Dołącz do czytelników
Brak wyników

Poradnik pozytywnego myślenia na czas wyzwań

16 czerwca 2020

NR 5 (Czerwiec 2020)

Twórcza kwarantanna w innej epoce

120

czyli jak Philip Zimbardo poradził sobie z izolacją społeczną, lękiem i tęsknotą, kiedy przez sześć miesięcy przebywał w szpitalu zakaźnym. A był wtedy zaledwie pięcioletnim dzieckiem...

Kiedy miałem pięć i pół roku i mieszkałem w Nowym Jorku, nabawiłem się obustronnego zapalenia płuc oraz kokluszu. Obie te choroby były wysoce zaraźliwe, a ja byłem wtedy małym, chudym dzieckiem, więc połączenie ich obu spowodowało, że ledwo byłem w stanie oddychać.
W tamtym czasie wszystkie biedne dzieci, które cierpiały na choroby zakaźne, musiały być poddane kwarantannie w szpitalu Willard Parker Hospital for Children with Contagious Diseases (Szpital dla Dzieci z Chorobami Zakaźnymi im. Willarda Parkera). Na moim oddziale były setki dzieci i setki łóżek.
Tamta kwarantanna trwała sześć miesięcy, od listopada 1938 do kwietnia 1939 roku. W owym czasie nie było penicyliny, sulfonamidów ani żadnego innego sposobu leczenia. Wszystko, co mogłem robić, to leżeć w łóżku w oczekiwaniu na to, co niosło ze sobą moje przeznaczenie. W niektórych aspektach był to naprawdę codzienny (i conocny) koszmar. 
Czas odwiedzin był ograniczony jedynie do dwóch godzin w niedzielę. W rzeczywistości nawet tego nie było. Jeśli moi rodzice zdołali przyjechać do szpitala (a rzadko im się to udawało, ponieważ było bardzo skomplikowane), pielęgniarki pchały moje łóżko pod wielkie okno, po którego drugiej stronie stali rodzice i rozmawiałem z nimi przez telefon. Ale gdy tylko więcej niż trzy łóżka czekały za mną w kolejce i przychodziła następna grupa rodziców, pielęgniarka oznajmiała: „Dobrze, kończ rozmowę. Musisz już wracać”. W rezultacie przy wielkim szczęściu udawało mi się dostać najwyżej dwadzieścia minut na pielęgnowanie tej najważniejszej z relacji. Czasem czekałem przez cały tydzień, a potem nikt się nie zjawiał i nikt nie dzwonił. Wkrótce nauczyłem się, że kluczem do przetrwania jest bycie samowystarczalnym. 
W sposób bardzo świadomy postanowiłem, że ocaleję. Nie umrę – umieranie nie miało dla mnie sensu, bo wyobrażałem sobie przecież moją długą i wspaniałą przyszłość. Gdy o ósmej wieczór gasły światła, nie mogłem spać, ponieważ nie byłem zmęczony – przecież przez cały dzień nic nie robiłem. 
Stałem się bardzo religijny. Rano modliłem się do Pana Jezusa, żeby dał mi siłę, zdrowie i odwagę, i pozwolił mi przeżyć. Za to w nocy modliłem się do Diabła, żeby mnie nie zabierał. Wyszedłem z założenia, że mogę podwoić swoje szanse na przetrwanie, mając Boga po jednej stronie, a Diabła po drugiej. Mówiłem do Diabła: „Patrz, jest tu pełno innych dzieci. Dlaczego ja?”. Później miałem z tego powodu wyrzuty sumienia, kiedy jakieś dziecko w łóżku obok faktycznie zmarło, więc zaprzestałem konszachtów z Diabłem i zostawiłem robotę czynienia cudów Jezusowi. 
Moją kolejną taktyką w zakresie sztuki przetrwania było komplementowanie pielęgniarek. Nie ulegało wątpliwości, że dobra opieka z ich strony była niezbędna dla mojego powodzenia socjalnego i emocjonalnego, więc nauczyłem się często prawić im komplementy. Ponieważ przez cały czas nosiły maski, mówiłem im, że mają piękne oczy czy piękne włosy, albo komplementowałem kolczyki lub inną biżuterię. Oznaczało to, że mnie zapamiętają i dostanę dodatkową kapkę masła albo porcję deseru. Zdałem sobie sprawę, że prawienie komplementów było czymś, co musiałem robić często i dobrze.
Do dziś, kiedy opowiadam o Projekcie Bohaterskiej Wyobraźni, jedna z najważniejszych rzeczy, które przekazuję uczestnikom, brzmi: „Waszym zadaniem jest spowodować, żeby inni ludzie czuli się wyjątkowi. Nauczcie się ich imion, stosujcie je w rozmowie, dowiedzcie się o nich czegoś ważnego i przekażcie im uzasadniony komplement, który spowoduje, że poczują się wyjątkowi”.
 Ja zacząłem tak robić w wieku pięciu lat, gdy zdałem sobie sprawę, że to działa jak magiczna różdżka.
Gdy już udało mi się przeciągnąć na moją stronę pielęgniarki, jak również Diabła i Boga, zrozumiałem, że muszę też zdobyć względy innych dzieci, które leżały w łóżkach obok. Jedyną dostępną dla nas radością było czytanie komiksów o superbohaterach. W tamtym czasie nie potrafiłem jeszcze czytać. Patrzyłem na obrazki i podobały mi się, ale musiałem prosić starsze dzieci o pomoc w odczytaniu słów. Na moją prośbę mama przyniosła mi długopis i notes, więc mogłem zapisywać każde słowo. Przepisywałem każdą literę do notesu i wypowiadałem ją na głos. Zanim wyszedłem ze szpitala, potrafiłem czytać i pisać na poziomie podstawowym jeszcze przed rozpoczęciem nauki w szkole.
Ćwicz...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy