Pandemia koronawirusa sprawiła, że uniwersalne kwestie nadziei, tęsknoty, samotności, wyborów etycznych, a także lęku przed śmiercią i jakości relacji z najbliższymi stały się wyraźniejsze, domagają się odpowiedzi, które pozwolą nam lepiej żyć nie tylko w tej ekstremalnej sytuacji. Agnieszka Jucewicz i Tomasz Kwaśniewski rozmawiają z psychologami, psychoterapeutami, a nawet z dwoma filozofami, o tym, co się dzieje teraz z naszymi uczuciami i relacjami. Podpowiadają też sposoby na to, jak poradzić sobie z emocjonalnymi trudnościami, których doświadczamy.
Czytaj więcej
O tym, że to bajka o miłości bąka do piłki, pisze sam Jan Christian Andersen w opowieści o tych zabawkach. Poznali się mieszkając w tym samym pudełku. Bąk zakochał się w piłce i zaproponował jej małżeństwo. Ona nie przyjęła jego oświadczyn. Czuła się związana niemą akceptacją zainteresowania okazywanego przez jaskółkę, kiedy ona, piłka, wzlatywała w powietrze. Tańce bąka po podłodze nie interesowały jej wcale. Co innego lot jaskółki.
Czuła się zabawką wyjątkową, a poczucie swojej wartości opierała nie tyle na umiejętności powietrznych lotów, ale na szlachetnym, jej zdaniem, pochodzeniu. Uszyta była z safianu pochodzącego z pantofli ważnej osobistości. Jej wnętrze wypełniał zaś prawdziwy hiszpański korek. Co prawda, bąk rezonował, że wytoczył go z mahoniu sam burmistrz, a nie zwykły rzemieślnik, i że kiedy się kręci, wydaje się złoty. Nie przekonało to jednak piłki do niego.
Zdarzyło się, że piłka zamiast wrócić na ziemię, wpadła do rynny i nie można jej było znaleźć. Bąk trochę tęsknił. Z czasem oblazła z niego farba. Został jednak pozłocony i tańczył, jak to bąk, dalej. Ale i jemu przydarzyło się zaginąć. Rozpędzony w bączym tańcu wpadł do śmietnika. Śmieci nie segregowano w czasach Andersena, więc leżał między odpadkami kuchennymi a tym wszystkim, co wygarnięto z rynny. Tam został zauważony, kiedy wrzucano do kosza kolejne śmieci. Wyciągnięto go, umyto i wrócił do zabawy.
Zanim to się stało, zauważyła go piłka, która do pojemnika trafiła razem z innymi zanieczyszczeniami wygarniętymi z rynny. Bąk nie poznał ukochanej. Pięć lat w rynnie zmieniło ją tak, że wyglądała jak nadgniłe jabłko. Czas, nie wspominając o niekorzystnych warunkach środowiskowych, zabiera urodę nie tylko piłkom.
Bąk doświadczył jeszcze czegoś. Okazało się, że kochał własne wyobrażenie o piłce.
A piłka? O tym Andersen nie pisze tak bezpośrednio, jak o miłości i rozczarowaniach bąka. Piłka zachowała wyobrażenie o sobie wbrew zmianom, jakie w niej nastąpiły. Nadal czuła się piękna, safianowa, wypełniona hiszpańskim korkiem. Chociaż safian popękał, a korek zbutwiał.
Zabawki, bohaterowie bajki, zostały wyposażone w płeć, ale bajka chyba nie mówi o różnicach między płciami. Ani o tych, których uwarunkowań poszukuje biologia, ani o tych, jakich szuka się w kulturze. Różnica między piłką a bąkiem, głębsza niż ta między hiszpańskim korkiem a mahoniem polega na roli drugiego w kształtowaniu tożsamości. Jedno z nich postrzega swoją odrębność wobec drugiego. To bąk. Piłka zaś obrazuje tworzenie silnych mniemań o własnej wyjątkowości dzięki patrzeniu w lustro, tworzone przez siebie dla siebie.
Oboje zaś zdają się nie zauważać zmian, jakie w nich zachodzą w miarę starzenia się. Żyją z poczuciem wiecznej młodości.
Bajka nie mówi, co czuła piłka, kiedy zabrano bąka ze śmietnika. Tak, jakby nigdy nic nie czuła.
SZPINAK PO KRETEŃSKU
1 wiązka szpinaku
2 łyżki rodzynek
1 łyżka orzeszków piniowych
2 łyżki masła
1 łyżeczka mielonego cynamonu
1 łyżeczka soli
Pochodzący z południa Europy sposób przyrządzania szpinaku nie ma nic wspólnego z północnoeuropejską ojczyzną Andersena. Ale wart jest tego, by go wypróbować.
Szpinak należy obrać, zostawiając jedynie zielone liście. Starannie wypłukać. Mokry włożyć do garnka i, nie dolewając wody, trzymać przykryty na ogniu przez parę minut. Przegrzebać drewnianą łyżką. Kiedy zmięknie, odcedzić na sicie. Zostawić do wystygnięcia. Odcisnąć z płynu i posiekać na półcentymetrowe paseczki. Przełożyć do żaroodpornego naczynia, posolić, oprószyć cynamonem, wrzucić rodzynki i masło. Wymieszać, przykryć i trzymać przez pół godziny w cieple. Orzeszki piniowe zrumienić na patelni (można to zrobić w piekarniku). Podając szpinak, posypać go piniolami.
Znakomity dodatek do młodych ziemniaków, które też lubią dochodzić z masłem w ciepłym miejscu.
KURCZAK SMAŻONY
1 ćwiartka młodego kurczaka na osobę
1 jajko
sól
sok z cytryny
mąka
bułka tarta
2–3 łyżki masła
Ci, którzy lubią mięso, wdzięczni będą za smażonego, młodego kurczaka.
Porcje kurczaka po opłukaniu i osuszeniu stłuc z lekka, posolić, skropić sokiem z cytryny. Kolejno obtaczać je w mące, rozkłóconym jajku i tartej bułce. Roztopić nieco masła na średnio rozgrzanej patelni i smażyć po 3 minuty z każdej strony. Przełożyć do żaroodpornego naczynia, dodać masło. Trzymać przykryte co najmniej pół godziny w temperaturze 80°C.
Jeśli zostanie jajko, dodać trochę tartej bułki i usmażyć wegetariański grzybek.
Czytaj więcej
Choćbyśmy nawet mogli stać się uczonymi uczonością drugich, mądrzy możemy być jedynie własną mądrością.
Michel E. de Montaigne
Czytaj więcej
Można pisać książki, nie odchodząc od własnego biurka w mieście – czy nawet domu – w którym przyszło się na świat. Można też pisać je w ciągłym biegu, przenosząc się z miejsca na miejsce, w ucieczce przed innymi lub przed samym sobą: targać rękopisy w podróżnych sakwach, za całe biurko mieć laptopa rozkładanego na kolanach albo wyciągany z kieszeni notatnik.
Ja jednak najbardziej cenię sobie coś pomiędzy tymi skrajnościami: rezydencje pisarskie, czyli wyjazdy, które pozwalają przenieść się na miesiąc, dwa, pół roku czy rok do innego kraju albo przynajmniej miejscowości. Dosiąść się do innego biurka z innym widokiem. Otoczyć się innym językiem, akcentem, klimatem.
Wyjeżdża się wtedy z codziennej bieżączki, zyskuje się bezmiary czasu – wokół nie ma się żadnych lub prawie żadnych znajomych, a obcość daje ten luksus, że można się do niczego nie odnosić, uprzejmie odmawiać prośbom, nie przyjmować zamówień, tylko skupić się na książce, wystawić ją sobie w głowie całą i spisywać.
Obcość wytrąca też z przyzwyczajeń, począwszy od machinalnego gestu, którym zakręcamy kran we własnej kuchni. Zmusza do oswajania się z innymi ulicami, smakami i ułożeniem towarów w sklepie, aż po naukę nowego języka i konstrukcji myślowych. Mózg, wytrącony z rutyny, wyostrza zmysły, staje się czujny jak ogar na polowaniu – na obcym terenie widzi się i słyszy więcej, doświadcza intensywniej.
*
Pierwsze tygodnie pobytu w Berlinie przypomniały mi nieoczekiwanie ostatnie dni rezydencji w Zug. Był styczeń, wystarczyło wygrzebać się z pokoju w starym klasztorze i za ogrodem już wchodziło się w wiśniowy sad, o tej porze goły, czerniejący na tle świetlistej bieli, i dalej na wzgórze, wreszcie górę. Po półtorej godziny forsownego marszu w kopnym śniegu miało się w oczach całe mnóstwo pięknych widoków.
Tamten dzień był słoneczny tak jak tylko słoneczna potrafi być zima: na tle nieba błękitnego jak z pocztówki roziskrzone śniegiem i szadzią gałęzie. Szliśmy sobie z mężem pod górę i nagle uświadomiłem sobie, że to naprawdę już ostatnie chwile, sześć miesięcy właśnie się kończyło. Przyjeżdżając w sierpniu, miałem mnóstwo planów: zobaczyć tę galerię, tamto muzeum, wdrapać się na jakiś szczyt, załapać się na wystawę Magritte’a, wjechać kolejką na Pilatus, wybrać się tu i tam, a zwłaszcza owam. Pływać latem w jeziorze. Ale nie pływałem, bo najpierw były upały i nie chciało mi się w ogóle wychodzić, a potem zrobiło się nagle chłodno. Chciałem odwiedzić muzeum w Genewie, ale ciągle odkładałem tę podróż na drugi koniec kraju, ciągle było mi tam jakoś nie po drodze, ktoś przyjeżdżał w gości albo po prostu za dobrze mi się pisało. I właśnie tego dnia, idąc pod górę w kopnym śniegu, zrozumiałem, że nie pojadę już do Genewy. W piątek miałem zaplanowane to, w sobotę co innego, niedziela odpadała, w poniedziałek muzeum zamknięte.
Nie chodziło o smutek. Chodziło o pogodzenie. Nagle poczułem, jakby tych sześć miesięcy było całym życiem, w którym za młodu robiłem różne założenia i plany, a z czasem kolejne z nich okazywały się albo niemądre, albo trudne do zrealizowania, albo zbędne; coś mnie przerosło, co innego znudziło, jeszcze co innego przegapiłem. Czy mogło się potoczyć inaczej? Tak, ale się nie potoczyło i już tego nie mogłem naprawić. Zresztą każda zmiana pozbawiałaby mnie czego innego. Była w tym zgoda, ukontentowanie nawet: poczułem się jak staruszek podsumowujący pracowite życie, który odpuszcza sobie niedociągnięcia, śmieje się z przesadnych oczekiwań.
Teraz jest podobnie: ledwo rozpakowaliśmy walizki w naszym tymczasowym berlińskim mieszkaniu, snuję jakieś plany, co też tu napiszę, co namaluję, co zwiedzę, gdzie pójdę i pojadę. Czegoś się jednak nauczyłem – od razu biorę poprawkę, że każdy plan ostatecznie okazuje się zbyt ambitny i za rok będę szedł ulicą z tym samym poczuciem, że coś mogło pójść inaczej, ale nie poszło. Dopóki to podróże, a nie całe życie, łatwiej sobie to wybaczać.
Czytaj więcej
Tęsknota niejedno ma imię. Może nas prowadzić do spełnienia albo wyniszczenia. Sprawia, że utykamy w fantazjach albo podążamy za pragnieniami. Jak sobie radzić z tą tęsknotą, która przygniata? I w jaki sposób skorzystać z jej twórczej mocy?
Czytaj więcej
– o pandemii, przez którą dzieci i młodzież jeszcze bardziej są w sieci, i o tym, kiedy to pułapka, a kiedy ocalenie – z doktor Darią Kuss z Uniwersytetu Trent w Nottingham rozmawia Izabela O’Sullivan
Czytaj więcej
czyli jak Philip Zimbardo poradził sobie z izolacją społeczną, lękiem i tęsknotą, kiedy przez sześć miesięcy przebywał w szpitalu zakaźnym. A był wtedy zaledwie pięcioletnim dzieckiem...
Czytaj więcej
1. Idź pod prąd
Mój dzień był gęsty: spotkania, calle, deadline na tekst, po południu joga, na którą chciałam koniecznie zdążyć. Coś się obsunęło, coś się przedłużyło, przez przebudowę jednego pasa zwiększył się korek –
innymi słowy, goniłam w piętkę, jak to często bywało w czasach przedpandemicznych. Spieszyłam się do domu, żeby zdążyć na wideokonferencję. Czułam narastające napięcie, czułam, jak przyspieszają moje myśli, czułam rosnącą gulę w żołądku, puchnące wewnątrz nie zdążę–nie zdążę–nie zdążę.
Do mojego domu w podkrakowskiej wsi można dojechać dwoma drogami: jedna jest szybsza, prowadzi przez centrum. Druga jest dłuższa, idzie wzdłuż pól rzepaku, potem stromo w górę lasem i dalej, wśród łąk. Było oczywiste, że wybiorę tę krótszą. A jednak coś mi kazało w nią nie skręcić: pojechałam dalej, wydłużając czas dojazdu o jakieś pięć minut. Kiedy wjechałam na wyboistą drogę, zrobioną z betonowych płyt, którą nie da się jechać szybciej niż piętnaście na godzinę, zrozumiałam, dlaczego mój instynkt podpowiedział mi rozwiązanie z pozoru absurdalne: poczułam, że właśnie przestałam się spieszyć. Poszłam pod prąd tego pośpiechu, wbrew napięciu, które mnie ogarniało. Wzięłam wdech, wydech, opuściłam szybę, żeby poczuć gorzki zapach rzepaku, popatrzyłam na drzewa w lesie i kwiaty na łąkach. Spóźniłam się dwie minuty na wideokonferencję. Reszta dnia przebiegła w zupełnym spokoju.
Wtedy, kiedy czujemy, że porywa nas fala jakiegoś wewnętrznego przymusu, warto zrobić coś absolutnie wbrew tej fali. To właśnie jest twórcze: zwolnić, kiedy się spieszysz. Posłuchać, kiedy kusi Cię, żeby krzyczeć.
2. Odwróć nawyk
Nasza codzienność w zdecydowanej większości jest zautomatyzowana – składa się z nawyków. Nawet, jeśli duża część z nich została zachwiana pracą z domu i sytuacją pandemiczną, pewnie zdążyliśmy wykształcić nowe. Twórcza codzienność to taka, która nie odbywa się codziennie tak samo, według wyznaczonego wzorca. Praca ku niej może więc polegać na tym, że zrobimy coś zupełnie inaczej – powiedzmy, trzy rzeczy dziennie. Jeśli kupowałeś czarne krawaty, kup zielony. Jeśli kupowałeś zielone, kup czarny. Zmień czcionkę w edytorze – spędź kilka minut na tym, żeby zobaczyć, która najbardziej Ci się podoba. Przestaw fotel, w którym siedzisz. Dodaj nową przyprawę do starej zupy – nie według przepisu, tylko według swojego pomysłu. Znajdź na chybił trafił piosenkę na Spotify i zatańcz.
3. Daj się poprowadzić
Wiele z naszego napięcia wynika z poczucia, że mogę, a właściwie muszę, kontrolować rzeczywistość: że jeśli nic nie zrobię, świat runie. Jeśli nie zrobię pogadanki umoralniającej przy okazji każdego zostawionego przez moje dziecko na talerzu kawałka brokuła, moje dziecko nigdy nie nauczy się zdrowo jeść. Jeśli nie zamiotę natychmiast przedpokoju, mój dom popadnie w ruinę. Jeśli nie skończę dzisiaj czytać tego raportu, stracę robotę. Jeśli nie powiem pracownikom krok po kroku, co mają zrobić, zawalą projekt. Twórcza codzienność oznacza, w jakimś aspekcie, pójście za niezależnym od nas nurtem świata, zaufanie, że sprawy potrafią się ułożyć, że inni umieją sobie poradzić, że słońce wschodzi i zachodzi bez naszej pomocy. Jeśli na chwilę puścimy lejce, odczujemy najpierw napięcie, ale potem, jeśli będziemy umieli je znieść, ulgę.
I w tej sprawie, z jakiegoś tajemniczego powodu, fajne ćwiczenie przydarzyło mi się za kierownicą. Miałam dojechać w odległą część Krakowa; tym razem został mi pewien zapas czasu. Nagle mnie natchnęło – pojadę za samochodem, który akurat był przede mną, dopóki jego trasa nie stanie się zupełnie absurdalna z punktu widzenia mojego miejsca dojazdu. Zawiesiłam podejmowanie decyzji. Białe punto, za którym zdecydowałam się jechać, skręcało gdzie indziej, niż ja bym skręciła. Miałam w tym wielką, nieoczekiwaną przyjemność – zamiast wkurzać się korkami, zaczęłam się bawić. Jechałam, chociaż nie wiedziałam, którędy pojadę! Przez ponad połowę trasy jechałam za punto, potem jeszcze za dwoma samochodami: dotarłam na miejsce o czasie. W tym podążaniu, chociaż polegało na oddaniu decyzji, było coś bardzo twórczego.
Czytałam gdzieś, że przełomową rolę w pracy z rodzicami, którzy stosowali wobec swoich dzieci przemoc, odegrało 10 minut dziennie zabawy, której „reżyserami” były dzieci: rodzic miał przez te 10 minut absolutnie podążać za dzieckiem. Chociaż brzmi to nieprawdopodobnie, te 10 minut stawało się w wielu przypadkach źródłem głębokiego przekształcenia bolesnej relacji. Może i nam udałoby się twórczo przekształcić nasze związki, gdybyśmy umieli podążać, zamiast walczyć o to, żeby prowadzić?
4. Policz swoje „muszę”
I szczera wściekłość opromienia/moje rozliczne obowiązki – pisał Czesław Miłosz w wierszu Do Jonathana Swifta. Wściekli czy nie, często uginamy się pod ich ciężarem. Przymus jest absolutnym przeciwieństwem twórczości. Twórczość jest lekka, oparta na dziecięcej energii zabawy i przekraczaniu zastanych wzorców; twórczość zapomina w ogóle, że są jakieś wzorce. Tymczasem my, odpowiedzialni dorośli, często nawigujemy przez swoje dni od jednego „muszę” do drugiego. Nasz język aż puchnie od tego słowa. Zrób sobie takie ćwiczenie – policz, ile razy dziennie używasz słowa muszę – nie unikaj go, używaj go tak często, jak przyjdzie Ci do głowy. Zacznij liczyć rano, skończ wieczorem.
Jeśli możesz, zapisuj. Wieczorem przeczytaj wszystko, co znalazło się na Twojej kartce. Czy możesz zakwestionować któreś muszę? Wykreślić? Czy możesz zastąpić któreś mniej ciasnym chcę albo potrzebuję?
5. Zrób coś bezcelowego
Eric Berne, twórca Analizy Transakcyjnej, powiedział kiedyś, że drugą po roli naszego wewnętrznego Dorosłego najbardziej funkcjonalną rolą jest rola Dziecka Wolnego. Dziecko Wolne (nazywane też „Spontanicznym”) to stan wyjęty spod muszę: Dziecko Wolne chce po prostu patrzeć na świat, doświadczać go jako przestrzeni zabawy, jest go ciekawe, cieszy się bezcelowym, bezzadaniowym doświadczaniem istnienia. Dziecko Wolne w środku korporacyjnego zebrania mówi – ale fajne chmury, widzieliście? Dziecko Wolne w ciele całkiem dorosłej pani dyrektor zrzuca w domu szpilki, głośno włącza ulubioną muzykę i tańczy do niej. Dziecko Wolne do niczego nie dąży, nie performuje, nie dowozi cyfry, nie osiąga targetów, jeśli biegnie po lesie, to biegnie po lesie, a nie bije rekord na Endomondo i nie pozuje pod sosną, żeby potem liczyć polubienia pod selfikiem. Jeśli nie wierzysz, że masz je w środku, musisz być bardzo zmęczony. Każdy z nas je ma; pytanie tylko, czy to wewnętrzne dziecko siedzi gdzieś zamknięte na strychu czy w piwnicy, podczas kiedy my oddajemy się naszym rozlicznym obowiązkom – czy też może ma jakąś, wynegocjowaną z naszą dorosłą wewnętrzną instancją, przestrzeń, w której może bawić się, wygłupiać, gapić na chmury zza korporacyjnego biurka? W książce Jedz, módl się i kochaj główna bohaterka, która po bolesnym rozstaniu się z mężem pojechała do Rzymu, w pewnym momencie, siedząc w wynajętym mieszkaniu niedaleko Koloseum, zadaje sobie pytanie: Na co w tej chwili mam największą ochotę? I to jest pytanie skierowane do wewnętrznego dziecka. Jeśli ta struktura jest zmęczona, tłamszona, przyduszana, w ramach zemsty może sabotować nasze odpowiedzialne życie i chcieć nas upić, nawrzucać w nas fast foodu, zaklikać nas po kokardy, aż padniemy jeszcze bardziej zmęczone, niż kiedy zaczęłyśmy „odpoczywać”. Ale jeśli jesteśmy w dobrych stosunkach z wewnętrznym dzieckiem, poprosi nas o coś fajnego: – Idź na spacer – powie. – Zatańcz. Zaśpiewaj. Weź długą kąpiel. Daj mi kredki, chcę porysować. Kiedy wyrywamy się z naszego muszę, nasza codzienność staje się bardziej płynna, mniej przewidywalna, bardziej twórcza.
6. Szukaj wolności
Kiedy czytasz te słowa, sytuacja jest inna, niż kiedy ja je piszę – nie wiem, na jaki trafiam poziom obostrzeń dotyczących poruszania się, nie wiem, co jest otwarte, a co dalej zamknięte (błagam, fryzjer!). Ale zauważyłam, że kiedy pojawiają się ograniczenia, wielu z nas wchodzi w więzienny tryb myślenia, w którym automatycznie przyjmujemy, że absolutnie niczego nam nie wolno. Kiedy „zamknięto” lasy państwowe, ludzie zapomnieli, że są jeszcze lasy samorządowe; zdecydowana większość z nich pozostała otwarta, i, przy zachowaniu zasad bezpieczeństwa, kiedy zniesiono zakaz przemieszczania się, nie było żadnego powodu, żeby do nich nie pójść. Można wsiąść do samochodu i przejechać się ulicami pustego miasta. Chociaż sytuacja osoby, która mieszka w domu z ogrodem jest inna niż kogoś, kto mieszka w bloku, a sytuacja kogoś, kto jest w twardej kwarantannie, całkiem inna niż osoby, która jest zdrowa i ma po prostu przestrzegać ogólnych zaleceń, nawet w tych trudniejszych sytuacjach można wykarczować sobie trochę oddechu, wolności, a nawet – twórczości. Tak stało się w jednej z krakowskich kamienic, kiedy jedna z jej mieszkanek, Marta Shaw, wykładowczyni w Instytucie Spraw Publicznych, powiesiła na klatce kartkę tej treści: SĄSIEDZKA GALERIA Nie bywamy ostatnio w muzeach, galeriach ani na spotkaniach autorskich, trudno też o dłuższą rozmowę z sąsiadem. Mamy za to w naszych domach wiele dobra, piękna i mądrości. Może podzielimy się nim tak, aby wychodząc ze sklepu czy z psem móc nad czymś się uśmiechnąć lub zamyślić? Podzielmy się tym, co nas inspiruje, opisuje, dotyka czy daje nadzieję. Sąsiedzi. PS Prace dzieci i wnuków szczególnie mile widziane! Wkrótce na klatce pojawiły się, oprawione w ramki, obrazy dzieci, wiersze, wyklejanki: w tym abstrakcyjne dzieło trzyletniego Bernarda o tytule Tygrys, który siedzi na pasikoniku, który siedzi na borowiku i czeka, żeby zjeść ptaka, który chce zjeść pasikonika. To, co było szare, smutne, martwe i zmartwione, uległo, dzięki twórczym umysłom i dobrym sercom, przekształceniu.
Na jakie twórcze przekształcenie czeka nasza codzienność?
Czytaj więcej
Kilka dni temu odwiedziła mnie moja wnuczka – bardzo rezolutna i odważna pięciolatka. Nie była u mnie od 6 tygodni (z powodu pandemii). Przez ten czas kilka razy widziałyśmy się na spacerze, ale… byłyśmy w maskach, nie mogłyśmy się nawet przytulić. Mała bardzo się ucieszyła, kiedy w końcu zaprosiłam ją do domu. Natychmiast pobiegła do pokoju, wyjęła swoje zabawki, przywitała się z kanarkiem. Później poszła do łazienki i… przybiegła do mnie z płaczem, że nie poznaje łazienki. Nie mam pojęcia, co ją tak przestraszyło. Jedyne, co się zmieniło w łazience, to zamiast ręcznika frotte na umywalce stała papierowa rolka, obok mydła był płyn antybakteryjny, a pod umywalką worek na zużyte ręczniki. Na przestraszenie pomógł, jak zwykle, masaż brzuszka i zdmuchiwanie świeczki…
Kaskader czy bibliotekarka?
Karen Horney, niemiecka psychoanalityk i psychiatra, wprowadziła termin dziecięcego lęku podstawowego, z którym wszyscy się rodzimy i który jest reakcją na nieznany i przerażający świat. Jedynie dziecko wychowywane z miłością i akceptacją, w poczuciu bezpieczeństwa, ma szansę przezwyciężyć ów lęk. Ważny jest nie tylko stosunek matki do potrzeb i lęków dziecka i szybkość reagowania na nie, ale także jej przekonania na temat bezpieczeństwa świata oraz jej emocjonalność.
Badania z zakresu epigenetyki nad możliwością modyfikacji genotypu przez doświadczenia życiowe dowodzą, że nasze nastawienie do życia (w tym również poziom odczuwanego poczucia bezpieczeństwa) może być kształtowane na poziomie DNA już w życiu płodowym – przez emocje matki. Przeprowadzono na myszach eksperymenty, które udowodniły, że matki doznające w ciąży silnego stresu rodzą dzieci genetycznie przygotowane do walki i radzenia sobie w sytuacjach zagrożenia. Prawdopodobnie matczyne hormony stresu przenikają do krwi płodu i pod ich wpływem u dziecka bardziej rozwija się tyłomózgowie, odpowiadające za efektywne sterowanie programem walki i ucieczki. Matki przeżywające okres ciąży bez większych stresów rodzą wrażliwych intelektualistów (z silniej rozwiniętym przodomózgowiem). Póki co, jest to jedynie hipoteza. Jedno jest pewne, w domach, w których panuje atmosfera miłości, spokoju, dostatku (nie brakuje jedzenia) i przede wszystkim przekonania, że świat jest przyjazny, a ludzie otwarci i wspierający, dzieci czują się bezpieczne i nie mają problemu z zaufaniem sobie i innym.
Ogólne poczucie bezpieczeństwa zależy również od naszego temperamentu, a szczególnie reaktywności, czyli ilości bodźców, których potrzebujemy, by czuć się dobrze. Jeśli jesteś osobą nisko reaktywną, prawdopodobnie najbardziej spełniona będziesz się czuła w zawodzie… kaskadera, bo codzienne rutynowe życie nie zapewni Ci wystarczającej ilości bodźców, więc na dobranoc chętnie obejrzysz sobie krwisty horror. Za to osoby wysoko reaktywne bez problemu przeżyją całkiem udane życie w zaciszu biblioteki albo przed komputerem. Dawka adrenaliny, której potrzebujemy, by osiągnąć optymalny dla siebie poziom pobudzenia/aktywacji, określa poziom naszej reaktywności.
No cóż, jeśli przyszłaś na świat jako osoba wysoko reaktywna w rodzinie lękowych neurotyków – masz pecha; prawdopodobnie boisz się bardziej, częściej, zamartwiasz na zapas, a swoje poczucie bezpieczeństwa lokujesz przede wszystkim w zewnętrznym świecie.
Czy czujesz się w świecie bezpieczny?
Choć wszyscy intuicyjnie czujemy, że poczucie bezpieczeństwa to coś, czego warto szukać wewnątrz, w świecie realnym gromadzimy coraz więcej i więcej, zupełnie jakbyśmy wierzyli, że te wszystkie dobra ochronią nas przed niebezpieczeństwem, a w rezultacie przed śmiercią. Być może, ów dziecięcy lęk podstawowy tak do końca wcale nie zanika, a nowy samochód, praca za ,,odpowiednie” pieniądze czy kolejna lokata dają nam złudzenie nieśmiertelności?
Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta, twierdzi, że poczucie bezpieczeństwa zależne wyłącznie od warunków zewnętrznych jest złudne. To prawdziwe wynika bowiem z przekonania i poczucia, że jesteśmy cząstką czegoś większego, a zmiana, choć zawsze budzi niepokój, jest istotą życia. Nasze poglądy wyniesione z domu rodzinnego i doświadczenia albo je umacniają, albo podważają.
Jednym z głównych problemów/kłopotów, z którymi pacjenci zgłaszają się do mojego gabinetu, jest właśnie małe poczucie bezpieczeństwa, a ono jest tu często rozumiane jako coś, co łatwo stracić. Kobieta, którą zostawił partner i ,,zabrał” ze sobą poczucie bezpieczeństwa. Mężczyzna, który stracił pracę, a ma kredyty do spłacenia i czuje, że ,,grunt pod nogami mu się zawalił”. Ktoś inny zachorował i ,,stracił zaufanie do swojego ciała”, które go zawiodło. Kiedy tłumaczę, że nie mam takiej mocy, by przywołać z powrotem partnera czy utraconą pracę albo zdrowie, ale mogę pokazać sposoby, dzięki którym bezpieczeństwo wróci tam, gdzie jego miejsce (domyślasz się, jakie to miejsce?), niektórzy rezygnują z terapii. Wracają do swojej pogoni za uciekającym bezpieczeństwem zależnym od drugiego człowieka, pracy, zdrowia itp.
No cóż, każdy z nas ma wybór, na dodatek jedni czują się bezpiecznie oko w oko z lwem, innym brakuje poczucia bezpieczeństwa, gdy wychodzą z domu po bułki.
Ci ,,szczęśliwcy” czujący się bezpiecznie w sobie/ze sobą i w świecie reagują adekwatnie do sytuacji, nigdy nie martwią się na zapas, mobilizują się do działania, kiedy sytuacja tego wymaga, nie tracą energii na zmaganie się z wymyślonymi zagrożeniami. Czują oparcie w samym sobie, ale godzą się z tym, że nie na wszystko mają wpływ i przyjmują to. Doskonale też wiedzą, że poczucia bezpieczeństwa nie da się zbudować przez unikanie ryzyka.
Brakowi poczucia bezpieczeństwa zawsze towarzyszy lęk.
Walcz, uciekaj albo się przytul
Paradoksalnie najbardziej straszy nas nasz własny mózg, po prostu taka jego rola: utrzymać nas jak najdłużej przy życiu. Dlatego istnieje w nim wiele ośrodków, które mają za zadanie natychmiast wykryć każde potencjalne zagrożenie. Układ nerwowy ocenia poziom naszego bezpieczeństwa poprzez zmysły i na podstawie stanu naszych trzewi i mięśni, które są pewnego rodzaju wewnętrznymi organami zmysłowymi (np. w stresującej sytuacji często boli nas brzuch).
Zapowiedzią zbliżającego się niebezpieczeństwa są napięte mięśnie, które informują mózg o zagrożeniu, na przykład napięte mięśnie karku i barków informują o potencjalnym ataku ze strony przeciwnika, a napięte mięśnie ramion są sygnałem gotowości do zadania ciosu.
Podstawowym sygnałem zagrożenia jest… wyraz twarzy drugiego człowieka. Twarze, na których maluje się lęk, gniew lub obrzydzenie, zauważasz znacznie szybciej niż te, na których widzisz szczęście lub radość. A negatywne wydarzenia pamiętasz lepiej niż pozytywne. Dlaczego? Ponieważ Twój bibliotekarz wspomnień szybciej udostępnia Ci właśnie wydarzenia negatywne jako te najbardziej zagrażające Twojemu przetrwaniu. Emocje powstające pod wpływem tych wydarzeń dłużej się utrzymują i są trudniejsze do przeżycia niż te związane z wydarzeniami pozytywnymi.
Nic dziwnego, że nasz mózg jest w stanie nieustannej czujności i niepokoju. A umysł bezustannie produkuje tysiące myśli i nie są to, niestety, myśli o spokoju i bezpieczeństwie.
Kiedy mózg ocenia daną sytuację jako zagrażającą, autonomiczny układ nerwowy uaktywnia się, prowokując ciało do walki lub ucieczki, co we współczesnych czasach przekłada się na przykład na reakcję unikania jakiejś konkretnej sytuacji (ucieczka) albo obgadywania kogoś (walka). Doktor Stephen Porges, amerykański psychiatra, twórca teorii poliwagalnej, zakładającej, że życie emocjonalne człowieka ma podłoże biologiczne, odkrył, że autonomiczny układ nerwowy odpowiada nie tylko za reakcję walki/ucieczki czy zamierania, ale także za zdolność tworzenia i podtrzymywania związków, relacji i więzi z innymi. Ów system zaangażowania społecznego jest trzecią najnowszą ewolucyjnie i najsilniej rozwiniętą częścią autonomicznego układu nerwowego i odgrywa ogromną rolę w zapewnianiu poczucia bezpieczeństwa. W obliczu zagrożenia intuicyjnie poszukujemy spokoju i kontaktu z drugim człowiekiem. Ważne jest także stworzenie sobie własnego azylu, w którym możemy odprężyć napięte stresowo mięśnie. Muzyka – słuchanie czy gra na jakimś instrumencie, śpiew, możliwość dzielenia się emocjami to skuteczne sposoby na odzyskanie poczucia bezpieczeństwa.
W mózgu istnieją cztery struktury, które reagują na stres i są odpowiedzialne za nasze bezpieczeństwo:
ciało migdałowate – ośrodek alarmowy, który w obliczu niebezpieczeństwa (realnego bądź przewidywanego) reaguje natychmiastową mobilizacją organizmu do walki lub ucieczki,
podwzgórze – menedżer operacji zachodzących w mózgu – koordynuje uwalnianie hormonów stresu w celu przygotowania organizmu do walki lub ucieczki,
hipokamp – biograf naszego mózgu – gromadzi i przechowuje naszą historię stresową, czyli wspomnienia wcześniejszych stresorów, a także sposoby, za pomocą których poradziliśmy sobie ze stresem w przeszłości,
kora przedczołowa – dyrektorka generalna mózgu, która łączy ze sobą informacje pochodzące z ciała migdałowatego i hipokampu po to, by na stres zareagować w sposób przemyślany i adekwatny do sytuacji.
Mieć czy czuć?
Tak naprawdę ocenę, czy coś jest dla nas bezpieczne, czy nie, a także decyzję o tym, jaką wybrać reakcję (walki/ucieczki, zamarcia czy zaangażowania społecznego), podejmuje nasze ciało. Poczucie bezpieczeństwa to nic innego jak reakcja naszego ciała na otoczenie. Dlatego myślę, że to właśnie przez pracę z ciałem możemy umocnić swoje wewnętrzne poczucie bezpieczeństwa i w jak największym stopniu uniezależnić się od zewnętrznych atrybutów bezpieczeństwa.
Jacek Paszkowski, jeden z pierwszych w Polsce nauczycieli metody Feldenkraisa, podkreśla, że w dzisiejszych niepewnych i pełnych niepokoju czasach warto skoncentrować się na odnalezieniu stanu wewnętrznej siły, zwłaszcza w kontekście napięcia w rejonie brzucha. Podczas lekcji często mówi on o brzuchu, czuciu go, puszczeniu wolno, co bywa trudne zwłaszcza dla kobiet wychowywanych w kulcie płaskiego, napiętego brzucha. Nawykowe napięcie mięśni brzucha skutecznie hamuje stan wewnętrznej siły, razem z innymi elementami wzorca niepokoju, takimi jak wstrzymywanie oddechu, napięcie w obszarze stóp, nóg, miednicy i klatki piersiowej oraz tendencja do opuszczania głowy. Możemy skutecznie zahamować reakcję lękową i tym samym wzmocnić poczucie bezpieczeństwa przez świadome rozluźnianie mięśni brzucha, na przykład przez automasaż czy choćby położenie ciepłych dłoni w okolicy pępka.
Zwłaszcza kobiece brzuchy czują najbardziej ze wszystkich innych części ciała; zazwyczaj zdenerwowanie i lęk, ale też radość, miłość i pożądanie. Stres bardzo często powoduje wciągnięcie brzucha przez podciągnięcie do góry przepony i w konsekwencji spłycony oddech, tendencję do hiperwentylacji, ucisk w klatce piersiowej czy zawroty głowy.
Nie zwracamy uwagi na odczucia płynące z ciała, bo kojarzą się nam one głównie z nieprzyjemnymi symptomami. A tymczasem to one są podstawowymi wskaźnikami naszego poczucia bezpieczeństwa i tego wszystkiego, co je nam zakłóca. Jeśli na przykład Twój napięty brzuch dźwiga traumę przemocowej relacji, to na samo wspomnienie o tym zaciskasz go jeszcze bardziej, by nie czuć bólu.
Zostaw wspomnienia – to już się wydarzyło i dziś nie masz na to wpływu, poczuj to napięcie, a potem spróbuj rozluźnić brzuch choć na moment; razem z wydechem puść wszystko, co tam trzymasz. Teraz poczuj luźny brzuch, zegnij nogi lekko w kolanach, zakołysz biodrami; na boki, potem w przód i w tył. A teraz zamknij oczy, pozwól, by ciało jeszcze przez moment delikatnie się kołysało, niech odnajdzie swój balans. Poczuj moc w swoim brzuchu. Jesteś siłą, odwagą i bezpieczeństwem...
Czytaj więcej
Idę czytać do wanny – nie z wygody, ale z zagonienia. Planuję się ukryć w łazience przed mężem i dziećmi i złapać (mały) oddech. Wiadomo, że w łazience można się nie tylko ukryć, ale i zachować godność, udając konieczność przeprowadzenia skomplikowanych zabiegów higienicznych. No więc, wanna jest moim szampanem i truskawką z czekoladą, ale bez wyrzutów sumienia. Jest już późno, nikt nie powinien mieć żadnych potrzeb koniecznych do zrealizowania tu i teraz. Zamierzam czytać w wannie również z innego powodu – podobno w kąpieli nie można zasnąć, więc może uda mi się trochę podgonić lekturę.
Czytaj więcej
Kontrolowanie lub regulacja własnych emocji, impulsów oraz poziomu wykonania zadań jest ważnym czynnikiem sprzyjającym realizacji sukcesu życiowego i poczuciu szczęścia. W cyklu życia człowiek regularnie doświadcza wewnętrznego konfliktu pomiędzy regulacją emocji a kontrolą impulsów. Trudności w realizacji długofalowych celów mają miejsce, gdy jednostka reaguje głównie na bodźce dostarczające szybkiej gratyfikacji, które nie przynoszą odroczonych, długofalowych korzyści.
Czytaj więcej