) oraz różnego rodzaju zaburzeniami osobowości. Członek Polskiego Towarzystwa Terapii Poznawczej i Behawioralnej.
Profil na portalu Facebook: facebook.com/sitkowskapsycholog/
Instagram: instagram.com/sitkowska_psycholog/
Informacje szczegółowe o książce:
Data premiery: 30 marca 2021
Liczba stron: 200
Format: 140 x 208
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Link do strony, gdzie można kupić książkę: https://www.empik.com/dziecinstwo-do-poprawki-uwolnij-sie-od-cienia-rodzicow-energetycznych-wampirow-sitkowska-sylwia,p1260881545,ksiazka-p
Czytaj więcej
Jest jednym z najważniejszych w Europie twórców teatralnych. W lipcu dostanie Złotego Lwa za całokształt twórczości. Nowy sezon po wznowieniu działalności teatrów zaczyna mocnym premierowym wejściem. Krzysztof Warlikowski.
Czytaj więcej
Zespół działa od 1935 r. Poza nagraniami archiwalnymi dla Polskiego Radia orkiestra ma w swoim dorobku ponad dwieście albumów, za które otrzymała m.in. nagrody Diapason d’Or (1979, 1993, 2002), Grand Prix du Disque (1978, 1993), International Classical Music Awards (2017).
Czytaj więcej
Idę czytać do wanny – nie z wygody, ale z zagonienia. Planuję się ukryć w łazience przed mężem i dziećmi i złapać (mały) oddech. Wiadomo, że w łazience można się nie tylko ukryć, ale i zachować godność, udając konieczność przeprowadzenia skomplikowanych zabiegów higienicznych. No więc, wanna jest moim szampanem i truskawką z czekoladą, ale bez wyrzutów sumienia. Jest już późno, nikt nie powinien mieć żadnych potrzeb koniecznych do zrealizowania tu i teraz. Zamierzam czytać w wannie również z innego powodu – podobno w kąpieli nie można zasnąć, więc może uda mi się trochę podgonić lekturę.
Czytaj więcej
Najdziwniejszym z bajkowych kotów jest Kot z Cheshire. Pojawia się i znika wedle woli. Kiedy znika, ostatni znika jego uśmiech. Od uśmiechu zresztą także się pojawia. Zajmijmy się jednak innym angielskim kotem. I nie chodzi tu o unieważnianie Kota z Cheshire z powodu domniemanej pedofilii jego twórcy. Kotek odpowiada na proste pytania w anonimowej rymowance dziecięcej, zanotowanej w początkach dziewiętnastego wieku. Odpowiada grzecznie, że był w Londynie złożyć wizytę królowej i że wystraszył myszkę spod królewskiego tronu. Podobnie skonstruowana jest bajeczka Marcina Brykczyńskiego Kot ty jesteś, opublikowana dwieście lat po angielskiej rymowance. Bohater tego dialogu przedstawia się jako kotek mały i na stosowne pytanie o miłość do Polski zapewnia, że kocha z całej siły. Mały czytelnik jeśli nie zorientował się dzięki figlarnej aliteracji w tytule, to z pewnością odgadnie po kolejnym pytaniu: „Gdzie ty mieszkasz?”, że autor odwołuje się do Katechizmu polskiego dziecka Władysława Bełzy z 1900 r. Otóż kotek polski bezczelnie, ale zgodnie z prawdą, odpowiada, że mieszka na kanapie.
O właścicielu kanapy nie wiemy nic. Podobnie jak kotek angielski i polski indagowany jest o zajęcie. Kotek polski nie odwiedza królowej w Londynie. Bo po co? Na dodatek nie zadowala się straszeniem myszek pod tronem (bo czyim?). Polski kotek z dumą zapewnia, że je łapie.
Obie bajeczki o kotkach przeznaczone są dla dzieci i obrazują może nie tylko życie kotów w osiemnastowiecznej Anglii i w Polsce dwudziestego pierwszego wieku. Kotek angielski znajduje spokój i poczucie bezpieczeństwa w monarchii, oraz poczucie przydatności, uczestnicząc w utrzymaniu porządku wokół tronu. Źródłem satysfakcji kotka polskiego jest gorąca deklaracja miłości do Polski i wylegiwanie się na kanapie. Dlaczego łapie myszy? Skąd ta agresja? Kocia to natura? To dlaczego – spyta naiwne dziecko – kotek angielski nie łapie myszy, a poprzestaje na postraszeniu? No i co odpowiedzieć? Że kotek polski nie widzi powodu, żeby panować nad swoją agresją? Że panowanie nad tym, co z naturą zgodne z naturą, to demoralizacja Zachodu?
Od czasów Jamesa psychologia naucza, że zagrożenie prowadzi do agresji. Ani kotki polskie, ani angielskie nie boją się myszy. Ale dlaczego kotek polski jest agresywny, a kotek angielski nie?
Natura i kultura kolonii wywarły spory wpływ na angielskie obyczaje kulinarne. Choćby indyk, przywieziony z Ameryki i curry, przywiezione z Indii.
Curry z indyka według MC
1 kg piersi z indyka (na 6 osób)
3 szt. białe cebule (większe)
kilka goździków
garść rodzynek
2–3 łyżki przecieru pomidorowego
2–3 łyżki płatków migdałowych
oliwa (lub klarowane masło) do smażenia
Marynata
pasta curry garam masala lub curry
w proszku – według upodobania
suszona mięta
chili
cynamon
kumin
sól
jogurt naturalny typu greckiego
Mięso natrzeć składnikami marynaty, na końcu zanurzyć w jogurcie. Marynować co najmniej kilka godzin. Po wyjęciu i oczyszczeniu z jogurtu (marynatę zachować!) trzeba je pokroić ostrym nożem na cienkie paski. Pokrojone przesmażyć do uzyskania złotej barwy na rozgrzanym klarowanym maśle. W dużym rondlu pod przykryciem, w małej ilości wody ugotować do miękkości cebule, dodając goździki. Ostudzić, usunąć goździki i zmiksować. Do musu cebulowego dodać przecier pomidorowy, rodzynki, migdały, marynatę i przesmażone mięso. Dusić na bardzo małym ogniu, aby aromaty „spotkały się”. To spotkanie i zrównoważenie jest najtrudniejsze i nadaje za każdym razem potrawie indywidualnego smaku. Czasem trzeba dodać którąś z przypraw, czasem śmietankę dla złagodzenia i wygładzenia całości. Podawać z ryżem.
Czytaj więcej
Każda epoka ma swoje luksusy, każda ma swoje obsesje, niezrozumiałe dla nadchodzących później pokoleń. Często też to, co było szczytem mody, z perspektywy okazywało się symboliczną zapowiedzią upadku i zmiany: popularna sekta z Judei doprowadziła powoli do upadku cesarstwa, druk Gutenberga sprowadził reformację i renesans, a narkotyki z klubów Republiki Weimarskiej napędzały potem żołnierzy Hitlera.
Barokowe bankiety miały zachwycać nie tylko podniebienia, ale i oczy. Kiedy podawano desery, na stołach układano tak zwane Schauessen, czyli tak zwane jedzenie do podziwiania: całe sceny, złożone z figurek z cukru, karmelu, marcepanu czy masy lukrecjowej. Z czasem zastąpiły je figurki porcelanowe: postacie z commedii dell’arte, pasterki i pasterze z sentymentalnych bukolik, damy w krynolinach, zwierzęta, Chińczycy pod parasolami czy polscy szlachcice w osobliwie kwiecistych kontuszach, których Mickiewicz uwzględnił w opisie arcyserwisu Wojskiego.
Figurki takie służyły i w innym celu – balom kostiumowym, które były wykwintnym sposobem omijania dworskiej etykiety i pozwalały na spędzenie wieczoru w mniej formalnej atmosferze. Z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem arystokraci losowali połączone w pary kostiumy narodowe (Turcy, Polacy, Egipcjanie, Żydzi) czy zawodowe (kucharze, kominiarze, cieśle). Odtąd pan musiał codziennie spotykać się z przydzieloną mu losem damą, ufundować jej kostium (który oczywiście nie był zgrzebnym fartuchem handlarki ryb czy zapaską chłopki, tylko ich luksusową wersją z aksamitów, brokatów i kosztownych futer) i wreszcie zająć miejsce przy biesiadnym stole. Antycznych Greków sadzano naprzeciwko Rzymian, pasterzy z żołnierzami (jako pokój i wojnę), nacje z nacjami, które były im bliskie lub przeciwnie – łączyły je wielowiekowe spory. Para cesarska jako jedyna nie losowała kostiumów, tylko zawsze odgrywała role kluczowe: władców czy gospodarzy wiejskiego wesela. Figurki miały zapewne wskazywać miejsce gościom – Turek zasiadał zatem tam, gdzie przy talerzu widniał Turek w turbanie, handlarka ostryg – tam, gdzie stała jej porcelanowa odpowiedniczka, książę czy hrabia przebrany za sprzedawcę precli – przy sprzedawcy precli.
Cesarz Franciszek I postanowił pewnego razu ubawić swoją żonę, Marię Teresę, bardziej piętrową przebieranką opisaną przez mistrza ceremonii, hrabiego Khevenhüller. Na przyjęciu w morawskiej posiadłości wszyscy dworzanie byli przebrani w stroje wzorowane na strojach miejscowych chłopów, Hanaków – pod koniec bankietu „cesarz przygotował dla cesarzowej nader pomysłową niespodziankę: uwiadomiono ją, że z Brna przybyli kawalerowie i damy, którzy upraszają, by pozwolono im ucałować jej dłoń; a kiedy Jej Cesarska Wysokość wyraziła na to zgodę, dało się widzieć dziesięć czy dwanaście par, odzianych jak najlepiej wedle najnowszej mody; niektórzy z nich jednak wydawali się tak osobliwi i groteskowi w postawie i manierach, że nie sposób było nie pomyśleć, że kryje się za tym jakiś żart, który w końcu powitano z wielkim śmiechem, kiedy wszyscy pojęli, że całą tę maskaradę odgrywali hanaccy wieśniacy – parę dni wcześniej mistrz tańca nauczył ich odpowiednich kroków, żeby umieli przynajmniej pokłonić się czy dygnąć, słowem: zachować się w nieco grzeczniejszy sposób. Nic nie było zabawniejsze nad to, jak skakali w hanackich tańcach, ze skokami i gestami im przyrodzonymi, oraz jak zachowywali się przy kolacji czy przekąskach, obsługiwani elegancko, jak państwo, na srebrach, udając szacownych ludzi (by doprowadzić tę farsę do końca)”.
Panowie przebrani za miejscowych chłopów bawili się kosztem miejscowych chłopów przebranych za panów – było to tyleż wyrafinowane, co niskie i podłe. Osiem lat później obfite cesarskie łono Marii Teresy miało urodzić arcyksiężniczkę Marię Antoninę, której losu nikt nie mógł tego wieczora przewidzieć. A tym bardziej – symbolicznie powiązać z tym, jak się bawiono. Zmiana jednak już zakiełkowała i musiała nadejść.
(Tekst jest zaadaptowanym fragmentem powstającej książki; autor korzystał z pracy E. Sturm-Bednarczyk, E. Sladek, Ceremonies, Feasts, Costumes. Viennese Porcelain Figures in the Age of Maria Theresa).
Czytaj więcej
Jak zadbać o dobrą relację i zdrowe granice w trudnym okresie, kiedy córka staje się kobietą?
Czytaj więcej
Technologia daje nam niezwykłe możliwości, bo „nagle” jesteśmy w salonie profesora, potem wizytujemy naszego prawnika, a na koniec widzimy się z koleżanką z Kanady, która przeprowadziła się do nowego mieszkania i nie musimy wydawać na bilet, by zobaczyć, gdzie wisi nasze wspólne zdjęcie. Trochę nas to do siebie zbliża, a trochę oddala. Trochę ułatwia, a trochę utrudnia funkcjonowanie.
Czytaj więcej
Poprzez dotyk dajemy miłość, tworzymy więź, budujemy poczucie przynależności i akceptacji. Są jednak wokół nas osoby, o których zapominamy – nasi seniorzy. Dlaczego dotyk jest dla nich tak ważny?
Czytaj więcej
Nie mogę tego zrobić! – powiedziała, ściszając głos do szeptu, chociaż umówmy się, że na Zoomie nie da się zrobić tak, żeby jedni Cię lepiej słyszeli niż inni. – Jezu, no musisz to w końcu zrobić! – żarliwie powiedziała druga. – Nie dam rady… – jęknęła ta pierwsza takim tonem, że ja, chociaż pojawiłam się na Zoomie chwilę, nim się zorientowały, bo miałam wyłączoną kamerę i dźwięk, zaczęłam się zastanawiać, o czym można mówić takim tonem (romans, zabójstwo, oszustwo podatkowe?). Kiedy w końcu udało mi się wcisnąć odpowiedni przycisk, spytałam je, o czym rozmawiały. Okazało się, że o pomyśle zatrudnienia pani sprzątającej.
Ta, której głos się łamał na samą myśl, że mogłaby to zrobić, była jedną z najzamożniejszych moich koleżanek ze stabilnym dochodem, pracującą może nie po dwanaście, ale po dziesięć godzin dziennie w dni robocze i z do skoku w weekendy. W jej obszernym mieszkaniu we wrocławskiej kamienicy mieszkał jeszcze mąż, też pracujący, i dwójka dzieci w tak zwanym wieku szkolnym, a co jedno to bardziej zamaszyste w swoich ruchach, oba z niepotwierdzonym przez lekarzy podejrzeniem swojej matki o ciężkie ADHD i parę innych zaburzeń.
– Jakoś mi to przynosi ulgę, jak im postawię diagnozę – powiedziała mi kiedyś – nawet jeśli nie mam podstaw. Koleżanka miała jeszcze kota, wybłaganego przez córeczkę na ósme bodaj urodziny, w przededniu których poprzysięgła rodzicom, że weźmie na siebie wszelkie związane z nim obowiązki. Wszyscy rodzice, którzy w chwili słabości ulegli, wiedzą, jaki był ciąg dalszy tej historii i kto ostatecznie skończył, że tak powiem, z ręką w kuwecie. Te wszystkie okoliczności, osaczające teraz zdalnie pracującą koleżankę wyjątkowo dotkliwie, nie dostarczyły jej jednak wystarczających argumentów, żeby zatrudnić, choćby raz na tydzień, panią sprzątającą, chociaż koleżanka zarabiała kilka, jeśli nie kilkanaście średnich krajowych. I tak większość swoich wyszarpniętych z paszczy korporacji sobót spędzała, jak to sama romantycznie ujmowała, jeżdżąc na szmacie.
Kiedy z zażartością pitbulla zaczęłyśmy razem z tą drugą dręczyć ją pytaniami o powód, zaczęła cytować swoją mamę (z czego zdała sobie sprawę po niewczasie, kiedy już słowa opuściły jej usta i nie można ich było cofnąć). – Obca kobieta nie będzie sprzątać w moim domu. – Czemu? Czemu? – drążyłyśmy jak ciekawy świata pięciolatek, ale mniej ufnie i bardziej stronniczo, bo obie już dawno wpuściłyśmy do naszych domów obce kobiety, które bardzo szybko zresztą przestały być obce. Koleżanka wiła się w tłumaczeniach i słabła w oporze. A my miałyśmy w sobie wytrwałość tak nieprzejednaną, że w końcu ten opór złamałyśmy, po czym doprowadziłyśmy koleżankę do okazania SMS do poleconej przez nas pani Renatki, żeby się jeszcze upewnić, że nie wysłała go na przykład do męża z prośbą o pilny telefon, który wybawiłby ją z opresji.
Kiedy koleżanka uległa naszym podszeptom, a znaleźliby się tacy, którzy nazwaliby je szatańskimi, zrobiła coś więcej niż tylko opłaciła usługę, na którą miała pieniądze. Spojrzała w oczy swoim przodkiniom i przodkom i wytrzymała ich karzący wzrok. – Teraz jest inaczej – powiedziała im, być może opanowując drżenie głosu. – Mogę zrobić coś, co dla was było niemożliwe.
Kiedy kilka dni później pani Renatka wyszła z obszernego mieszkania we wrocławskiej kamienicy, koleżanka zrobiła z nas grupę na Messengerze i zadzwoniła. Mówiła głośniej niż zwykle. – Mam czysto! – prawie krzyknęła ze zdumieniem. – A nie sprzątałam! Nie podzielałyśmy jej zaskoczenia. – I w ogóle jestem jakoś poruszona – dodała, ciągle ze zdumieniem. To też mnie nie zaskoczyło, bo znałam to poruszenie. Chociaż mam ten ogromny luksus, że mój mąż nie tylko wyznaje, ale też praktykuje ideę partnerstwa, dla mnie pierwszy raz, kiedy próg mojego domu przekroczyła obca kobieta z własnym zestawem ścierek i środków czyszczących, oznaczał przekroczenie pewnego mentalnego progu.
Chociaż było to wiele lat temu, do dzisiaj myśl, że mogę siedzieć w swoim pokoju i pisać ten tekst, zagłuszając muzyką relaksacyjną dochodzący z sąsiedniego pokoju szum odkurzacza, jest dla mnie upojna. Nie tylko przyjemna. Kobietę, która wyręcza mnie i mojego męża w większych porządkach raz na tydzień, uważam za Anioła Dobroci i Równouprawnienia. Hołubię ją. Jestem gotowa płakać, kiedy – na szczęście bardzo rzadko – napisze mi, że coś jej wypadło i nie przyjdzie.
Dlaczego mamy tak ogromny problem z wzięciem pomocy, która jest w zasięgu ręki? Mają ten kłopot kobiety, mają ten kłopot mężczyźni, choćby konsekwencje niesięgania po pomoc miały nas kosztować coś tak fundamentalnego, jak nieustanne wyczerpanie i poczucie niefajności naszego życia. Dlaczego?
Nie mam na to pytanie jednej odpowiedzi, przeczuwam natomiast, że kiedy sięgamy po pomoc, mówimy sobie i światu rzeczy równie prawdziwe, co trudne do wypowiedzenia. Na przykład: „Są ludzie, którzy zrobią to lepiej lub podobnie dobrze jak ja”. Na przykład: „Chcę zrobić inaczej niż robiła to moja mama czy mój tata”. To być może najtrudniejsze: „Mam prawo do pomocy”.
Kiedy jesteśmy ewentualnie skłonni dać sobie to prawo? Czy dopiero szorując nosem po ziemi, kiedy zmęczenie sprawi, że zemdleję w pół zdania, w środku własnego wypolerowanego na glanc wystąpienia na zoomowej konferencji międzynarodowej (prawdziwy przykład jednej z moich klientek), dopiero wtedy, kiedy moje mądre ciało zrobi mi taki ból, że dosłownie nie będę mógł wstać z łóżka? I o co w ogóle jest ta gra, co to za dyscyplina, w której startujemy? Dlaczego dawanie dla wielu z nas jest sztuką o wiele łatwiejszą niż branie?
I znowu – odpowiedzi nie mam i na pewno nie chcę ich mieć za Ciebie. Ale wierzę w wartość stawiania tych pytań. Być może i one będą pomocą, po którą dasz sobie prawo sięgnąć. Być może staną się początkiem jakichś porządków nawet ważniejszych niż te, które od mojej koleżanki przejęła pani Renatka.
Czytaj więcej
Znasz to uczucie, gdy jesteś tak zaangażowany w zadanie, że tracisz poczucie czasu, a wszystko inne przestaje być ważne? Jesteś maksymalnie skoncentrowany na danej czynności i odczuwasz tyle satysfakcji, że zapominasz o sobie i otaczającym świecie. Twoje potrzeby fizjologiczne ulegają chwilowemu zawieszeniu, tracisz poczucie czasu… Bardzo możliwe, że doświadczasz właśnie stanu flow, czyli zjawiska przepływu.
Czytaj więcej