Kto nie widzi wieloryba?

Prócz tłumaczeń Baśni z tysiąca i jednej nocy istnieje także szczególna ich polska wersja. Podobno Bolesław Leśmian zamyślał spolszczenie całego zbioru. Napisał jednak na nowo, po polsku, tylko historię Sindbada Żeglarza. W pierwszej przygodzie Sindbad podczas ciszy morskiej trafia razem z żeglarzami z załogi statku na niecodzienną i dziwną wyspę. Nie było na niej słodkiej wody ani niczego do jedzenia. Nie było nawet drewna. Wszystko to żeglarze przytaszczyli ze statku, żeby urządzić sobie na wyspie ognisko i zjeść coś ciepłego. (Leśmian, znany ze słowotwórstwa nie użył skopiowanych z angielskiego słów „piknik” ani „grill”). Niczego jednak nie zjedli, bo wyspa okazała się być wielorybem, który przypiekany na grzbiecie obudził się i zanurzył w morzu. Nic w tym zaskakującego, że przypiekana ryba budzi się ze snu, jeśli spała, i szuka ochłody. Zastanawia jednak to, że ani Sindbad, ani żeglarze nie rozpoznali wieloryba i wzięli go za wyspę. Mimo iż zauważyli elastyczność gruntu, tryskającą z niego przy nacięciu czerwoną ciecz, a nawet (przyłożywszy do podłoża ucho) słyszeli takie odgłosy, jakie wydaje bijące serce. Czemu nie rozpoznali wieloryba? Najprostszą odpowiedzią jest ta, że nigdy wcześniej wieloryba nie widzieli ani nikt im nigdy o wielorybie nie mówił. Nie można rozpoznać czegoś, o czym się nic nie wie. Można jednak rozpoznać coś, o czym się wie, chociaż to coś nie istnieje. Albo inaczej – istnieje tylko w opowieści. Jak krasnoludki. Albo w świecie medialnym – jak fałszywe informacje. Czy nawet w naukach medycznych – jak konceptualizacje chorób. W psychiatrii taki był los nerwic. Istniały i były rozpoznawane do czasu zmiany koncepcji zaburzeń psychicznych. Jednak wieloryb był, a żeglarze rozpoznali w nim wyspę. Bardzo chcieli napotkać wyspę, której zatoki dałyby ich statkowi schronienie. Jeśli czegoś bardzo się pragnie, można przedmiot pragnienia rozpoznać w czymś, co nawet nie jest do niego podobne. Leśmian pisał Przygody Sindbada Żeglarza po polsku we Francji. Francuski pisarz Michel Houellebecq pisze po francusku, a mieszka poza Francją, chociaż nie wiadomo gdzie. W Mapie i terytorium tak zachęcająco opisał zapach i smak selerów w sosie soubise, że warto je spróbować.    Céleri a la Houellbecq 1 szt.    seler Sos soubise     3–4 szt.    cebule 2 łyżki    masła 2 łyżki    mąki 4 łyżki    śmietany 2 łyżeczki    mielonego pieprzu sól do smaku masło, bułka tarta Obrać i ugotować w osolonej wodzie seler (około 20 minut). Pokroić w cienkie plastry. Ułożyć na dnie formy do zapiekania wysmarowanej masłem i obficie posypanej bułką tartą. Cebule obrać, ugotować w osolonej wodzie, ostudzić i zmiksować w niewielkiej ilości wywaru. Z masła i mąki zrobić niezrumienioną  zasmażkę. Rozprowadzić zmiksowaną cebulą, doprawić solą (jeśli trzeba) i pieprzem (obficie). Doprowadzić do zagotowania. Sosem przykryć selery, oprószyć tartą bułką. Na wierzchu ułożyć parę grudek masła.  Piec w temperaturze 125°C przez 15 minut. Podawać i jeść na ciepło.    
Czytaj więcej

O szkodliwości słowa „oczywiście”

Strasznie to pesząca rzecz mówić wśród naukowców, kiedy naukowcem się nie jest – trzeba nadrabiać dobrą miną, żeby odwrócić uwagę od braku kompetencji. Zaproszony przez Radę Języka Polskiego na obchody Dnia Języka Ojczystego miałem mówić z innymi panelistami o wykluczeniu – ale nie jestem przecież ani językoznawcą, ani socjologiem, a jedynie pisarzem, który zajmuje się językiem w zupełnie inny, nienaukowy sposób. Pomyślałem sobie jednak o nazwie tego święta: Dzień Języka Ojczystego. Czyli czego? Oczywiście: polszczyzny. I kultury polskiej z jej znaczeniami, z językiem symboli. Skoro tak, to postanowiłem odwracać uwagę strojem i założyłem pas kontuszowy – na złocistą stronę. Bo oczywiście wszyscyśmy czytali Trylogię, Paska i Kitowicza i oczywiście wiemy, że to strona świąteczna. Jesteśmy w Polsce, jesteśmy Polakami, naszym językiem jest oczywiście polski. Tak mówili nasi ojcowie. Czy może matki?  Przegląd hasła „Międzynarodowy Dzień Języka Ojczystego” w różnych wersjach językowych Wikipedii pokazuje, że najczęściej mamy linię żeńską (mother language, langue maternelle, mateřský jazyk, anadil, Muttersprache), czasem neutralną (pодной язык, pідна мова), z rzadka – język ojczysty (sermonis patrii, gepatra lingvo). Moja babcia została spłodzona w Cesarstwie Rosyjskim, w Kijowie, a urodziła się w Warszawie w dopiero co oswobodzonej Polsce. Jej ojciec był Rosjaninem (i nie komplikujmy już, że pochodzącym od Kozaków i Niemców Bałtyckich), matka Polką (powiedzmy) – jaki był zatem jej język ojczysty, a jaki był jej mother language? Możemy się z tego śmiać, ale w kresowych mieszanych rodzinach inny element tożsamości był nieraz dziedziczony z płcią: matki wychowywały swoje córki we własnej religii, a ojcowie synów – w swojej. Czemu z językiem miałoby być inaczej? Babcia przez całe życie mówiła po polsku. A czy znała rosyjski? Też. Ale ojciec kazał jej uczyć się go od matki, która, choć Polka, mówiła „czysto”, a jego akcent był „skażony”. Czym? Ano tymi miejscowymi Kozakami. Jego ojczysty rosyjski był „gorszy” przez to, jak mówił jego ojciec i ojciec ojca. Jasne, wiemy, że etymologia rozchodzi się często z sensami: miednica nie musi być z miedzi, bielizna nie musi być biała, a język ojczysty może być językiem ojczyzny, nie ojca. Co by jednak było, gdyby mojej prababci nie udało się przedrzeć do Warszawy i urodziłaby córeczkę w krótkotrwałej Ukraińskiej Republice Ludowej? Czy językiem ojczystym mojej babci stałby się ukraiński? A była przecież i tak w sytuacji wygodnej – w domu mówiła językiem państwowym. Jaki był język ojczysty Pesacha Starka, który, zanim poszedł do szkoły, nauczył się po polsku jednego słowa: „jestem”, żeby odpowiedzieć, kiedy nauczyciel wyczyta go z listy? Po wielu latach jako Julian Stryjkowski został jednym z mistrzów polszczyzny swojego pokolenia.  * Wszelkie wykluczenie, nie tylko w języku, zaczyna się od „oczywiście”. Od niekwestionowania własnego doświadczenia, które uważamy za naturalne i obowiązujące wszystkich wokół. We wspólnocie, do której należę, do której należymy wszyscy, są ludzie, dla których polszczyzna nie jest językiem ojczystym lub też jest nim w zupełnie inny sposób – bo w domu mówią w innym języku jako dzieci imigrantów czy osiadłej od wieków mniejszości. Albo niby po polsku, ale gwarą, i ta gwara jest wyśmiewana. Dla całej naszej wspólnoty nie są oczywiste nawet symbole. Są tacy, którzy nie czytali Trylogii i Paska, więcej – i tacy, którym pas kontuszowy nie kojarzy się wcale z lekturą dzieciństwa ani nawet z Kmicicem oglądanym w świątecznej telewizji, tylko z zupełnie inną opowieścią, o trwających przez całe pokolenia upokorzeniach, nędzy i przemocy. Wcale nie muszą czuć sentymentu wobec kultury sarmackiej, której kastowy system usprawiedliwiała mityczna historia, gdzie naród tworzyli tylko potomkowie rycerzy-najeźdźców, a chłopi byli autochtonami bez prawa stanowienia o czymkolwiek. * Dla autora powieści historycznej najbardziej niebezpieczne jest wcale nie to, że coś źle sprawdzi, pomyli jakiś fakt. Najbardziej niebezpieczne jest to, że w swoim „oczywiście” każe średniowiecznemu smolarzowi zajadać ziemniaki: zanurzony w swoich czasach nawet nie dopuści do myśli, że świat mógł wyglądać zupełnie inaczej. Podobnie jest z wykluczeniem w języku. Większość z nas zdaje sobie sprawę, że nie wolno ludzi wyzywać od pedałów czy pepików, szmatogłowych czy czarnuchów. Problemem są mniej oczywiste słowa czy konstrukcje – myślimy bowiem w języku, co znaczy również, że język zdradza nasze myśli, uprzedzenia, maskowaną agresję. „Zdrowie pięknych pań i mądrych panów!”, „To była taka śliczna Żydóweczka”, „Jak na dziewczynkę, to byłaś całkiem dzielna”. Każde z tych zdań mogło być wypowiedziane w jak najlepszych intencjach, bez zrozumienia, że u kogoś bardziej świadomego może budzić zażenowanie. Wszystko to oznacza, że język – jego przyzwyczajenia, figury – musi się zmieniać. Przechodzić z pozycji „wszyscy oczywiście” na „być może niektórzy z nas”. Nie znaczy to, że mamy porzucać zwrot „język ojczysty” czy wstydzić się polszczyzny, ani nawet, że nie wolno nam zakładać pasa kontuszowego – jeśli to jednak robimy, istnieją sposoby w języku i w symbolach, pozwalające opiłować kanty tak, żeby nie raniły. Te sposoby nie zawsze są udane. Ale sam namysł nad tymi słowami, samo wspólne poszukiwanie, jest dobrem, z którego korzystają i członkowie mniejszości, i, co może mniej oczywiste, członkowie większości, którzy poznają złożoność świata, dotychczas zasłoniętą słowem „oczywiście”. To taki rzadki rodzaj gry, na której wszyscy zyskują. 
Czytaj więcej

Wiedzieć czy wierzyć?

Wiara jest w gruncie rzeczy smutną koniecznością. Gdybyśmy mieli wiedzę, nie potrzebowalibyśmy mieć wiary. - Józef Tischner
Czytaj więcej

Ukoronowanie stworzenia

Idę czytać do wanny – nie z wygody, ale z zagonienia. Planuję się ukryć w łazience przed mężem i dziećmi i złapać (mały) oddech. Wiadomo, że w łazience można się nie tylko ukryć, ale i zachować godność, udając konieczność przeprowadzenia skomplikowanych zabiegów higienicznych. No więc, wanna jest moim szampanem i truskawką z czekoladą, ale bez wyrzutów sumienia. Jest już późno, nikt nie powinien mieć żadnych potrzeb koniecznych do zrealizowania tu i teraz. Zamierzam czytać w wannie również z innego powodu – podobno w kąpieli nie można zasnąć, więc może uda mi się trochę podgonić lekturę. 
Czytaj więcej

Bo ty zawsze..., czyli jak się (nie)porozumiewać w związku

Wydaje się, że umiemy rozmawiać. Komunikujemy się w pracy i domu, w trakcie spotkań towarzyskich. Wypowiadamy setki, a nawet tysiące słów dziennie. Jednak rozmawianie nie zawsze oznacza zrozumienie, a czasem prowadzi do nieporozumień i barier między ludźmi. Jest to szczególnie widoczne, gdy w grę wchodzą emocje, odmienne potrzeby czy sytuacje konfliktowe. Wtedy nawet najbliższa osoba staje się naszym przeciwnikiem i, zamiast szukać rozwiązania, skupiamy się na „wygranej”. Jakie są najczęstsze przeszkody w komunikacji w bliskich relacjach i jak możemy sobie z nimi poradzić?  „Odbijanie piłeczki” Jedna z nich leży w naszym nastawieniu do partnera(-ki). To, co na początku związku stanowiło źródło fascynacji drugą osobą, po latach może się stać barierą. Różnorodność, odmienność, inne spojrzenie, które odbieraliśmy na początku relacji jako powiew świeżości, z czasem może przeszkadzać. Gdy ukochana osoba myśli inaczej, robi nie tak, jak byśmy chcieli, pojawiają się stwierdzenia: „Bo Ty ciągle, bo Ty nigdy”… Podobne sformułowania, nazywane w psychologii komunikatem typu „TY”, prowadzą do zniechęcenia i wycofania się z komunikacji albo do swoistej wymiany ciosów – „odbijania piłeczki”. Czasem w trakcie burzliwej wymiany poglądów wyciągane są sytuacje sprzed wielu lat, a na poparcie swoich tez są przytaczane przykłady zachowań rodziców i członków rodziny. Argumenty okraszone są jeszcze większym ładunkiem emocjonalnym i słyszymy: „Bo Ty, jak Twoi rodzice, nie umiesz…”. Te dyskusje niektórzy potrafią prowadzić przez kilka godzin, a ich zakończenie prowadzi do wyczerpania albo przysłowiowego trzaśnięcia drzwiami i/lub zachowań agresywnych. Zapomina się, co było tak naprawdę powodem konfliktu, co uruchomiło ten ciąg zdarzeń, ponieważ z każdym zdaniem wyciągana jest coraz większa amunicja na poparcie swojej pozycji. Jak można tego uniknąć? Po pierwsze, unikajmy generalizacji: „zawsze”, „nigdy”. Trudno wskazać w naszym życiu przykłady reakcji, które występują zawsze lub nigdy się nie pojawiają. Ponadto, nie chodzi o to, by taką opinię udowodnić, lecz by znaleźć rozwiązanie, po prostu „dogadać się”. Oczywiście, o ile tego rzeczywiście chcemy. Dlatego tak ważne jest zatrzymanie się,  spojrzenie na siebie, uświadomienie sobie, czy nadal przyświeca mi taki cel. Czy nadal mówię o tym samym: szklance, skarpetach, spóźnieniu… Czy zabrnęłam/zabrnąłem tak daleko, że można by dzięki mojej narracji odtworzyć drzewo genealogiczne rozmówcy. Czy odnoszę się do zachowania, reakcji, sytuacji, czy dokonuję oceny, krytyki, a nawet diagnozy psychologicznej partnera i rodziny. Wydaje nam się, że nasze sądy są uzasadnione, że jesteśmy obiektywni, że nasza obserwacja jest wyrazem tego, co się dokładnie dzieje. Często jednak to wskaźnik naszych niezaspokojonych potrzeb czy zranionych uczuć. Dlatego zamiast skupiać się na partnerze i na tym, żeby się zmienił, warto pomyśleć o sobie: co chcę powiedzieć, co czuję, czego potrzebuję. Stanowi to pierwszy krok do uruchomienia komunikatu typu „JA” .  Co podpowiada wewnętrzny głos Ważna jest również analiza intrapsychicznej komunikacji. Ten poziom związany jest z naszym wewnętrznym dialogiem, myślami, które pojawiają się w naszej głowie. Mogą one wpływać na to, co mówimy, jak mówimy, ale również na to, jak i co słyszymy. Wewnętrzny głos podpowiada nam: co partner miał na myśli, jak mamy reagować, co należy, co się powinno, a czego nie mogę mówić czy zrobić. Czasem jest to pokłosie komunikatów wyniesionych z domu, poglądów naszych rodziców, ważnych osób, które nadal w dorosłości nosimy w sobie. Warto przyjrzeć się temu. Zobaczyć, czy nasze myśli nam pomagają czy utrudniają realizować cele i potrzeby. Czy słyszę to, co partner do mnie mówi, czy raczej siebie i swoje myśli? Problemem intrapsychicznego dialogu jest, jak zauważa Zbigniew Nęcki w artykule Teorie komunikowania się w psychologii w aspekcie relacji międzynarodowych, opublikowanym w piśmie „International Journal of Management and Economics”, nie tylko jego subiektywny charakter, ale również trudność w konfrontowaniu go z życiem (Nęcki, 2008). Niektórzy żyją bardziej we własnej głowie niż w realnych sytuacjach. Prowadzą skomplikowane dialogi, wewnętrzne rozmowy z partnerem, przeżywają setki wyobrażonych sytuacji i scenariuszy, które ich zdaniem mogą się zdarzyć. Zamknięci we własnym świecie powinności i obrazów tracą możliwość bezpośredniego reagowania. Tymi kontekstami zajmuje się między innymi Analiza Transakcyjna czy chociażby Racjonalna Terapia Zachowania. Kobiety i mężczyźni tak mają?  Oprócz kwestii związanych ze świadomością siebie i własnych komunikatów, barierą w procesie wzajemnego porozumiewania się, szczególnie w związkach heteroseksualnych, są aspekty związane ze stereotypami płci. Czytając książkę Louann Brizendine Mózg kobiety, możemy się – na przykład – dowiedzieć, że kobiety wypowiadają średnio 20 tys. słów dziennie, mężczyźni około 7 tys. Tę informację, powielaną wielokrotnie, znajdujemy w internecie, na łamach prasy czy w poradnikach. Wpływa to na nasze oczekiwania wobec partnerów(-ek) i rzutuje na to, co i jak mówimy, ale również co i jak słyszymy. Nieraz w gabinecie terapeutycznym padają takie zdania, jak: „Z nim nie ma co rozmawiać, bo jest mężczyzną, a wiadomo, że oni tego nie umieją”, jak również: „Jak Krysia do mnie mówi, to się wyłączam, bo wiadomo, że każda kobieta musi sobie pogadać”. Tego typu przykładów, opierających się w dużej mierze na stereotypach, znamy dużo.  Mark Liberman – profesor fonetyki na Uniwersytecie Pennsylvania – pisze, że mimo wielu książek i artykułów na ten temat, wskazujących podobne obserwacje, jak w książce Brizendine, nie pokuszono się w tych publikacjach o sprawdzenie wiarygodności tych liczb (Liberman, 2006). Są one powtarzane bez weryfikacji i zaczynają funkcjonować jako fakty. Czy rzeczywistość jest czarno-biała? Możemy się o tym przekonać na dwóch polach: przeglądając wyniki badań, jak również w naszym codziennym życiu. Według badań zaprezentowanych w „Science” (a przeprowadzonych przez Mehl, Vazire, Ramírez-Esparza, Slatcher, Pennebaker, 2007) kobiety i mężczyźni wypowiadają około 16 tys. słów dziennie. Kobiety nieco więcej niż mężczyźni, ale różnica była nieistotna statystycznie. Podobne analizy przedstawia również Liberman (2006), odnosząc się raczej do różnic w zakresie poruszanych tematów niż częstotliwości czy liczby wypowiadanych słów. Istnieją badania, wskazujące na nieco inne style komunikowania się u kobiet i mężczyzn, choć trudno czasem jednoznacznie określić, czy różnice wynikają z biologii czy z kultury (socjalizacji). Ponadto, sposób prowadzenia rozmowy może być również związany ze światopoglądem rozmówcy, wykonywanym zawodem czy zakresem posiadanej władzy (Adler i in., 2006). Dlatego w artykule nie chodzi o potwierdzenie lub zaprzeczenie tezy o różnicach w zakresie komunikacji między kobietami a mężczyznami, a raczej byśmy w codziennej intymnej rozmowie nie padli ofiarą powszechnie istniejących stereotypowych przekonań związanych z płcią. Abstrahując od teorii opartych na powielanych liczbach czy wynikach analiz naukowych, starajmy się patrzeć na naszych partnerów jak na osoby, a nie przedstawicielki kobiet czy przedstawicieli mężczyzn. Ułatwi nam to zauważenie indywidualnych cech i uchroni w pewnym stopniu od wpadania w pułapkę generalizacji czy samospełniającego się proroctwa.  Jak porozumieć się bez przemocy Przyjmowanie stereotypowej perspektywy powoduje jeszcze jedno utrudnienie na drodze do komunikacji. Mianowicie, jeśli mówimy i/lub myślimy, że kobiety i mężczyźni „tak mają”, zwalnia nas to z poczucia odpowiedzialności za nasze działania i reakcje. Tym samym nie uczymy się nowych sposobów porozumiewania, bo przecież: „z kobietami i tak się nie można dogadać”, „a mężczyźni przecież myślą tylko o jednym”. To, co i jak mówimy, nie jest zdeterminowane przez płeć (biologiczną czy kulturową). Komunikacja jest procesem, na który wpływ mają, jak pisze Zbigniew Nęcki – psycholog społeczny we wspomnianym artykule (2008, s. 84):  „kulturowe zaprogramowanie, system wartościowania, interpretowania i ujmowania świata według swojej socjalizacji”. Podlega więc refleksji, modyfikacji i procesom uczenia się. Nęcki wyjaśnia, że ludzie myślący stereotypami nie są w stanie dostrzec swoich błędów, ponieważ znika „krytycyzm i refleksyjność tam, gdzie jednostronność staje się źródłem nadmiernej pewności”. Nasze indywidualne zachowania i reakcje mogą być zgodne ze stereotypem, wynikami badań, ale również mogą od nich odbiegać. Kierując się stereotypami, zdejmujemy z siebie poczucie odpowiedzialności za nasze myśli, uczucia i działania. Jeśli myślę, że „kobiety i mężczyźni tak mają”, to jak mogę to zmienić? Marshall Rosenberg, autor koncepcji Komunikacji bez Przemocy, pisze, że zrzucamy odpowiedzialność za nasze słowa i czyny na bliżej nieokreślone siły („musiałem to powiedzieć, zrobić”), na inne osoby („uderzyłem go, bo nie zdenerwował”), role płciowe („muszę tyle pracować, bo jestem mężczyzną”). Uleganie stereotypom płciowym zwiększa również ryzyko pojawienia się przemocy w związkach. Aby tego uniknąć i wspomóc proces porozumiewania się w związku, można wprowadzać w życie zasady Porozumienia bez Przemocy (ang. NVC – Nonviolent Communication), jakie proponuje M.B. Rosenberg – amerykański psycholog, nauczyciel i mediator. Sformułował on czteroetapowy model komunikacji, którego zastosowanie pomaga rozwiązywać konflikty i sytua­cje trudne. Są to: spostrzeżenie – to, co widzę, słyszę… (bez ocen, generalizacji); wyrażanie uczuć i stanów – to, co czuję: radość, złość, ból; określenie własnych potrzeb związanych z uczuciami;  wyrażenie prośby – nie żądania.  Oto przykład przebiegającej według tych zasad wypowiedzi: „Gdy widzę w zlewie brudne kubki, których używałaś(-eś) wczoraj przy kolacji, czuję złość. Chcę rano móc zrobić sobie kawę w czystym kubku. Czy mógłbyś je umyć następnym razem?”. Ewentualnie – „Proszę Cię, abyś następnym razem je umył”. Gdy rozmawiam o tej metodzie z parami w gabinecie, słyszę często dwa stwierdzenia: „No tak, to jest teoria, ale w praktyce czasem trudno ją zastosować, bo za szybko wszystko się dzieje” lub: „To ja mam jeszcze ją/jego prosić, żeby pozmywał po sobie? Każdy powinien to sam wiedzieć”. Jeśli chodzi o pierwszy argument, zgadzam się z nim. Trudno nowy sposób komunikacji od razu wprowadzić w życie. Na szczęście, jak większość technik, można ją usprawnić przy powtarzaniu. Chodzi też o zwiększenie świadomości własnej komunikacji i wiążących się z tym procesów. Odnosząc się do drugiego stwierdzenia, pamiętajmy, że różnimy się od siebie w zakresie potrzeby i oceny wartości, kwestii czy celów. Rosenberg (s. 33) podaje, że: „jednym z kilku typów komunikatów odcinających od życia są osądy moralne, sugerujące, że ludzie, których działanie jest niezgodne z naszym systemem wartości, nie mają racji lub są źli. Tego rodzaju osądy znajdują odzwierciedlenie w takich chociażby wypowiedziach: Sęk w tym, że jesteś strasznym snobem, Ona jest leniwa (…). Zarzuty, oblegi, słowa lekceważenia, etykietki, wszelka krytyka, porównania i diagnozy – wszystko to są formy osądu”. Starajmy się więc obserwować i informować bez oceniania. Tego dotyczy pierwszy etap NVC.  O co rzeczywiście prosimy Drugą kwestią porozumiewania się bez przemocy jest uświadomienie sobie własnych uczuć i powiedzenie o tym. Dla niektórych osób stanowi to trudność, ponieważ nie nauczyli się nazywać swoich uczuć, a co dopiero o nich mówić. Dla innych mówienie o emocjach jest słabością, odsłonięciem się, ujawnieniem własnej bezbronności. Zamiast tego wolą walczyć, ukrywać się za różnymi komunikatami, a przecież budowanie intymności to również dzielenie się własnymi uczuciami. Gdy je zobaczymy, możemy też wziąć za nie odpowiedzialność. Podobnie rzecz się ma z potrzebami. Partner czy partnerka nie są w stanie się ich domyślić. Gdy je wyrazimy wprost, mamy większą szansę na ich zaspokojenie. Poza tym z wyrażaniem potrzeb łączy się jeszcze jedno błędne przekonanie, a mianowicie: „mówienie o potrzebach” wiąże się dla niektórych z błaganiem czy narzucaniem się. Czasem stoi za tym przeświadczenie wyniesione z dzieciństwa, że nie mam prawa mieć własnych potrzeb lub/i że inni i tak nie są zainteresowani ich usłyszeniem, lub że powinni się sami domyślić, jeśli mnie kochają. Te i podobne poglądy utrudniają nam komunikację w związku. I wreszcie ostatni etap: wyrażenie prośby. Nie chodzi tu o wymuszenie na partnerze tego, co chcemy, albo lawirowanie wokół tematu, żeby się domyślił, o co nam chodzi. Rosenberg (2020, s. 93) podaje, że: „Przede wszystkim należy mówić o tym, o co rzeczywiście prosimy, zamiast o tym, czego nie chcemy”. Dobrze też, aby nasza prośba była, o ile to możliwe, konkretna i precyzyjna. Abstrakcyjne albo bardzo ogólne sfomułowania mogą być różnie rozumiane. Gdy jasno sformułujemy naszą prośbę, partner ma szansę na zastanowienie się i podjęcie decyzji, czy chce ją spełnić. Oczywiście, nie zawsze nasze komunikaty odebrane są zgodnie z naszą intencją. Jeśli nie jesteśmy pewni, czy obopólnie się rozumiemy, można zapytać, jak rozmówca zrozumiał naszą wypowiedź. Wtedy można też skorygować rozbieżności. Zaprezentowany schemat wydaje się prosty, a jednocześnie trudny. Jego łatwość polega na przestrzeganiu konkretnych kroków. Trudność dotyczy przedstawionych powyżej mechanizmów leżących u podłoża komunikowania się na każdym etapie. Analiza tych elementów z pewnością może wzbogacić naszą wiedzę o sobie i przyczynić się do zrozumienia, co tak naprawdę dzieje się w trakcie rozmowy z partnerem(-ką). Jeśli ten model wzbudza w nas opór, można z niego zrezygnować lub zastanowić się, dlaczego tak się dzieje. Czasem za niechęcią mogą ukrywać się przekonania utrudniające wzajemne zrozumienie.    Wyróżniamy cztery wymiary komunikacji: intrapsychiczny – dotyczy wewnętrznych doświadczeń; interpersonalny – dotyczy przynajmniej dwóch jednostek, które mają ze sobą bezpośredni kontakt; grupowy – porozumienie członków danego zespołu, którzy w strukturze grupy zajmują określone pozycje; społeczny – komunikacja przybiera formę kontaktu mającego miejsce pomiędzy grupami lub zespołami o dużej liczebności, uczestnicy takiej komunikacji charakteryzują się anonimową tożsamością.  
Czytaj więcej

Mój kawałek ogródka – w stronę działań niemechanicznych

Nadchodząca końcówka roku i nieuchronna hibernacja przyrody uświadamiają mi niezmienne i powtarzalne koło połączonych procesów odradzania i zamierania. Coraz krótszy dzień i słońce zachodzące jakby na filmie poklatkowym, zachęcają do spowolnienia i odpoczynku. Jesienią już wyraźnie odczuwam jak dawno temu była wiosna i jak długo znowu będę na nią czekać. Wtedy też myślę o moim własnym kole, którego początek wypada zawsze w drugiej połowie marca, kiedy promienie słońca są wyraźnie dłuższe, a czas na zegarkach zdecydowanie bardziej mi przychylny. To wtedy, uzbrojony w stare, schodzone dresy i zużyty T-shirt, z naciągniętymi rękawicami i misją wypisaną na twarzy, wyprowadzam z garażu maszynę, za którą z niechęcią, wyrwany ze snu zimowego, snuje się przewód elektryczny. Z zapartym tchem pochylam się nad urządzeniem, i okiem amatora dokonuję przeglądu licząc na to, że właśnie rozpoczyna się kolejny rok niezawodnego funkcjonowania ustrojstwa. Sprawnie zakładam stalowy walec z naostrzonymi wypustkami i z uśmiechem rozpoczynam metodyczne przemieszczanie się w górę i w dół, równymi pasami, po moim trawniku. Właśnie otwieram sezon, który definiuje 10-letni już rytuał pielęgnowania tego, co żywe dookoła i we mnie. Ależ to będzie wspaniałe! Z czasem zadbam o to, żeby ubite w trawniku resztki skoszonej trawy – czyli potocznie zwany filc – wyciągnięte właśnie pełnozębną maszyną, zostały sprawnie zassane do pojemnika przez moją kosiarkę spalinową z napędem. Życiodajny nawóz, rozsypany z pieczołowitością farmaceuty wykonującego leki na receptę, przeniknie głęboko w glebę i wzbogaci ją o substancje odżywcze. Te, z kolei, zamanifestują swoją obecność w komórkach roślinnych, żywo zazieleniając każde źdźbło trawy. Po tygodniach intensywnego krzewienia i wzrostu z rozczarowaniem doświadczę, jak bardzo inwazyjne dla trawnika są koniczyna i babka. Te małe, liściaste potwory mają za nic moją estetykę zieleni, przestrzegając wyłącznie praw natury – żyć i przetrwać, za każdą cenę. Poniosę koszty finansowe i emocjonalne związane ze stosowaniem środków ochrony roślin. Podejmę nierówną walkę o utrzymanie status quo, które tak intensywnie staram się tworzyć. I tak do jesieni, do końca mojego rytuału. Wtedy zadumam się i pomyślę, że kolejny cykl już za pięć miesięcy. To nie aż tak daleko w przyszłość, która z wiekiem coraz szybciej staje się teraźniejszością. Nowy, tym razem jesienno-zimowy cykl pozwoli wrócić do dobrze umiejscowionej, wewnętrznej części, w poczuciu satysfakcji, a ten zamykający się da przestrzeń na hibernację i refleksję. Moje trawnikowe działania nie są przypadkowe. Cechuje je plan i przewidywalność, co do najmniejszego kroku. To z kolei daje mi przyjemność, która płynie z czynności opartej na strukturze i przewidywalności, przy której mogę zmęczyć się fizycznie, odpocząć psychicznie i nabrać dystansu do spraw wszelakich. To też pełna kontrola nad procesem, która nagradza mnie otarciem się o (omni)potencję. A my, ludzie, lubimy doświadczać swojej własnej sprawczości. Mądrzy ludzie często mówią, że człowiek składa się z przyzwyczajeń i rytuałów, które wypełniają naszą codzienność. Niejeden intelektualista, czasem praktyk, zbudował wokół tego założenia dobrze się sprzedające teorie efektywności osobistej, które mają pomagać pozbywać się szkodliwych schematów poprzez nadpisanie ich nowymi, powtarzalnymi działaniami. Takim wspierającym dla mnie rytuałem jest właśnie trawnik. Dzięki niemu buduję swój własny, wyjątkowy sposób porządkowania czasu, mam miejsce na oddech, na pobycie z własnymi myślami i regulację swojej potrzeby samotności. Paradoksalnie, to również buduje kontakt z bliskimi, bo tworzy przestrzeń i potencjał na bycie. Chyba z tego samego powodu obchodzę rocznice, święta, ważne wydarzenia – jakaś część mnie chce budować relacje również w taki sposób. W tych przyzwyczajeniach jest jednak ryzyko odłączenia się i utraty kontaktu ze sobą. To ten moment, kiedy poza mechanicznością działania przestaję czuć cokolwiek, przestaję być świadomy swoich procesów wewnętrznych. Zdarzyło Ci się to kiedyś? Robiłeś coś, po czym jakby otrząsałeś się nie wiedząc nawet, co tak właściwie się stało i gdzie był Twój umysł? W takich sytuacjach, kiedy udaje mi się to uchwycić, staram się zatrzymać w działaniu i przyjrzeć się sobie. To mi robi dobrze. Pozwala złapać ostrość w patrzeniu na rzeczywistość. Wtedy sprawdzam, jak funkcjonuję na co dzień, jakie czynności mi towarzyszą i dlaczego te. Czy już odczuwam w głowie szum oznaczający brak kontaktu ze sobą? Czy przestaję zauważać, jak niezauważalnie mijają dni i tygodnie, w swojej powtarzalności, i rozwiewającej przerzedzony włos, szalonej karuzeli? Czy widzę w jakim kontekście się to dzieje – zawodowym, rodzinnym, towarzyskim, innym? Przyglądać się sobie może każdy. Wnioskować i wybierać również. Możesz sprawdzać z samym sobą, w których powtarzalnych czynnościach się spełniasz, które dają Ci satysfakcję, przyjemność i podnoszą jakość Twojego życia, i które z nich robisz, bo chcesz. Możesz weryfikować, z którymi jesteś w kontakcie i świadomości, a które służą Ci być może do odłączenia od osobistego wewnętrznego procesu, który głęboko spycha zbyt trudne do przeżycia emocje. Czy wiesz, co te działania przykrywają u Ciebie? Dlaczego ich potrzebujesz? Co powoduje, że musisz funkcjonować w taki właśnie sposób?Zawsze możesz przeprowadzić ze sobą ćwiczenie przyglądania się temu jak spędzasz czas i dlaczego tak. Możesz sprawdzić, których bezrefleksyjnych przyzwyczajeń masz więcej i zastanowić się co zrobić, aby bardziej świadomie podążać w stronę tych, które nie spychają trudnych emocji i myśli w głąb, gdzie może być trudno po nie sięgać i je wydobywać. Co możesz zaplanować w ciągu dnia, żeby działać w pełni swojej woli, a nie stawać się niewolnikiem „wewnętrznych popychaczy”? Jak te zaplanowane działania pomogą Ci złapać kontakt ze sobą? Spróbuj odpowiedzieć sobie na te pytania. Zrób sobie takie ćwiczenie świadomej obserwacji swoich przyzwyczajeń. Może być tak, że wtedy usłyszysz delikatny dźwięk swojej wyjątkowej, niepowtarzalnej i głębokiej, wewnętrznej melodii, ze wszystkimi jej harmoniami, molami i durami. Wtedy będziesz mógł wybrać te przyzwyczajenia, które pozwalają Ci słyszeć głośniej to, co ważne.  Ciekawego słuchania.  
Czytaj więcej

W poszukiwaniu organiczności

Postanowiłam, że pójdę na jogę w tym obcym mieście – często tak robię, kiedy jestem gdzieś przejazdem i mam wolne popołudnie. Poszłam na zajęcia dla zaawansowanych: były trudne, ale miałam wrażenie, że dałam radę. Zrobiłam powitania słońca, półksiężyce, mostki, świecę i warianty w świecy. Stałam na głowie i przedramionach. Za czwartą próbą weszłam do stania na rękach, wytrwałam parę oddechów, męcząc się okrutnie w trzecim wojowniku, szczególnie dla mnie niełatwym, bo stanie na jednej nodze, z drugą uniesioną w tyle pod kątem dziewięćdziesięciu stopni i rękami wyciągniętymi w jej przedłużeniu nie może być łatwe dla kogoś z tak rozwibrowaną głową jak moja. Po zajęciach podeszłam do nauczyciela, żeby zapłacić – widzieliśmy się drugi raz, chociaż on myślał, że pierwszy: nie zapamiętał mnie z poprzednich zajęć, z których wyszłam w prymusowym uniesieniu, bo wtedy spytał mnie, czy jestem nauczycielką. Tym razem jednak, wydając mi resztę ze stówki, powiedział coś zupełnie innego, mniej więcej: „Nie znam cię, ale patrzyłem na twoją praktykę i powiem ci, że pracujesz strasznie mechanicznie. Nie ma w tym miękkości, wchodzisz do pozycji, bach, robisz, wychodzisz, bach – jakbyś była oderwana od ciała”. Serio? Czternaście lat po tym, gdy zaczęłam regularną praktykę jogi. Kilka lat po tym, gdy zaczęłam pisać teksty o znaczeniu kontaktu z ciałem. Kilkanaście imprez rodzinnych i towarzyskich, na których wymądrzałam się wokół tego wątku co niemiara – ja ćwiczyłam mechanicznie? Po fali wściekłości, sprawdzeniu opinii o tamtym nauczycielu z nadzieją, że nie będą za dobre (były bardzo dobre), po rozmowie z moim ulubionym krakowskim nauczycielem, który złagodził diagnozę tamtego, ale jej nie odrzucił, po wygrażaniu pięścią niebiosom i uroczystemu oświadczeniu mojemu mężowi, że w takim razie ja już na jogę nigdy w życiu nie pójdę, wróciłam z tego psychologicznego przedszkola do swojej relatywnie dorosłej wersji i powiedziałam sobie w miarę spokojnie: facet miał rację. Moja praktyka, choć ambitna i regularna, miała w sobie dużo mechaniczności. Stawałam na macie w znacznej części po to, żeby dać sobie wycisk, żeby porywalizować z innymi i wygrać, zadawałam mojemu ciału zadania i oczekiwałam piątki z plusem. Nasze codzienne zwyczaje mają swój pierwotny motyw i mają też nie zawsze z nim tożsamą motywację, która decyduje o tym, czym tak naprawdę się stają. Możesz iść na jogę, żeby wejść w kontakt z ciałem, a pracować na macie tak, jakbyś to ciało tylko tresował. Możesz iść do lasu, żeby wejść w kontakt z naturą, a na miejscu dać się pochłonąć szukaniu najlepszego ujęcia dla selfie, które następnie wrzucisz na Instagram z nadzieją na jak najwięcej lajków – i cała leśna impreza pójdzie się, nomen omen, „przespacerować”. Być może od tego, co robimy, ważniejsze jest, jaki motyw staje się dla nas centralny, kiedy to robimy? Czy przyszłam na warsztaty świadomego oddychania, żeby oddychać lepiej niż ktoś obok? Czy modlę się, żeby móc samemu sobie udowodnić swoją moralną przewagę nad innymi? Czy praktykuję jogę dla osiągu i wykonu? Czy przyszłam na medytację z zamiarem, żeby stać się wybitną medytantką? Jeśli moja motywacja stoi w sprzeczności z duchem tego, co robię, nie znajdę tego, czego szukam. Kilka tygodni po tym, kiedy doszłam do wniosku, że w mojej jogicznej pracy dużo jest mechaniczności, poszłam spotkać się z moim znajomym w krakowskiej knajpie. Kiedy wyszłam z tramwaju, na słupie ogłoszeniowym przy przystanku zobaczyłam plakat, który zapraszał na zajęcia „body movement” i w krótkim opisie mówił o organicznym ruchu ciała. Kiedy chwilę później czekałam na mojego znajomego w knajpie, usłyszałam, że dwie kobiety przy sąsiednim stoliku żywiołowo rozmawiają o organicznych ciuchach. Kiedy one już poszły, a mój znajomy wreszcie wpadł zdyszany i sięgnął po kartę, powiedział: „Mam ochotę na coś organicznego”. To wszystko wydarzyło się w ciągu pół godziny i dało mi do myślenia: znam mnóstwo ludzi, którzy w takich momentach użyliby sformułowania, że wszechświat próbuje im coś powiedzieć. Osobiście waham się, czy przyjmować takie ujęcie sprawy, ale kiedy coś z tak wielką uporczywością pojawia się w moim życiu, staram się mieć oczy otwarte. I tak zaczęłam myśleć o organiczności ruchu, który płynie z ciała, z rozpoznania jego potrzeb, z oddechu. Zaczęłam szukać organiczności w tych codziennych ruchach, żeby móc przenieść je na matę. Zaczęłam szukać organiczności w swoich ruchach na macie, żeby przenieść je w swoją codzienność. Zobaczyłam, jak ważne są tak zwane puste przebiegi. Jeśli mam usłyszeć swoje ciało, wejść w rytm własnego oddechu, potrzebna jest cisza, przestrzeń niezaplanowana, w której może się przejawić to, co ciche. Ciało, dopóki ostatecznie nie zbuntuje się poprzez chorobę, jest przecież ciche. Przyjęłam, że nie zrywam się z łóżka, tylko leżę w nim chwilę i sprawdzam, jak jest w moim ciele. Przyjęłam, że kiedy jadę autem i w radio pojawiają się reklamy, ściszam je. Nie odbywam biznesowych rozmów, kiedy jestem w podróży i mogę patrzeć za okno i oddychać. Wyrzuciłam z telefonu medytacyjną aplikację, która przyznawała gwiazdki za odbyte sesje. Planując swój tydzień, zaczęłam wrzucać w kalendarz nie tylko spotkania, sesje coachingowe, szkolenia czy sesje jogi, ale też rzeczy pozbawione jakiejkolwiek użyteczności, jak wizyty na giełdzie kwiatowej czy w muzeum, w którym byłam już trzynaście razy, ale jest tam jeden obraz, przed którym chcę jeszcze raz postać. I przede wszystkim zaobserwowałam, jak wiele rzeczy w moim życiu odbywało się mechanicznie – nie tylko na macie. Jeśli mechaniczność i organiczność leżą na przeciwległych krańcach skali, w którym jej miejscu plasowałaby się Twoja codzienność? Co by to mogło znaczyć (w Twoje środy i piątki), żeby zrobić miejsce na więcej tego, co organiczne? Nawet jeśli myślisz, że nie wiesz, ja czuję, że wiesz. Kilka oddechów dalej usłyszysz odpowiedź. 
Czytaj więcej

Hygge czyli duńska sztuka dobrego życia. Praktykuj hygge, odzyskaj równowagę

W codziennym zabieganiu hygge jest momentem zatrzymania się, skupienia na tu i teraz, umiejętnością wydobywania przyjemności z codziennych doświadczeń. Dlaczego hygge upowszechniło się poza granicami Danii? Jak praktykować tę duńską filozofię, by zwiększać swój dobrostan i budować odporność na stres?
Czytaj więcej

Konflikt jest częścią życia

Jak możemy oddzielić siebie i nasze problemy od potrzeby rywalizacji i lepiej radzić sobie z konfliktami? Warto uruchomić najlepsze fragmenty tego, z czym wiąże się bycie człowiekiem - świadomość, mądrość, siłę, intencję i zaangażowanie, a także współczucie.
Czytaj więcej

Toksyczne relacje

Dlaczego wybieram takiego, a nie innego partnera? Od czego zależy to, jak buduję związek? Dlaczego mimo prób popełniam te same błędy? Jak stworzyć szczęśliwy związek i jak może mi w tym pomóc wiedza o teorii więzi?
Czytaj więcej

Kłamstwa czy kłamstewka

Z kłamstwem spotykamy się bardzo często. Paul Ekman – autor wydanej w Polsce książki poświęconej kłamstwu – w jej tytule sugeruje, że występuje ono w polityce, biznesie i małżeństwie. Zapewne spotykamy je też gdzie indziej. Ostatnio dużo uwagi poświęca się fake newsom. To zjawisko nie jest wprawdzie nowe, ale dzięki szybkiej komunikacji informacje wprowadzające w błąd rozchodzą się na cały świat i są powtarzane. Dawniej też rozsiewano nieprawdziwe wiadomości, które szkodziły innym ludziom, ale ich zasięg był ograniczony. Czym faktycznie jest kłamstwo? Potocznie przyjmuje się, że jest to świadome wprowadzenie kogoś innego w błąd. Ale sprawa nie jest taka prosta – osoba podejrzewana o kłamstwo może się mylić i nie mieć odpowiedniej wiedzy. Zwracał już na to uwagę Laplace, twórca klasycznej teorii prawdopodobieństwa, który u Napoleona był ministrem policji. Pisał on o świadkach, którzy mogą być omylni, ale starając się skłamać, mogą ujawniać prawdę. Tkwi w tym pewien paradoks. Jeszcze inny kłopot wynika stąd, że część kłamstw to kłamstwa automatyczne, z których jednostka nie zdaje sobie sprawy. Często przedstawiając jakieś zjawisko lub stan rzeczy, człowiek odpowiada machinalnie, odwołując się do typowego zachowania, a nie do tego, co zdarzyło się w danym przypadku. W jednym z badań Ellen Langer pytano studentów opuszczających toaletę, czy spuścili wodę. Niemal 100% udzieliło odpowiedzi twierdzącej. Kiedy pytano ich, czy naprawdę spuścili wodę, zastanawiali się – nie sięgali już do pewnego skryptu, ale starali się przypomnieć sobie własne zachowanie. Wtedy liczba odpowiedzi twierdzących malała. Spokrewnione z automatycznymi są tzw. białe kłamstwa – kiedy ktoś nie chce innym sprawić przykrości i informuje o lepszym stanie rzeczy. By nie wzbudzać paniki podczas epidemii, władze informują o niewielkim jej zasięgu. To samo dotyczy kryzysów ekonomicznych, kiedy nie podaje się danych na temat zagrożenia. Pozwala to uniknąć paniki na rynku i masowego wypłacania gotówki, co może doprowadzić do upadku wielu banków. Białe kłamstwa są szczególną kategorią, ponieważ początkowo mogą być stosowane w sposób świadomy, jeśli jednak pewna kryzysowa sytuacja się powtarza, automatycznie uruchamia się przygotowane wcześniej procedury informowania społeczeństwa. Białe kłamstwa występują również w indywidualnych przypadkach. Nastolatki informują rodziców, że będą przez całą noc przygotowywać się do egzaminu u kolegi lub koleżanki, choć noc zamierzają wykorzystać w inny sposób. Badania, w których studenci oraz inne osoby odnotowywali w specjalnych dzienniczkach wszystkie kłamstwa, wykazały, że mijamy się z prawdą kilka razy dziennie. Jednak jeśli uwzględni się kłamstwa automatyczne, to zapewne liczba ta jest większa – te dane nie mogły zostać odnotowane przez badanych. Natomiast z kłamstwami świadomymi wiąże się inny problem. Wymagają pewnego wysiłku poznawczego – trzeba pamiętać to, co się powiedziało oraz jak konkretna sytuacja przedstawiała się naprawdę. W wypadku wielokrotnych kłamstw obciążenie pamięci może okazać się zbyt duże i wtedy można mimochodem ujawnić to, co zostało przedstawione w sposób fałszywy. Dlatego też kłamcy starają się podtrzymywać pierwotną, przedstawioną przez siebie wersję wydarzeń (czyli mówiąc kolokwialnie, starają się „iść w zaparte”), nie uwzględniają tego, że ich wcześniejsze wypowiedzi mogą być ewidentnie nieprawdziwe. Gdy czyjeś kłamstwo zostanie ujawnione, wtedy jego autor ma w zanadrzu cały repertuar wyjaśnień. Najpowszechniejsze polega na tym, że zarzuca się osobie ujawniającej to, że wyrwał wypowiedź z kontekstu. Łagodniejszą wersją jest stwierdzenie, że wypowiedź została źle zrozumiana. Natychmiast pojawiają się egzegeci, którzy wyjaśniają, co kłamca miał naprawdę na myśli. Inny sposób polega na atakowaniu osoby ujawniającej kłamstwo – przypisuje się jej nieczyste intencje. Repertuar takich zachowań jest znacznie szerszy, ale o tym innym razem. 
Czytaj więcej