Tornado czy flamenco

– jak się kłócić na zgodę?

Trening psychologiczny Otwarty dostęp

Kłótnia potrafi siać spustoszenie i być jak tornado przynoszące gigantyczne straty w relacji. Czy można nauczyć się nią zarządzać?

 

POLECAMY

W złości wszyscy stajemy się malcami. Kiedy jesteśmy silnie wzburzeni, uruchamiamy w sobie dziecięcą cząstkę: zaciskamy pięści, czerwieniejemy na twarzy, zaczynamy kierować się emocjami, a nie rozumem. To sprawia, że przy awanturach padają słowa, na które często byśmy sobie nie pozwolili, nierzadko potwornie raniące. Część osób po takich scysjach przechodzi do porządku dziennego, inne noszą w sobie uraz, pamiętają, co się wydarzyło.

Są pary, które po silnych konfliktach godzą się namiętnym seksem, a są takie, które na skutek wysłuchiwania obelg pod swoim adresem nabawiają się awersji wobec ukochanych. 

Wiele osób marzy o związku, w którym „naczynia będą zmywały się same”, a różnice charakteru będą się pięknie dopełniać, tworząc idylliczną sielankę. Część z nas myśli, że takie relacje są możliwe do zbudowania, tylko trzeba trafić na właściwą osobę. Inni z rozrzewnieniem wspominają swoich rodziców albo dziadków, którzy nigdy się nie kłócili, albo opowiadają o idealnych relacjach koleżanek, w których nie ma sprzeczek. Oglądając filmy lub seriale romantyczne, czytając różnego rodzaju książki o miłości, możemy nabrać przekonania, że większość świata się nie kłóci, tylko u nas ciągle wybuchają awantury i sprzeczki o sprawy ważne lub zupełnie błahe. Czasami polemiki są tak uciążliwe, że para decyduje się skorzystać z psychoterapii, ale równie często sprzeczki stają się przyczynkiem do złożenia pozwu rozwodowego. Wracając potem na rynek matrymonialny, poturbowana nieporozumieniami osoba myśli: „dobra, to teraz znajdę kogoś, z kim się nie będę kłócić”. 

Jako psychoterapeuta par zacznę od tego, że powyższe założenie jest najgorsze z możliwych. Związki, w których nie ma żadnych potyczek, to relacje będące na dwóch biegunach. Albo te świeże, w których partnerzy jeszcze nie czują się na tyle swobodnie, by się sprzeczać i noszą tzw. różowe okulary, albo pary wypalone, w których już wygasły emocje i zastąpiła je obecnie chłodna obojętność. W zdrowych związkach, w których namiętność jest żywa, co jakiś czas dochodzi do sprzeczek czy wymiany zdań i jest to normalne, a wręcz potrzebne. Świadczy bowiem o tym, że różnicujemy się od partnera, że jeśli coś nam nie gra, to pragniemy jeszcze włożyć wysiłek, by razem to przepracować, zachęcić do przyjęcia naszej perspektywy. Pragniemy, by partner zgadzał się z nami, myślał podobnie, by przekonał się do naszej wizji. Szukamy więc kontaktu z nim, wymiany informacji, chcemy być w jego oczach ważni, przezeń słuchani, akceptowani, doceniani i zauważani. A jeśli przestajemy się sprzeczać, bywa to sygnał, że kierujemy się w stronę odpuszczenia tematu i obojętności. Ona z kolei, zdaniem psychologa par prof. Johna Gottmana, bywa zwiastunem końca relacji, tzw. ostatnim stadium destruktywnego konfliktu. Obojętność często pojawia się w odpowiedzi na nadmierne naciski, agresję i jest świadomym wycofaniem się z prób komunikacji i załagodzenia sporu. Przejawia się napiętą postawą ciała, ubogą mimiką, unikaniem patrzenia w oczy oraz odpowiadaniem półsłówkami na próby porozumienia. W postawie tej nie ma już chęci na porozumienie, na wypracowanie jakiegoś rozwiązania. To odcięcie się, zamknięcie w sobie i pewnego rodzaju „emigracja wewnętrzna” z własnego związku.

Każdy ma swoją definicję kłótni, jednak nie mylmy kłótni z przemocą 

Ale bynajmniej nie jest tak, że wymiany zdań oparte na agresywnych i pełnych przemocy komunikatach to właśnie coś pożądanego w relacjach miłosnych. Jeśli w ten sposób pojmujemy kłótnię, to mylimy ją z przemocą wobec siebie. Niestety, sporo ludzi, definiując sprzeczki małżeńskie, ma na myśli sytuacje, w których dwie strony ze sobą walczą i bezpardonowo przekraczają swoje granice. Gdy uparcie stawiają na swoim, nie szanując potrzeb i wrażliwości swych rozmówców. Nierzadko wyobrażenia te biorą się z własnych dziecięcych wspomnień – kłótni rodziców czy dziadków. Jeśli jako dzieci przyglądaliśmy się niepohamowanej agresji dorosłych wobec siebie, to nauczyliśmy się, że obrzucanie inwektywami jest naturalnym sposobem na rozstrzyganie sporów i konfliktów. Wtedy tak definiujemy pojęcie „kłótnia”. Jako dorośli mający za sobą takie doświadczenia przyjmujemy wówczas podobnie agresywną postawę lub przeciwnie – na wszelkie wymiany zdań reagujemy lękiem i wycofaniem. Możemy też z pozoru zachowywać spokój, a w środku dusić w sobie ryk wściekłości.

Unikanie konfrontacji, gdy czujemy w sobie owe piętrzące się pokłady wściekłości, może powodować przyjmowanie postawy bierno-agresywnej, czyli wyrażania dezaprobaty w formie zawoalowanych, pozornie neutralnych informacji zwrotnych. Na przykład taką bierną agresją będzie komunikat żony o mężu podczas jego przyjęcia urodzinowego: „Ach ten mój mąż to taki miś o małym rozumku”. Może też przejawiać się pozorną troską, złośliwym żartem albo wymownym milczeniem. Bierną agresję często zauważa się w sytuacjach, gdy kobieta otrzymuje bardzo wysoki awans, a jej mąż kwituje: „Aha, gratuluję” i to jest cały jego kom...

Ten artykuł jest dostępny tylko dla zarejestrowanych użytkowników.

Jeśli posiadasz już konto, zaloguj się.

Przypisy

    POZNAJ PUBLIKACJE Z NASZEJ KSIĘGARNI