Czasem bez powodu, zupełnie niespodziewanie, wraca w mojej pamięci obraz nagrania z kasety, jakie były wykorzystywane w kamerach VHS z początku lat dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku. Jeśli pamiętacie te kamery, to wiecie, że ten sprzęt zajmował powierzchnię większą niż męskie ramię, na którym musiał się opierać, żeby można było cokolwiek nagrać. Ówczesne kamery przypominały bardziej te używane w studiach telewizyjnych – ogromne, kanciaste i ciężkie. Jestem niemal pewien, że gdyby zobaczył ją dzisiaj mój syn, jedynym sposobem, dzięki któremu mógłby poznawczo ogarnąć ten cud technologii, byłaby wysilona dedukcja połączona z procesem wyszukiwania informacji z pomocą słynnego „internetowego wujka”.
Na nagraniu mam około czternastu, może piętnastu lat. Siedzę w pokoju moich kuzynów, do których tak bardzo lubiłem jeździć, będąc dzieckiem. Na pierwszym planie widać pokój i grupę osób. To właśnie moi kuzyni, moje rodzeństwo i wreszcie ja. Na drugim planie widać mojego wujka. Tuż obok niego, bezpośrednio za mną, stoi mój ojciec.
W kilkuminutowym filmie nie ma nic nadzwyczajnego. Jego jakość, jak to w formacie VHS, pozostawia wiele do życzenia, a obraz jest ziarnisty, z jakby wyblakłymi kolorami. Raz na jakiś czas pojawiają się na nim pasy zakłóceń z głowicy nagrywającej. Mimo to bez większego trudu można dostrzec szczegóły, wyłowić twarze i gesty.
Nie widziałem tego fragmentu co najmniej kilkanaście, jeśli nie ponad dwadzieścia lat, aż do przypadkowego momentu selekcji starych materiałów podczas domowych porządków. Ten długi czas „śmierci klinicznej” spowodowany był tym, że nie bardzo lubię wracać do zdjęć i nagrań z przeszłości. Lubię wiedzieć, że są gdzieś pod ręką i w odpowiedniej chwili, kiedy jest ku temu dobra okazja, mogę do nich wrócić, ale nic więcej. Nie jestem nadmiernie sentymentalny i zbyt długie oglądanie takich rzeczy po prostu mnie nudzi. Jednak tym razem wydarzyło się coś, co przywołało ważne momenty i pogłębiło moje postrzeganie niektórych relacji.
W jednej ze scen żywiołowej dyskusji, gdzie młode pokolenie przekonuje starsze, że „należy im się jeszcze jeden dzień pobytu i zabawy”, a to drugie argumentuje, że jednak „trzeba już wracać do domu, bo są plany, obowiązki” i inne czynności, koszmarnie nudne z punktu widzenia dziecka, w tle dzieje się coś, co ma ogromne znaczenie w budowaniu więzi. Mój ojciec – w tamtej sytuacji reprezentujący oczywiście stanowisko starszego pokolenia – jest ze mną w nieustannym kontakcie cielesnym, głaszcząc mnie, swojego syna, po głowie. Mimo tego że w oczywisty sposób w tym momencie stoimy na przeciwległych biegunach zażartej wymiany stanowisk – ja: zabawa, wolny czas, swawola; ojciec: obowiązki, odpowiedzialność, dorosłość – jego niewerbalna mądrość, w swoim cichym, delikatnie wyrażanym dotyku, jednocześnie mówi mi: „Jestem tutaj, rozmawiamy, jest trudno, bo mamy różne zdania, ale jest okej”.
Pamiętam emocje towarzyszące mi w tamtej dyskusji. Pamiętam zaciętość argumentacji i gotowość do wdrożenia obywatelskiego nieposłuszeństwa rodem z Thoreau. Pamiętam ekscytację kryjącą się w jawnych próbach grupowego konfliktowania się ze starszym pokoleniem. Jednak najwyraźniej czuję towarzyszące mi przez cały czas poczucie bezpieczeństwa. W tamtych chwilach wiedziałem, że pomimo momentami stanowczych i kategorycznych poleceń, stawianych granic i oczekiwań, mogę bezpiecznie zderzać się i konfliktować z ojcem. Byłem pewien, że nic zagrażającego mi nie może się wydarzyć. Jestem przekonany, że wtedy, a także i wiele razy później, jednym z filarów tego poczucia bezpieczeństwa był właśnie dotyk.
Każde dziecko, małe czy nieco większe, potrzebuje kontaktu fizycznego z rówieśnikami, rodzeństwem, rodzicami w formie przytulenia, pogłaskania czy zwyczajnego, wykonanego mimochodem muśnięcia dłonią. My, dorośli, również tego potrzebujemy. Mam wrażenie, że nie różnimy się tutaj zbytnio od dzieci. Różnica być może leży bardziej w strategiach okazywania tej potrzeby, bo czasem może nie być nam tak łatwo, jak dzieciom się do niej przyznać. Dzieci, przynajmniej do pewnego wieku, bezpardonowo biorą sobie przytulenie czy „głask” od tego, od kogo ich potrzebują.
My dorośli, czasem częściowo, a czasem całkowicie tę potrzebę kontaktu fizycznego chowamy przed światem. Może nieświadomie wypieramy ją ze swojego życia, żeby nie musieć chcieć, jeśli chcieć nam za bardzo nie pozwalano? Bywa też, że całkiem odpowiedzialnie i dorośle wiemy, że to nie miejsce, czas i okoliczności, i wtedy pozwalamy sobie na zachowanie tego „potrzebuję” na później. Jakiejś części z nas – i intuicja podpowiada mi, że to część zdecydowanie mniejsza – udaje się zachować pełny kontakt ze swoim cielesnym Ja. Wtedy potrafimy słuchać i podążać za nim, uwzględniając to, co ważne.
Dlaczego dotyk jest ważny? Po co świadomie podejmować wysiłek, żeby było go więcej? Jaki wymiar dodajemy do swojego życia, dbając także i o tę sferę?
Możesz komunikować się z bliskimi Ci osobami na poziomie werbalnym – słowami czy frazami, kwiecistymi opisami czy rzeczową analizą. Jednak jeśli masz za sobą doświadczenie prawdziwie bliskiej relacji z własnym dzieckiem, rodzicem, partnerem, to pewnie czujesz, że taka komunikacja, pozbawiona odczuwania przez ciało, będzie niepełna, niewykorzystująca potencjału bycia Homo sapiens – tego, co w człowieku duchowe i cielesne.
W naszym nieco przeintelektualizowanym świecie warto, aby znalazło się miejsce na spotkanie z dotykiem naszych bliskich i zatrzymanie na chwilę w tym doświadczeniu. To ważne, aby znaleźć przestrzeń na sprawdzenie, jak to jest być w kontakcie, w ciele, ze sobą i innymi. Jeśli tego miejsca nie ma, to trzeba podjąć wysiłek, żeby je wygospodarować, poprosić o nie, zadbać. No bo po co żyć jakby „w części”, kiedy można żyć „w całości”?
Jeśli uda Ci się stworzyć codzienną przestrzeń na dotyk, na pogłaskanie syna czy córki, na przytulenie partnerki częściej niż w biegu i z automatu, na poklepanie najlepszego kumpla po ramieniu czy też „pójście w niedźwiedzia” z kuzynem, to znajdziesz w tym rzeczy dobre i dla siebie, i dla innych. Ci ważni dla Ciebie „inni” wezmą z tych mikrogestów to, co będzie im potrzebne. Kolejne pokolenie chłopców i dziewczynek nauczy się nie wypierać i nie zamykać na dotyk płynący z miłości rodzicielskiej. Z nich wyrośnie pokolenie dorosłych mężczyzn i kobiet zdolne do odważnego komunikowania swoich potrzeb kontaktu. Dzięki tej otwartości będzie też potrafiło ten kontakt dać innym, kolejnym pokoleniom, bez wstydu i zakłopotania.
Być może nawet dzięki fizycznemu kontaktowi Twojemu synowi lub córce uda się kiedyś wynegocjować pozostanie jeden dzień dłużej w ważnym dla nich miejscu, na zabawie z kuzynami. Mi się udało, a do tego – w bezcennym pakiecie promocyjnym – mam wspomnienie, które zostanie ze mną na zawsze.
Czytaj więcej
Siedziałyśmy w knajpie, ja i moja bliska koleżanka, z którą z powodów pandemicznych długo się nie widziałam. Fajnie było znowu znaleźć się w jej towarzystwie. Moja koleżanka zdawała się bowiem aniołem: mówiła z wielką łagodnością i patrzyła z wielką łagodnością. „Nic tylko czekać, aż rozlegnie się cichy szum skrzydeł” – pomyślałam. Była serdeczna dla kelnerki i pełna głębokiego zrozumienia dla problemów, które powierzałam jej miękkim uszom. Kiedy poszła do toalety, przez chwilę kontemplowałam kontrast pomiędzy nami, sama bywam zapalczywa, oburzona, impulsywna i wprost waląca. Mój namysł nad tym kontrastem przerwał dochodzący z tyłu głos jakiejś kobiety (jako psycholożka jestem absolutnie zdeterminowana podsłuchiwać każdą rozmowę, która odbywa się w mojej okolicy – to silniejsze ode mnie). Głos był szorstki, obcesowy i mroźny jak lutowy poranek. „Jak to, kiedy przyjadę? Nie wiem kiedy! Czasu nie mam, ja mam pracę, nie wiesz tego? Zadzwonię później!”. Poczułam na karku lodowaty oddech: kobieta, która właśnie skończyła rozmowę, stała blisko.
A potem wróciła do naszego stolika. „Z kim rozmawiałaś?” – wydukałam słabo, bo ciągle nie mogłam dojść do siebie. „Z mamą moją” – wyjaśniła, znowu łagodnie, jak nie ona, a może właśnie jak ona. Już sama nie mogłam się połapać, która jest nią, a która nie i jak takie dwie w jednej mogą się pomieścić. „Kłócicie się?” – spytałam jeszcze, w sumie z nadzieją, że to jakaś wyjątkowa sytuacja, że normalnie anioł jest aniołem, tylko teraz akurat coś się niecodziennie „skichało”. „Nie, czemu?” – wyszeptała ku mnie aksamitnie koleżanka.
W książce Podróż bohaterki amerykańska terapeutka, Maureen Mudrock, pisze o tym, w jaki sposób kobiety, kształtując własną tożsamość, przechodzą przez etap odrzucania własnej matki: „Wiele młodych kobiet przekształca swoje matki w obraz archetypowej mściwej, zaborczej i pożerającej kobiety, którą muszą odrzucić, by przeżyć. Rzeczywista matka może, lecz nie musi uosabiać tych cech, jednak córka internalizuje je jako konstrukt matki wewnętrznej”. Jeśli jest to jakiś etap – spoko. Ale gdyby na tym miało się skończyć? Czy nie byłybyśmy dalej od jakiejś Prawdy, której częścią dla zdecydowanej większości z nas nie były tylko surowe spojrzenia po wywiadówkach, przygany wokół długości spódnic czy męczące codzienne wyrzuty, ale też całkiem nierzadkie chwile czułości, starannie plecione warkocze, ocierane łzy, kanapki z podwójnym serem, ale bez ogórka, bo nie lubisz ogórków, wakacyjne podróże w upakowanym po dach samochodzie i te wszystkie inne skrawki miłości, których nie da się sprowadzić do kciuka obróconego w dół? Czy nie doświadczyliśmy tego, co Robert Hayden, amerykański poeta, nazwał „surowymi, samotnymi posługami miłości”, kiedy w wierszu Te zimowe niedziele przywoływał obraz swojego ojca, który w niedziele „wstawał wcześnie/i w sinoczarnym zimnie ubierał się, aby/spękanymi rękami, które go bolały/od roboty na mrozie w dni powszednie, sypnąć/węgla do pieca”?
Wielu z nas ma odruch, żeby to właśnie rodziców z wielką surowością oceniać, jakby bycie rodzicem było co najmniej najłatwiejszą robotą na świecie, chociaż akurat jest odwrotnie.
Ale jest jeden dość niezawodny sposób, żeby uleczyć swoje niesprawiedliwe, niesymetryczne spojrzenie na tatę i mamę: samemu zostać rodzicem. Jeśli ma się trochę inteligencji intrapsychicznej, nie trzeba wiele czasu, żeby zobaczyć własne „zawałki”. Obstawiam, że już po kilku miesiącach, jeśli nie tygodniach, będziesz miał(-a) na koncie, co następuje:
(a) doświadczenie bezbrzeżnej miłości,
(b) doświadczenie totalnej, wszechogarniającej irytacji,
(c) wspomnienie własnego głosu, który wypowiada teksty, które sam słyszałeś od swoich rodziców i obiecałeś sobie, że nigdy ich nie powtórzysz i
(d) wspomnienie tego, że kilka razy zachowałaś się na tyle okropnie, że nie przyznałaś się do tego nawet przyjaciółce, a i sama próbujesz o tym zapomnieć.
Prawda o miłości rodzicielskiej jest złożona, jak prawda o każdej miłości. Ci z nas, którzy się na nią decydują, biorą na siebie robotę nieporównywalną do żadnej innej.
Firma American Greetings nagrała i umieściła na YouTube filmik: rekruter przeprowadza rozmowę o pracę z kilkorgiem kandydatów. „Zakres odpowiedzialności i wymagania są dość rozległe” –mówi kandydatkom i kandydatom – „potrzebna jest mobilność”. „Większość pracy odbywa się na stojąco. Potrzeba dużo energii”. W głosie jednej z kandydatek pojawia się niepewność – „Przez ile godzin?” – pyta. „Od 135 godzin” – odpowiada bez wahania rekruter – „do nielimitowej liczby godzin. W gruncie rzeczy 24 godziny dziennie, przez 7 dni w tygodniu”. Inny z kandydatów sam próbuje się pocieszyć: „Ale pewnie od czasu do czasu można sobie usiąść?”. Rekruter precyzuje: „Nie. Nie przewidujemy przerw”. Kandydatka zaczyna mieć poważne wątpliwości: „Czy to jest w ogóle legalne? Co z lunchami?”. Tu rekruter ma dobrą wiadomość: „Można zjeść lunch, ale po tym, jak twój współpracownik skończy swój. Potrzebne są świetne umiejętności interpersonalne i negocjacyjne” – ciągnie, niezrażony coraz bardziej niewyraźnymi minami kandydatów. „Dobrze byłoby mieć tytuł naukowy z obszaru finansów i medycyny. Czasami trzeba towarzyszyć współpracownikowi w nocy. W trakcie świąt ilość pracy się zwiększa. Ale poczucie spełnienia, poczucie zażyłości są ogromne!” – przekonuje. Kiedy przychodzi do rozmowy o pieniądzach, rekruter oferuje zerowe wynagrodzenie. Aż w końcu mówi, że miliony ludzi na świecie zdecydowały się na tę pracę: matki. Kandydaci i kandydatki zaczynają mówić o swoich i ocierać łzy.
Czy tak samo zrobiłaby moja koleżanka anioł? Czy przypomniałaby sobie coś poza tym, co oblodziło jej ton w rozmowie w restauracji? A my – co chcemy uczynić naszą linią mety w podróży, jaką jest niewątpliwie relacja z naszymi rodzicami? Przebaczenie za nieuchronne przewiny? Tylko tyle?
Czytaj więcej
Bycie razem to wspólna droga i wspólny wysiłek. Każda relacja jest trochę jak orkiestra – powstaje wtedy, gdy tworzy spójną całość.
Czytaj więcej
Mowa ciała jest wyrazem potrzeb, źródłem informacji o naszych przejściach i doświadczanych emocjach. W jaki sposób nawiązać kontakt ze swoim ciałem oraz nauczyć się lepiej rozpoznawać i rozumieć swoje reakcje emocjonalne?
Czytaj więcej
Co robić, kiedy dziecko chce od nas tego, czego nie możemy mu dać? Czy jestem złym rodzicem, kiedy czegoś dziecku odmawiam? Jak mówić „nie” bez poczucia winy?
Czytaj więcej
Kłótnia potrafi siać spustoszenie i być jak tornado przynoszące gigantyczne straty w relacji. Czy można nauczyć się nią zarządzać?
Czytaj więcej
Kilka lat temu siedziałam ze znajomymi w prywatnym mieszkaniu. Koleżanka była w trudnym emocjonalnie stanie, gdyż tydzień wcześniej jej ówczesny mąż oznajmił, że ma inny pomysł na życie niż małżeństwo i się wyprowadza. Wszyscy byliśmy zaskoczeni tą sytuacją. Równocześnie gospodyni donosiła co chwilę jakieś przekąski. Pojawiły się słodkie drożdżówki z jagodami. Koleżanka sięgnęła po ciastko, na co inny znajomy natychmiast zareagował: „Ej, może akurat ty nie powinnaś? Wiesz, jak tak będziesz jadła i tyła, to trudno ci będzie nowego chłopa znaleźć”. Reakcja była natychmiastowa i przybrała językową formę wulgaryzmu. Znajomy poczuł się mocno urażony, bo przecież on „chciał dobrze”, a „grubej dziewczynie jest trudniej”.
Inna znajoma para na każdej imprezie odgrywała ten sam scenariusz. Kiedy on nie patrzył, ona jadła. Ale jak zauważył, natychmiast rozpoczynał tyradę pouczeń o tym, czemu tego nie powinna jeść. Tłumaczył, że o nią dba i chce, żeby dobrze się czuła we własnym ciele. Spotkałam ją po latach. Wróciłam do tamtego tematu: „Moje ciało należało do X i wypowiadania się o ciele przez X. Mogłam się dobrze czuć w ciele tylko wtedy, gdy on mnie pochwalił, zauważył, pogłaskał. Nie miałam ciała. On je posiadał i jak w starożytnym Rzymie, gdy cesarz wykonywał gest Pollice verso, czyli dawał kciuk do góry, to gladiator miał prawo żyć. Gdy kciuk wędrował w dół, dla pokonanego gladiatora był to wyrok śmierci. Tak w moim związku mój partner decydował, czy i jak się mam czuć: szczupła, gruba, a jeśli gruba, to natychmiast uruchamiał mi poczucie winy, że powinnam coś z tym zrobić. Przy czym w tych komentarzach o ciele, wcale nie o ciało mu chodziło”. Dopytałam, o co więc. „No jak? O kontrolę. Dzięki komentowaniu mnie, zyskał nade mną władzę. A właściwie to ja mu tę władzę w pełni dałam”.
Co to znaczy „normalny” człowiek i po co nam standardy?
Ashley Graham, ikona ruchu body positive staje przed lustrem ustawionym na scenie TED (najpopularniejsza platforma wykładów online na świecie). Mówi do swojego odbicia: „Jesteś silna. Jesteś mądra. Jesteś piękna”.
Opowiada o swojej karierze modelki, wskazując, że świat zewnętrzny nazywa ją modelką „plus size”. Ona woli o sobie mówić „my size”. Ta scena jest idealną ilustracją mechanizmu społecznego, który wrzuca każdego z nas gdzieś w miejsce na osi. Oś ma dwa skrajne punkty: JA i MY. JA to ta część w nas samych, która ma swoje potrzeby, emocje do wyrażenia, więc szuka strategii, by je w świecie zaspokajać. Drugi, równie ważny punkt, to nasza potrzeba przynależności do wspólnoty, a więc MY. MY to mechanizm ewolucyjny, który mówi: przetrwasz w grupie. Im wyższy Twój status społeczny, tym szanse na przetrwanie dla Ciebie i Twojego potomstwa rosną. Warto więc rozpoznać, co ów status winduje, a co go obniża.
Z ewolucyjnego punktu widzenia wspólnota ma dwa cele:
przetrwanie i rozmnażanie się. Brak przynależności społecznej oznacza brak opieki, a co za tym idzie, budzi lęk o poczucie bezpieczeństwa.
Z ewolucyjnego punktu widzenia wspólnota ma dwa cele: przetrwanie i rozmnażanie się. Na przestrzeni setek lat obserwuje się, które cechy to przetrwanie wzmacniają, a które mu zagrażają. Tak wypracowuje się cały skomplikowany system norm, zakazów i nakazów, które mówią: jak jesteś NORMALNY(-A), to weźmiemy Cię pod swoje skrzydła, a więc Twoje szanse na przeżycie wzrosną. Jeśli z jakiegoś powodu nie przystajesz do normy, to zostaniesz wykluczony(-a).
Na poziomie emocjonalnym niektórzy z nas mogą to przeżywać jako komunikat „umrzesz”. Zresztą w dawnych czasach ta śmierć miała fizyczny, a nie symboliczny, wymiar. Brak przynależności społecznej oznaczał brak opieki.
Pamiętajmy, że założenie, iż każdemu dziecku należy się opieka medyczna, to zdobycz ostatnich stu lat. Wcześniej bękart, a więc potomstwo urodzone poza małżeństwem, był nikim. Mógł umrzeć śmiercią głodową na ulicy.
Mógł żebrać. Nie miał żadnych praw. Kobieta bez męża nie miała żadnych praw (to jeden z meandrów). Człowiek musiał zasłużyć na miano przynależności do kategorii „człowieka” poprzez spełnienie pewnych oczekiwań społecznych, dotyczących moralnego prowadzenia się, wyglądu czy zachowania.
Aby było prościej rozpoznać normy konieczne do przeżycia, wspólnota utrwaliła je w języku. Możemy więc usłyszeć jako reakcję na nasze niestosowne zachowanie, zdanie: „Czy ty nie możesz się zachowywać NORMALNIE?”.
Przy czym słowo „normalność” ma dwa, często przeciwstawne znaczenie. Norma może być postulowana, czyli odpowiadać na pytanie: jak według społeczności powinno być, i rzeczywista, czyli zauważająca to, jak jest. Więc mimo że więcej w społeczeństwie mamy ludzi otyłych niż szczupłych i wysportowanych, „normalna” w znaczeniu postulatywnym oznacza, że kobieta ma płaski brzuch i jędrne piersi, chociaż norma rzeczywista zdecydowanie temu zaprzecza.
Innymi słowy, gdyby ktoś z obcej planety miał zbudować swoje przekonanie na temat tego, jak wygląda normalna kobieta czy normalny mężczyzna na podstawie mediów i zwykłej ulicy, to dostałby dwie przeciwstawne informacje: media mówią, że normalny człowiek jest szczupły, a obserwacja zwykłego życia podpowiada, że normalna kobieta czy mężczyzna ma nadwagę – i to czasem sporą. Jednak z pewnego powodu ufamy, a czasem wręcz traktujemy jako wyznacznik siebie i swojej tożsamości to, co nam świat zewnętrzny podpowiada i wyraża w języku.
Mamy więc ustalone i utrwalone, co znaczy bycie „normalną kobietą/normalnym mężczyzną”, czyli kimś, kogo szanse na seksualne zainteresowanie ze strony płci przeciwnej rosną, co biologicznie obiecuje potomstwo. Język to też nazywa „seksownością”, a potoczna warstwa wypracowała sobie swoje określenia: „laska, ciacho, dupeczka, przystojniak itp.”.
Wstyd jest emocją, która zdaniem Brene Brown wyklucza możliwość zbudowania prawdziwie głębokiej relacji. Jeśli czegoś się wstydzimy, to w tle ukryte jest przekonanie, że „jeśli druga osoba dowie się o mnie tego, czego się wstydzę, to mnie odrzuci i wykluczy”. Zatem w naturalny sposób człowiek ukrywa to, czego się wstydzi.
Ten mechanizm przejęła i bezlitośnie eksploruje kultura masowa, podpowiadając nam, która osoba publiczna zasługuje na to, by ją naśladować, co zwiększy nasze szanse na wskoczenie na wyższy poziom w strukturze społecznej. Jeśli więc ktoś osiągnie pupę Jennifer Lopez czy sześciopak Ryana Gosslinga, to świat mu obiecuje gwarancję, że jej/jego szanse na przetrwanie są większe. Obok niezauważalnie pojawią się reklamy produktów, które nam te pośladki czy brzuch pomogą doprowadzić do posturalnego stanu. Ale nikt nam nie powie, że stan idealny nie istnieje. Bo takie odkrycie odcięłoby od stałego dochodu duże segmenty rynku przemysłu kosmetycznego, medycznego i fitnesowego. Najlepiej więc trzymać każdego członka wspólnoty w niepewności, czy mieści się w kategorii atrakcyjności, czy nie.
Seksowna jest kobieta w określonym rozmiarze. Takim, jaki prezentowany jest na okładkach pism i w teledyskach. Przekaz jest taki: „Jeśli będziesz wyglądać tak, jak występujące tam dziewczyny, twoja pozycja w hierarchii społecznej będzie wyższa”. Oczywiście to prawo psychologii ewolucyjnej. W praktyce oznacza to: im bliżej Ci do ideału z okładki, tym bardziej atrakcyjna masz prawo się czuć. Im dalej Ci od tego modelu, tym Twoje miejsce w rankingu atrakcyjności spada. A Ty powinieneś/powinnaś odczuwać wstyd. Wstyd, czyli emocję, która zdaniem Brene Brown wyklucza możliwość zbudowania prawdziwie głębokiej relacji. Jeśli czegoś się wstydzimy, to w tle ukryte jest przekonanie, że „jeśli druga osoba dowie się o mnie tego, czego się wstydzę, to mnie odrzuci i wykluczy”. Zatem w naturalny sposób człowiek ukrywa to, czego się wstydzi. Ale „im mniej o tym mówimy, tym większą władzę ma nad nami wstyd”. Brene Brown umieszcza wstyd na przeciwstawnej osi do empatii i wskazuje na trzy jego wzmacniacze: strach, poczucie winy i brak poczucia połączenia z drugą osobą. Tymczasem w świecie, w którym norma dotycząca wyglądu jest tak mocno wyśrubowana, osoby postrzegające swoje ciało jako niedoskonałe mają zazwyczaj nasilone poczucie wstydu, często wstyd przeżywają. W związku z tym czują presję, by filtrować swoją opowieść i swój wizerunek przez pryzmat tego, czego świat oczekuje. Oczekiwania względem osób z nadwagą są w kwestii ciała często dokładnie sprecyzowane: „powinieneś/powinnaś się wstydzić tego, ile ważysz”. Przybiera to formę porad: „z takim brzuchem nie powinnaś takich spodni nosić”, „na twoim miejscu przy takich biodrach nie odważyłabym się na taką obcisłą bluzkę”. W tle zaś wybrzmiewa założenie, że gdyby ta osoba miała mniejszy brzuch czy biodra, to te same spodnie czy bluzka byłyby dobre, czyli coś nie tak jest z człowiekiem, a nie spodniami.
Otyłość, obok depresji, wymieniana jest jako główny czynnik śmiertelności w XXI wieku.
Dlaczego świat ma przyzwolenie, by nas zawstydzać?
Bo do zawstydzania innych bierze na pomoc naukę, która nie ma wątpliwości, że otyłość jest groźną chorobą. Hasło: „cukier groźniejszy niż proch”1 z każdym rokiem zyskuje na aktualności. Bo medal związany z akceptacją cielesności, która nie mieści się w kanonie „Vogue”, ma też drugą, smutniejszą stronę – etykieta „gruby(-a)” wyklucza, stanowi piętno, a owo bycie piętnowanym budzi emocje, które nie dają spać. Otyłość to słowo klucz XXI wieku. Yuval Harari w książce pod znamiennym tytułem Homo deus. Krótka historia jutra wskazuje na skalę problemu: „Po raz pierwszy w dziejach więcej ludzi umiera dlatego, że jedzą za dużo, a nie dlatego, że jedzą za mało”2. „W XVIII wieku Maria Antonina miała podobno radzić głodnym tłumom, by skoro skończył im się chleb, zaczęli jeść ciastka. Dzisiaj ubodzy stosują tę radę dosłownie. Podczas gdy bogaci mieszkańcy Beverly Hills jedzą sałatę i tofu gotowane na parze z komosą ryżową, w slumsach i gettach ubodzy obżerają się ciastkami Twinkie, cheetosami, hamburgerami i pizzą.
W 2014 roku ponad 2,1 mld ludzi miało nadwagę, gdy tymczasem niedożywieniem było dotknięte 850 mln. Przewiduje się, że do 2030 r. nadwagę będzie miała ponad połowa ludzkości”3.
W rozmowie o otyłości nie o samą otyłość chodzi – tylko o sposób mówienia o niej.
To napięcie między medycznym postrzeganiem otyłości jako choroby a zawstydzaniem i wykluczaniem ludzi ze względu na dodatkowe kilogramy jest efektem pewnych uproszczeń myślowych, które powstały przez lata.
Uprawianie sportu uruchamia skojarzenia, słuszne zresztą, z pracowitością i samozaparciem. A stąd już niedaleko do często nieuprawnionego wniosku, że osoby z nadwagą sportu nie uprawiają.
W stereotypie społecznym często nie dostrzega się innych niż nadmierne obżarstwo powodów nadwagi, takich jak choroba, niektóre leki sterydowe czy uwarunkowania genetyczne.
Narracja o atrakcyjnym świecie była jedna i to kultura masowa ją wyznaczała. Wstydzić się powinniśmy tego, co nas sytuuje niżej w hierarchii, a więc w świecie jednej narracji – jest to wałek na brzuchu czy cellulit na udach.
W 2016 r. słowem roku zostaje POSTPRAWDA, czyli zgoda na wielość narracji. Wirtualny świat, który powoli zyskuje status świata równoległego do rzeczywistego, a z czasem buduje z rzeczywistym jedną wspólną przestrzeń, tworzy kolejne wspólnoty. Wspólnota „body positive” zapewne ograniczała się do tej pory do koleżanek, które na babskim wyjeździe dawały sobie wsparcie. Odkąd powstały media społecznościowe, w dowolnym momencie dnia i nocy dowolna osoba znajdzie wspólnotę, która jej powie: „możesz być taka, jaka jesteś, i dalej masz prawo przynależeć”. Co więcej, wspólnoty te wypracowują sobie swój język, swoje narracje i swoją zgodę na zdefiniowaną na nowo NORMĘ. Oczywiście wielość narracji oznacza też miejsce dla tych, które zawstydzają. Na stronie motywujemy24.pl na głównej tapecie widnieje hasło: „Swojego ciała się nie wstydź, tylko swojego lenistwa, bo ze swoim ciałem możesz zrobić wszystko”. A jeśli nie robisz, to jesteś leniwy, czyli lecisz w hierarchii społecznej na dół. Ale jest też ogromny wybór grup wspierających osoby, które szukają innych niż siłownia i diety strategii na swoją cielesność: poprzez akceptowanie i przyzwolenie na ciało, które nie spełnia nierealistycznych oczekiwań.
„W 2010 r. głód i niedożywienie łącznie spowodowały śmierć mniej więcej miliona ludzi, podczas gdy otyłość zabiła trzy miliony”4.
Co ważne, zachowania punktujące negatywnie czyjeś kilogramy zyskały już nazwę fat shaming, czyli zawstydzania kogoś ze względu na jego wagę. A skoro mamy nazwę, to powoli zyskujemy też narzędzia do nazywania tego typu komentarzy „przemocą”.
Body shaming, czyli wstydź się
W rozmowie o otyłości nie o samą otyłość w moim przekonaniu chodzi – tylko o sposób mówienia o niej. Język jest wytworem kultury, wspólnoty i ma do spełnienia kilka zadań. Jednym z nich jest dawanie zgody na istnienie.
Jeśli jakaś rzeczywistość ma swoją nazwę i ona budzi pozytywne skojarzenia, to osoba, która czuje, że ta sytuacja określona danym pojęciem jakoś ją samą wyraża, buduje sobie na tej podstawie identyfikację, czyli tożsamość.
Kiedy Ashley Graham przyznaje w jednym z wywiadów, że waży 91 kilogramów i nazywa siebie „barrier-breaking body activist”, to tak jakby kobietom w podobnej wadze mówiła: „Macie prawo tyle ważyć i nazywać się aktywistkami, które łamią bariery dotyczące ciała. Zarówno w myśleniu, jak i działaniu”. Kiedy więc ruch „body positive” z każdym dniem rośnie w siłę, przybywa też w języku określeń, które nazywają temat nadwagi i nie wartościują negatywnie, by osoba, która się z tematem utożsamiała, nie czuła się wykluczona. Narrację, która buduje przestrzeń na własne potrzeby seksualne, wyrażanie kobiecości czy męskości, ważność we wspólnocie „normalnych”. Im więcej w przestrzeni publicznej pojawia się kobiet, które mówią o swojej cielesności w sposób pozytywny, tym więcej sygnałów zwrotnych dostają osoby, które do tej pory czuły się wykluczane.
Bo żeby JA mogło skupić się na realnym działaniu związanym z nadwagą, najpierw dobrze, żeby miało poczucie, że przynależy do wspólnoty MY, że jego wartość jako człowieka nie ogranicza się do wałków na brzuchu. By to się mogło wydarzyć, warto rozumieć, że fat shaming jest narzędziem kontroli społecznej, ale może mieć taką moc tylko dlatego, że przywołuje wiedzę medyczną dotyczącą nadwagi i szuka potwierdzenia w badaniach, że otyłość jest chorobą, z którą należy walczyć. Jednak oddzielmy to, co kultura masowa tak chętnie i bezlitośnie połączyła: walkę z otyłością z wykluczaniem kogoś ze wspólnoty właśnie ze względu na nią.
Czytaj więcej
z Amy Morin rozmawia Elżbieta Filipow
Czytaj więcej
Emocje nadają życiu smak. Czasem jednak sprawiają, że wpadamy w panikę, poddajemy się cudzym nastrojom. Kto jest bardziej podatny na takie afektywnie „zarażanie” i do czego to prowadzi?
Czytaj więcej
Są osoby, dla których przytulenie albo dwie noce pod rząd razem, nie mówiąc o wspólnym zamieszkaniu, to za dużo. Za blisko. Wszczynają więc kłótnie albo w ogóle znikają, sabotując dobrze zapowiadający się związek. Kim są tacy „niekochalni”? Dlaczego niektórzy do nich lgną?
Czytaj więcej
Wszyscy znają powiedzenia „przez żołądek do serca” albo „jesteś tym, co jesz”. Co komunikujemy sobie i innym, organizując uroczyste kolacje albo przygotowując kanapkę naszym bliskim?
Czytaj więcej
Czy w czasach pandemii chce się nam pracować? Jakie jest znaczenie nastawienia? Postanowili to niedawno sprawdzić badacze z Trójmiasta.
Czytaj więcej