Dołącz do czytelników
Brak wyników

Poradnik pozytywnego myślenia na czas wyzwań

24 lipca 2020

NR 6 (Sierpień 2020)

Otwarty sekret

11

Znane powiedzenie mówi, żeby nie mylić cudzej sceny ze swoimi kulisami. Ale, do cholery, po co nam w ogóle ta scena? Zanim na nią wejdziemy, potrzeba przecież nałożyć ciężki makijaż, czasem maskę, zawsze jakiś sceniczny kostium. Kim wtedy jestem? Sobą – czy swoją rolą? I ile mojej energii idzie na to, że gram?

Lata temu – przed kredytem, przed dzieckiem, przed pandemią – popłynęliśmy z moim mężem na piękną tajską wyspę, Ko Phi Phi. Zamieszkaliśmy w zbudowanym na planie sześciokąta bungalowie z widokiem na morze. Szumiały palmy. Ciepła, lazurowa woda łagodnie rozlewała się po białym piasku. Pomiędzy hotelowymi gośćmi przemykali bezszelestnie kelnerzy, masażystki, bagażowi: wszyscy ubrani w przetykane złotymi nićmi firmowe stroje; wszyscy bezbrzeżnie uśmiechnięci.  Drugiego dnia, kiedy udało mi się odzyskać minimalne napięcie mięśniowe po odbytym poprzedniego wieczora masażu, poszłam na spacer za hotel, spodziewając się dalszego ciągu tego wszechogarniającego amazingu: tajemniczych ścieżek prowadzących do spływających ze skał wodospadów, kolibrów spijających nektar z dzikich storczyków i tak dalej. Tymczasem ścieżka za hotelem była krótka. Urywała się na wejściu do czegoś, co wyglądało jak mały obóz uchodźców – druciana siatka, a za nią kilkanaście baraków z blachy falistej; walające się kartony, worki, połamane zabawki, bardziej szmaty niż ubrania rozwieszone na pożółkłych sznurach przed barakami. Jakieś dziecko płakało, ktoś na nie wrzeszczał, ktoś inny prał ciuchy w obłupanej balii. Nietrudno było się połapać, że tutaj właśnie mieszkali nasi bezbrzeżnie uśmiechnięci, bezszelestni, odziani w połyskujące szaty pracownicy obsługi hotelowej. Gdzie ja, do cholery, byłam? Na rajskiej wyspie czy w slamsach? Kiedy wróciłam do hotelu, zrozumiałam, że przyjechaliśmy do teatru; to, co się wokół nas rozgrywa, jest przedstawieniem, za które płacimy. A kiedy wróciłam do Polski, obraz tamtego kontrastu zaczął do mnie wracać – i do dzisiaj często mi się przypomina. Na przykład taki Instagram czy Facebook: przeglądam zdjęcia swoich znajomych. Na ośmiu z dziesięciu są uśmiechnięci, na pozostałych dwóch – filozoficznie zamyśleni. Moje zdjęcia są takie same. Ustawiamy swoje gładkie mimo upływających lat twarze na tle morskich fal i kwitnących łąk. Do naszych ogrodów wpadają sarny. Nasze dzieci mówią same mądre rzeczy. Nasze własnymi rękami pieczone chleby nie mają zakalców.  Jak to się stało, kiedy się na to umówiliśmy – że będziemy udawać przed sobą szczęśliwszych i lepiej ogarniających życie, niż to jest naprawdę? Że będziemy przed sobą odgrywać rzeczywistość pięciogwiazdkowego hotelu, a na noc wracać może nie do baraków, ale do jakiegoś zwykłego miejsca, gdzie nie codziennie jest niedziela? Co z tego udawania dostajemy, poza pogłębiającą się samotnością?

Elizabeth Lesser opisuje tę grę, w którą ze sobą gramy, w książce Broken open: Spotykasz starą znajomą, a ona pyta‚ „Jak się masz?”. Odpowiadasz „Świetnie!”. Pyta „A jak dzieci?”, odpowiadasz – „Mają się znakomicie”. „A praca?”. „Spoko. Jestem tam już szósty rok”. Potem ty pytasz – „A co u ciebie?”, a ona na to – „świe...

Dalsza część jest dostępna dla użytkowników z wykupionym planem

Przypisy