Dołącz do czytelników
Brak wyników

Poradnik pozytywnego myślenia na czas wyzwań

25 sierpnia 2020

NR 7 (Wrzesień 2020)

W poszukiwaniu organiczności

31

Postanowiłam, że pójdę na jogę w tym obcym mieście – często tak robię, kiedy jestem gdzieś przejazdem i mam wolne popołudnie. Poszłam na zajęcia dla zaawansowanych: były trudne, ale miałam wrażenie, że dałam radę. Zrobiłam powitania słońca, półksiężyce, mostki, świecę i warianty w świecy. Stałam na głowie i przedramionach. Za czwartą próbą weszłam do stania na rękach, wytrwałam parę oddechów, męcząc się okrutnie w trzecim wojowniku, szczególnie dla mnie niełatwym, bo stanie na jednej nodze, z drugą uniesioną w tyle pod kątem dziewięćdziesięciu stopni i rękami wyciągniętymi w jej przedłużeniu nie może być łatwe dla kogoś z tak rozwibrowaną głową jak moja. Po zajęciach podeszłam do nauczyciela, żeby zapłacić – widzieliśmy się drugi raz, chociaż on myślał, że pierwszy: nie zapamiętał mnie z poprzednich zajęć, z których wyszłam w prymusowym uniesieniu, bo wtedy spytał mnie, czy jestem nauczycielką. Tym razem jednak, wydając mi resztę ze stówki, powiedział coś zupełnie innego, mniej więcej: „Nie znam cię, ale patrzyłem na twoją praktykę i powiem ci, że pracujesz strasznie mechanicznie. Nie ma w tym miękkości, wchodzisz do pozycji, bach, robisz, wychodzisz, bach – jakbyś była oderwana od ciała”. Serio? Czternaście lat po tym, gdy zaczęłam regularną praktykę jogi. Kilka lat po tym, gdy zaczęłam pisać teksty o znaczeniu kontaktu z ciałem. Kilkanaście imprez rodzinnych i towarzyskich, na których wymądrzałam się wokół tego wątku co niemiara – ja ćwiczyłam mechanicznie? Po fali wściekłości, sprawdzeniu opinii o tamtym nauczycielu z nadzieją, że nie będą za dobre (były bardzo dobre), po rozmowie z moim ulubionym krakowskim nauczycielem, który złagodził diagnozę tamtego, ale jej nie odrzucił, po wygrażaniu pięścią niebiosom i uroczystemu oświadczeniu mojemu mężowi, że w takim razie ja już na jogę nigdy w życiu nie pójdę, wróciłam z tego psychologicznego przedszkola do swojej relatywnie dorosłej wersji i powiedziałam sobie w miarę spokojnie: facet miał rację. Moja praktyka, choć ambitna i regularna, miała w sobie dużo mechaniczności. Stawałam na macie w znacznej części po to, żeby dać sobie wycisk, żeby porywalizować z innymi i wygrać, zadawałam mojemu ciału zadania i oczekiwałam piątki z plusem. Nasze codzienne zwyczaje mają swój pierwotny motyw i mają też nie zawsze z nim tożsamą motywację, która decyduje o tym, czym tak naprawdę się stają. Możesz iść na jogę, żeby wejść w kontakt z ciałem, a pracować na macie tak, jakbyś to ciało tylko tresował. Możesz iść do lasu, żeby wejść w kontakt z naturą, a na miejscu dać się pochłonąć szukaniu najlepszego ujęcia dla selfie, które następnie wrzucisz na Instagram z nadzieją na jak najwięcej lajków – i cała leśna impreza pójdzie się, nomen omen, „przespacerować”. Być może od tego, co robimy, ważniejsze jest, jaki motyw staje się dla nas centralny, kiedy to robimy? Czy przyszłam na warsztaty świadomego oddychania, żeby oddychać lepiej niż ktoś obok? Czy modlę się, żeby móc samemu sobie udowodnić swoją moralną przewagę nad innymi? Czy praktykuję jogę dla osiągu i wykonu? Czy przyszłam na medytację z zamiarem, żeby stać się wybitną medytantką? Jeśli moja motywacja stoi w sprzeczności z duchem tego, co robię, nie znajdę tego, czego szukam. Kilka tygodni po tym, kiedy doszłam do wniosku, że w mojej jogicznej pracy dużo jest mechaniczności, poszłam spotkać się z moim znajomym w krakowskiej knajpie. Kiedy wyszłam z tramwaju, na słupie ogłoszeniowym przy przystanku zobaczyłam plakat, który zapraszał na zajęcia „body movement” i w krótkim opisie mówi...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy