Dołącz do czytelników
Brak wyników

Style życia

24 lipca 2020

NR 6 (Sierpień 2020)

Czkawka

Poznawanie samego siebie to zadanie na całe życie i nic nie wskazuje, by inaczej było z poznawaniem wspólnoty, do której się należy. I to, co przyjemne, i to, co przykre, jest nam stopniowo dawkowane. Oczywiście przyjemne pojawia się częściej: wspólnota lubi się chwalić przed samą sobą, głaskać się po spasionym brzuszku samozadowolenia. To zaś, co przykre, jest często wypierane i tylko wraca niekiedy jak niechciana czkawka. Jak taka czkawka działa chociażby zwodnicza natura Facebooka, który co jakiś czas wykopuje wiadomości sprzed lat i puszcza je znowu w obieg jako nowości: znów umiera sędziwy znany aktor, którego dwakroć już opłakano albo znów oburzamy się na słowa jakiegoś polityka, które padły za poprzedniej kadencji. Jakiś czas temu przez profile znajomych przeleciała wiadomość, że na grobie Ireny Sendlerowej napisano właśnie „Jude wont”. Owszem, napisano, ale ani teraz, ani pięć lat temu, kiedy ta wiadomość po raz pierwszy wróciła z przeszłości i poszła w różnych serwisach, tylko prawie dekadę temu. Ale to smutne przypomnienie na coś się przydało: pozwoliło mi pomyśleć o specyfice tego napisu, bo jest on symptomatyczny dla całego mnóstwa innych tekstów, na jakie praktycznie codziennie natykam się w przestrzeni publicznej. Otóż „Jude wont” nie jest napisane w żadnym języku. Niby złożone z kawałka niemieckiego i kawałka rosyjskiego, ale po niemiecku powinno być „Juden”, po rosyjsku „won”, a nie „wont”. Nie jest to również, rzecz jasna, po polsku – po jakiemu zatem? Na znanym rysunku Mleczki złośliwy Pan Bóg robi Polsce numer i umieszcza ją między Niemcami a Rosjanami. Od dawna obserwuję lubość, z jaką polscy nacjonaliści używają rozmaitych strzępków mowy „naszych odwiecznych wrogów”. Jeśli widzę gdzieś nagromadzenie tropów w rodzaju „ruki wwierch”, „pierekowka”, „tawariszcz”, „sowiecki” zamiast radzieckiego, jakieś, „hande hoch” i „Werhmacht” (często w takim właśnie błędnym zapisie), zapala mi się moja biało-czerwona lampka radarowa. Jest w tym jakaś chorobliwość, jakaś perwersja, która każe im – w ramach wstawania z kolan i odrzucania wszystkiego, co obce – fiksować się na tym, co obce i powtarzać do znudzenia. 

POLECAMY

*

Jak zatem nazwać to narzecze? Narracja nacjonalistyczna ma takie określenie na media, które zachowują pewną niezależność od kapitału państwowego i w związku z tym nie kolportują partyjnej propagandy pisowskiej: „polskojęzyczne”. Że nie polskie, a polskojęzyczne jedynie. Polskojęzyczność staje się tu – nieoczekiwanie dla mnie, pisarza będącego Polakiem, tworzącego w polszczyźnie i znającego nieco historię tego języka i tej kultury – obelgą. Ale ten napis nie jest nawet polskojęzyczny. Choć najpewniej jest polski, polską ręką, przedstawiciela królewskiego szczepu piastowego nakreślony. Ba,...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy