Kamienie

Kamień nie zastanawiał się nad swoim początkiem. Nad końcem także nie. Tkwił na obrzeżu drogi. Otaczały go kwiaty i trawy, prawdopodobnie piękne i pachnące. Na ich wdzięk był obojętny. Poniżej dostrzegał inne kamienie. Było ich wiele, tworzyły drogę. Zapragnął być razem z innymi kamieniami i stoczył się w dół. Wtedy się zaczęło! Końskie kopyta, obręcze kół ciężkich wozów, podeszwy butów ugniatały go, przemieszczały i wciskały w kamienie leżące obok. Pożałował swej samotni. Wtoczenie się z powrotem na górę nie było jednak możliwe. Historię tego kamienia opisał w Bajkach Leonardo da Vinci. Kamień Leo­narda, nieczuły na obecność roślin, cierpiał z powodu osamotnienia i stoczył się, chcąc być wśród takich samych jak on kamieni. Zupełnie inaczej niż Owidiuszowy Narcyz, też obojętny wobec swojego otoczenia. Kamień nie pokochał swojej urody ujrzanej w zwierciadle źródła, lecz zapragnął być w gromadzie podobnych sobie. Tych, które widział ze wzniesienia. Dopiero w chaosie i udręce tłumu docenił wartość samotności.  Kamień jest symbolem chłodu i obojętności. A jednak Leonardo wyposażył swój kamień w uczucia: cierpienie i pragnienie przyjemności. Oraz w pamięć. Kamień z wiersza Wisławy Szymborskiej (Rozmowa z kamieniem) także był chłodny, nawet niewzruszony. Nie dopuścił, by poetka poznała jego wnętrze, czego była ciekawa. Nie dojrzała żadnych jego uczuć, pragnień, ani wspomnień. Zdradził jej natomiast swoje myśli. A właściwie jedno przemyślenie. Aby poznać wnętrze innego, potrzebny jest zmysł udziału. Czym on jest? Nie ma go w res extensa Kartezjusza. Nie ma u Antonio Damasio, który wytykał Kartezjuszowi błędy. Nie ma w kognitywistyce. Nie jest włączany do modeli umysłu i nie mają go maszyny sztucznej inteligencji. Z Rozmowy z kamieniem wynika, że nie ma go też poetka. Może to jest to, czego domagał się od psychiatrów i psychoterapeutów Antoni Kępiński? Może ta umiejętność powinna była ustrzec Zygmunta Freuda przed nadinterpretacją fragmentu pamiętnika Leo­narda da Vinci. Tego, zawierającego wspomnienie wielkiego ptaka, który mu, wówczas jeszcze w kołysce, wpycha w usta ogon. Freud widział w tym ptaku matkę karmiącą piersią dziecko. Rozbudowana interpretacja wymagała uznania ptaszyska za sępa, egipski symbol macierzyństwa. Inni badacze widzieli w nim orła, jastrzębia albo kanię. Sto lat po Freudzie, po przetoczeniu się problemu wykorzystywania seksual­nego dzieci w rodzinie, trudno pojąć przyczyny, dla których Freud uznał ptasi ogon za symbol matczynej piersi i nie dostrzegł w nim penisa! Dla zaspokojenia potrzeb oralnych spróbujmy może risotta, takiego, jakie przyrządzał w Colli Euganei Turi Fedele, propagator prac polskich artystów w Italii.    Risotto Turiego Fedele 1 filiżanka/osobę ryżu  1 mała młoda/osobę cukinia 1 mała/osobę cebula  1 łyżka/osobę oliwy 1 filiżanka bulionu (może być woda i kostka bulionowa) 1–2 ząbków czosnku Sól, pieprz do smaku 1 kieliszek/osobę białego wina  W głębokiej patelni lub w płytkim rondlu rozgrzać oliwę z pokrojonym czosnkiem. Kiedy czosnek się zażółci – wyjąć i wyrzucić. Wsypać suchy ryż i mieszać aż się otłuści. Potem dodać pokrojoną w półplasterki cebulę i pokrojoną w półcentymetrowe plasterki cukinię, dalej mieszać, aż wszystko się „przyszkli”. Wtedy zalać gorącym bulionem, żeby było przykryte centymetr nad powierzchnię. Trzymać na ogniu średnim około 10 minut. Można po 5 minutach przegrzebać widelcem. Gdyby wcześniej ryż wchłonął płyn, ciut dodać. Po 10 minutach wlać wino. Gotować dalej odkryte, żeby wyparowało. Podawać z tartym parmezanem lub grana padana, lub pecorino. Albo suchym kozim serem, jeśli się lubi. Pieprzyć niewiele podczas mieszania lub na talerzu.  
Czytaj więcej

Esej o tym, co między

Między pieśnią przerwaną a wzbudzonym echem (…) Między wzniesioną dłonią a owocem drzew. Śpi szczęście Leopold Staff  
Czytaj więcej

Czkawka

Poznawanie samego siebie to zadanie na całe życie i nic nie wskazuje, by inaczej było z poznawaniem wspólnoty, do której się należy. I to, co przyjemne, i to, co przykre, jest nam stopniowo dawkowane. Oczywiście przyjemne pojawia się częściej: wspólnota lubi się chwalić przed samą sobą, głaskać się po spasionym brzuszku samozadowolenia. To zaś, co przykre, jest często wypierane i tylko wraca niekiedy jak niechciana czkawka. Jak taka czkawka działa chociażby zwodnicza natura Facebooka, który co jakiś czas wykopuje wiadomości sprzed lat i puszcza je znowu w obieg jako nowości: znów umiera sędziwy znany aktor, którego dwakroć już opłakano albo znów oburzamy się na słowa jakiegoś polityka, które padły za poprzedniej kadencji. Jakiś czas temu przez profile znajomych przeleciała wiadomość, że na grobie Ireny Sendlerowej napisano właśnie „Jude wont”. Owszem, napisano, ale ani teraz, ani pięć lat temu, kiedy ta wiadomość po raz pierwszy wróciła z przeszłości i poszła w różnych serwisach, tylko prawie dekadę temu. Ale to smutne przypomnienie na coś się przydało: pozwoliło mi pomyśleć o specyfice tego napisu, bo jest on symptomatyczny dla całego mnóstwa innych tekstów, na jakie praktycznie codziennie natykam się w przestrzeni publicznej. Otóż „Jude wont” nie jest napisane w żadnym języku. Niby złożone z kawałka niemieckiego i kawałka rosyjskiego, ale po niemiecku powinno być „Juden”, po rosyjsku „won”, a nie „wont”. Nie jest to również, rzecz jasna, po polsku – po jakiemu zatem? Na znanym rysunku Mleczki złośliwy Pan Bóg robi Polsce numer i umieszcza ją między Niemcami a Rosjanami. Od dawna obserwuję lubość, z jaką polscy nacjonaliści używają rozmaitych strzępków mowy „naszych odwiecznych wrogów”. Jeśli widzę gdzieś nagromadzenie tropów w rodzaju „ruki wwierch”, „pierekowka”, „tawariszcz”, „sowiecki” zamiast radzieckiego, jakieś, „hande hoch” i „Werhmacht” (często w takim właśnie błędnym zapisie), zapala mi się moja biało-czerwona lampka radarowa. Jest w tym jakaś chorobliwość, jakaś perwersja, która każe im – w ramach wstawania z kolan i odrzucania wszystkiego, co obce – fiksować się na tym, co obce i powtarzać do znudzenia.  * Jak zatem nazwać to narzecze? Narracja nacjonalistyczna ma takie określenie na media, które zachowują pewną niezależność od kapitału państwowego i w związku z tym nie kolportują partyjnej propagandy pisowskiej: „polskojęzyczne”. Że nie polskie, a polskojęzyczne jedynie. Polskojęzyczność staje się tu – nieoczekiwanie dla mnie, pisarza będącego Polakiem, tworzącego w polszczyźnie i znającego nieco historię tego języka i tej kultury – obelgą. Ale ten napis nie jest nawet polskojęzyczny. Choć najpewniej jest polski, polską ręką, przedstawiciela królewskiego szczepu piastowego nakreślony. Ba, arcypolski nawet – nie sądzę, żeby napis „Jude wont” mógł się pojawić w Rosji, Niemczech, Czechach, na Węgrzech, to spotworniały żargon naszej ziemi, tej ziemi.  * Antysemityzm, podobnie jak homofobia czy rasizm, też jest stopniowalny. Zawsze zły, ale stopniowalny. „Nie bądź taki żydek, dorzuć się” albo wiszący w przedpokoju „Żyd z pieniążkiem” to coś zupełnie innego niż domykanie drzwi komory gazowej, nawet jeśli świadomi jesteśmy, że to różne elementy tego samego zjawiska.  Atak na grób kobiety, która z narażeniem życia ratowała żydowskie dzieci przed zamordowaniem, jest naprawdę wysoko na tej piramidzie obrzydliwości – poniżej fizycznej przemocy, ale w samej szpicy przemocy symbolicznej, łamie bowiem ważne (ogólnoludzkie, ale też specyficznie mocniejsze w Polsce, kraju z obsesją cmentarną) tabu profanacji grobu, atakuje postać szanowaną (przynajmniej deklaratywnie) przez całe bodaj spektrum polityczne („nasza sprawiedliwa, nasza najsprawiedliwsza”), ale przede wszystkim uderza w czyn tak czysty, że jego wzniosłość rozumie nawet człowiek o poziomie etycznym rozwielitki. Jest rzeczą nieskazitelną narażać własne życie dla ocalenia życia cudzego, jest rzeczą nieskazitelną ratowanie najbardziej bezbronnych (a już szczególnie w kraju, który w tę i nazad brandzluje się obsesyjnie hasłami „dobro dzieci”, „nasze dzieci”, „ratujmy dzieci”, „dzieci najważniejsze”, chociaż tak naprawdę niewiele dla tych dzieci robi). A jednak ktoś poszedł i ten napis nagryzmolił, przecież nie z nudów, a celowo. W poczuciu, zakładam, spełniania jakiegoś patriotycznego obowiązku odżydzenia kraju nad Wisłą. I obrzydzenia bohaterki, przy której jako społeczeństwo, mimo głębokich podziałów, jakoś umiemy się spotkać we wspólnym szacunku. Obrzydzenia tym głębszego, że celowo ucieka się do krzywego, spotworniałego „języka wrogów”. Łamanego, oczywiście, bo Polak „języka wrogów” się nie nauczy. Z powodów patriotycznych. Ten napis złośliwie sufluje inny podpis do rysunku Mleczki: że znacznie gorszym numerem, jaki Pan Bóg zrobił Polsce, było umieszczenie w niej Polaków. Tych „prawdziwych”. 
Czytaj więcej

W Berlinie wszyscy są stąd

– mówi MAGDALENA PARYS, pisarka, w rozmowie z Marcinem Wilkiem
Czytaj więcej

Krnąbrne dzieci

Idę czytać do wanny – nie z wygody, ale z zagonienia. Planuję się ukryć w łazience przed mężem i dziećmi i złapać (mały) oddech. Wiadomo, że w łazience można się nie tylko ukryć, ale i zachować godność, udając konieczność przeprowadzenia skomplikowanych zabiegów higienicznych. No więc, wanna jest moim szampanem i truskawką z czekoladą, ale bez wyrzutów sumienia. Jest już późno, nikt nie powinien mieć żadnych potrzeb koniecznych do zrealizowania tu i teraz. Zamierzam czytać w wannie również z innego powodu – podobno w kąpieli nie można zasnąć, więc może uda mi się trochę podgonić lekturę.   
Czytaj więcej

Złość nie taka zła

„Złość piękności szkodzi”, „Nerwy do konserwy!”. Takimi czy podobnymi „prawdami” karmiono całe pokolenia. Złość to uczucie o chyba najgorszym „pi-arze”. Potocznie, złość jest często zaliczana do tzw. złych uczuć.  Czy rzeczywiście jest zła? Dlaczego często unikamy jej, jak ognia?  
Czytaj więcej

Zrozumieć faceta

Kilka lat temu prowadziłem rozmowę z obejmującym wysokie stanowisko człowiekiem w jednej z międzynarodowych korporacji. Nic wielkiego. Siedzieliśmy w jego pięknym gabinecie na dziewiątym piętrze, popijając, ja – świeżą kawę z ekspresu, on – yerba matę. Mężczyzna ten opowiadał o swojej roli, codzienności, trudnościach, jakie napotyka w swoich działaniach. Mówił, jakie wyniki osiąga, jak wysokie cele zdobywa i jak prowadzi organizację naprzód. W jednym, chyba najmniej spodziewanym momencie, i jakby poza kontekstem, z jego ust wyrwało się zdanie „Jestem w tej roli bardzo samotny. Nie mam wsparcia od nikogo”. Natychmiast potem jego oczy delikatnie się zaszkliły. W ciągu kolejnych milisekund musiał najwidoczniej zdecydować, że przekroczył jakąś swoją wewnętrzną granicę, bo natychmiast jego ciało się usztywniło, po czym odchrząknął, nerwowo potarł oczy i powiedział: „Mam alergię na pyłki. Często mi łzawią oczy...”. Była zima. Siedzieliśmy w klimatyzowanym pomieszczeniu. Oddychaliśmy filtrowanym powietrzem wysokiego biurowca.Żyjemy w świecie udowadniania wszystkim dookoła, że mamy wartość. Budując relację z partnerkami, wzmacniając więź z dziećmi, rozmawiając ze współpracownikami, pracując z klientami, wciąż dokonujemy samooceny i jesteśmy oceniani. Tańczymy w zamkniętym kole, w którym tylko z pozoru wytwarzamy wartość. W wielu rzeczach, które robimy czujemy się  przymuszeni do prezentowania własnej  wartości na zewnątrz. Dzięki temu, na chwilę, możemy się poczuć wartościowi. Nie ma miejsca na to, żeby choć przez moment być tak przyjemnie i całkowicie bezczynnie bezwartościowym. Nie ma nawet przyzwolenia na to, żeby być po prostu okej. Nawet na chwilę nie wolno się zapomnieć. Najwyższy poziom jest jedynym akceptowalnym. Nieustanna presja bycia lepszym od innych, potrafiącym szybciej, sprawniej, bardziej kreatywnie działać, to już nie tylko moja, ale pewnie i Twoja codzienność. Potężni, twardzi jak skała i nieustraszeni odkrywcy, innowatorzy łamiący granice ludzkich możliwości, niezwyciężeni idole prężący muskuły w blasku fleszy – takich stawiamy na piedestał. I na dodatek pragniemy być jak oni – wyjątkowi, jedyni, niepowtarzalni. Ten wizerunek siebie promujemy, szukając uznania, jednocześnie będąc głęboko w środku boleśnie stęsknieni bliskości z samymi sobą i z drugim człowiekiem, takiej która będzie bezpiecznie uwalniająca. Być może także dla Ciebie bliskość i wyrażenie chęci jej doświadczania to już słabość i jako taka na codziennej liście przebojów nie może zajmować czołowych miejsc. Nie możesz po prostu być, istnieć takim, jakim chcesz i jakim jesteś, bo nieustannie biegniesz w butach marki „RZB” – „rób, zwyciężaj, podbijaj”. I na dodatek, często tego się właśnie od Ciebie oczekuje. I jeszcze cały ten entourage bycia mężczyzną, bycia męskim, bycia… no właśnie, jakim? Co to w ogóle znaczy być mężczyzną w obecnej dekadzie? Robiąc wszystko, co robię, dotykając każdego bardziej czy mniej ważnego zadania, czuję na sobie transpokoleniowe piętno promowanego systemu męskości. Czy to męskość mego ojca? Na pewno, lecz nie tylko. To nie jedyny przedstawiciel linii, który mocno zakorzenił się w moim widzeniu świata i tego, jak mi się wydaje, że ten świat chce mnie widzieć.  Masz podobnie. Jesteś zlepkiem wielu męskich obiektów próbujących sprostać kulturze, otoczeniu, środowisku, oczekiwaniom swoich partnerek. Za wszelką cenę. I nie jesteś dla siebie empatyczny i wyrozumiały. Empatia to kompetencja, ale znowu z grona tych słabszych, tych nie najbardziej pożądanych, tych jakże „niemaczo”. Współczucie? To jakieś takie bardzo kobiece, wręcz matczyne. Jakieś „nie bardzo”. Codziennie rano wstajesz, żeby sprostać kolejnym wyzwaniom. Pokazujesz, nawet jeśli nieświadomie, jak wielką masz potencję, jak wiele możesz i potrafisz. Jesteś, jak napisał Franco la Cecla, „mężczyzną herosem, odważnym męczennikiem (…) powołanym do wielkości, rewolucji, poświęcenia”. Tylko raz na jakiś czas na Twoje niebo nadciąga, może nie burzowa, ale też już nie błękitna, chmura wątpliwości, słabości i lęku o to, jak będzie jutro – „czy jutro też dam radę?”. I już, już, gdy chciałbyś sobie trochę współczuć, trochę się nad sobą pożalić, okazać nieco troski, wyrozumiałości i delikatności, to wtedy zalewają Cię myślowe skrypty, które zaciskają Ci wokół szyi stalową obręcz, a na dłonie i stopy zapinają kajdany poprzeczek do przeskoczenia. Tylko nie płacz. A jeśli już, to w samotności. Bądź mężczyzną. Bądź silny. Staraj się. Nie poddawaj się. Walcz. Bądź szorstki. Masz tak czasem? Ja też. I może też czasem czujesz swojego małego, wewnętrznego chłopca? To ten maluch, którego nosisz przez całe życie. Zmęczony początkowym waleniem, a z czasem już tylko postukiwaniem w grubą, dźwiękoszczelną szybę i proszący o kilka ważnych rzeczy, które tak rzadko dostaje. A powinien dostawać, bo z każdym kolejnym razem, w którym to się nie dzieje, jego siła słabnie, a szyba oddzielająca go od najbliższego jego sercu dorosłego, staje się coraz grubsza. Jeśli jeszcze słyszysz jego głos, to daj mu kilka rzeczy. Na pewno Ci podziękuje. Daj mu trochę miejsca, zrozumienia i współczucia. Powiedz mu, że widzisz, co przeżywa. Powiedz, że rozumiesz, jak bardzo potrzebuje usłyszeć, że to musi być trudne, żeby nieustannie wstrzymywać przeżywanie tego, co w nim jest – wrażliwości, smutku, radości, słabości, siły, złości, łagodności, chwiejności, niepewności i jasnej wizji, otwartej troskliwości i czułości, delikatności – a co jest często nieakceptowane przez tak wielu. To nieprawda, że chłopiec ten musi być szorstki, żeby móc istnieć. To nieprawda, że nie może czasem czuć rezygnacji i że nie może popełniać błędów. Wiele z tego, co mu mówisz i do czego go zmuszasz, to prawda innych, nie Twoja. Nie chcesz do niego mówić, bo to sztuczne, dziwne i nie Twoje? To nie mów. Pomyśl. Zbuduj świadomość. Poczuj. Nie udawaj, że takiej części w Tobie nie ma. Jest, ale być może jeszcze nie wiesz, jak ją uwolnić albo jak pomóc jej odzyskać tętno, wybudzić ze śmierci klinicznej, w którą również Ty z pomocą innych ją wpędziłeś. Mężczyzno, popełniasz błędy i to wcale nie znaczy, że nie jesteś wystarczająco dobry. Nie musisz nieustannie dążyć do bycia lepszym, mocniejszym i doskonalszym. Możesz wziąć oddech i dopuścić tlen do chłopaka. Czasem, być może o wiele częściej niż masz tego świadomość, wystarcza, że po prostu jesteś. Twoja obecność też jest siłą. Taką siłą, przy której żadne słowa nie są potrzebne. Być może głęboko zdajesz sobie sprawę, że dążenie do bycia doskonałym to kusząca droga, na końcu której nie pozostaje nic poza rozczarowaniem. I nawet jeśli uda Ci się tam dotrzeć, co poza nim pozostanie? I co wtedy zrobisz? Do czego będziesz dążył? Odpuść sobie trochę. Czasem bądź słaby. I nie bój się do tego przyznać przed sobą i przed innymi. Twoja słabość, jeśli z niej nie zrezygnujesz, będzie siłą i zarumieni policzki Twemu chłopcu. Dzięki temu zetkniesz się z głęboką częścią siebie i poczujesz, że żyjesz. Żadna emocja nie jest niedozwolona i nie jest powodem do wstydu. Wszystkie dają Ci siłę integralności i prawdziwości. To siła płynąca z Twojej głębi, z chłopca, który pozwala sobie płynąć tam, gdzie go poniesie. Nie dając chłopcu dojść do głosu, nie umożliwiając mu bycia ważnym, nie będziesz pełnią siebie. Daj sobie trochę wdzięczności za to, kim jesteś, jaki jesteś, co wnosisz swoją obecnością. Opłacz to, co straciłeś, co nie wróci, a co kochałeś. Nie masz siły się podnieść? To się nie podnoś. Poleż trochę. Odpocznij. Spotkaj się ze swoim wewnętrznym chłopcem i zapytaj go, czego teraz potrzebuje, i zastanów się, jak możesz mu to dać. Nie jesteś tylko złością i agresją. Jesteś też smutkiem, radością, strachem – całą paletą emocji, z której być może nie za często korzystasz. Bądź sobie wdzięczny za to, gdzie jesteś, kim jesteś, jaki jesteś i znajdź na to trochę czasu. W zabieganiu, osiąganiu i zapracowaniu nie wygospodarujesz czasu na znalezienie siebie. Inni też Cię nie znajdą, bo nie dasz im na to szansy. Być może poznają Cię w przyodzianym kostiumie scenicznym, ale nie będą mieli pojęcia, kto kryje się pod mankietami.  Czy chcesz, żeby zapamiętali Cię z mankietów? 
Czytaj więcej

Otwarty sekret

Znane powiedzenie mówi, żeby nie mylić cudzej sceny ze swoimi kulisami. Ale, do cholery, po co nam w ogóle ta scena? Zanim na nią wejdziemy, potrzeba przecież nałożyć ciężki makijaż, czasem maskę, zawsze jakiś sceniczny kostium. Kim wtedy jestem? Sobą – czy swoją rolą? I ile mojej energii idzie na to, że gram?
Czytaj więcej

Jak odpoczywać efektywnie?

Wieczorem, po całym dniu pracy i intensywnych obowiązków, bardzo często dopada nas poczucie wyczerpania. Niemal codziennie od samego rana rozwiązujemy wiele trudnych spraw, czasem bywamy znudzeni brakiem wyzwań, niekiedy borykamy się z wypaleniem zawodowym lub odczuwamy stres. Warto więc nauczyć swój system nerwowy „puszczania” zgromadzonych napięć i zmienić tryb funkcjonowania z działania na bycie. Jak efektywnie przełączać się z nieustannej mobilizacji na regenerację?   
Czytaj więcej

Wykluczenie w świecie nastolatka

Żeby czuć się szczęśliwym i spełnionym, człowiek jako istota społeczna potrzebuje być integralną częścią świata, chce być przynależny. Jak te potrzeby rozumieją młodzi ludzie i co dorośli mogą zrobić, by pomóc im te potrzeby realizować?
Czytaj więcej

Emigracja wewnętrzna

Jak zatroszczyć się o siebie, gdy rzeczywistość przytłacza? Jakie strategie, które kompetencje możemy uruchomić, aby ochronić siebie i swoich bliskich? 
Czytaj więcej

Czy grozi nam instadepresja?

Miliony ludzi na świecie, co dzień wchodzą na Instagram i inne media społecznościowe. Znajdują tam świat pełen dobra, piękna i perfekcjonizmu. Na Instagramie nie widać, jeśli co wieczór płaczesz w poduszkę. 
Czytaj więcej