Dołącz do czytelników
Brak wyników

Profile

14 czerwca 2020

NR 2 (Luty 2018)

Miłość nie zrobi świata na cacy

68

Wiem, że miłość pomaga przebaczać osobom, które nas w jakiś sposób skrzywdziły. Pomaga toczyć syzyfowy kamień. A równocześnie nie zakłada pełnej zgodności, braku konfliktów czy wiecznego szczęścia.

MAGDA BRZEZIŃSKA: „Nienawidzimy wszystkich”. Taki – ogromny i starannie wymalowany – napis na murze minęłam w drodze na rozmowę z Panem. Na rozmowę o miłości i Miłości – Pana najnowszej książce… 

IGNACY KARPOWICZ: Violetta Villas śpiewała, że „nie ma miłości bez zazdrości”, więc można by powiedzieć, że nie ma miłości bez nienawiści – niektórzy uważają nawet, że obie są bezinteresowne. Mnie się jednak wydaje, że to jest taki fejk, ściema, którą sami sobie fundujemy – po prostu chcemy myśleć, że miłość musi egzystować ze swoim rewersem. Zarówno w przypadku miłości, jak i nienawiści wcale nie musi wydarzać się ta druga strona. Takie dualistyczne postrzeganie świata, które tworzy nasze mentalne rusztowanie, jest kompletnie nieprawdziwe.

Ale à propos napisów na murze – w Tłuszczu też jest wspaniały: „Nie wszyscy żyjemy, wszyscy umrzemy”. Kto wie, może to będzie pierwsze zdanie mojej kolejnej powieści.

Pierwsze zdanie Miłości, recytowane przez Annę, brzmi: „Jutro nie będziemy tacy sami, jak dzisiaj”. To w zasadzie powinno być wpisane w przysięgę ludzi ślubujących sobie miłość na wieki. Bo co my wiemy o sobie i o tej osobie, którą kochamy i która nas kocha? Co wiemy o tym, jaka jutro będzie nasza miłość, skoro nie wiemy, jacy my będziemy.

No właśnie! Ja też nie wiedziałem, że to zdanie otworzy Miłość. Nie miałem takiego planu, ale te słowa pojawiły się, przypałętały skądś indziej, bodaj z rozdziału Prawda, z dystopii. A skoro się tam pojawiło, to w jakiś sposób wpełzło na początek powieści. Pisanie powieści to jest pewien proces. Gdy zaczynałem ją pisać, miałem zupełnie inny plan: Jakub miał być szantażystą, natomiast Irena, jego żona, miała być podłą, głupią kobietą. Tymczasem nie okazali się tak okropni, jak założyłem. To się ujawnia w trakcie pisania w organiczny sposób – na przykład piszę zgodną z moimi założeniami scenę, w której Jakub szantażuje Jarosława, ale potem widzę, że to, co napisałem, jest bardzo złe. Wtedy wiem już, że popełniłem jakiś błąd wcześniej. Muszę się zatem cofnąć i naprawić to, co spieprzyłem. Na szczęście w pisaniu tak się da. 

W miłości nie zawsze takie korekty są możliwe.

A wie Pani, Miłość też początkowo miała być kompletnie inną powieścią. I tytuł też miał być inny – Ballada o ludziach dobrych, potem dodałem i złych, a potem i średnich. A w końcu uznałem, że trzeba być odważnym i nazwać rzeczy właściwym imieniem. Wtedy powstała Miłość, co było dla mnie hardcorem, bo przecież wcześniej pisałem dość ironiczne rzeczy. Nie przyszłoby mi do głowy, że tak mogę zatytułować powieść.

Powieść tworzą trzy części: Piękno, w którym przenosimy się do Iwaszkiewiczowskiego dworku lat powojennych i tej duszności uczuć między nią, nim i nim, Prawda, czyli dystopijna Polska przyszłości, w której obowiązuje jedna poprawna wersja relacji, miłości, oraz Dobro, czyli baśń o czystej, przyjacielskiej miłości, niczym grecka storge, w królestwie toczonym przez zarazę. Piękno, dobro i prawda – platońska triada.

Górne C Pan wziął.

Zdaję sobie sprawę, jakiego kalibru to są słowa, i czułem ogromną odpowiedzialność. Chodziło mi o to, żeby tego nie spieprzyć. Czy to się udało, to już czytelnicy ocenią. Zdaję sobie sprawę z tego, że konstrukcyjnie Miłość nie jest prostą lekturą. Ma dość skomplikowaną formę, wiele warstw i śladów po warstwach usuniętych, bo chyba z tysiąc stron wyrzuciłem, wiele płaszczyzn nakładających się. A zarazem jest prosta. Może to tak właśnie jest z miłością, że jest czymś jednocześnie trudnym i prostym.

I wymyka się wszelkim opisom, próbom uchwycenia, słowom. Jest tajemnicą… Więc jak to jest napisać książkę o czymś, co jest tajemnicą? Wie Pan teraz, czym miłość jest albo czym nie jest?

Wiem, że miłość porządkuje świat. Wiem, że pomaga przebaczać osobom, które nas w jakiś sposób skrzywdziły. Pomaga toczyć syzyfowy kamień. A równocześnie nie zakłada pełnej zgodności, braku konfliktów czy wiecznego szczęścia.

Miłość to jest kawał pracy do zrobienia. Nad sobą.

 

Jakie było Pana pierwsze w życiu poczucie, doświadczenie miłości?

Cóż… Pewnie by to były moje pierwsze zakochania w koleżankach w podstawówce, choć za bardzo tego teraz nie pamiętam. Pamiętam natomiast, że obiektem mojego afektu była dziewczyna, która miała tipsy – jako jedyna w szkole, a może nawet w Białymstoku! A potem w liceum zakochałem się w bardzo przystojnym, acz niewysokim młodzieńcu. Przychodziłem do niego z jamnikiem, którego niby wyprowadzałem na spacer. On zresztą też miał jamnika, ale nasze jamniki, w odróżnieniu od nas, bardzo się nie lubiły. Musieliśmy pilnować, żeby się nie zagryzły. I to było upiorne. Takich rzeczy nie robi się miłości.

A jakie rzeczy robi się miłości?

Kwiatuszki, płateczki, serenady pod oknem, serduszka na Facebooku, cmoki, buzi-buzi… Oczywiście żartuję. No co się robi miłości? Trzeba zagryźć zęby i znieść cały ten galimatias. Znieść tę miłość. Bo to jest – poza wszystkimi pozytywnymi elementami – kawał pracy do zrobienia. Miłość, owszem, wydarza się. Często spada znienacka. Ale nie przetrwa, jeśli się nad tym uczuciem nie pracuje. I to jest bardzo wymagająca praca. Jak z Fromma. Trzeba zapomnieć o takim wspaniałym, hollywoodzkim obrazie, że to jest wyprawa do raju zakończona pobytem bez terminu wyjazdu. To nieprawdziwy obraz. Bez pracy nie ma szans na trwanie.

Morgan Scott Peck, psychiatra i neurolog, autor książek o „nowej psychologii...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy