Dołącz do czytelników
Brak wyników

Poradnik pozytywnego myślenia na czas wyzwań

24 lipca 2020

NR 6 (Sierpień 2020)

Otwarty sekret

91

Znane powiedzenie mówi, żeby nie mylić cudzej sceny ze swoimi kulisami. Ale, do cholery, po co nam w ogóle ta scena? Zanim na nią wejdziemy, potrzeba przecież nałożyć ciężki makijaż, czasem maskę, zawsze jakiś sceniczny kostium. Kim wtedy jestem? Sobą – czy swoją rolą? I ile mojej energii idzie na to, że gram?

Lata temu – przed kredytem, przed dzieckiem, przed pandemią – popłynęliśmy z moim mężem na piękną tajską wyspę, Ko Phi Phi. Zamieszkaliśmy w zbudowanym na planie sześciokąta bungalowie z widokiem na morze. Szumiały palmy. Ciepła, lazurowa woda łagodnie rozlewała się po białym piasku. Pomiędzy hotelowymi gośćmi przemykali bezszelestnie kelnerzy, masażystki, bagażowi: wszyscy ubrani w przetykane złotymi nićmi firmowe stroje; wszyscy bezbrzeżnie uśmiechnięci.  Drugiego dnia, kiedy udało mi się odzyskać minimalne napięcie mięśniowe po odbytym poprzedniego wieczora masażu, poszłam na spacer za hotel, spodziewając się dalszego ciągu tego wszechogarniającego amazingu: tajemniczych ścieżek prowadzących do spływających ze skał wodospadów, kolibrów spijających nektar z dzikich storczyków i tak dalej. Tymczasem ścieżka za hotelem była krótka. Urywała się na wejściu do czegoś, co wyglądało jak mały obóz uchodźców – druciana siatka, a za nią kilkanaście baraków z blachy falistej; walające się kartony, worki, połamane zabawki, bardziej szmaty niż ubrania rozwieszone na pożółkłych sznurach przed barakami. Jakieś dziecko płakało, ktoś na nie wrzeszczał, ktoś inny prał ciuchy w obłupanej balii. Nietrudno było się połapać, że tutaj właśnie mieszkali nasi bezbrzeżnie uśmiechnięci, bezszelestni, odziani w połyskujące szaty pracownicy obsługi hotelowej. Gdzie ja, do cholery, byłam? Na rajskiej wyspie czy w slamsach? Kiedy wróciłam do hotelu, zrozumiałam, że przyjechaliśmy do teatru; to, co się wokół nas rozgrywa, jest przedstawieniem, za które płacimy. A kiedy wróciłam do Polski, obraz tamtego kontrastu zaczął do mnie wracać – i do dzisiaj często mi się przypomina. Na przykład taki Instagram czy Facebook: przeglądam zdjęcia swoich znajomych. Na ośmiu z dziesięciu są uśmiechnięci, na pozostałych dwóch – filozoficznie zamyśleni. Moje zdjęcia są takie same. Ustawiamy swoje gładkie mimo upływających lat twarze na tle morskich fal i kwitnących łąk. Do naszych ogrodów wpadają sarny. Nasze dzieci mówią same mądre rzeczy. Nasze własnymi rękami pieczone chleby nie mają zakalców.  Jak to się stało, kiedy się na to umówiliśmy – że będziemy udawać przed sobą szczęśliwszych i lepiej ogarniających życie, niż to jest naprawdę? Że będziemy przed sobą odgrywać rzeczywistość pięciogwiazdkowego hotelu, a na noc wracać może nie do baraków, ale do jakiegoś zwykłego miejsca, gdzie nie codziennie jest niedziela? Co z tego udawania dostajemy, poza pogłębiającą się samotnością?

POLECAMY

Elizabeth Lesser opisuje tę grę, w którą ze sobą gramy, w książce Broken open: Spotykasz starą znajomą, a ona pyta‚ „Jak się masz?”. Odpowiadasz „Świetnie!”. Pyta „A jak dzieci?”, odpowiadasz – „Mają się znakomicie”. „A praca?”. „Spoko. Jestem tam już szósty rok”. Potem ty pytasz – „A co u ciebie?”, a ona na to – „świetnie”. „Jak wasz nowy dom?” – „Uwielbiam go!” (…) To całkiem zwyczajna wymiana zdań, każdy z nas codziennie ją odbywa. Ale prawdopodobnie niewiele mówi o naszym prawdziwym życiu. Nie chcemy mówić, że jedno z naszych dzieci pewnie nie przejdzie do następnej klasy, a nasza praca często wydaje się nam pozbawiona sensu albo że przeprowadzka do nowego miasta była prawdopodobnie ogromnym błędem. Właściwie to wstydzimy się większości swoich ludzkich cech. Rumi, suficki poeta, długo zanim zaczęliśmy na Instagramie używać filtra Earlybird czy Valencia, nazywał to Otwartym Sekretem. Otwarty Sekret polega na tym, że udajemy, że żyje się nam lżej, niż nam się żyje. Patrzymy n...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy