Dołącz do czytelników
Brak wyników

Poradnik pozytywnego myślenia na czas wyzwań

25 sierpnia 2020

NR 7 (Wrzesień 2020)

Mój kawałek ogródka – w stronę działań niemechanicznych

49

Nadchodząca końcówka roku i nieuchronna hibernacja przyrody uświadamiają mi niezmienne i powtarzalne koło połączonych procesów odradzania i zamierania. Coraz krótszy dzień i słońce zachodzące jakby na filmie poklatkowym, zachęcają do spowolnienia i odpoczynku. Jesienią już wyraźnie odczuwam jak dawno temu była wiosna i jak długo znowu będę na nią czekać. Wtedy też myślę o moim własnym kole, którego początek wypada zawsze w drugiej połowie marca, kiedy promienie słońca są wyraźnie dłuższe, a czas na zegarkach zdecydowanie bardziej mi przychylny. To wtedy, uzbrojony w stare, schodzone dresy i zużyty T-shirt, z naciągniętymi rękawicami i misją wypisaną na twarzy, wyprowadzam z garażu maszynę, za którą z niechęcią, wyrwany ze snu zimowego, snuje się przewód elektryczny. Z zapartym tchem pochylam się nad urządzeniem, i okiem amatora dokonuję przeglądu licząc na to, że właśnie rozpoczyna się kolejny rok niezawodnego funkcjonowania ustrojstwa. Sprawnie zakładam stalowy walec z naostrzonymi wypustkami i z uśmiechem rozpoczynam metodyczne przemieszczanie się w górę i w dół, równymi pasami, po moim trawniku. Właśnie otwieram sezon, który definiuje 10-letni już rytuał pielęgnowania tego, co żywe dookoła i we mnie. Ależ to będzie wspaniałe! Z czasem zadbam o to, żeby ubite w trawniku resztki skoszonej trawy – czyli potocznie zwany filc – wyciągnięte właśnie pełnozębną maszyną, zostały sprawnie zassane do pojemnika przez moją kosiarkę spalinową z napędem. Życiodajny nawóz, rozsypany z pieczołowitością farmaceuty wykonującego leki na receptę, przeniknie głęboko w glebę i wzbogaci ją o substancje odżywcze. Te, z kolei, zamanifestują swoją obecność w komórkach roślinnych, żywo zazieleniając każde źdźbło trawy. Po tygodniach intensywnego krzewienia i wzrostu z rozczarowaniem doświadczę, jak bardzo inwazyjne dla trawnika są koniczyna i babka. Te małe, liściaste potwory mają za nic moją estetykę zieleni, przestrzegając wyłącznie praw natury – żyć i przetrwać, za każdą cenę. Poniosę koszty finansowe i emocjonalne związane ze stosowaniem środków ochrony roślin. Podejmę nierówną walkę o utrzymanie status quo, które tak intensywnie staram się tworzyć. I tak do jesieni, do końca mojego rytuału. Wtedy zadumam się i pomyślę, że kolejny cykl już za pięć miesięcy. To nie aż tak daleko w przyszłość, która z wiekiem coraz szybciej staje się teraźniejszością. Nowy, tym razem jesienno-zimowy cykl pozwoli wrócić do dobrze umiejscowionej, wewnętrznej części, w poczuciu satysfakcji, a ten zamykający się da przestrzeń na hibernację i refleksję. Moje trawnikowe działania nie są przypadkowe. Cechuje je plan i przewidywalność, co do najmniejszego kroku. To z kolei daje mi przyjemność, która płynie z czynności opartej na strukturze i przewidywalności, przy której mogę zmęczyć się fizycznie, odpocząć psychicznie i nabrać dystansu do spraw wszelakich. To też pełna kontrola nad procesem, która nagradza mnie otarciem się o (omni)potencję. A my, ludzie, lubimy doświadczać swojej własnej sprawczości. Mądrzy ludzie często mówią, że człowiek składa się z przyzwyczajeń i rytuałów, które wypełniają naszą codzienność. Niejeden intelektualista, czasem praktyk, zbudował wokół tego założenia dobrze się sprzedające teorie efektywności osobistej, które mają pomagać pozbywać się szkodliwych schematów poprzez nadpisanie ich nowymi, powtarzalnymi działaniami. Takim wspierającym dla mnie rytuałem jest właśnie trawnik. Dzięki niemu buduję swój własny, wyjątkowy sposób porządkowania czasu, mam miejsce na oddech, na pobycie z własnymi myślami i regulację swojej potrzeby samotności. Paradoksalnie, to również buduje kontakt z bliskimi, bo tworzy przestrzeń i potencjał na bycie. Chyba z tego samego powodu obchodzę roczni...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy