Dołącz do czytelników
Brak wyników

Style życia , Otwarty dostęp

16 kwietnia 2020

NR 4 (Kwiecień 2020)

Nienawiść nieosobista

169

Ciekawiło mnie, jak to się stało, że taki zwykły chłopak decyduje się przeprowadzić mord polityczny. Wiele godzin przegadałem z Januszem w więzieniu i ciężko mi było połączyć tego sympatycznego człowieka z facetem, który z zimną krwią zabił przywódcę politycznego i nigdy nie uderzył się za to w pierś.

MAGDA BRZEZIŃSKA: „Czy zabić może tylko psychopata, świr, prymityw, zwyrodnialec, szaleniec, czy potwór?” – pyta Pan we wstępie do reportażu o Januszu Walusiu, zabójcy Chrisa Haniego, przywódcy politycznego w RPA. Znalazł Pan odpowiedź na to pytanie?

POLECAMY

CEZARY ŁAZAREWICZ: Przed wyjazdem do RPA liczyłem, że się tego wszystkiego dowiem od Janusza Walusia, ale on sam chyba też nie zna odpowiedzi, nie wie, jak to się stało, że zabił drugiego człowieka.

Wydaje mi się, że Waluś był pod dużym wpływem Clive’a Derby-Lewisa, założyciela i czołowego polityka Partii Konserwatywnej. Kiedy zmarł ojciec Janusza, Tadeusz Waluś, który miał silną osobowość i był dla synów autorytetem,  Janusz potrzebował kogoś, kto go zastąpi. I kimś takim był Derby-Lewis. Bez wątpienia Janusz Waluś zakochał się w RPA i gotów był zrobić dla tego kraju wszystko, a Derby-Lewis powiedział mu, że można ocalić Południową Afrykę, odsuwając moment, gdy czarna większość przejmie władzę i – w mniemaniu Derby-Lewisa – zniszczy kraj. Zatem Waluś zrealizował projekt polityczny Derby-Lewisa, któremu zabrakło odwagi, sprytu, czy też okazji. Waluś wykonał plan człowieka, który się tam urodził i który był przeciwnikiem zmian. Derby-Lewis liczył na to, że zabójstwo Haniego będzie detonatorem, który wywoła rewolucję, władzę przejmie wtedy wojsko i proces liberalizacji zostanie zatrzymany. Stało się inaczej – to zabójstwo przyśpieszyło proces oddania władzy przez białych.

W wielu artykułach o Januszu Walusiu w polskiej prasie pojawia się sformułowanie, że on „dał się wplątać” w politykę, i to stając po złej stronie, że był jak „drewniana lalka”, która porusza się tak, jak ktoś pociąga sznurki… Czy rzeczywiście mamy tu do czynienia z człowiekiem, który tak tylko płynął?

Nie, ja bym tak o nim nie powiedział. Powiedziałbym raczej, że potrzebował i znalazł przewodnika po tym nowym dla niego świecie. Na początku przewodnikiem był dla niego jego starszy brat – Witek, który zakochał się w RPA, ściągnął tam całą rodzinę. Walusiowie, bracia i ojciec, byli cały czas w dobrych, mocnych relacjach ze sobą. Witek był pod dużym wrażeniem Afrykanerów, ich walki o przetrwanie i budowę tego kraju. Później przewodnikiem dla Janusza Walusia stał się Derby-Lewis – mówił królewską angielszczyzną, był człowiekiem stamtąd, był jednym z ideologów Partii Konserwatywnej. No i poświęcał uwagę Januszowi, kierowcy TIR-a z Polski, który słabo mówił po angielsku. To trochę tak, jakby dzisiaj jakiś znany i bardzo wpływowy polski polityk poświęcał dużo uwagi komuś, kto niedawno przyjechał z Ukrainy do Polski. Myślę, że w pewnym momencie Derby-Lewis dostrzegł, że ulepił Walusia jak z wosku i że może go użyć jako narzędzia do wykonania politycznego planu. Ale oczywiście wszystkie wybory Janusza Walusia były świadomymi wyborami i nikt z niego nie zdejmie odpowiedzialności. 

Waluś powiedział, że w zabójstwie Haniego nie było „nic osobistego”, że on po prostu wykonał pewną misję. Czy rzeczywiście nie było nic osobistego w podejściu Walusia? Czy można zabić bez żadnego osobistego podglebia?

Janusz Waluś nie znał Chrisa Haniego. Po raz pierwszy spotkał go na podjeździe jego domu, gdy go zastrzelił. Znał tylko jego wizerunek nakreślony przez media apartheidowskie, bo Waluś czytał tylko taką, „patriotyczną”, prasę. Nie czuł do Haniego niechęci osobistej. Natomiast towarzyszyła mu duża niechęć polityczna. Użył pistoletu, żeby Hani nie zniszczył jego nowej ojczyzny – tak sam potem tłumaczył swoją „misję”. 

Zabójstwo z pobudek politycznych – taka była linia obrony. Waluś miał być tak naznaczony traumą dorastania w komunistycznej Polsce, że wizja komunizmu w RPA kojarzyła mu się z wielką grozą. Ale po przeczytaniu Pana reportażu pojawia się wiele wątpliwości co do tego, czy rodzina Walusia rzeczywiście była tak pokrzywdzona przez PRL…

Gdy słyszałem opowieści Janusza i Witka o ich życiu w PRL-u, miałem wrażenie, że żyli na poziomie nieosiągalnym dla zwykłego Polaka z tamtych czasów. Walusiowie mieli potężną firmę, mogli korzystać w nieograniczony sposób z luksusów dostępnych w PRL-u. Oczywiście Tadeusz Waluś, ojciec Janusza i Witka, ciężko na to pracował. Taka była linia obrony w sądzie, a potem przed Komisją Prawdy i Pojednania. To samo powiedział mi teraz Janusz – że źle się w tym systemie czuł… Ja wierzę moim bohaterom. Wysłuchałem tej opowieści i weryfikowałem ją w rozmowach z innymi. On mówi, że cierpiał w komunistycznej Polsce, jego znajomi – że żył jak pączek w maśle. 

W każdym razie jestem przekonany, że jego prawdziwą miłością stała się Południowa Afryka. Patrzył na nią oczyma Derby-Lewisa, który był przeciwnikiem wszelkich zmian, jakie nadchodziły w latach 90. w Południowej Afryce. Bez wątpienia to Derby-Lewis wymyślił to zabójstwo, chociaż przy każdej okazji wykręcał się i twierdził, że nie miał pojęcia, iż do tego dojdzie. 

Trudno uwierzyć, że za tym zabójstwem kryje się wyłącznie nienawiść Walusia do komunizmu, bo w opowieściach o życiu w PRL-owskiej rzeczywistości nie wspomina o ważnych wydarzeniach politycznych.

Ważnych – z punktu widzenia osoby traktowanej przez komunistyczne państwo w opresyjny sposób. Jedynym wspomnieniem Walusia z jego młodości w Polsce jest to, że rozbił samochód rajdowy i zaczął myśleć o zakończeniu kariery rajdowca, o wyjeździe z kraju.

Jego najbliższy przyjaciel był blisko Studenckiego Komitetu Solidarności w Krakowie i kolegował się ze Stanisławem Pyjasem. Ale Janusza, gdy był w Polsce, polityka nie interesowała. On się ścigał. Robił to, kiedy powstawał Komitet Obrony Robotników, tworzyły się Studenc­kie Komitety Solidarności i powstawała Konfederacja Polski Niepodległej oraz Solidarność.  

Usłyszałem kiedyś od jego najbliższych historię, jak został pobity przez milicjantów, gdy był młodym chłopakiem. Pomyślałem, że może to był ten moment, który zmienił w nim wszystko. Podczas następnego widzenia w więzieniu zapytałem go o to. Spojrzał mi w oczy i powiedział: „Wiesz, jak to jest. Wróciłem do domu mocno spóźniony, bałem się gniewu ojca i tę historię wtedy wymyśliłem”.

Polityką zaczął się interesować w Afryce, kiedy po raz pierwszy poszedł na spotkanie z Derby-Lewisem, któremu po spotkaniu wręczył czek na tysiąc randów – wtedy to była ogromna kwota. Derby-Lewis zaprosił go na kolację – i tak zaczęła się ich przyjaźń.

Ciekawiło mnie, jak to się stało, że taki zwykły chłopak przyjeżdża do obcego kraju i decyduje się przeprowadzić mord polityczny. Wiele godzin przegadałem z Januszem w więzieniu i ciężko mi było połączyć tego sympatycznego człowieka z facetem, który z zimną krwią zabił przywódcę politycznego i nigdy nie miał z tego powodu wyrzutów sumienia. To naprawdę jest miły, uczynny facet, taki, z którym można pójść na piwo, na ryby, któremu można samochód pożyczyć. I takie wrażenie ma każdy, kto go spotyka, nawet Lindiwe Hani.

Lindiwe poruszająco opowiada Panu o swoich ambiwalentnych uczuciach – o rodzącej się sympatii do Walusia, ale także ogromnym bólu, bo przecież to on zabił jej ojca. Odebrał jej szansę na bycie córką, ale i sam siebie pozbawił szansy bycia ojcem dla swojej córki. 

Tak. Początkowo Lindiwe nienawidzi – i ta nienawiść spowodowała, że poszła do więzienia, by spojrzeć oprawcy ojca w oczy – lecz wizyta u Walusia zmieniła ją tak, że Lindiwe przestraszyła się tego, co poczuła.

Zaczęła współczuć mordercy swojego ojca i pomyślała, że to jest z jej strony zdrada. Poczuć sympatię do kogoś, kto z zimną krwią zabił ci ojca – to jest niebywałe, trudne do pojęcia… 

Za to matka Lindiwe, wdowa po Hanim, Limpho, absolutnie nie jest w stanie wybaczyć. To zraniona kobieta, która od 27 lat każdego dnia niesie swój ból.

Kim jest Janusz Waluś?

Janusz Waluś urodził się w Zakopanem w 1953 roku. Gdy miał 28 lat, wyemigrował do RPA. W 1993 roku zamordował Chrisa Haniego, charyzmatycznego działacza Południowoafrykańskiej Partii Komunistycznej. 

W RPA Waluś pracował jako kierowca TIR-a. Pod wpływem lidera Partii Konserwatywnej, Clive’a Derby-Lewisa, zaangażował się w działalność polityczną – stanął po złej stronie afrykanerskich nacjonalistów, którzy za wszelką cenę chcieli utrzymać apartheid, czyli system segregacji rasowej. 

10 kwietnia 1993 roku Waluś zabił Chrisa Haniego, lidera Partii Komunistycznej, oddając do niego cztery strzały przed jego domem w Boksburgu. Jeszcze tego samego dnia został aresztowany. Śledztwo ujawniło, że za zlecenie zabójstwa odpowiedzialny był lider Partii Konserwatywnej, Clive Derby-Lewis, od którego Waluś otrzymał broń. Obaj zostali skazani na karę śmierci, ale po zniesieniu tej kary w RPA wyrok zamieniono na dożywotnie więzienie. Clive Derby-Lewis zmarł w 2016 roku. Janusz Waluś od lat stara się o możliwość odbywania kary w Polsce, ale jego wnioski są odrzucane przez ministra sprawiedliwości RPA.

 

Ból trzyma ją przy życiu?

Myślę, że tak. Sensem jej życia jest zemsta na Walusiu. Dlatego nie chce dopuścić, żeby Janusz Waluś opuścił więzienie. Choć wielu innych, znacznie okrutniejszych przestępców opuściło już więzienie, Waluś, nie wiedzieć czemu, nie może liczyć na łaskę. Dla Limpho to jest sprawa osobista, a że jest osobą wpływową, to wszelkimi możliwymi sposobami wpływa na wymiar sprawiedliwości, żeby Janusz Waluś nie mógł wrócić do Polski.

Może kryje się za tym też lęk, że Waluś mógłby się tutaj stać, a w zasadzie dla niektórych już jest, bohaterem narodowym. Czy on wie, że w środowisku narodowców jest postrzegany jako „ostatni żołnierz wyklęty”?

Janusz Waluś wie o tym, ale powtarza, że nie zasługuje na taki honor, bo „nic takiego nie zrobił”. Cieszy go postawa młodych Polaków, którzy piszą do niego listy i nazywają wzorem do naśladowania. Trudno być odpornym na te komplementy. Szczyt popularności medialnej Walusia miał miejsce w 1997 roku, kiedy stanął przed Komisją Prawdy i Pojednania. Ale to przeminęło, z czasem Południowa Afryka miała już inne problemy. Dziś zabójstwo Haniego jest tam czymś takim, jak w Polsce zabójstwo księdza Jerzego Popiełuszki przez Piotrowskiego – to bardzo ważny moment w historii kraju, ale na co dzień nikt tym nie żyje, tak jak na co dzień nikt w RPA nie żyje sprawą Walusia. 

W RPA Waluś został zapomniany nawet przez tę grupę Afrykanerów, która uważa, że zmienił on bieg historii – na korzyść białych. W Polsce o Walusiu przypomniano sobie, gdy nacjonalistyczna prawica wciągnęła go na swoje sztandary. Wtedy do więzienia w Pretorii zaczęły masowo przychodzić listy. Młodzi Polacy piszą do Janusza Walusia, że jest dla nich bohaterem. I to daje mu siłę do przetrwania więzienia. Dowody sympatii dostaje nie tylko od jakiejś „gimbazy” z ONR, ale od obecnych posłów, polityków, którzy, oczywiście, wykorzystują go do swoich politycznych celów. Te głosy poparcia z Polski, zdjęcia ze stadionów z hasłami gloryfikującymi Walusia przykuwają uwagę świata i docierają do Południowej Afryki. Dociera zniekształcony przekaz, że Janusz Waluś jest w Polsce bohaterem, bo zastrzelił ojca Lindiwe i męża Limpho Hani. I to mu bardziej szkodzi, niż pomaga. 

Biała bohaterka

Retha Harmse, Afrykanerka – to ona zobaczyła Walusia nad ciałem Haniego, zapamiętała numery jego samochodu i poinformowała policję. 

W Wielką Sobotę wyruszyła z rodzicam...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy