Jak zatroszczyć się o partnera, gdy z poczuciem porażki wraca do domu – radzą Maria Król-Fijewska i Piotr Fijewski.
Czytaj więcej
Popularna maksyma głosi, że miłość rodzi się z niczego, a umiera od wszystkiego. Szybko się zapala, ale i gaśnie, gdy przestajemy dbać o żar w związku. Jak zatem podsycić namiętność?
Czytaj więcej
Osoby lubiane często lepiej sobie radzą w szkole, w pracy, w związkach, a nawet żyją dłużej. Drzwi stoją przed nimi otworem przez całe życie. Mitch Prinstein
Czytaj więcej
Nie ma rodziców idealnych. Często popełniamy błędy i to jest OK. Ale musimy pamiętać, by je rozpoznać i naprawić, zmierzyć cierpienie dziecka i przeprosić. Isabelle Filliozat
Czytaj więcej
Niektórzy ludzie sprawiają, że natychmiast tracimy humor. Kłamią, oszukują, nie szczędzą złośliwości i uważają, że to inni zawsze stanowią problem. Takie toksyczne zachowania nie tylko nas ranią czy wywołują stres, ale też sprawiają, że zaczynamy w siebie wątpić. Jak rozpoznać toksycznych ludzi i jak sobie z nimi radzić?
Czytaj więcej
Zaprojektujmy sobie polskie hygge (straszna szkoda, że rymuje się z „rzyge”). Aż Duńczycy by przyjeżdżali z zazdrości...
Czytaj więcej
Współczucie to rodzaj empatii, współodczuwania, które pozwala nam uczestniczyć w życiu uczuciowym innego człowieka i w jego losie.
Czytaj więcej
Od dawna zastanawia mnie, jak wiele osób stresuje się z powodu zbliżających się Świąt.
Czytaj więcej
Kolejny raz zdałem sobie sprawę z tego, jakie wrażenie może wywrzeć na słuchaczu koncert, kontakt z muzyką geniuszy i trochę pośrednio my, którzy ją przekazujemy.
Czytaj więcej
– Czy w waszym kraju wygrała demokracja?
– Nie, mamy remis.
Czytaj więcej
Ludzie, których spotkałam podróżując po Nepalu, Serbii i Gruzji, promieniowali szczęściem. Nie wiedzieli, na czym polega profilaktyka zdrowotna, ale zawsze byli uśmiechnięci. Nie martwili się na zapas, przyjmowali to, co przyniósł los.
Czytaj więcej
BOGDAN BIAŁEK: Jak to się stało, że jako dziecko znalazła się Pani w Auschwitz? Wydaje się, że osadzenie w obozie koncentracyjnym stało się źródłem inspiracji dla wielu działań w Pani życiu…
HANNA ULATOWSKA: Miałam wtedy jedenaście lat. Wzięto nas prosto z powstania warszawskiego. Trudno, żeby pobyt w obozie nie odbił się na późniejszym życiu. Jako młoda osoba, doktorantka, przez wiele lat pracowałam społecznie we Włoszech, Austrii, Danii, Laponii. Angażowałam się w różne akcje, których celem było pomaganie innym. Trudno powiedzieć, jaki wpływ na to moje zaangażowanie miał fakt, że jako dziecko byłam w Auschwitz. Być może to doświadczenie przełożyło się na moje zainteresowanie światem, a także na rozwinięcie się we mnie empatii. Auschwitz wracało do mnie po wojnie w przeróżnych spotkaniach.
W spotkaniach z byłymi więźniami obozu?
Nie tylko z byłymi więźniami, ale i ze strażnikami. W Laponii spotkałam Niemca. Pracowałam tam w bardzo ciężkich warunkach, w tundrze. Budowaliśmy drogę, która miała połączyć wioskę lapońską z terenami, na których mężczyźni paśli renifery – dobra droga miała ułatwić im sprawne dotarcie do domu i kontakt z rodzinami. Miałam wtedy 25 lat, a ten Niemiec był ode mnie dużo starszy, miał żonę, dzieci. Spytałam, co robi na tej budowie. „Pracuję, chcę zrobić coś pożytecznego. W czasie wojny byłem strażnikiem w jednym z obozów” – odpowiedział.
Pracowaliśmy w strasznych warunkach. Ten mężczyzna wiedział, że jestem Polką i cały czas się mną opiekował, był przy mnie. W Laponii po raz pierwszy zetknęłam się z osobą, która podejmuje działania z potrzeby ekspiacji, odpokutowania.
Nie czuła Pani do niego jako Niemca nienawiści? Przecież nazistowscy Niemcy zniszczyli Europę, a Polskę szczególnie. Wymordowali tylu ludzi, próbowali zgładzić cały naród…
No ale to już przeszłość. Ich już nie ma… Niech mi Pan wierzy – nigdy nie czułam nienawiści do Niemców. Moimi najbliższymi przyjaciółmi, i to od pięćdziesięciu lat, są Niemcy. Pod względem podejścia do relacji, przyjaźni, mają wiele wspólnego z Polakami, więc jest mi do nich bliżej niż do Amerykanów. Amerykanie nie mają czasu, nie angażują się w takie wieloletnie przyjaźnie.
Bardzo interesuje mnie ten brak nienawiści. Rozmawiałem kiedyś z Baruchem Dorfmanem, który cudem ocalał z pogromu kieleckiego. Przeżył piekło wojny, a potem tak strasznie potraktowali go sąsiedzi w
Kielcach. Gdy zapytałem go, czy nienawidzi Polaków, odpowiedział zdziwiony: „Taka myśl nawet mi przez głowę nie przeszła!”. Pani też mówi, że nie nienawidzi Niemców, a przecież była Pani w Auschwitz.
Tak, wiem. Widziałam, jakie tam było piekło, ale mimo wszystko nie czułam nienawiści ani do Niemców, ani w ogóle do innych ludzi. Zawsze bardzo mnie dziwi, jak ktoś z moich znajomych deklaruje, że nie kupuje niemieckich samochodów, bo przecież Niemcy straszne rzeczy światu zrobili. Po tylu latach od wojny tak mówią… Trudno mi to zrozumieć, bo dla mnie takie podejście też jest przejawem nienawiści, a przynajmniej niechęci. Czemu ja tego nie mam? Może dzięki mojej pracy, w której poznałam ludzi żyjących czasem w bardzo trudnych warunkach, ludzi o wcale nie łatwych charakterach. Ale nigdy nie patrzyłam na nich jak na kogoś, kto jest nosicielem zła. Może się to komuś wydać nienormalne, ale z takim podejściem żyje mi się lżej.
Mądrość polega na tym, by nie trzymać w sobie żalu.
Bo nienawiść rani głównie tych, którzy nienawidzą?
Tak, to bardzo ważny aspekt. Może ten mój brak nienawiści, wolność od nienawiści, ma źródła właśnie w dziecięcych przeżyciach z Auschwitz. Dla dzieci obóz był nieco inną traumą niż dla dorosłych więźniów.
Dzieci nie rozumiały, co tam się dzieje i w związku z tym były bardziej okaleczone psychicznie niż dorośli. Były przerażone światem tak strasznym, że zanikała w nich empatia. Stosy trupów przestawały robić na nich wrażenie. Słabły w nich wszelkie uczucia, również nienawiść. Ich trauma przeszła na kolejne pokolenie. Od wielu lat przyglądam się naukowo zjawisku dziedziczonej traumy. Jest coraz więcej badań na ten temat – bywa, że to psychiczne zniszczenie przez wojnę pojawia się nawet w trzecim pokoleniu. I dotyczy nie tylko Żydów i II wojny światowej. W zeszłym roku miałam studentkę, Wietnamkę, która chciała zbadać traumę w swojej społeczności, ponieważ z jej informacji i obserwacji wynikało, że kobiety, które w czasie wojny wietnamskiej były gwałcone przez żołnierzy amerykańskich, potem w jakiś sposób prześladowały własne dzieci.
Potrzeba pojednania wcale nie wyklucza pamiętania.
To jeden z przykładów na to, że wojna ma olbrzymie konsekwencje w życiu dzieci.
Interesujące badania nad traumą w drugim i trzecim pokoleniu przeprowadzono w Polsce i w Izraelu. Kiedyś uczestniczyłem w konferencji w Izraelu, na której porównywano te badania. Okazało się, że w drugim pokoleniu w Izraelu ta trauma występuje w słabszym stopniu niż w Polsce, gdzie drugie pokolenie doświadcza jej bardzo mocno.
Z kolei w pokoleniu amerykańskich Żydów trauma przechodzi nawet do trzeciego pokolenia. Wydaje mi się, że podejście Żydów do tej tematyki jest bardzo różne. Otóż moi znajomi profesorowie Żydzi nie bardzo rozumieją, czemu chcę badać ludzi, którzy przeżyli w wojnę straszne rzeczy. Słyszę: „Ale po co w to wchodzisz, to jest bardzo smutne, nie warto. Lepiej skup się na swoich badaniach nad udarami, bo to jest ważniejszy problem dla dzisiejszego społeczeństwa. Ratuj teraz tych ludzi, a nie tamtych”.
I trudno nie przyznać im racji, bo ta działka Pani zainteresowań badawczych jest bardzo ciekawa. Od lat prowadzi Pani badania nad pamięcią weteranów II wojny światowej. Co z tych analiz wynika?
To jedno z największych badań, jakie przeprowadziliśmy na jednej populacji. Wielu z badanych jest po udarach, z demencją. Najstarszy uczestnik ma 103 lata. Uwielbiam ich, bo mamy wspólne doświadczenia – przejście przez autentyczną, dotkliwą nędzę. Ci ludzie dorastali w latach 20. ubiegłego wieku, w Stanach Zjednoczonych dotkniętych wielkim kryzysem. Przeżyli straszliwą biedę, stracili absolutnie wszystko, uciekali za pracą do innych stanów. To są jedyni Amerykanie, z którymi mogę porozmawiać o tym, jak to jest nie mieć kromki chleba i dachu nad głową, jak to jest stracić całą wioskę, w której się człowiek wychował. Oni mają, głównie mężczyźni, ciekawą cechę – w języku angielskim to się nazywa „mieć sztywną górną wargę”. Chodzi o to, że nie mówią o tych wszystkich strasznych rzeczach, które przeżyli. Tymczasem dla mnie ich perspektywa, spojrzenie na życie są bardzo ważne. Ciekawi mnie mądrość, jaką osiągnęli.
Czym jest ta mądrość? Co się na nią składa?
Ludzi, którzy mają za sobą traumę wojny, cechuje tolerancja dla innych, czasami bardzo różniących się poglądami, doświadczeniami, postawami. A przecież żyli w świecie, który przed II wojną był całkowicie odizolowany od reszty świata. Nie mieli pojęcia na temat strasznego okrucieństwa Japończyków podczas wojny, o tym, co się działo w japońskich obozach koncentracyjnych. Wielu z nich walczyło nie w Europie, tylko na Pacyfiku, wielu trafiło do tych obozów. Ich tolerancyjna postawa bardzo mi imponuje. Taką postawę zaobserwowałam nawet u ludzi, którzy byli w Ameryce bardzo gnębieni, na przykład u Meksykanów.
Mieszkam w Teksasie – u nas jest największa grupa Meksykanów, bo ta część Teksasu należała kiedyś do Meksyku. Ci ludzie byli bardzo prześladowani, byli ofiarami rasizmu. I to właśnie oni uważają, że każdy powinien być przyjęty, zrozumiany i zaakceptowany taki, jaki jest. Mówią, że trzeba pomagać ludziom, którzy są inni. Te nasze badania longitudinalne są bardzo inspirujące. Dzięki nim coraz lepiej rozumiem, na czym polega tak zwana mądrość życiowa, badana i opisywana przez wielu psychologów.
W tych ciężko doświadczonych przez los ludziach jest większa zgoda na życie takie, jakie jest i na ludzi takich, jakimi są?
Tak! Dostrzegam też w nich olbrzymią wdzięczność za to, że przetrwali te trudne doświadczenia, że żyją. To jest dla nich bardzo ważne. Oni postrzegają życie jako dar. Nie trzymają w sobie żalu, nie roztrząsają, co by zrobili inaczej albo czego by w życiu nie zrobili, gdyby mieli szansę cofnąć czas. Choć przeżyli niewyobrażalne traumy, byli świadkami okrucieństw, to jednak nie czynią tych wydarzeń swoimi najważniejszymi wspomnieniami. Chyba właśnie na tym polega mądrość. Skupiają się na dobrych rzeczach. I jeszcze jedna rzecz mnie fascynuje. Zawsze sprawdzam, ilu z tych badanych rozwiodło się. Okazuje się, że są niesamowicie lojalni w małżeństwie, o co dziś wśród młodych bardzo trudno. Tymczasem ci weterani, chociaż sami są słabi i schorowani, do końca opiekują się swoimi żonami dotkniętymi demencją. Nie chcą ich oddać do domu opieki.
Taka lojalność rzeczywiście jest dzisiaj wartością deficytową. Lojalność, która daje i wzmacnia nadzieję.
Tak… Ja doświadczyłam takiej lojalności i nadziei. Wie Pan, przyjeżdżam do Polski dwa razy w roku, zawsze na Boże Narodzenie, do rodziny brata. Myśmy się razem uratowali, już po „marszu śmierci” udało nam się uciec, ludzie z wioski nas ukryli. To było w Brzeszczach. Uratowali nas dwaj synowie górnika, jeden niósł mnie na plecach, bo już nie byłam w stanie iść. On miał wtedy szesnaście lat, drugi osiemnaście. Ta górnicza rodzina była niesamowita. Gdy po wojnie, po latach przyjechałam do Polski, spotkaliśmy się. Ojciec, sztygar, już wtedy nie żył, a jego żona była bardzo schorowana, z powodu cukrzycy miała amputowaną nogę. Ta kobieta uważała nas za swoje dzieci, więc nie chciała umrzeć, dopóki się z nami nie zobaczy. To było bardzo wzruszające spotkanie.
Może nie ma w Pani nienawiści do oprawców właśnie dlatego, że spotkała Pani takie osoby, jak ta rodzina sztygara… W pamięci zapisało się dobro, lojalność, nadzieja. Ciekawi mnie, co Pani odkryła, badając pamięć ludzi, którzy przeżyli obóz koncentracyjny.
Dzięki stypendium Programu Fulbrighta mogłam przyjechać do Polski i objąć badaniami głównie ludzi starych. Interesowało mnie, w jaki sposób pamięć jest włączona w procesy związane z mową. Ktoś podsunął mi myśl, żeby przy okazji tych badań przyjrzeć się też pamięci byłych więźniów Oświęcimia. Zaczęliśmy od badań z osobami, które trafiły do obozu jako dzieci. Te badania przeprowadziliśmy ponad 20 lat temu. Potem zbadaliśmy ludzi, którzy trafili do obozu jako dorośli. Zaczęłam się interesować, w jaki sposób przeżycia więźniów są relacjonowane w literaturze i sztuce. Ale dziś najbardziej ciekawi mnie, jak te doświadczenia funkcjonują w pamięci zbiorowej. Jaki mogą nieść przekaz młodzieży i dzieciom. Niezwykłe są prace dzieci z całej Europy nadsyłane co roku na konkurs plastyczny „Ludzie ludziom zgotowali ten los”, organizowany w Tychach od lat 90. Dostrzegam jeden kierunek w tych obrazach – coraz mniej w nich jest przekazu na temat okrucieństwa, zła, a coraz więcej na temat pojednania. To są bardzo ciekawe prace, bo na przykład dzieci z Ukrainy pokazują swój stosunek do tego, co się stało w Oświęcimiu, wykorzystując elementy własnego kodu kulturowego, ukraińskiego folkloru.
I jaki jest stosunek młodego pokolenia do Auschwitz?
Na tych pracach nie ma samego okrucieństwa, ale są przedstawione jego skutki, np. bardzo smutne twarze dzieci-więźniów obozu. Dominuje przekaz symboliczny, szczególnie na rysunkach dzieci włoskich – na przykład tylko drut kolczasty, na którym wiszą symbole wartości zniszczonych w Auschwitz: miłości, przyjaźni. Takie przedstawienie tematu jest oczywiście pewną uniwersalizacją, ale myślę, że wynika ona ze zmian społecznych, politycznych, które prowadzą w kierunku pogodzenia się, pojednania.
Zapomnienia?
Nie. Potrzeba pojednania wcale nie wyklucza pamiętania. Wręcz przeciwnie. Pojednanie potrzebuje pamięci. Lubię rozmawiać z ludźmi odwiedzającymi Auschwitz. Bardzo często, gdy tu jestem, podchodzę i pytam, skąd pochodzą i dlaczego przyjechali. Latem podjeżdża młody mężczyzna na motocyklu – Włoch spod Neapolu, jak się okazało. Pytam: „A po coś tu przyjechał, człowieku? W taki upał, tyle kilometrów?”. A on na to: „Po to, żeby się nauczyć czegoś bardzo ważnego”. Innym razem widzę jakiegoś Murzyna. Przyjechał z Nowego Jorku. „Po co?” – pytam. Zastanawiam się, czy wpływ na jego decyzję ma to, że być może jego rodzina, przodkowie, a może i on sam doświadczyli rasizmu, przemocy, której źródłem są uprzedzenia. Co sprawia, że pokonuje taki szmat drogi, wydaje niemałe pieniądze na tę podróż, nie szkoda mu? Wie Pan, co on mi odpowiedział? „To jest moim obowiązkiem.”
Czytaj więcej