Dołącz do czytelników
Brak wyników

Psychologia w działaniu

29 czerwca 2020

NR 6 (Czerwiec 2017)

Rozkosz ma głos

0 518

On pragnie, by partnerka głośno okazywała, że jest jej z nim przyjemnie. Ona lubi kochać się w ciszy. Czy cichy seks to nieudany seks?

Gdy kilka lat temu wokalistki pewnego holenderskiego zespołu postanowiły nagrać piosenkę zaśpiewaną podczas przeżywania orgazmu, teledysk bił rekordy popularności w sieci. Internauci na całym świecie zachwycali się emocjonalnością wykonania. „To czysta radość!” – pisali w komentarzach. A jednak kiedy podobny śpiew towarzyszący uniesieniom erotycznym dochodzi zza ściany w bloku, na ogół spotyka się z dezaprobatą sąsiadów.

Wzdychanie, ciche pojękiwanie, okrzyki, śpiew podczas zbliżenia to tzw. wokaliza seksualna. W popularnych poradnikach, kolorowych magazynach, a także na forach internetowych często pojawiają się opinie, że taka wokaliza jest oznaką prawdziwej i pełnej satysfakcji obojga partnerów. Czy tak rzeczywiście jest? Czy przeżywaniu przyjemności zawsze towarzyszy głośna ekspresja? Kto i kiedy jest na nią gotowy?

A ona nawołuje

Orgazm przeżywamy w bardzo indywidualny sposób. Warto przypomnieć, że przeżywamy go w mózgu – orgazm jest zjawiskiem mózgowym, które oddziałuje na całe ciało. Co prawda wokaliza nie jest niezbędna do doświadczania intensywności orgazmu, ale wiele osób lubi słyszeć, że ukochanemu czy ukochanej jest przyjemnie. Zwłaszcza dla mężczyzn jest to bardzo stymulujący bodziec.

Jakie znaczenie ma wydawanie odgłosów podczas zbliżenia? Odpowiedzi na to pytanie od dawna poszukiwali antropolodzy i psychologowie ewolucyjni. Nie tylko ludzie kochają się głośno. Samice różnych gatunków również wydają rozmaite dźwięki podczas kopulacji. Jedna z roboczych hipotez badaczy głosi, że samice wabią samce po to, by pozyskać najlepsze geny i zwiększyć szanse potomstwa na przeżycie.

Zatem gdy samicę kończy pokrywać jeden samiec, ona głośnymi krzykami nawołuje inne samce, by ustawiły się w kolejce. Dla samca to bardzo podniecający bodziec. Po uzyskaniu nasienia od różnych samców dochodzi do współzawodnictwa plemników i wygrywają te najlepsze, najsilniejsze. Takie jest ewolucyjne wytłumaczenie pochodzenia tej naszej, ludzkiej skłonności i gotowości do głośnego kochania się.

Przynajmniej jeśli chodzi o kobiety.

Mężczyzn w sypialni słychać rzadziej – wydają mniej odgłosów, bo starają się bardziej zaprezentować w czynach niż w słowach czy okrzykach. Tak jak w życiu w ogóle, tak i w sypialni panowie mało mówią.

Tymczasem... kobiety lubią słuchać, pragną, by ukochany do nich mówił, wzdychał, bo odbierają to jako oznakę, że partnerowi jest z nimi dobrze. To dla nich potwierdzenie, że są znakomitymi kochankami.

Tylko ciii...!

Niektóre badania wskazują, że ponad 90 procent osób nie lubi kochać się w ciszy, jednak nie przekłada się to na sytuację w sypialni. Co nas powstrzymuje przed głośnym okazywaniem partnerowi swojego podniecenia, sygnalizowaniem odczuwania przyjemności? Przede wszystkim proza życia – obawa, że usłyszą nas dzieci śpiące w sąsiednim pokoju, bo w bloku z cienkimi ścianami słychać nawet głośne kichnięcie, a co dopiero odgłosy namiętności. Albo że sąsiedzi zaczną stukać w kaloryfer – niektórzy mają negatywne nastawienie do „tych spraw” i mimowolne zetknięcie z cudzą seksualnością może być dla nich źródłem dyskomfortu i zakłopotania. Z takimi blokadami zazwyczaj borykają się młode pary, na początku wspólnego życia. A i te z dłuższym stażem: mają dom z ogródkiem, wygodną sypialnię, dzieci wyjechały na studia, więc nic nie powstrzymuje przed głośnym uprawianiem seksu, ale wtedy są już na takim etapie życia, że... nie chce im się krzyczeć. Ich gra miłosna jest już inna, bardziej cenią sobie spokój.

Gotowość do głośnej ekspresji seksualnej związana jest nie tylko z etapem życia, ale również z naszymi predyspozycjami psychicznymi – ekstrawertycy krzyczą, wyzwalają z siebie tę energię i kierują ją na zewnątrz; introwertycy zaciskają oczy, przeżywają głęboko, wolą skierować emocje do środka.

Nie bez znaczenia są także uwarunkowania społeczne. W społeczeństwach nastawionych na edukację seksualną i na propagowanie otwartej postawy wobec seksualności, odgłosy kochającej się pary dobiegające z sąsiedniego mieszkania czy z dzikiej plaży na ogół nie wzbudzają oburzenia. Traktowane są jako coś naturalnego. Tak w tej sprawie wypowiedział się kilka lat temu szwedzki minister zdrowia Gabriel Wikström.

Gdy w mediach pojawił się spór wokół głośnego uprawiania seksu po sąsiedzku, minister ujął się za ekspresyjnymi partnerami i oznajmił, że „głośny seks dobrze służy nie tylko zdrowiu indywidualnemu, ale i zdrowiu całego społeczeństwa”!

W polskim społeczeństwie nie jest propagowane takie nastawienie do seksualności, my uczymy się przeżywać seks w ciszy. Hamuje nas wstyd. 

Bywa, że partner lub partnerka świadomie i celowo wprowadza drugą osobę w błąd swoimi okrzykami i westchnieniami podczas aktu. Chcą pokazać, że jest im dobrze, choć wcale nie odczuwają przyjemności.

Myślą, że najłatwiej jest udawać orgazm, krzycząc i... naśladują Meg Ryan z kultowej sceny z filmu „Kiedy Harry poznał Sally”.

Takie głośne udawanie orgazmu jest objawem zaburzenia komunikacji w parze i wcale nie służy relacji. Gdy partnerzy nie potrafią się porozumieć, są zablokowani na siebie nawzajem, to często udają, odgrywają jakieś role – w codziennym życiu i w sypialni. Brak dobrej komunikacji wzmaga blokady, a te utrudniają komunikację, zatem koło się zamyka. Partnerka milczy, więc partner myśli, że chyba nie jest jej dobrze. Bywa też i tak, że gdy krzyczy, to partner myśli, że ona tylko udaje orgazm. I tak źle, i tak niedobrze. Dlatego ważne jest sygnalizowanie partnerowi/partnerce...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy