Dołącz do czytelników
Brak wyników

Style życia

16 czerwca 2020

NR 5 (Czerwiec 2020)

Z oddalenia

72

Można pisać książki, nie odchodząc od własnego biurka w mieście – czy nawet domu – w którym przyszło się na świat. Można też pisać je w ciągłym biegu, przenosząc się z miejsca na miejsce, w ucieczce przed innymi lub przed samym sobą: targać rękopisy w podróżnych sakwach, za całe biurko mieć laptopa rozkładanego na kolanach albo wyciągany z kieszeni notatnik.
Ja jednak najbardziej cenię sobie coś pomiędzy tymi skrajnościami: rezydencje pisarskie, czyli wyjazdy, które pozwalają przenieść się na miesiąc, dwa, pół roku czy rok do innego kraju albo przynajmniej miejscowości. Dosiąść się do innego biurka z innym widokiem. Otoczyć się innym językiem, akcentem, klimatem.
Wyjeżdża się wtedy z codziennej bieżączki, zyskuje się bezmiary czasu – wokół nie ma się żadnych lub prawie żadnych znajomych, a obcość daje ten luksus, że można się do niczego nie odnosić, uprzejmie odmawiać prośbom, nie przyjmować zamówień, tylko skupić się na książce, wystawić ją sobie w głowie całą i spisywać.
Obcość wytrąca też z przyzwyczajeń, począwszy od machinalnego gestu, którym zakręcamy kran we własnej kuchni. Zmusza do oswajania się z innymi ulicami, smakami i ułożeniem towarów w sklepie, aż po naukę nowego języka i konstrukcji myślowych. Mózg, wytrącony z rutyny, wyostrza zmysły, staje się czujny jak ogar na polowaniu – na obcym terenie widzi się i słyszy więcej, doświadcza intensywniej.

*

Pierwsze tygodnie pobytu w Berlinie przypomniały mi nieoczekiwanie ostatnie dni rezydencji w Zug. Był styczeń, wystarczyło wygrzebać się z pokoju w starym klasztorze i za ogrodem już wchodziło się w wiśniowy sad, o tej porze goły, czerniejący na tle świetlistej bieli, i dalej na wzgórze, wreszcie górę. Po półtorej godziny forsownego marszu w kopnym śniegu miało się w oczach całe mnóstwo pięknych widoków.
Tamten dzień...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy