Dołącz do czytelników
Brak wyników

Psychologia w działaniu

14 czerwca 2020

NR 2 (Luty 2018)

Kochanie, bądź przy mnie

65

Jak zatroszczyć się o partnera, gdy z poczuciem porażki wraca do domu – radzą Maria Król-Fijewska i Piotr Fijewski.

Maria Król-Fijewska, psycholog i psychoterapeutka

Nie zawsze łatwo jest wspierać bliskie osoby. Ktoś, komu przydarzyło się coś przykrego, rzadko jest biednym kotkiem, bywa wściekłym tygrysem albo kolczastym jeżem. Poniżony w pracy, z naruszonym poczuciem własnej wartości, może czuć pokusę, by choć kawałek odpowiedzialności przypisać najbliższej osobie. I wplątać ją w trudne uczucia, których sam doświadcza. 

Jeśli już wiemy, z czym najbliższa osoba ma kłopot, to często przychodzi nam do głowy konstatacja: gdyby wtedy tego nie zrobił, to teraz nie miałby kłopotów. Typowa małżeńska sytuacja: przychodzi mąż do domu i opowiada, co mu w pracy zrobili. A żona mówi: „Widzisz, gdybyś nie był taki, nie robił tego, toby tak nie było”. Doprawdy, wyzwaniem jest wspierać osobę, która jest nieszczęśliwa i sama się do tego przyczyniła.

Albo stanąć po stronie osoby, która nie ma racji. 

Jak to robić? Czasem pomaga zmiana perspektywy. Wyobrażam sobie, że to ja jestem na miejscu męża – czego bym wtedy oczekiwała? Trzeba być po stronie człowieka, niekoniecznie akceptując jego działania, czyli rozumieć, co przeżywa, i współczuć mu, bo niezależnie od tego, czy sam jest autorem nieszczęścia, to go boli. Gdy partner czuje, że jesteśmy po jego stronie, często sam dochodzi do wniosku: gdybym nie zrobił tego czy owego, toby tak nie było.

Inną, niekoniecznie korzystną, reakcją na trudności partnera są rady: „Mówiłam ci już dawno, że powinieneś… Po prostu powiedz mu wprost. Co za problem?”. A właśnie dla partnera to jest problem. Jako terapeuci często mówimy, że musimy działać „w układzie odniesienia klienta”. Nie ma sensu, bym z mojej perspektywy mówiła mu, co ma zrobić, bo gdyby był w stanie, to dawno by to zrobił. To są moje pomysły, a on musi wymyślić swoje. 

Często mamy pokusę, by umniejszać problem partnera, zaprzeczać jego uczuciom. Mówimy: „Czym się tak przejmujesz? Robisz z igły widły”. Albo stwierdzamy: „Mnie by to wkurzyło, a nie martwiło”. A przecież uczucia partnera mają sens. Możemy  ich nie rozumieć, ale nie powinniśmy ich negować. Powiedzmy: „Widzę, że jest ci przykro. Co w tej sytuacji tak cię zdołowało?”. Może z czymś mu się to skojarzyło i utknął w bezradności. Naszym zadaniem jest zrozumieć te uczucia. To samo w sobie już jest wsparciem.

Wyzwaniem dla wspierającego jest też przedłużająca się sytuacja problemowa. Partner utknął w czymś naprawdę trudnym, na przykład ma depresję albo jakiś pat w pracy. Trwamy przy nim, wspieramy, ale on cały czas jest smutny, bezradny. Powoli tracimy cierpliwość. Przychodzi nam na myśl, że teraz już cierpi na własną prośbę. Z opowieści pacjentów wiem, jaką wagę ma cierpliwe bezterminowe wsparcie. Zdarza się, że ktoś mówi: „Mąż miał zawsze dla mnie tyle cierpliwości w trudnych chwilach, wściekałam się na siebie, a on mówił: wierzę, że to przejdzie, zobaczysz, będzie dobrze”. 

Jest taki wiersz Konstantina Simonowa: Żdi mienia i ja wiernus. Czekaj na mnie i ja wrócę. Czekaj do końca. Podobnie jest ze wspieraniem. Po jakimś czasie możemy usłyszeć od partnera: „Dzięki temu, że umiałaś wierzyć we mnie i być przy mnie, w końcu się podniosłem”. 


Piotr Fijewski, psycholog i psychoterapeuta

Ludzie różnie reagują na porażkę. Jedni nie chcą być wtedy sami. Mówią: „Muszę ci to opowiedzieć”. I czują ulgę, gdy otwierają się na relację z najbliższą osobą, która ich zna i widzi ich problem szerzej. Inni zaś, póki sami nie skontrolują sytuacji, nie ponazywają – nie chcą o tym mówić. Muszą trawić to sami. 

T...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy