Rozmowa z Karoliną Cwaliną-Stępniak

O tym, że wszystko zaczyna się w głowie, przekonywała już w jednej ze swoich książek. Teraz podkreśla, że zaczyna się tam również „sexy”. O samoakceptacji, samoświadomości oaz seksualności w rozmowie z Karoliną Cwaliną-Stępniak.
Czytaj więcej

Sexy zaczyna się w głowie – przeczytaj fragment książki!

Cześć! Tu Karola i Paula. Oddajemy w twoje ręce naszą kolejną wspólną książkę. O czym tym razem piszemy? O ważnych, według nas kluczowych wręcz, sprawach, które nas na co dzień zajmują, które przewijają się w naszej pracy. Po pierwsze więc samoakceptacja, bez które ciężko funkcjonować właściwie w każdej dziedzinie życia. Nie musimy siebie od razu kochać, ale warto siebie szanować, postarać się jakoś ze sobą dogadać, by nie być na nieustającej wojennej ścieżce ze sobą i własnym ciałem. Co dalej? Samoświadomość! Ta przydaje się nie tylko w życiu prywatny, lecz także w zawodowym. To sztuka odkrywania i słuchania własnych potrzeb oraz podążania za nimi. I w końcu seksualność – dziedzina, nad którą często nie pracujemy, a której rozwój pozytywnie wpływa na nasze samopoczucie i inne obszary życia. W książce „Sexy zaczyna się w głowie” znajdziesz wiele cennych rad od ekspertek, które zaprosiłyśmy do podzielenia się wiedzą i doświadczeniem. Przeczytasz historie z życia wzięte o pracy nad samoakceptacją, samoświadomością, seksualnością. Nie zabraknie też praktycznych ćwiczeń. Mamy nadzieję, że dostarczymy ci nie tylko wiedzy czy narzędzi, lecz także rozrywki. Że poczujesz chęć do zrobienia czegoś dla siebie, wygospodarowania przestrzeni na swoje potrzeby, przyjrzysz się im uważniej. Powodzenia! Ach! I jeszcze kilka słów o nas. Zwłaszcza dla tych osób, które nie miały okazji nas wcześniej poznać. Jesteśmy wybuchowym duetem o często skrajnie różnych poglądach, ale dlatego właśnie się lubimy i cenimy, bo jesteśmy otwarte na dialog, na wymianę myśli i uwielbiamy, kiedy iskrzy! Pobierz fragment książki tutaj Karolina Cwalina (@sexyzaczynasiewglowie) Jestem certyfikowanym coachem i mentorką. Uwielbiam pracować z klientkami i klientami, indywidualnie, czy też grupowo oraz pomagać im rozwijać swój potencjał i wspierać na drodze dążenia do sukcesów. Od jakiegoś czasu jestem też częścią teamu stojącego za aplikacją webową HER Impact – świetnej platformy, która dostarcza cennej wiedzy kobietom, by w ten sposób wspierać je na rynku pracy i wyrównywać ich szanse, zwłaszcza tych młodych, stawiających pierwsze kroki na swojej ścieżce zawodowej. Na swoim koncie mam kilka książek, w tym bestsellerowe „Wszystko zaczyna się w głowie. Planuj, działaj, nie marudź”, w której opowiadam swoją osobistą historię o dochodzeniu do tego, co dla mnie ważne prywatnie i zawodowo. Zachęcam też do oglądania mojego programu #girlTALK na YouTubie (konto Karolina Cwalina), słuchania moich podcastów oraz czytania wielu artykułów, w których się dzielę swoimi doświadczeniami oraz merytoryczną wiedzą z zakresu rozwoju osobistego! Paulina Klepacz (@paulina_klepacz) Jestem feministką, dziennikarką i propagatorką ciałopozytywności oraz sekspozytywności. Uwielbiam mówić o seksualności, zwłaszcza kobiecej, obalać kolejne tabu i stereotypy, zachęcać ludzi do poszukiwania przyjemności na własną rękę. Na co dzień jestem przede wszystkim redaktorką naczelną feministyczno-erotycznego magazynu „G’rls ROOM”, współpracuję też z takimi tytułami jak Glamour.pl czy Vogue.pl. Swego czasu napisałam powieść „Daj mi więcej”, potem z Karoliną książkę „#girlstalk” a z Aleksandrą Nowak „Cipkonotes”. Nagrywam też podkast „SamoMIŁOŚĆ”. Informacje szczegółowe o książce: Data premiery: 14 października Liczba stron: 240 Oprawa: miękka Format: 165x220 Link do strony, gdzie można kupić książkę: https://sensus.pl/ksiazki/sexy-zaczyna-sie-w-glowie-samoakceptacja-samoswiadomosc-seksualnosc-karolina-cwalina-stepniak-paulina-klepacz,sexyza.htm#format/d
Czytaj więcej

Mieć czy być kulturalnie

Cały ten Bauhaus Wystawa, która umożliwia odkrywanie wielu proponowanych przez Bauhaus szczegółowych koncepcji i rozwiązań na rzecz nowoczesnego podejścia do architektury, malarstwa, sztuk scenicznych i przedmiotów codziennego użytku. Bauhaus obecnie może nie wydawać się nadzwyczajny. Wystawa ma szansę przypomnieć, jakie odcisnął piętno na architekturze i sztuce XX wieku, a także jak silny był jego wpływ na współczesną praktykę społeczną, przestrzeń społeczną oraz projektowanie. Dyskusyjny czy nie, Bauhaus jako nurt zorientowany na człowieka wszedł do naszej codzienności w postaci dobrze nam znanych kształtów i form. Organizatorzy: ifa – Institut für Auslandsbeziehungen,  Stuttgart, Niemcy i Muzeum Architektury we Wrocławiu  Muzeum Architektury we Wrocławiu wystawa do 29 listopada 2020 MFF Nowe Horyzonty z American Film Festival MFF NH jest festiwalem wizjonerów, artystów, którzy wybierają mniej popularne w kinie ścieżki. Festiwal przybliża kinematografie rzadko obecne w regularnej dystrybucji. Ważnym punktem w programie festiwalu są filmy artystów wizualnych, filmy eksperymentalne oraz dzieła twórców eksplorujących obszar non-fiction. W tym roku NH/AFF przyjmuje formę hybrydową: część filmów będzie można obejrzeć online korzystając ze specjalnej, nowohoryzontowej platformy. Do wirtualnej sali trafi ok. 50% wszystkich festiwalowych filmów – w zdecydowanej większości tytuły, które nie będą miały późniejszej dystrybucji w Polsce.   20. MFF Nowe Horyzonty i 11. American Film Festival  Wrocław 5–15 listopada 2020 Wieczór w raju Premierowy w polskim przekładzie pośmiertny tom autorki, która ma reputację jednej z najlepszych pisarek opowiadań XX wieku. Jej proza w centrum zainteresowania stawia kobiety. Jest oszczędna, sugestywna, osobista, wprawia w zakłopotanie. Tytuł zbioru jest zwodniczy, nie ma nic wspólnego z rajem. Bliżej mu jest do serii mikrokatastrof, które nie ograniczają się do wieczorów, a mogą wydarzyć się zawsze. Lucia Berlin: Wieczór w raju Wydawnictwa W.A.B. premiera: 28 października 2020 Sąsiadki Antologia wierszy 10 czeskich poetek, które debiutowały w ostatniej dekadzie, zawiera kilkadziesiąt utworów o różnej stylistyce. Jest tym samym najszerszą jak dotąd na polskim rynku wydawniczym prezentacją rosnącej w siłę pozycji kobiet na czeskiej scenie poetyckiej. Za wyborem i tłumaczeniem antologii stoi Zofia Bałdyga. Propozycja niszowa, pozbawiona patosu i jak zapewnia wydawnictwo, wyjątkowa. Sąsiadki. 10 poetek czeskich Wybór i przekład: Zofia Bałdyga Wydawnictwo Warstwy premiera: 12 października 2020 Mikromusic promuje najnowszą płytę pt. „Kraksa” podczas koncertów w Polsce, m.in. 6.11 w Łodzi, 8.11 w Gdańsku, 13.11 w Zielonej Górze.   Mikromusic: Natalia Grosiak i Dawid Korbaczyński o Kraksie, miłości i o tym, co mogą dać nam wdzięczność i pokora. AG: Jesteśmy ciekawi Kraksy: bohaterki i płyty. Natalia: Kraksa to sunia, która była z zespołem od samego początku. We wrześniu minęło dokładnie piętnaście lat, od kiedy ją adoptowałam. I wtedy również z Mikromusic wydaliśmy pierwszą płytę. Kraksa była obecna w życiu zespołu i w rozwoju Mikromusic. Można powiedzieć, że nagrywała z nami prawie wszystkie płyty. Jeździła z nami do studia, na koncerty, czasami wychodziła w czasie bisu na scenę. Jej ulubionym miejscem była centrala perkusji i w ogóle jej nie przeszkadzał hałas. Jeździła ze mną na wywiady, była w niejednym wspaniałym hotelu, poznała wielu dziennikarzy, artystów – po prostu światowa dziewczyna! Możliwe, że ta płyta to jest podsumowanie tych piętnastu lat. Opowiada o moim rozwoju i o tym, co było i jest obecnie, i jaki jest owoc przeszłości. Jest wyrazem wdzięczności dla Kraksy za to, że była ze mną przez tyle lat. Jest też niestety pożegnaniem. Wdzięczność i pokora to tematylistopadowego wydania - czym są dla Was? Natalia: Bardzo ciężko w sobie wypracować wdzięczność. Nie umiemy być wdzięczni za to, co mamy. Niezwykle trudno nam dostrzec, że to, co mamy, wystarczy, więc wdzięczność nie przychodzi tak łatwo. Mam dwie córki. Kiedy obydwie dostają ten sam prezent, jedna mówi: „Tylko tyle?”, a druga odpowiada: „Dziękuję, to wspaniały prezent”. Niektórzy rodzą się z poczuciem wdzięczności, a niektórzy muszą się jej nauczyć.Co do pokory – bardzo łączy się z wdzięcznością. Jeżeli mam w sobie pokorę, łatwiej pogodzić się z zastaną sytuacją, mieć zgodę na siebie i na to, że nie możemy zmienić świata. Jedyne, co możemy zmienić, to siebie. A zmieniając siebie, możemy jednak mieć pewien wpływ na najbliższe otoczenie… i wtedy przychodzi wdzięczność. Wtedy świat z naszej perspektywy zmienia się na lepsze. Dawid: Pokora jest też w moim odczuciu podstawą wszelkiego rozwoju. Jeżeli się nie szanuje wcześniejszych dokonań, bardzo trudno się rozwinąć w jakiejkolwiek dziedzinie. Więc pokora nie musi być zagrożeniem dla ego. Jest dla mnie świadomość, że są ode mnie lepsi i mądrość korzystania z ich dorobku. W „Operacji na otwartym sercu” słyszymy: Miłość – nie wychodzimy z niej bez szwanku. Czy każda kończy się kraksą? Natalia: Śpiewam, myśląc o sobie, czy bez szwanku ją przeżyję. Jest to piosenka o miłości toksycznej, z której bardzo trudno się wychodzi. Opowiada o tym, jak ludzie kochają się, ale nie potrafią ze sobą być. Wzajemne ranienie się w relacji jest bardzo destrukcyjne. W miłość toksyczną wchodzimy czasami z czystym sercem i zdrowymi intencjami, ale osoby, z którymi się wiążemy, są tak poranione, że nie potrafią być w normalnym związku i kochać tak po prostu.  
Czytaj więcej

Książka na jesień

  Wiesław Łukaszewski, Niewielka suma szczęścia Smak Słowa, Sopot 2020 Książka stanowi zbiór tekstów w większości publikowanych przez kilkanaście lat w „Charakterach”. Niewielka suma szczęścia to książka o nas. O naszych radościach i smutkach, o sukcesach, porażkach i troskach. O naszych związkach z innymi ludźmi, ale też o związku, jaki łączy nas z kimś dla nas najważniejszym – z naszym Ja. Niewielka suma szczęścia to również książka dla nas. Bo choć nasze życie staje się coraz łatwiejsze, coraz trudniej nam jednak odnaleźć właściwe ścieżki. Wszystko się zmienia w zawrotnym tempie, brakuje nam czytelnych drogowskazów, a nowych wyzwań pojawia się aż nadto. Jak w tym gąszczu poskładać w sensowną całość okruchy własnego szczęścia? Ta książka nie jest poradnikiem. Nie oferuje ani szczęścia, ani dobrych rad, jak je osiągnąć w dziesięć minut. Przypomina jednak o naszym bogactwie – o myśleniu, które nie zna żadnych granic, i o wyobraźni, która też nie ma kresu.   Adam Kucharski, Perfekcyjny zakład. Jak nauka i matematyka pozbawiają hazard ślepego szczęścia  Wydawnictwo Relacja,  Warszawa 2020 Premiera książki  14 października 2020 Jak przechytrzyć Los, Fortunę, przypadek, szczęście, traf? Innymi słowy: jak obstawiać, żeby wygrywać? Przez ostatnie 500 lat hazardziści, wspierani przez matematyków i naukowców, próbowali złamać system i znaleźć na to skuteczny sposób. Twierdza wydawała się nie do zdobycia. W Perfekcyjnym zakładzie Adam Kucharski opowiada zadziwiającą historię o tym, w jaki sposób udało się ją zdobyć ekspertom, a przy okazji zrewolucjonizować naukę i matematykę. Co więcej, pokazuje, że poszukiwanie „perfekcyjnego zakładu” stało się kluczowe dla naukowej pogoni za lepszym światem. Razem z autorem odwiedzimy luksusowe kasyna w Las Vegas, zajrzymy w karty pokerzystom i dowiemy się, co może pocieszyć przegranych.  Adam Kucharski jest matematykiem i epidemiologiem, autorem bestsellerowej książki Prawa epidemii i laureatem wielu prestiżowych nagród dla popularyzatorów nauki.   Aija Mayrock, Przemoc. Podręcznik przetrwania dla nastolatków, przekład: Jowita Maksymowicz-Hamann Mamania, Warszawa 2020 Premiera książki 30 września 2020 roku Czy wiesz, że ponad połowa uczniów ma za sobą doświadczenie przemocy rówieśniczej? Ta książka to pomocna dłoń osoby, która przetrwała trudne lata prześladowania w szkole, a teraz postanowiła pomóc innym. Aija Mayrock pisze, jak poradzić sobie z nękaniem i internetowym hejtem. Pokazuje również, jak skutecznie poprosić o pomoc, aby przestać w samotności zmagać się z prześladowaniem. Doświadczyła prześladowania na własnej skórze, dostawała maile pełne nienawiści i groźby śmierci od osób, których nawet nie spotkała. Zamiast pozwolić, żeby te doświadczenia ją złamały, skupiła swoją dobrą energię na pisaniu i napisała poradnik dla wszystkich, którzy zmagają się z przemocą w szkole i poza nią. W poruszającej opowieści o swoich trudnych doświadczeniach dzieli się strategiami, które pomogły jej przetrwać i rozkwitnąć.   Mary Lou Longworth, Tajemnica odnalezionego płótna Cezanne’a, przekład: Małgorzata Trzebiatowska seria: Verlaque i Bonnet na tropie Smak Słowa, Sopot 2020 Premiera książki październik 2020 Przyjaciel z klubu palaczy cygar prosi Antoine’a, by wybrał się z nim do mieszkania René Rouqueta, emerytowanego listonosza, który znalazł u siebie zwinięte płótno. Ponieważ jego mieszkanie należało kiedyś do Paula Cézanne’a, Rouquet jest przekonany, że trafił na skarb. Ale kiedy Antoine przybywa na miejsce, okazuje się, że René nie żyje, płótno zaginęło, a nad ciałem stoi tajemnicza profesor historii sztuki. Odnalezienie płótna nie rozwiązuje zagadki. Zarówno faktura, jak i kolory na obrazie wskazują na Cézanne’a. Lecz kim jest ta uśmiechająca się modelka? To z pewnością nie ponura Mme Cézanne. Kto zabił René? Kto ukradł płótno? I do czego jest w stanie się posunąć, by je odzyskać? Kradzieże dzieł sztuki to gorący temat w świecie zagadek kryminalnych, ale nikt nie odmalowuje rabunku tak sugestywnie, jak M. L. Longworth. „Kirkus Reviews” Urzekające… Uroczy mieszkańcy Aix-en-Provence dodają wdzięku tej wielobarwnej historii. „Library Journal” Lektura obowiązkowa dla wielbicieli kryminałów, którzy kochają sztukę. „Booklist”
Czytaj więcej

Mityczne dzieciobójczynie

W Ameryce Środkowej od czasów przed Kolumbem i konkwistą opowiadają o biało odzianej kobiecie, która nieustannie zanosi się głośnym płaczem. La Llorona, Łkająca, trzyma się rzek i wciąga do wody dzieci. Prekolumbijska legenda przypisuje jej wielką urodę. Dla piękności wybrać ją miał pewien szlachcic. Mieli dwóch synów. Mężczyzna ów przestał się interesować ich matką. Skupił uwagę na synach i na nowej pięknej kobiecie. Poruszona tym Łkająca utopiła dzieci w rzece. Sama znalazła także śmierć w jej nurcie. Los każe jej szukać dusz utopionych synów.  Dzieciobójstwo, a także rozszerzone samobójstwo, rzadko są przedmiotem legend i bajek. W baśniach matka jest zazwyczaj samym dobrem i poświęceniem. Tą złą jest macocha. W tradycji europejskiej istnieje mit dzieciobójczyni Medei. Kobiety, która wybrała mężczyznę i wyjechała z nim do jego ojczyzny. Podobnie jak Łkająca urodziła dwóch synów. Także została porzucona dla młodszej i także zabiła synów. Nie popełniła samobójstwa. Odleciała rydwanem ciągnionym przez smoki. Poleciała do innego kraju i wybrała nowego, również wpływowego mężczyznę. W końcu wróciła do ojczyzny, żeby w niej panować. Jest i taka wersja, która mówi o jej powrocie do pierwszego wybranego mężczyzny, do ojca zamordowanych dzieci.  Inaczej niż La Llorona, prosta wieśniaczka, Medea była nie tylko córką króla, ale także wtajemniczoną (dzisiaj powiedzielibyśmy – wykształconą) kapłanką. Nie przestrzegała norm moralnych obowiązujących zwykłych ludzi. Mit nie mówi o żadnej karze, która by ją spotkała. Łkającą spotkała kara wiekuistego płaczu. Obie piękne mityczne kobiety, La Lloronę i Medeę, boleśnie dotknęło porzucenie przez mężczyzn. Obie zabiły swoje dzieci. Medea – kobieta zdecydowana, aktywna, to ona wybiera i nie cofa się przed niczym w drodze do celu. Łkająca zaś jest bierna i to ona jest wybierana, a w obliczu opuszczenia – bezradna. Kobiecość Medei jest odległa od wzoru kobiecości niesionego przez ideę, którą zwolennicy wiążą z tradycyjnymi wartościami europejskimi. Te uosabia raczej Łkająca, zwłaszcza w biernym podporządkowaniu się mężczyźnie. Ale to ona popełnia samobójstwo i ona ponosi karę. Nie wiemy, co jedzono w Ameryce ani w Grecji, w czasie, kiedy powstawały te mityczne opowieści. Możemy tylko przypuszczać, że podstawą pożywienia było ziarno. Jęczmień na Bałkanach. Kukurydza i amarantus w Ameryce. Gotowane papki i pieczone na kamieniach placki. Pewnie mało przypominały tortille, jakie znamy. Sięgnijmy może do rodzimej tradycji, tym razem wielkopolskiej, i uraczmy się parzybrodą.    PARZYBRODA 1/2 litra świeżej fasoli „Biały Jaś” 1/2 litra grubo pokrojonej kapusty włoskiej  1 szt. pokrojonej w kostkę cebuli 1 litr bulionu  do smaku sól i pieprz masło lub skwarki z boczku Kapustę trzeba pokroić w paski centymetrowe. Można je skrócić do 5 centymetrów. Ułatwia to jedzenie, choć pozbawia potrawę mocy chlapania po brodzie jedzącego, a to dało zupie nazwę. Cebulę posolić, po pół godzinie odcisnąć. Fasolę zalać bulionem i zagotować.  Po 15 minutach dodać kapustę i cebulę. Gotować ma małym ogniu do miękkości fasoli. Doprawić solą i obficie pieprzem. Ostrość świeżego pieprzu jest dla tej zupy ważna. Na talerzu dodać łyżeczkę masła lub usmażonego boczku.  
Czytaj więcej

Czarny sierpień

Możemy sobie żyć w nowoczesnych wnętrzach i mieć w kieszeni telefon-komputerek, który ma taką moc obliczeniową, jak całe NASA w momencie wysłania człowieka na Księżyc, ale kiedy przychodzi do spraw podstawowych, dotykających samej istoty człowieczeństwa, nadal zachowujemy się jak mieszkańcy średniowiecznego miasteczka: dowiadujemy się o czymś, lecimy na fejsowy rynek i, łapiąc ludzi za guzik, podekscytowanym tonem mówimy im: „Słyszeliście, że burmistrz nie żyje?”. Ta gorliwość, ten pośpiech, żeby być pierwszym, który przynosi wieści na placyk, skutkuje potem lawinowymi pomyłkami. Byle plotka, że zmarł ktoś, kto w rzeczywistości ma się znakomicie, niesie się po mediach społecznościowych jak pożar i potem niedoszły nieboszczyk musi prostować jak Mark Twain: „Wiadomości o mojej śmierci są mocno przesadzone”. Bywa też i odwrotnie: po paru latach – zwykle w rocznicę śmierci – ktoś znajduje post, że zmarł znany pisarz i nagle wzruszeni czytelnicy udostępniają ze łzawymi emotikonami informację, że Umberto Eco odszedł do wieczności, bo zdążyli już zapomnieć, że nie żyje od lat czterech. Przy czym nie mówię tu o powiadamianiu o śmierci bliskich – to normalne, że rodzina, przyjaciele, znajomi informują się wzajemnie, że schodzą się wirtualnie, wirtualnie głaszczą po plecach, wirtualnie ściskają i podają chusteczki. Nie chodzi mi o śmierć sław, których nie znaliśmy osobiście; pół biedy, jeśli czytaliśmy ich książki, oglądaliśmy ich role, słuchaliśmy ich muzyki, ale często to tylko ktoś, o kim wiemy, że był znany, i tyle. A jednak potrzeba wklejki jest niepowstrzymana. Sierpień 2020 r. kosił obficie, w kilka dni fejsa i portale internetowe zalały czarne zdjęcia Marii Janion i Józefy Hennelowej, Wojciecha Karpińskiego, Andrzeja Walickiego, Henryka Wujca, Ewy Demarczyk i Piotra Szczepanika, ludzi o rozmaitych biografiach i talentach, wszystkich jednak w swoich dziedzinach słynnych i zasłużonych. A pod zdjęciami trwało rytualne rozrywanie szat w duchu „koniec epoki”, a nawet „koniec świata”: ostatni giganci odeszli, zostaliśmy sami.  Jest to ogromnie popularne i tyleż niemądre – wynika bowiem z błędu optyki: ludzie wielkiego formatu umierają ogromni, ale rodzą się malutcy. Nikt poza najbliższą rodziną nie świętował narodzin Marysi Janion, gazety milczały o przyjściu na świat Ewuni Demarczyk czy Henryczka, syna państwa Wujców ze wsi Podlesie pod Biłgorajem. Zabrakło wtedy ekscytującej plotki „wielcy do nas przychodzą.” Żadnej supernowej betlejemskiej, żadnych królów z darami.  Wielcy rosną na naszych oczach. Z raczkujących – olimpijczycy, z zahukanych – bohaterowie, z nieumiejących pisać – nobliści, z młodych obiecujących – starzy i uznani. Obserwowanie rozwoju ludzi jest wspaniałym, rozciągniętym na lata spektaklem, w którym wszyscy możemy brać po trosze udział. Kiedy myślę o tych sierpniowych zmarłych, którzy mieli wszyscy co najmniej pod osiemdziesiątkę, a bywa, że i po dziewięćdziesiątce – to myślę też, że pochodzili ze straszliwie przetrzebionego przez wojnę pokolenia. Wydostali się spod walca, który rozjechał jedną szóstą polskiego społeczeństwa, a resztę mniej czy bardziej okaleczył. Jedni z nich byli mi bliżsi, inni dalsi. Jednych słuchałem i czytałem z drżącym sercem, innych – nie, ale jestem wdzięczny, że wyszli z tej pożogi i ich losy tak się potoczyły, że mogli się tak pięknie rozwinąć, zostawiając nam swój dorobek. Również w sierpniu kule dosięgły Lorcę, w innym sierpniu – Kramsztyka, w kolejnym – Baczyńskiego. Tyle, że skosiły ich na początku drogi, z ich twórczości zostaliśmy wszyscy ograbieni. Podobnie jak z twórczości milionów wymordowanych w tamtej wojnie dzieci, których nazwiska nic nam nie mówią. Sam Holokaust pochłonął półtora miliona dziecięcych ofiar i nie wiemy, jakie wynalazki, leki, książki, melodie czy sportowe rekordy zostały wraz z nimi bez śladu wymazane z naszej wspólnej historii.  A ci przetrwali, przeżyli długie i pełne doświadczeń życia. Tworzyli znakomite dzieła i popełniali błędy, uczyli nas i samych siebie, czasem nas zachwycali, czasem irytowali, zostawili jednak po sobie trwałe ślady. Nie jest to powód do smutku, ale do wdzięczności: z takimi oto ludźmi zasiedliśmy do życia, mogliśmy na nich patrzeć, słuchać i z nimi rozmawiać. Cóż to była za radość, jaki bezinteresowny dar. 
Czytaj więcej

Co to znaczy być przyzwoitym

Przytoczone wyżej motto jest jednym z najczęściej używanych ostatnio przez Polaków aforyzmem. Jak na aforyzm przystało, jest to powiedzenie dopuszczające całą serię interpretacji. Łatwo jest bowiem W. Bartoszewskiemu nawoływać do przyzwoitości bez wskazania odpowiedzi na tytułowe pytanie. Spróbujmy zatem spojrzeć na słowo przyzwoity z semantycznego punktu widzenia. Zacznijmy jednak od historii. Historycy polszczyzny sugerują, że słowo jest stosunkowo młode, jako że pierwsze jego użycia w tekstach drukowanych pochodzą z XVI wieku. Niektórzy z nich wskazują nawet autora tych pierwszych użyć. Ma nim być Łukasz Górnicki, autor znanego traktatu pt. Dworzanin polski. Czyżby to właśnie on wymyślił to słowo?  Nie oznacza to jednak, że zasady przyzwoitości nie obowiązywały Polaków już wcześniej. Ze szkolnej literatury wskazuję – oprócz wspomnianego Dworzanina – tylko dwa teksty: poradnik niejakiego Słoty O chlebowym stole albo pod innym tytułem O zachowaniu się przy stole z początków XV wieku. Później, już w XVI wieku, Mikołaj Rej używał w swoim poradniku innych słów: człowiek poćciwy, obyczajny. Jeszcze w osiemnastowiecznej kolędzie mamy użycie: Szopa bydłu przyzwoita  na dodatek źle pokryta  pałacem była. Zatem przyzwoita to raczej odpowiednia – dla bydła, a nie nowonarodzonego.  Ale przecież dzisiejsza przyzwoitość to nie tylko poczciwość, obyczajność, grzeczność itd. Współczesne słowniki podają na ogół zgodność z obowiązującymi zasadami etycznymi lub obyczajowymi. Nawiasem mówiąc, dużo łatwiej – co nie znaczy, że bardziej precyzyjnie – byłoby zresztą wskazać to, co jest nieprzyzwoite. Tu proponuję użycie w definicji przyzwoitości innego słowa: stosowność. Wybór mój uzasadniam sugestiami bardzo tradycyjnej dziedziny dociekań nad zachowaniami ludzkimi, zwłaszcza nad ich komunikacyjnymi skutkami. Tą dziedziną jest retoryka, ostatnio nieco zaniedbana i zapomniana, ale tym bardziej warto się do niej odnieść. W retoryce, co prawda, stosowność jest ściśle powiązana z działaniem komunikacyjnym, ale oznacza to także odnoszenie się do zasad etyki lub konwencji, zwłaszcza gatunkowej, ale też do oczekiwania odbiorców. Pozostaje zatem zapytać, co dzisiaj stanowi kryterium stosowności w zachowaniu. Takich kryteriów można wskazać kilka, tu jednak ograniczę się do trzech. Pierwszym z nich jest mój własny wybór, czyli moje zasady postępowania. Najprościej mówiąc – to ja wyznaczam moje własne zasady stosowności moich zachowań, wypowiadanych przeze mnie słów, sposobów ubierania się, mojego wyglądu itd. Jestem odpowiedzialny tylko przed sobą, przed własnym sumieniem. Liczę na to, że inni będą tolerancyjni dla moich zasad. Nie oznacza to, że ten system jest niepowtarzalny. Jednym z łagodniejszych, współczesnych przykładów takiego systemu jest weganizm. Zachowuję się przyzwoicie, czyli zgodnie z przyjętym przeze mnie systemem zasad, niekoniecznie gardząc mięsożercami.  Innym kryterium jest oczekiwanie ze strony mojego otoczenia. Zachowuję się przyzwoicie, czyli tak, aby być w zgodzie z tymi zasadami, jakie obowiązują w określonym środowisku. Zdejmuję nakrycie głowy, wchodząc do kościoła, a nakładam je wchodząc do synagogi. Ustępuję miejsca w tramwaju kobiecie w ciąży i unikam wulgaryzmów w rozmowie z rodzicami. Nie unikam jednak tych wulgaryzmów w środowisku, w którym to nie budzi zgorszenia i szanuję feministki. Zachowuję się przyzwoicie zgodnie z zasadami lub konwencjami, jakich oczekuje ode mnie otoczenie. I wreszcie kryterium trzecie, czyli uniwersalny dekalog – niekoniecznie ten Mojżeszowy. Szanuję wszystkie przyjęte powszechnie zasady postępowania i zachowania, chcę bowiem uchodzić za człowieka dobrze wychowanego. Tu mieści się w szczególności to rozumienie przyzwoitości, które jest tak chętnie podkreślane w definicjach słownikowych: naruszenie obowiązujących powszechnie zasad moralnych lub obyczajowych, czyli wskazywanych przez systemy etyczne. Pozostaje jeszcze wspomniana wyżej nieprzyzwoitość. Oto przyjście na oficjalny obiad rodzinny w dżinsach z dziurami na kolanach bywa uznane za nieprzyzwoite nie dlatego, że jest to naruszenie zasad etycznych, jeno dlatego, że nie wypada, bo takiego stroju nie toleruje część współbiesiadników. Użycie powiedzenia o tym, że ktoś ma coś w dupie, jest nieprzyzwoite nie dlatego, że słowo dupa jest wulgarne, tylko dlatego, że na lekcji szkolnej nie wypada tak mówić. Ale już naruszenie dekalogowej zasady szacunku dla ojca i matki jest nieprzyzwoite w uniwersalnym wymiarze etycznym.  Uznajmy zatem, że postępuje przyzwoicie ten, kto postępuje stosownie, nie naruszając zasad – nie tylko moralnych, czyli obowiązujących w etyce powszechnej, ale też przestrzeganych środowiskowo, konwencjonalnie, a nawet osobiście. W szczególności to osobiście oznacza tyle, że postępuje przyzwoicie także ten, kto nie narusza swoich własnych zasad. Ciekawe, czy to miał na myśli Władysław Bartoszewski? 
Czytaj więcej

Koniec świata

Postępująca katastrofa ekologiczna wymusza wymyślenie nowego języka, bo do tej pory dość ściśle trzymaliśmy się podziału na dziedziny – dzisiaj zaś to, co wypracują naukowcy, biolodzy, fizycy, glacjolodzy, musi być opowiadane przez pisarzy, bo inaczej ich twarde dane w żaden sposób nie zostaną zrozumiane przez społeczeństwo. I tak właśnie pisze Andri Snær Magnason, islandzki autor, który w książce O czasie i wodzie spina wspomnienia swoich dziadków z lat pięćdziesiątych XX wieku i badania lodowców z twardymi liczbami serwowanymi przez współczesnych klimatologów. W jego esejach o naturze (rozumianej jako wspólnota ludzko-nieludzka, bo nie odróżnia on życia ludzkiego od życia zwierząt) ujawnia się precyzyjny splot wątków literackich, kulturowych i naukowych. Nad tym wszystkim zaś unosi się „ja” autora, ale nie „ja” zachwycone własną erudycją, ale „ja” przerażone tym, jak postępuje rozkład, rozpad świata. Magnason patrzy na niego z góry, z perspektywy islandzkich lodowców. Jednocześnie podkreśla, że taka perspektywa właśnie pozwala lepiej widzieć zmiany, bo świat dzikiej przyrody islandzkiej znika właśnie stopniowo, roztapia się. Lodowce, które wcześniej zagarniały olbrzymie tereny, teraz są suchymi języczkami martwego śniegu.  Katastrofa klimatyczna pokazuje wyraźnie kryzys wyobraźni – i o tym w dużym stopniu pisze Magnason. Nie potrafi objąć umysłem myśli, że świat, jaki znamy, właśnie się kończy, że w ciągu najbliższych kilku lat musi przestać produkować i używać czegokolwiek, co wytwarza dwutlenek węgla, posługiwać się plastikiem, wydobywać węgiel itd. Sądzimy, że taka zmiana jest niemożliwa i – po cichu – ciągle liczymy, że ktoś wymyśli jakiś wspaniały wynalazek, który odwróci losy Ziemi, bo przecież mamy na to kilkadziesiąt lat. Badania mówią jednak, że w 2050 roku będzie już za późno, że postępująca już teraz katastrofa, której skutki wydają nam się na razie relatywnie łatwe do zniesienia (np. brak śniegu w zimie), wejdzie w nową fazę. Poziom wód podniesie się o 2 metry, co sprawi, że spora część miast na świecie zniknie, a drogi zaroją się od wielomilionowej masy migrantów klimatycznych, poszukujących dla siebie miejsca. Nie będzie wody, zapanuje głód. Pojawią się nowe choroby, wzrośnie temperatura. I wszystko to brzmi jak opowieść ze złego filmu science fiction, dopóki nie siadam wieczorem koło łóżek moich dzieci, nie chodzę do nich nocą, żeby lepiej je okryć. Bo wtedy, kiedy noc przynosi uspokojenie i wygasa dzienna bieganina, uświadamiam sobie, że sprowadziłam je na świat, w którym będą musiały walczyć o wodę, a nie tylko zmagać się z alergiami i wysokimi cenami za warzywa. W 2050 roku mój syn będzie miał czterdzieści lat, jak ta katastrofa zmieni, określi jego życie? Czego powinnam go nauczyć, by mógł przetrwać i by pomagał innym, tym wędrującym z dziećmi na rękach do Europy? A co będzie z moją córką, która w 2050 roku będzie trzydziestoletnią młodą kobietą? Czy będzie miała jakikolwiek wybór? Co wtedy będzie znaczyła wolność, szczęście, wykształcenie, rodzina? O tym myślę, kiedy zasypiają, ale coraz częściej ta myśl nie pozwala mi zasnąć. 
Czytaj więcej

Zasiej harmonię, spokój i zdrowie – ziarna SEEDS w walce ze stresem

O stresie pisze i mówi się współcześnie bardzo wiele, choć nie oznacza to, że ludzie odczuwają go słabiej, rzadziej czy efektywniej sobie z nim radzą. Tymczasem Hans Selye, jeden z pierwszych badaczy zjawiska stresu, znany pod pseudonimem Dr Stress, już w latach trzydziestych XX wieku postulował istnienie związków między stresem a chorobami somatycznymi. Mimo iż z wykształcenia Selye był lekarzem – fizjopatologiem i endokrynologiem, nie umniejszał roli czynników psychologicznych w procesie zdrowia i choroby. Wręcz przeciwnie – uważał, że to właśnie nieumiejętne, niewydolne radzenie sobie ze stresem prowadzi do stanu wyczerpania organizmu, a w konsekwencji choroby psychicznej lub somatycznej. Prawie sto lat później na temat mechanizmu wpływania stresu na stan zdrowia wiemy już zdecydowanie więcej i nie stanowi on hipotezy, lecz świetnie udokumentowany fakt. Z uwagi na to, że nasze emocje nie są czysto psychicznym doznaniem, gdyż aktywizują praktycznie całe ciało za pośrednictwem hormonów i neuroprzekaźników, mają swoje bardzo wymierne konsekwencje.  Konsekwencjami zdrowotnymi długotrwałego, chronicznego stresu zajmuje się między innymi Sheldon Cohen – amerykański psychoneuroimmunolog. Jego pionierskie badania nad związkami pomiędzy psychiką (stresem) a funkcjonowaniem układu nerwowego i odpornościowego pokazały, że trwające dłużej niż miesiąc poczucie braku kontroli nad sytuacją w pracy lub w życiu osobistym owocuje obniżoną odpornością organizmu. Owa gorsza odporność przejawiać się może w postaci zwiększonej podatności na infekcje górnych dróg oddechowych, a w sytuacji zachorowania – bardziej ostrymi i trwającymi dłużej w czasie symptomami infekcji. W serii ciekawych eksperymentów Cohen i jego zespół mierzyli poziom stresu doświadczany przez uczestników badania w ostatnim miesiącu, a następnie infekowali – podawali donosowo – wirusy wywołujące grypę lub przeziębienie. U wielu osób deklarujących niski poziom stresu infekcja się w ogóle nie pojawiała. Dla odmiany u osób, które czuły, że znajdują się pod silną presją stresu – infekcja miała dużo większą szansę się pojawić i rozwinąć. Osoby te miały także wyższą i trwającą dłużej gorączkę, bardziej intensywny kaszel czy więcej wydzieliny w drogach oddechowych.  Czy unikanie sytuacji stresujących, czyli takich, które odczuwane są jako krzyżujące nasze plany czy zagrażające naszemu dobrostanowi, jest w ogóle realne? Trudno wyobrazić sobie takie środowisko, w którym nie byłoby stresu! Co więcej, potrzebujemy wyzwań, bo one rozwijają, sprawiają, że zaczynamy myśleć mniej sztampowo, stajemy się bardziej kreatywni, myślimy innowacyjnie. Niemniej jednak współczesny człowiek cierpi bardziej z powodu zjawiska, które bywa nazywane w psychologii zaburzeniami autostresowymi, a nie stresem. Kiedy stres zaczyna dominować nad naszym życiem, czujemy, że nie mamy zasobów do radzenia sobie z codziennymi sprawami i popadamy w myślenie tunelowe. To właśnie moment świadczący, że stres – ten cudowny mechanizm zaprojektowany przez ewolucję, aby nam pomagać – stał się zagrożeniem i przejął kontrolę nad nami. Czas wdrożyć zmiany w życiu, zrobić porządki i odzyskać stery, pamiętając o tym, że wiatr nigdy nie wieje zgodnie z wolą żeglarza. To zadaniem żeglarza jest tak kierować swoim statkiem, aby dopłynąć do docelowego portu. Jak to zrobić w praktyce? Jak żyjąc we współczesnym, pełnym wymagań świecie, odzyskać równowagę i zawalczyć o swoje zdrowie i szczęście?  Prostego przepisu nie ma, jednak badacze z obszaru psychologii i medycyny nieustannie prowadzą badania mające na celu opracowanie konkretnych wskazówek. Wśród licznych propozycji wyróżnia się zaproponowany przez Johna Ardena model ziaren życia – SEEDS. Model ten jest nie tylko dobrze zbadany naukowo, ale także potwierdzony jako bardzo skuteczny w działaniach praktycznych, w tym terapeutycznych. SEEDS to ziarna życia odnoszące się do pięciu obszarów funkcjonowania człowieka. Kiedy panuje w nich bałagan – doświadczamy chaosu i poczucia zagubienia także w naszej głowie. Czym zatem są tajemnicze ziarna i jak siać je prawidłowo, abyśmy mogli rozwijać się i cieszyć życiem?  S – social suport to obszar odnoszący się do naszych relacji społecznych. Kontakt z drugim człowiekiem wpływa na „chemię” naszego mózgu. W jednym z badań wykazano, że kilkuminutowa rozmowa telefoniczna z kochaną przez nas osobą podnosi poziom oksytocyny – neuroprzekaźnika zwanego także hormonem miłości. Poczucie wsparcia społecznego jest także jednym z głównych czynników chroniących młode matki przed depresją poporodową, a ludzi, którzy doświadczyli traumy, np. powodzi czy trzęsienia ziemi, chroni przed rozwojem zaburzenia po stresie traumatycznym (PTSD). We wspominanych wcześniej badaniach prowadzonych przez Cohena osoby, które deklarowały posiadanie bliskiej, bezpiecznej relacji intymnej, rzadziej rozwijały symptomy infekcji nawet wtedy, gdy poziom odczuwanego przez nie stresu był wysoki. Warto zatem dbać o relacje – niekoniecznie chodzi o dużą liczbę kontaktów „wizerunkowych”, np. w mediach społecznościowych, lecz o prawdziwe więzi z rodziną i przyjaciółmi.  E – exercise to obszar dotyczący naszych działań związanych z aktywnością fizyczną. Podział na osiłków i mózgowców jest przestarzały i nie ma uzasadnienia w badaniach! Mózg, aby dobrze się rozwijał, doskonalił i regenerował, potrzebuje ruchu i to pełnego wysiłku. Nasi przodkowie łowcy-zbieracze na wędrowaniu spędzali znaczą część dnia, przemierzając około 15 kilometrów dziennie. Regularne ćwiczenia fizyczne opóźniają procesy starzenia się organizmu i wydłużają życie. Bardzo skutecznie obniżają poziom stresu, rozładowują nadwyżki hormonów wywołujących w nas niepokój i lęk. Aktywność fizyczna stymuluje także wydzielanie się tzw. czynnika neurotropowego pochodzenia mózgowego (BDNF), który pełni ważną rolę w neurogenezie mózgu, czyli powstawaniu nowych neuronów z komórek macierzystych. Zgrabna sylwetka jako korzyść wynikająca z ćwiczeń to – jak widać – dosłownie wierzchołek góry lodowej. Co robić? Trening powinien być regularny, wykonywany codziennie lub prawie codziennie. Może przyjmować przeróżne formy i warto poszukać takiej, która oprócz zapewnienia nam zdrowia – da także radość i pozytywną energię. E – education to obszar związany z treningiem intelektualnym. Ciągłe, świadome uczenie się, stawianie swojego mózgu przed wyzwaniami sprawia, że tworzą się nowe połączenia, a my zyskujemy nie tylko to, co zwie się wiedzą życiową, ale także chronimy swoje centrum dowodzenia przed procesem starzenia się. Poszukiwanie nowej wiedzy, doskonalenie się i rozwój pomagają lepiej radzić sobie ze stresem. Nowa wiedza, innowacyjne spojrzenie sprawiają, że łatwiej nam generować kolejne rozwiązania trudnych sytuacji, których doświadczamy na co dzień. Otwartość i elastyczność umysłowa chroni nas także przed popadaniem w tak zwane ruminacje, charakterystyczne dla stanów subdepresyjnych i depresyjnych. Ruminacje to takie negatywne pętle myślowe, w których cały czas przetwarzamy te same, przygnębiające sytuacje. Bardzo trudno jest „wyskoczyć” mentalnie z takiej pętli, ale pomocna jest otwartość na nowe informacje, rozwijanie zasobów poznawczych i dawanie sobie przyzwolenia na zmianę zdania.  D – diet to oczywiście obszar dotyczący tego, czym się odżywiamy, czyli naszej diety. Przez wielu badaczy uważany jest za najważniejszy element układanki zwanej zdrowiem. Warto wiedzieć, że pojęcia odżywiania i jedzenia nie są tożsame. Można jeść pokarm, który zupełnie nie będzie nas odżywiać, a nawet – co gorsza – może nam bardzo szkodzić. Treść znajdująca się w żołądku i jelitach komunikuje się z mózgiem na różne sposoby, w tym bezpośrednio poprzez najdłuższy z nerwów czaszkowych – nerw błędny. Komunikacja mózg-jelita odbywa się dwukierunkowo. W praktyce oznacza to, że nasze myśli i stany emocjonalne wpływają na stan jelit, ale także mikrobiota jelitowa, czyli mikroorganizmy znajdujące się w jelitach, wpływają na funkcjonowanie centralnego układu nerwowego.  Co jeść, a czego nie? Przede wszystkim warto unikać modnych przez chwilę diet, a skupić się na zmianie stylu odżywania. Zdrowe odżywianie eliminuje z diety produkty przetworzone, ogranicza ilość spożywanego cukru, włącza natomiast świeże warzywa i – w nieco mniejszym stopniu, z uwagi na dużą zawartość cukru – owoce. Warto także przyjrzeć się ilości zjadanego pokarmu. Stara konfucjańska zasada Hara hachi bun me rekomenduje wypełnianie żołądka pokarmem tylko do mniej więcej 80% i jest praktykowana do dziś przez mieszkańców japońskiej wyspy Okinawy, zwanej także wyspą stulatków z uwagi na wysoki odsetek mieszkańców, którzy żyją znacznie powyżej stu lat w zdrowiu i sprawności.  To, co jemy, wpływa także na nasze emocje i samopoczucie. W jednym z badań wykazano, że po dniu objadania się posiłkiem typu junk food uczestnicy czuli się bardziej depresyjnie i bezradnie. W tym samym badaniu pokazano, że „objadanie się” warzywami wyzwalało w respondentach więcej energii, motywacji i pozytywnych emocji.  Jednocześnie badania naukowe prowadzone są coraz częściej z wykorzystaniem probiotyków jako uzupełnienie terapii depresji lub strategii radzenia sobie ze stresem. Wyniki jednego z badań pokazały, że np. przyjmowanie kompozycji szczepów Lactobacillus helveticus Rosell® – 52 i Bifdobacterium longum Rosell® – 175 powodowało po trzydziestu dniach istotny spadek stężenia kortyzolu w moczu. Osoby przyjmujące probiotyk miały lepsze wyniki w skalach sprawdzających ich samopoczucie, niższy poziom poczucia winy i większe predyspozycje do rozwiązywania problemów niż grupa przyjmująca placebo.  S – sleep, czyli jakość i ilość naszego snu. Na sen poświęcamy sporo, bo około 1/3 naszego życia. Nie jest to jednak czas zmarnowany. Odpowiednio długi, trwający około 7–8 godzin regularny sen sprawia, że całe ciało, a w szczególności układy nerwowy i odpornościowy regenerują się i odnawiają. Sen to takie SPA dla mózgu, tylko tańsze i niewymagające wyjazdu. Zaburzenia snu, które często sami sobie „fundujemy”, np. oglądając zbyt długo telewizję, paląc papierosy przed snem, jedząc niezdrowe jedzenie lub pijąc alkohol, prowadzą do obniżenia funkcjonowania poznawczego, pogorszenia koncentracji i pamięci, a także rozdrażnienia emocjonalnego i zwiększonej podatności na stres. Problemy ze snem mogą także odbić się negatywnie na naszej masie ciała. Już po około trzech nieprzespanych nocach zwiększa się we krwi stężenie białka zwanego greliną, sprawiając, że stajemy się bardziej głodni niż zwykle, jest nam zimno i mamy potrzebę „ogrzania się” jedzeniem.  Co zatem robić, aby zachować porządek i harmonię także w tym obszarze? Na szczęście uporządkowanie życia w czterech pierwszych obszarach zazwyczaj rozwiązuje sprawę. Stres okiełznany, dobra kondycja ciała i emocji sprawiają, że w sposób naturalny organizm domaga się odpoczynku i wówczas – w tym jednym obszarze – możemy pozwolić sprawom dziać się same. 
Czytaj więcej

Mieć czy być, a może jedno i drugie?

Posiadanie wiąże się z konkretnymi rzeczami, „bycie” związane jest z przeżywaniem. Czy jedno wyklucza drugie? Jeśli jesteś wyłącznie tym, co posiadasz, to kim będziesz, jeśli to stracisz?
Czytaj więcej

„Nie traktuj siebie tak cholernie poważnie”

Złap szerszą perspektywę – pępek świata to nie ty, on jest zupełnie gdzie indziej lub może wcale go nie ma lub jest tylko „pępkiem przechodnim”, towarzyszącym Ci może przez kilka sekund życia.
Czytaj więcej