Dołącz do czytelników
Brak wyników

Profile

12 czerwca 2020

NR 1 (Styczeń 2018)

Pamiętam i nie nienawidzę

0 311

BOGDAN BIAŁEK: Jak to się stało, że jako dziecko znalazła się Pani w Auschwitz? Wydaje się, że osadzenie w obozie koncentracyjnym stało się źródłem inspiracji dla wielu działań w Pani życiu…

HANNA ULATOWSKA: Miałam wtedy jedenaście lat. Wzięto nas prosto z powstania warszawskiego. Trudno, żeby pobyt w obozie nie odbił się na późniejszym życiu. Jako młoda osoba, doktorantka, przez wiele lat pracowałam społecznie we Włoszech, Austrii, Danii, Laponii. Angażowałam się w różne akcje, których celem było pomaganie innym. Trudno powiedzieć, jaki wpływ na to moje zaangażowanie miał fakt, że jako dziecko byłam w Auschwitz. Być może to doświadczenie przełożyło się na moje zainteresowanie światem, a także na rozwinięcie się we mnie empatii. Auschwitz wracało do mnie po wojnie w przeróżnych spotkaniach.

W spotkaniach z byłymi więźniami obozu?

Nie tylko z byłymi więźniami, ale i ze strażnikami. W Laponii spotkałam Niemca. Pracowałam tam w bardzo ciężkich warunkach, w tundrze. Budowaliśmy drogę, która miała połączyć wioskę lapońską z terenami, na których mężczyźni paśli renifery – dobra droga miała ułatwić im sprawne dotarcie do domu i kontakt z rodzinami. Miałam wtedy 25 lat, a ten Niemiec był ode mnie dużo starszy, miał żonę, dzieci. Spytałam, co robi na tej budowie. „Pracuję, chcę zrobić coś pożytecznego. W czasie wojny byłem strażnikiem w jednym z obozów” – odpowiedział. 

Pracowaliśmy w strasznych warunkach. Ten mężczyzna wiedział, że jestem Polką i cały czas się mną opiekował, był przy mnie. W Laponii po raz pierwszy zetknęłam się z osobą, która podejmuje działania z potrzeby ekspiacji, odpokutowania.

POLECAMY

Nie czuła Pani do niego jako Niemca nienawiści? Przecież nazistowscy Niemcy zniszczyli Europę, a Polskę szczególnie. Wymordowali tylu ludzi, próbowali zgładzić cały naród… 

No ale to już przeszłość. Ich już nie ma… Niech mi Pan wierzy – nigdy nie czułam nienawiści do Niemców. Moimi najbliższymi przyjaciółmi, i to od pięćdziesięciu lat, są Niemcy. Pod względem podejścia do relacji, przyjaźni, mają wiele wspólnego z Polakami, więc jest mi do nich bliżej niż do Amerykanów. Amerykanie nie mają czasu, nie angażują się w takie wieloletnie przyjaźnie.

Bardzo interesuje mnie ten brak nienawiści. Rozmawiałem kiedyś z Baruchem Dorfmanem, który cudem ocalał z pogromu kieleckiego. Przeżył piekło wojny, a potem tak strasznie potraktowali go sąsiedzi w

Kielcach. Gdy zapytałem go, czy nienawidzi Polaków, odpowiedział zdziwiony: „Taka myśl nawet mi przez głowę nie przeszła!”. Pani też mówi, że nie nienawidzi Niemców, a przecież była Pani w Auschwitz.

Tak, wiem. Widziałam, jakie tam było piekło, ale mimo wszystko nie czułam nienawiści ani do Niemców, ani w ogóle do innych ludzi. Zawsze bardzo mnie dziwi, jak ktoś z moich znajomych deklaruje, że nie kupuje niemieckich samochodów, bo przecież Niemcy straszne rzeczy światu zrobili. Po tylu latach od wojny tak mówią… Trudno mi to zrozumieć, bo dla mnie takie podejście też jest przejawem nienawiści, a przynajmniej niechęci. Czemu ja tego nie mam? Może dzięki mojej pracy, w której poznałam ludzi żyjących czasem w bardzo trudnych warunkach, ludzi o wcale nie łatwych charakterach. Ale nigdy nie patrzyłam na nich jak na kogoś, kto jest nosicielem zła. Może się to komuś wydać nienormalne, ale z takim podejściem żyje mi się lżej.

Mądrość polega na tym, by nie trzymać w sobie żalu.

 

Bo nienawiść rani głównie tych, którzy nienawidzą?

Tak, to bardzo ważny aspekt. Może ten mój brak nienawiści, wolność od nienawiści, ma źródła właśnie w dziecięcych przeżyciach z Auschwitz. Dla dzieci obóz był nieco inną traumą niż dla dorosłych więźniów.

Dzieci nie rozumiały, co tam się dzieje i w związku z tym były bardziej okaleczone psychicznie niż dorośli. Były przerażone światem tak strasznym, że zanikała w nich empatia. Stosy trupów przestawały robić na nich wrażenie. Słabły w nich wszelkie uczucia, również nienawiść. Ich trauma przeszła na kolejne pokolenie. Od wielu lat przyglądam się naukowo zjawisku dziedziczonej traumy. Jest coraz więcej badań na ten temat – bywa, że to psychiczne zniszczenie przez wojnę pojawia się nawet w trzecim pokoleniu. I dotyczy nie tylko Żydów i II wojny światowej. W zeszłym roku miałam studentkę, Wietnamkę, która chciała zbadać traumę w swojej społeczności, ponieważ z jej informacji i obserwacji wynikało, że kobiety, które w czasie wojny wietnamskiej były gwałcone przez żołnierzy amerykańskich, potem w jakiś sposób prześladowały własne dzieci.

Potrzeba pojednania wcale nie wyklucza pamiętania.

 

To jeden z przykładów na to, że wojna ma olbrzymie konsekwencje w życiu dzieci.

Interesujące badania nad traumą w drugim i trzecim pokoleniu przeprowadzono w Polsce i w Izraelu. Kiedyś uczestniczyłem w konferencji w Izraelu, na której porównywano te badania. Okazało się, że w drugim pokoleniu w Izraelu ta trauma występuje w słabszym stopniu niż w Polsce, gdzie drugie pokolenie doświadcza jej bardzo mocno.

Z kolei w pokoleniu amerykańskich Żydów trauma przechodzi nawet do trzeciego pokolenia. Wydaje mi się, że podejście Żydów do tej tematyki jest bardzo różne. Otóż moi znajomi profesorowie Żydzi nie bardzo rozumieją, czemu chcę badać ludzi, którzy przeżyli w wojnę straszne rzeczy. Słyszę: „Ale po co w to wchodzisz, to jest bardzo smutne, nie warto. Lepiej skup się na swoich badaniach nad udarami, bo to jest ważniejszy problem dla dzisiejszego społeczeństwa. Ratuj teraz tych ludzi, a nie tamtych”.

I trudno nie przyznać im racji, bo ta działka Pani zainteresowań badawczych jest bardzo ciekawa. Od lat prowadzi Pani badania nad pamięcią weteranów II wojny światowej. Co z tych analiz wynika?

To jedno z największych badań, jakie przeprowadziliśmy na jednej populacji. Wielu z badanych jest po udarach, z demencją. Najstarszy uczestnik ma 103 lata. Uwielbiam ich, bo mamy wspólne doświadczenia – przejście przez autentyczną, dotkliwą nędzę. Ci ludzie dorastali w latach 20. ubiegłego wieku, w Stanach Zjednoczonych dotkniętych wielkim kryzysem. Przeżyli straszliwą biedę, stracili absolutnie wszystko, uciekali za pracą do innych stanów. To są jedyni Amerykanie, z którymi mogę porozmawiać o tym, jak to jest nie mieć kromki chleba i dachu nad głową, jak to jest stracić całą wioskę, w której się człowiek wychował. Oni mają, głównie mężczyźni, ciekawą cechę – w języku angielskim to się nazywa „mieć sztywną górną wargę”. Chodzi o to, że nie mówią o tych wszystkich strasznych rzeczach, które przeżyli. Tymczasem dla mnie ich perspektywa, spojrzenie na życie są bardzo ważne. Ciekawi mnie mądrość, jaką osiągnęli. 

Czym jest ta mądrość? Co się na nią składa

...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy