Czuła przewodniczka. Kobieca droga do siebie – przeczytaj fragment książki!

Natalia de Barbaro pracuje z kobietami, które poszukują odpowiedzi na pytania: „Kim tak naprawdę jestem? Czego chcę? O czym marzę? Na co sobie pozwalam?”. Jej książka to rzetelna z punktu widzenia psychologii, ale także poetycka, czasem brutalnie szczera i poruszająca opowieść o kobiecej drodze do poznania samej siebie. Dlaczego kobiety grają role, które wcale im nie odpowiadają? Czemu pracują ponad siły i surowo oceniają się za najmniejsze uchybienia? Jak sprawić, by wewnętrzny głos, mówiący kobiecie o jej potrzebach i marzeniach, był słyszany wyraźniej niż nakazy i wymogi kultury? Autorka zaprasza w podróż pod opieką Czułej Przewodniczki – kobiecej intuicji i mądrości. Idealna lektura dla kobiet, które czują, że w ich życiu za dużo jest powinności, a za mało radości. „Czuła przewodniczka” jest zilustrowana kolażami wybitnej artystki młodego pokolenia Anety Klejnowskiej. Pobierz fragment książki Informacje szczegółowe o książce: Data premiery: 10 lutego Liczba stron: 256 Format: 215 x 155 Wydanie: I Link do strony, gdzie można kupić książkę: https://www.empik.com/czula-przewodniczka-kobieca-droga-do-siebie-de-barbaro-natalia,p1256816410,ksiazka-p?gclid=EAIaIQobChMIvKigs_Pc7gIVi6kYCh1-sQSoEAQYASABEgKN9PD_BwE&gclsrc=aw.ds
Czytaj więcej

Przyjaciel na czterech łapach lekiem na samotność w pandemii?

Rok 2020 dał w kość chyba każdemu - prasa i internet codziennie dostarczały nowych, smutnych historii. Ludzkie dramaty związane z utratą źródła utrzymania i, idące za tym, trudne wybory. Nieraz okazywało się, że w tle ludzkiej tragedii, kryją się nie mniejsze, ale spychane na dalszy plan traumy, przeżywane przez zwierzęta. Porzucane, oddawane do schronisk, przywiązywane do drzew w lesie, “oddawane za darmo” na portalach ogłoszeniowych - by wymienić tylko te mniej drastyczne przypadki.
Czytaj więcej

Życie towarzyskie mózgu – przeczytaj fragment książki!

Rodzimy się nastawieni na budowanie więzi i spragnieni kontaktu z ludźmi. Naukowcy potwierdzają, jak ważne są dla nas relacje z innymi osobami – stanowią źródło naszej ludzkiej siły: fizycznej, intelektualnej, emocjonalnej i kulturowej. Życzliwe kontakty z bliskimi to sposób na długowieczność i szczęście, są też bezpiecznym panaceum na stres. Zbyt długa i niechciana samotność negatywnie odbija się na naszym zdrowiu. W perspektywie całego życia mamy mnóstwo okazji do tworzenia zarówno silnych więzi, jak i luźnych kontaktów. To świetny sposób, by dbać o zdrowie fizyczne i psychiczne, co dokładniej opisuje w swojej najnowszej książce Urszula Dąbrowska.
Czytaj więcej

Rozliczenie z ojcem

To jest powieść o dzieciństwie, powieść wspomnieniowa, napisana przez czterdziestoletniego pisarza słoweńskiego. Jej tytuł stanowi prowokację, niewyczuwalną dla polskich czytelników, odnosi się ona bowiem do hasła „Moja Słowienia” – wakacyjnego sloganu reklamowego, zachęcającego do wyjazdów urlopowych, który na samym początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku stał się hasłem niepodległościowym, promującym nie wakacje, a niezależność Słowenii od Jugosławii.  Vojnović opisuje własne dzieciństwo w Jugosławii, bo – jak twierdzi – nikt dzisiaj o tym kraju nie chce pamiętać, nikt się z nim nie utożsamia. Pamięć wojny w Bośni i Hercegowinie tak bardzo skaziła i zdominowała pamięć o Jugosławii, że każdy z jej obywateli szuka innej przynależności. W Mojej Jugosławii łączą się zatem wspomnienia dzieciństwa w społeczeństwie wielokulturowym, wieloetnicznym i wielowyznaniowym, opowieści o zabawach przed blokiem, wypadach nad morze, chłopackich doświadczeniach inicjacyjnych z echami wojny. Widać tu i konflikt klasowy: bo dzieci z zamożnego gimnazjum nie kłócą się o wojnę, nikogo bliskiego na niej nie straciły, nie rozróżniają przedstawicieli różnych frakcji narodowych i politycznych. Z lat dziewięćdziesiątych pamiętają tylko swoje przeżycia szkolne i domowe, a nie Vukovar i Srebrenicę. W tle pojawia się wspomnienie ojca, który najpierw zniknął z domu, a potem zginął, o czym chłopca poinformowała matka. W wojennej Jugosławii takie zniknięcia i śmierć mężczyzn nie były niczym dziwnym. Kłopot polega jednak na tym, że Vladan Borojević dowiaduje się, że jego ojciec żyje, ale się ukrywa przed Trybunałem w Hadze, bo jest zbrodniarzem wojennym i nie ma specjalnie ochoty spotkać się z synem. Vladanowi opowiada o tym przyjaciel ojca, który jednocześnie pokazuje mu zdjęcia przedstawiające starszego Borojevicia opartego na piramidzie trupów, uwieńczonej ciałkiem dziecięcym.  Ta powieść słoweńska o Jugosławii i spadku po niej niesie różne historie uniwersalne i są to historie, które już znamy – poczucie porzucenia przez rodziców, niezgoda na zaakceptowanie tożsamości ojca zbrodniarza, rozliczenie z jego pokoleniem, a nawet wątek klasowy. Pisali już o tym Martin Pollack, który analizował osobowość swego ojca esesmana, odpowiedzialnego za mordy Żydów na Wschodzie w czasie drugiej wojny (Śmierć w bunkrze), czarnoskóra wnuczka Amona Goetha, komendanta obozu koncentracyjnego w Płaszowie, która swojej książce o rodzinie daje podtytuł: „mój dziadek by mnie zastrzelił” (Jennifer Teege Amon). O wojennych stratach ludzi pracujących, wysyłanych na front w miejsce zamożnej klasy średniej pisał dużo Michael Herr w Depeszach poświęconych wojnie w Wietnamie.  Warto jednak pamiętać, że Moja Jugosławia mówi o wojnie, która zakończyła się w 1995 roku, a więc właściwie przedwczoraj. Tym samym jest to opowieść o naszej głupocie i ślepocie, o tym, że może ludzie się czegoś uczą, ale ludzkość już nie. Że ciągle powtarzają się te same historie, te same błędy, te same zbrodnie. Że nie ewoluujemy, co najwyżej zabijamy się coraz szybciej. I kolejne pokolenia muszą rozliczać się ze spadkiem po swoich rodzicach, budować jakąś alternatywną nić z przeszłością, gdy niemożliwe jest dziedziczenie, bo takiej schedy nikt nie chce przejmować. I kolejne pokolenie zadaje pytanie o przyczyny zła, o jego banalność i bezkarność. W takich momentach przypominam sobie hasło, które słyszałam na porodówce: „Rodzi się dużo chłopców, będzie wojna”. Niewiele innych, rzuconych luźno uwag, wywołuje we mnie podobne przerażenie. 
Czytaj więcej

Melodramat z rybą

Ołowiany żołnierzyk Jana Christiana Andersena kończy się melodramatycznie. W palenisku kominka mieszczańskiego domu służąca znajduje w garstce popiołu ołowiane serduszko. Cała bajka jest melodramatyczna. Tytułowy żołnierzyk od pierwszego wejrzenia pała miłością do papierowej tancerki. Uznał ją za właściwą dla siebie towarzyszkę życia, opierając się na mylnych przesłankach. Zauważył, a wykonywała właśnie arabeskę, że ma – podobnie jak on – tylko jedną nogę. Błąd osądu tego, co widzimy na własne oczy. Drugą błędną przesłanką, na której oparł się bohater bajki, jest to, że partnerzy życiowi mają być do siebie podobni. Może to mniemanie ukrywało poczucie, że nie jest atrakcyjny (z powodu tylko jednej nogi), a panienka z jedną nogą nie odrzuci go?  Miłość i zbieg okoliczności, a może diabelska interwencja (Andersen pozostawia czytelnikowi możliwość wyboru), powodują, że zakochany żołnierzyk wypada przez okno i po serii niebezpiecznych wydarzeń wraca do domu, z którego okna wypadł. Wraca w brzuchu ryby, która połknęła go po tym, jak przez rynsztok wpadł do kolektora, a potem do rzeki. Złowiona ryba znalazła się w kuchni rodziców właściciela żołnierzyka i tancerki. W niebezpiecznych sytuacjach żołnierzyk zachował wyprostowaną postawę, nie zdjął z ramienia karabinu i w ogóle był sztywny. Tak to ujmuje Andersen. Czy miał na myśli sztywność metalu, czy sztywność sposobów stawiania czoła przeciwnościom, nie wiadomo. Sposobem żołnierzyka było fantazjowanie, że gdyby ukochana jednonoga tancerka była przy nim, łatwiej byłoby mu zachować odwagę. Między wypadnięciem z okna a wydobyciem go przez kucharkę z rybich trzewi żołnierzyk stracił kolorowe farby, jakimi był pomalowany. Pozostał szary kolor ołowiu. Może dlatego właściciel wrzucił go do kominka? Wtedy papierowa tancerka sfrunęła w ślad za nim i spłonęła doszczętnie. Pozostały w popiele tylko zszarzałe, niegdyś złote, cekiny z jej szala. Z chłopca pozostało serce, z dziewczyny – nic. Kto kogo kochał? Czy on kochał ją, czy swoje fałszywe wyobrażenie o niej? Czy ona jego kochała, chociaż miał tylko jedną nogę? Czy odpowiedziała uczuciem na jego milczącą adorację w spojrzeniu, jakie ku niej kierował? Czy pokochali się nawzajem, a Zły nie mógł znieść miłości niezgodnej z naturą? Co to za miłość – jednonogi ołowiany żołnierz i papierowa tancerka?! Czy mogą stworzyć normalną, mieszczańską rodzinę? I czyje to było serce?  Może Zły nie przeszkodzi nikomu w przyrządzeniu znakomitej ryby według zaleceń Anthelme Brillat-Savarina. Smaczniejszej niż polewka z chleba i suszonych ryb, jadana według Karen Blixen w Danii.    TURBOT NA PARZE  jeden turbot jeden spory pęczek zielonej pietruszki 2 cebule świeże masło, sól Sprawionego turbota opłukać. Można zamiast turbota przyrządzić dwie flądry. Obraną cebulę pokroić w cienkie plastry. Pietruszkę dobrze wypłukać. W parowarze lub naczyniu do gotowania na parze (Brillat-Savarin użył sita postawionego na garnku z gotującą się wodą) wyścielić dno połową cebuli i połową pietruszki. Ułożyć rybę i przykryć pozostałą cebulą i pietruszką.  Gotować na parze od 15 do 20 minut, zależnie od wielkości ryby. Podawać otoczoną pietruszką i cebulą. Z ziemniakami z wody, masłem i solą.  
Czytaj więcej

Duch ma dość zwlekania

Siostry d’Aranyi, córki szefa budapesztańskiej policji, są trzy: pianistka i dwie skrzypaczki. Muzyczny talent mają we krwi – bratem ich babki był Joseph Joachim, jeden z najsłynniejszych skrzypków dziewiętnastego wieku. Koncertują w całej Europie, a kiedy wybuch pierwszej wojny światowej zastaje je w Anglii, postanawiają tam zostać.  Jelly od dawna kochała się bez pamięci w przystojnym australijskim wioślarzu olimpijskim i kompozytorze, który teraz walczy w szeregach angielskich w Gallipoli i nad Sommą. Kiedy ginie, szturmując na niemieckie okopy, młoda dziewczyna żegna go, grając na pogrzebie jego sonatę skrzypcową. Dziesięć dni później budzi się w środku nocy i słyszy te same dźwięki, grane niewprawną ręką, jakby niesione znad wielkiej wody. „Tak się ze mną pożegnał” – uznaje.  Jak wiele osób, które straciły bliskich w czasie wojny i epidemii hiszpanki, również Jelly d’Aranyi interesuje się spirytyzmem. W marcu 1933 r.  Hitler przejmuje władzę po spaleniu Reichstagu, a w Londynie siostry d’Aranyi spotykają się w eleganckim towarzystwie na seansie: siadają przy stoliku, rozkładają planszę z literami alfabetu, stawiają na niej odwróconą dnem do góry szklankę. Duch się odzywa i jest to kompozytor…, ale zupełnie inny. Sam Robert Schumann. Mówi, że napisał przed śmiercią nieznany nikomu koncert skrzypcowy, który został ukryty przed światem przez ciotecznego dziadka sióstr, Josepha Joachima. Duch Joachima pojawia się z kolei na następnym seansie i przyznaje, że owszem, koncert istnieje i jest przechowywany w Pruskiej Bibliotece Państwowej. D’Aranyi posyłają do Berlina swojego przyjaciela – okultystę i bywalca seansów – szwedzkiego barona, który potwierdza istnienie zaginionego koncertu w zbiorach biblioteki.  Równo osiemdziesiąt lat wcześniej, w roku 1853, Schumann z wolna popada w obłęd – dziś nie wiemy, co było przyczyną jego choroby. Czy pustoszący mózg syfilis, czy zatrucie rtęcią, którą syfilis wtedy leczono, czy schizofrenia, czy może nowotwór mózgu? Ale gdy w niespełna miesiąc komponuje swój koncert skrzypcowy, jedno z ostatnich wielkich dzieł, jest u progu załamania, które doprowadzi go do próby samobójstwa i ostatecznie śmierci w sanatorium dla psychicznie chorych.  Tworzy się wówczas wokół niego kółko młodszych o pokolenie ludzi: skrzypek Joachim, któremu dedykuje koncert, oraz jego przyjaciel Brahms (nieszczęśliwie zakochany w żonie mistrza). Biedny Schumann zapada jednak coraz głębiej w obłęd. Słyszy głosy zmarłych kolegów, Mendelssohna i Schuberta, które dyktują mu melodie „piękne i plugawe”. Notuje temat nucony przez zjawy i dopisuje do niego wariacje – nie pamięta już, że to melodia ze środkowej części niedawno skomponowanego koncertu skrzypcowego.  Kiedy przychodzi ostateczne załamanie i Schumann rzuca się do rzeki, Joachim uznaje, że dzieło mu zadedykowane jest produktem chorego umysłu, ponurym świadectwem duchowego wyczerpania. Mistrz umiera, a osierocone kółko postanawia, żeby koncertu skrzypcowego, świadectwa obłędu, nie wydawać w Dziełach zebranych i ukryć je na zawsze przed publiką. Pół wieku później, w roku 1907, Joachim umiera, a w testamencie zastrzega, żeby koncertu nie wykonywać, zanim od śmierci autora nie upłynie okrągłe stulecie. Rodzina sprzedaje pozostałe po nim archiwum Pruskiej Bibliotece Państwowej. I tu pojawiają się siostry d’Aranyi oraz ich londyńskie seanse, na których duch Schumanna oświadcza, że ma dość zwlekania z przedstawieniem dzieła całemu światu. Przez kilka lat trwają przepychanki, kto wykona koncert po raz pierwszy: nazistowskie Niemcy, które mają prawa autorskie do utworu, uważają, że prawykonanie powinno odbyć się w ojczyźnie kompozytora (zwłaszcza że z repertuaru wypadł właśnie – jako niearyjski – powszechnie lubiany koncert skrzypcowy Mendelssohna). W Stanach chcieliby go wykonać Amerykanin Yehudi Menuhin i francuski dyrygent Vladimir Golschmann – obaj synowie żydowskich imigrantów z carskiej Rosji, co nazistów oczywiście nie cieszy. W Londynie wreszcie przy swoim prawie upiera się Jelly d’Aranyi, bo to ona osobiście dostała polecenie od ducha. Ostatecznie na przełomie 1937 i 1938 roku w czasie jednego kwartału zostają spełnione życzenia wszystkich stron: najpierw grają Aryjczycy w Berlinie, potem Żydzi w Nowym Jorku, a na końcu Węgierka w Londynie. Ale tym razem w obłęd osuwa się cała Europa i ludzie mają na głowie inne rzeczy niż odnalezione arcydzieło. Wojna niebawem zmiecie i berlińską filharmonię, i londyński Queen’s Hall, za to kruchy i łatwopalny rękopis Schumanna przetrwa ich kamienie i marmury. 
Czytaj więcej

Życie ze stwardnieniem rozsianym. Adaptacja osób dotkniętych chorobą do życia małżeńs...

Każda choroba nosi znamiona sytuacji trudnej. Pozbawia osobę możliwości naturalnego zaspokajania swoich potrzeb. Niejednokrotnie zmusza do reorganizacji dotychczasowego sposobu postrzegania siebie, życia, planów, celów, jakie sobie stawia. Stwardnienie rozsiane jest jednak chorobą szczególną. Jej specyfika wiąże się przede wszystkim z  postępującym, nieodwracalnym charakterem, nieprzewidywalnym dla dotkniętej nią osoby przebiegiem oraz często nieswoistymi objawami. Rozpowszechnione są przekonania, że diagnoza stwardnienia rozsianego brzmi jak wyrok skazujący na niepełnosprawność, całkowitą zależność od innych osób, uwięzienie we własnym mieszkaniu (często na górnych piętrach bloków bez windy). Te i inne czynniki kreują trudną sytuację osób chorych na stwardnienie rozsiane. Jak sobie z nią radzą? Czy potrafią przystosować się do życia ze stwardnieniem rozsianym? Jak funkcjonują w małżeństwie, rodzinie, życiu towarzyskim i zawodowym? Celem niniejszej publikacji jest udzielenie odpowiedzi na te pytania. Szczegółowe informacje: https://bit.ly/2N4lIoZ  
Czytaj więcej

Czuj się Pan obrażony…

Tytuł tego eseju jest modyfikacją porady „grzecznościowej” wziętej z Kodeksu honorowego Władysława Boziewicza z lat międzywojennych1. W oryginale chodzi o sytuację nie tyle obrażania, co policzkowania. Bywają bowiem takie sytuacje, w których jeden z panów ma chęć spoliczkowania innego pana, wszakże dystans towarzyski jest na tyle wielki, że ten pierwszy zastępuje gest słowami.  Czytelnikowi należą się tu wyjaśnienia. Po pierwsze nie dotyczy to pań, czyli dam. Panie nie mogły dochodzić swoich praw honorowych, w szczególności naruszenia ich godności. W ich imieniu mogli występować tylko panowie – ten, kto nie stanął w obronie towarzyszącej mu damy, tracił miano człowieka honoru. Po drugie kwestia posiadania praw honorowych bywała wielce skomplikowana. Jeśli jest się człowiekiem honoru, to nie można się poczuć obrażonym przez osobę, która honoru nie posiada.  Są w każdym języku słowa, za pomocą których nazywa się rzeczy i które tworzą rzeczy2. Słowem można nie tylko przepraszać, ale też nadać imię (ochrzcić), można złożyć ślubowanie albo przysięgę, można komuś wymierzyć karę (skazać), można o coś poprosić (złożyć prośbę) i tak dalej. Bo przecież słowa służą nie tylko temu, aby coś komuś powiedzieć, poinformować kogoś. Kiedy mówimy (w terminologii Austinowskiej: używamy aktów mowy) właśnie coś robimy. Tu mieszczą się także te nasze słowa, którymi obrażamy (czynimy obrazę).  Obrazić można, co prawda, także gestem, pozostańmy jednak przy słowach, zwłaszcza tych, za pomocą których tworzymy rzeczy. Natrafiamy tu jednak na swoisty paradoks: słowem obrażam (niniejszym cię obrażam) nie można nikogo obrazić. Inaczej jest ze słowami przepraszam, proszę, dziękuję, nadaję ci imię, skazuję cię na, obiecuję, przysięgam itp. Stosując je, dokonuję pewnej ekspiacji, proszę o coś, np. wybaczenie niezręczności czy wręcz grubiaństwa.  Wróćmy teraz do obrażania. Już powiedziałem, że słowo obrażam nie obraża. Aby więc kogoś obrazić, muszą być spełnione także inne warunki. Po stronie obrażającego wcale nie musi być odpowiedni zamiar, intencja obrażenia. Pojawia się tu kolejne pytanie: kto o tym rozstrzyga: obrażający, obrażany czy obserwator. Oto przykład literacki: na zakończenie Wielkiej Improwizacji Konrad chce bluźnić: nazwać Boga carem. Tylko w bardzo szczególnych sytuacjach słowo car bywa interpretowane jako obraźliwe.  Inny przykład – szkolny. Rozsądny nauczyciel historii nazywany – ze względu na srogość – Iwanem Groźnym oczywiście się nie obrazi, bowiem uczniowie nie są równi pozycji nauczyciela. Ten drugi przykład ma długą tradycję: aby mnie ktoś obraził, musiałby mieć pozycję towarzyską co najmniej równą mojej albo wyższą. Przejdźmy teraz do obrażania się, czyli sytuacji, w której jestem skłonny powiedzieć, że czuję się obrażony słowem, które zostało w moim kierunku wypowiedziane. Również i tu pojawiają się językowe komplikacje. Bywają słowa traktowane jako obraźliwe  eo ipso, czyli same przez się. Oczywiście nie zamierzam tu wyliczać wszystkich takich. Zamiast tego przytoczę przykład autentyczny. Podczas zabawy w dyskotece ze strony mężczyzny (chłopca?) pada komplement (sic!): Fajna z ciebie dupa z ryja. Dziewczyna obdarzona tym komplementem rozumie, że jej twarz podoba się partnerowi rozmowy. Oboje posługują się bowiem tym samym rejestrem polszczyzny, w którym słowo dupa to określenie dziewczyny (kobiety?), a słowo ryj znaczy twarz. Nie ma powodu do obrażania się. Choć w sytuacji używania przez rozmówców różnych rejestrów (niskiego vs. wysokiego) mogłoby dojść wręcz do skandalu.  I przykład drugi, też autentyczny. Rada Języka Polskiego zmagała się przez ostatnich kilka miesięcy z pytaniem, czy słowo Murzyn może być uznawane za obraźliwe. Okazało się, że jest tu rozbieżność między przeciętnymi, raczej w średnim i starszym wieku, użytkownikami polszczyzny a ciemnoskórymi naszymi współobywatelami. Od dawna już podobne kontrowersje dotyczą nazwy Cygan, którą proponuje się zastąpić słowem Rom. Słów (ale i gestów), które mogą być odbierane i odczuwane jako obraźliwe można wskazać bardzo wiele. Występują one w różnych dziedzinach: w kontaktach z kobietami, które mogą oczekiwać tzw. feminatywów; w sytuacjach politycznych, gdzie można (się) obrażać słowami typu: liberał, komunista, lewicowiec itp.; w rozmowach o niepełnosprawnościach cielesnych (np. kaleka, ślepy) lub umysłowych (np. idiota, debil), w rozmowach o wieku tzw. seniorów (ale nie starców i staruszek!). Zresztą nie sposób podać jednoznacznego kryterium, które słowa są, a które nie są obraźliwe. Wyżej podałem przykład komplementu (sic!), który brzmi jak obelga. Na pewno nie potrafią takiej listy sporządzić językoznawcy. Natomiast Prezydium Sejmu Rzeczypospolitej uznało, że gest środkowego palca pokazanego posłom obraźliwy nie jest, podobnie jak słowa zdradzieckie mordy. Ale nie jest to decyzja przekonująca kogokolwiek. Bo o tym, co kogoś obraża, decyduje obrażany, który wszakże może się unieść honorem i nie musi się poczuć obrażony. I wtedy obrażający poniesie fiasko. Doprowadziliśmy do wyrafinowania zasad honorowych i grzecznościowych, wprowadziliśmy prawidła politycznej poprawności i uwikłaliśmy się w rozliczne potencjalne konflikty towarzyskie. Wróćmy na koniec do przywoływanego wyżej kodeksu Władysława Boziewicza. Oto wyjęty stamtąd art. 15: „Do wyrządzenia obrazy nie potrzeba zamiaru obrażenia. Sam fakt rozstrzyga. Jednakowoż zupełnie inaczej odpowiada obrażający przypadkowo, bez zamiaru, a inaczej obrażający z premedytacją”.  Sapienti sat (mądremu wystarczy).     Władysław Boziewicz, Polski kodeks honorowy. Reprint Ossolineum, Wrocław 1990. J.L. Austin wygłosił i wydał cykl wykładów zatytułowanych w oryginale How to Do Things with Words. W polskim tłumaczeniu Bohdana Chwedeńczuka ten tytuł brzmi Jak działać słowami, [w:] J.L. Austin, Mówienie i poznawanie, PWN, Warszawa 1993, s. 545–708.
Czytaj więcej

Biedy i bogactwo samotności. Studium psychologiczne

Poczucie samotności jest osobistym doświadczeniem, które zapewne nie omija nikogo. Istotne jest jednak to, że w pewnych sytuacjach może stać się groźniejsze niż stres, ponieważ jej przeżywanie chroniczne przeorganizowuje pracę mózgu w podobny sposób, jak to się dzieje w stanach przewlekłego bólu fizycznego czy głodu. Jak dowodzą badania empiryczne, poczucie samotności jest zwykle stałym komponentem obniżonego dobrostanu psychicznego i fizycznego prowadzącym m.in. do wzrostu ciśnienia krwi, spadku odporności immunologicznej, powikłań powiązanych z chorobą już istniejącą, zaburzeń zdrowia psychicznego, a nawet krótszego życia. Autorka podkreśla uniwersalność i powszechność tego problemu, a jednocześnie na osobisty jego wymiar. Analizuje współczesne cywilizacyjno-kulturowe przyczyny samotności społecznej oraz znaczenie fenomenu samotności charakterologicznej. Wiele miejsca poświęca psychopatologii samotności w kontekście funkcjonowania rodzin problemowych i dysfunkcyjnych, a także problematyce traumatyzującego się rozwoju psychicznego dzieci i młodzieży. Zwraca uwagę na udział komponentów doświadczania samotności w problemach neurorozwojowych, w spektrum depresyjnym, wybranych grupach uzależnień, chorobach przewlekłych. Szczegółowe informacje: https://bit.ly/2XyQxE4  
Czytaj więcej