Coraz lepiej zna się reakcje tej drugiej osoby – tak bardzo, że można zakończyć zdanie, które ona zaczęła. Albo w tym samym momencie myśli się dokładnie to samo lub przypomina się to samo zdarzenie czy miejsce.
Czytaj więcej
Przytoczone motto to początek wielkopostnej sekwencji autorstwa Jakuba z Toli, która stała się jedną z najbardziej znanych pieśni – nie tylko kościelnych – stanowiąc tekst bardzo wielu utworów muzycznych, komponowanych przez rozlicznych twórców. Cytuję tę pieśń ze względu na jedno słowo, na ogół mało zauważalne w tekstach i wypowiedziach. Tym słowem jest łaciński przyimek iuxta, w jednym z tłumaczeń na język polski jako obok. Sądzę, że warto mu się bliżej przyjrzeć, bo ma ciekawą przeszłość i jeszcze bardziej ciekawe użycia w różnych kontekstach. Przeszłość to oczywiście pochodzenie od rzeczownika bok łączonego z przyimkami, np. przy boku, pod bokiem, u boku, wreszcie też o bok. Początkowo, w XV wieku, to ostatnie wyrażenie było pisane oddzielnie i znaczyło – podobnie jak dzisiaj – „przy czyimś boku, w bezpośrednim sąsiedztwie”. Od XVII wieku jest pisane i używane na sposób współczesny.
Dzisiaj słowo obok bywa używane zarówno jako przyimek, jak i samodzielny przysłówek, na przykład Ojciec był obok mnie albo Ojciec był obok. Oba sposoby jego umieszczenia w zdaniach są równie ciekawe, o czym na zakończenie. Co prawda elipsa zaimka uzależnia sposób rozumienia zdania od kontekstu sytuacyjnego, ale nie zawsze jest to szczególnie groźne.
W jednym i drugim przypadku mamy do czynienia z przestrzennym porządkowaniem świata. Oto inne przyimki, przykładowo nad i pod. W pewnych przypadkach użycie któregoś z nich jest li tylko wskazaniem miejsca w układzie wertykalnym. Ale w innych jest już nacechowane wartościująco. W wielu systemach religijnych niebo jest nad człowiekiem, a piekło pod ziemią. I tu już porządek góra – dół jest interpretowany jako wartość: dobro – zło. Podobnie jest z osobami ustawianymi w hierarchii ważności. Inna para przyimków, tym razem porządkujących horyzontalnie, podobnie jak obok: przed i za. Pomijam tu czasowe porządkowanie świata, pozostając przy przestrzeni.
W przypadku przestrzeni sprawa jest dość oczywista. Wszakże wśród osób bywa inaczej. Ważniejsza jest osoba, która jest ustawiona lub wchodzi (np. przez drzwi lub do windy) przed innymi; mniej ważna to ta, która pozostaje za poprzednikami. W polskim savoir-vivrze kobieta wchodzi do windy przed mężczyzną, a ten za nią, ale w Japonii bywa odwrotnie. Jest zresztą oczywiste, że w różnych systemach grzecznościowych i w różnych językach preferencje dotyczące sposobów przestrzennego porządkowania świata są różne.
Wydawałoby się, że bycie obok nie prowadzi do takich komplikacji wartościujących. Ale i w tym przypadku może być ważne, z której strony osoby ważniejszej ktoś zostaje umieszczony. Raz jeszcze sięgnijmy po teksty religijne. W polskim przekładzie Credo Chrystus zmartwychwstały siedzi obok Ojca, jednak – co ważne – po jego prawicy. Nie zawsze też jest obojętne, czy towarzysząca mężczyźnie kobieta znajduje się obok niego po prawej, czy po lewej ręce.
Wróćmy już teraz na dobre do naszego przyimka lub przysłówka obok. W jego polskich użyciach zdarzają się bardzo różne konteksty. Wspominałem wyżej, że osoby, które znajdują się obok, mogą być bardziej lub mniej preferowane. Co prawda uczeń może stać obok nauczyciela lub odwrotnie, ale już zaproponowanie komuś miejsca przy stole obok jubilata lub panny młodej bywa zaszczytem. Zatem to nie jubilat siedzi obok kuzyna Piotra, jeno na odwrót. Plebania znajduje się obok kościoła, a nie na odwrót. Widać więc, że tylko pozornie relacja bycia czy siedzenia obok jest symetryczna. Bywają bowiem przypadki, w których symetryczna nie jest. I wcale nie chodzi wyłącznie o szyk wyrazów w zdaniu.
Czasowniki towarzyszące przyimkowi obok też miewają pewien sens przestrzenny. Można być, iść, przechodzić, siedzieć, stać obok. Na ogół takie czasowniki dopuszczają konstrukcje z użyciem zaimka zwrotnego, który wyraźnie sugeruje symetryczność, na przykład być/iść/siedzieć/stać obok siebie. Oczywiście kwestia symetryczności przestaje być ważna wtedy, kiedy znika „druga strona”, czyli w użyciu przysłówkowym. Oto zdanie wyraźnie eliptyczne: być obok – a wracając do przykładu już podanego wyżej – Ojciec był obok. Pozornie brak w nim informacji o tym, obok kogo? czego? Ale przecież w potocznym użyciu sprawa jest do rozszyfrowania: Ojciec, który jest obok, to człowiek myślami nieobecny, nieuczestniczący w sytuacji, w rozmowie; pogrążony we własnych myślach. Jednym słowem – obojętny na sytuację. Można nie tylko być obok, ale też przejść obok, zwłaszcza przejść obojętnie obok.
Obok krzyża wspomnianego w zacytowanej pieśni nie tylko Matka stała obok. Byli wszak żołnierze, przechodzili mieszkańcy Jerozolimy. Pozornie wszyscy byli obok ludzkiego nieszczęścia, bólu, śmierci. Ale przecież nie wszyscy byli boleściwi i zapłakani. Można przejść lub przejechać obok wypadku drogowego, nie zatrzymując się. Wtedy obok to już nie tylko przyimek lub przysłówek porządkujący przestrzeń; to również słowo wyrażające ludzką postawę i wartość, mocno nacechowane etycznie. Warto więc zwrócić uwagę na to – pozornie błahe – słowo. Bo jednak nie bez znaczenia jest, obok kogo lub czego idziemy, przechodzimy, siedzimy (a czasem nawet z której strony), co mijamy obok albo czy w ogóle jesteśmy obok, czyli jesteśmy obojętni na wszystko, co wokół nas. Niedawno Marian Turski przestrzegał nas: nie bądź obojętny. Czyli nie bądź obok.
Czytaj więcej
Z Pawłem Huelle o psie z okładki, wewnętrznym systemie zwierciadlanym, przegranych specyficznego typu i niełatwej akceptacji rozmawia Marcin Wilk
Czytaj więcej
Psychologowie porównują stan zakochania do szaleństwa. Podkreślają czasową utratę zdolności racjonalnego myślenia czy zaburzenia reakcji fizjologicznych. Jak to jest z tym zakochaniem? Czy lepiej zakochiwać się nagle, spontanicznie, czy powoli i zaczynać przyjaźnią?
Czytaj więcej
Kilka tygodni temu otworzyły mi się oczy. Nie wiem, który już raz. Gdybym liczył, mógłbym już stracić nadzieję. Tym razem nauka płynie taka, że warto umieć szybciej wyciągać bieżące wnioski i częściej przyglądać się swoim lukom kompetencyjnym. To również obserwacja z metapoziomu, że sztuki komunikacji nie da się opanować całkowicie – za dużo zmiennych, zbyt wiele mechanizmów, czasem nieprzewidywalna dynamika. Nie da się też być sprawniejszym bez wielokrotnego, świadomego i skupionego treningu. Ale… po kolei.
Któregoś wieczora, kiedy drugi lockdown ledwo majaczył na horyzoncie, koleżanka napisała na zamkniętej grupie o czymś bardzo dla siebie ważnym. W jej pracy u dwójki dzieci, z którymi miała kontakt, wykryto koronawirusa. Mimo ekspozycji czuła się dobrze fizycznie, co innego, psychicznie. W paru zdaniach opisała kilka ważnych kwetii. O tym, że osoby decyzjyne nie dbają o bezpieczeństwo w miejscu pracy. O chaosie organizacyjnym. Do tego wskazała na niemożność wykonywania w pełni zawodu, który polega na pomaganiu innym. Podkreśliła też, że pewnie nie dostanie szybko wyniku testu i będzie musiała iść do pracy, przeżywając lęk i stres narażania innych na zakażenie. Te wszystkie emocje, jak się później okazało z dalszej rozmowy, były kluczowe. Mimo że chciała je dostrzec – niczym w zwierciadle – nie udało się tego uzyskać.
Odpowiadając na ujawnienie przez koleżankę ważnych rzeczy, instynktownie wszedłem w znany mi i lubiany dialog oparty na wielowątkowej argumentacji analitycznej. Podzieliłem się rozważaniami na temat obecnej sytuacji i działań, które są podejmowane, oraz tych, z których zrezygnowano. Poddałem w wątpliwość tezy wysuwane w przestrzeni publicznej, a inne z kolei wsparłem. Przytoczyłem kilka przykładów, w tym również osobistych, przedstawiłem różne perspektywy i cieszyłem się, że mogę pokazać swój punkt widzenia w nadziei, że będziemy mogli porozmawiać o tym, jak jest, jak może być i co widzimy. To, co nastąpiło w kolejnych wymianach, nie było jednak dialogiem, jaki sobie wyobrażałem.
Po kilku paragrafach wymiany zdań, w których oboje próbowaliśmy pokazać swoją perspektywę, nastąpił zwrot akcji. W pewnym momencie koleżanka określiła naszą rozmowę jako zbędną, której w tym momencie nie potrzebuje, i wycofała się z dialogu, nic już więcej nie pisząc. We mnie również wywołało to chęć wycofania. Zamilkłem, nie chcąc już więcej brać udziału w jakiejkolwiek wymianie. I nie mówię tutaj o słynnych „fochach”. Raczej mam na myśli dominujące poczucie bycia niezrozumianym w swoim komunikacie. Zapewne zbliżone poczucie niezrozumienia i bycia nieusłyszanym towarzyszyło mojej koleżance. Po reakcjach nas obojga wnoszę, że po obu stronach było ono bardzo silne.
Po ochłonięciu przyjrzałem się naszej rozmowie, zauważając, jak wiele elementów nie zagrało tak, jak bym chciał. Na kilku poziomach nastąpiły zgrzyty, z których warto wyciągnąć wnioski na przyszłość.
Przede wszystkim widzę nasz dialog jako obustronną próbę wejścia w relację, gdyż nie bez powodu ją podjęliśmy, nawet jeśli okazała się nieudana. Tok rozmowy ujawniał dalej, jak bardzo nieudolnie i enigmatycznie pobrzmiewały w niej potrzeby stron.
Kiedy ktoś mówi Ci, że się martwi, przeżywa lęk i niepokój, jest czymś zestresowany, to prawdopodobnie ostatnią rzeczą, jaką chce usłyszeć, jest lista argumentów logicznych pokazujących „stanowisko w sprawie”. Bardziej prawdopodobne, że rozmówca potrzebuje, żebyś go usłyszał i zauważył w przeżywaniu swojego lęku, obaw i tego wszystkiego, co w danym momencie jest dla niego ważne. Brak odpowiedzi na potrzebę, nierzadko komunikowaną w zawoalowanej formie, powoduje, że od tej pierwszej reakcji rozmówcy toczą się już dwa odrębne dialogi. Jeden z nich biegnie do punku (A), a drugi do (B) leżącego w przeciwnym kierunku. Im dalej w las, tym bardziej się od siebie oddalamy. Wrażenie bycia nieusłyszanym, poczucie krzywdy, a w efekcie ryzyko zerwania rozmowy stają się wtedy ogromne.
W mojej odpowiedzi, w której chciałem pokazać subiektywne widzenie rzeczywistości, poparte raz po raz perspektywami z zewnątrz, kryła się także pewna potrzeba. Prawdę mówiąc, miałem dość nieustannego mówienia o pandemii i jej skutkach dla każdego z nas. Doświadczam ich do dziś na własnej skórze i najwidoczniej w tamtej chwili zupełnie nie miałem przestrzeni na to, co zinterpretowałem – jakże błędnie – jako zaproszenie do sesji rozdrapywania otwierających się ran. Nie chciałem po raz kolejny zalewać się związanymi z tym emocjami. Miałem ich wystarczająco dużo i były wystarczająco trudne. Moją potrzebą było, żeby choć przez chwilę mieć „spokój od koronawirusa”. Brak usłyszenia tej frustracji spowodował moje zablokowanie się w wybranym torze dialogu i pójście w kierunku znanej mi, lewopółkulowej, logicznej analizy rzeczywistości.
I tutaj pojawia się jeszcze jeden poziom warty uwagi. Jak wynika z teorii Rogera Sperry’ego – neurobiologa i neuropsychologa, zdobywcy Nagrody Nobla – w naszym zdominowanym przez „lewopółkulowców” świecie zdarza nam się widzieć „tekst”, czyli informacyjną warstwę komunikacji, podejście racjonalne, logikę, sekwencję i analizę. Ale przez to stajemy się ślepi na „kontekst” – empatię, relację, integrowanie i docieranie do intuicji, a tym samym do potrzeb nadawcy. Blisko mi do myślenia, że właśnie skoncentrowanie na analizie stało się jedną z przyczyn tego nieudanego dialogu.
Mam naturalną inklinację do skupiania się na „tekście”, z pominięciem tego drugiego. Położenie nacisku na „kontekst” wymaga ode mnie świadomego wysiłku i treningu, a przecież są też chwile, gdzie różne stany emocjonalne nawet taki wysiłek uniemożliwiają. Czasem nie starcza sił – „gumka recepturka” jest już tak naciągnięta, że trzeba ją poluzować. Wtedy to, co warto rozwijać, zostaje zastąpione przez to, co jest w nas naturalnie dominujące. I dzieją się takie rozmowy, których przebieg wyobrażaliśmy sobie nieco inaczej.
W Porozumieniu bez Przemocy mowa jest o nazywaniu potrzeb swoich i rozmówcy. Czytając Rosenberga, można odnieść wrażenie, że to łatwy proces, wystarczy tylko znać i stosować narzędzia – wzorcowa komunikacja, jak za dotknięciem magicznej różdżki. Nic bardziej mylnego! Nazywanie potrzeb – tych, które są w nas oraz które intuicyjnie słyszymy w naszych rozmówcach, nie jest łatwym procesem, a jego wyćwiczenie zajmuje lata.
Jednak warto wyruszyć w tę drogę.
Trening komunikacji
Kiedy następnym razem znajdziesz się w sytuacji, gdzie poczujesz trudność w rozmowie, spróbuj wykonać następujące kroki:
Stwórz bezpieczną przestrzeń na słuchanie. Zatrzymaj się i pomilcz.
Spróbuj zdiagnozować potrzebę swojego rozmówcy. Zapytaj, czego potrzebuje w tej sytuacji lub od Ciebie. Możesz też spróbować nazwać potrzebę, którą słyszysz, i sprawdzić, czy intuicja trafnie Ci podpowiada. Jeśli się to uda, wtedy jesteście o krok dalej w rozmowie, która zbliża obie strony. Jeśli nie – Twój rozmówca na pewno Ci o tym powie.
Powiedz, że słyszysz. Spróbuj poćwiczyć empatię i obecność.
Przede wszystkim pamiętaj, że są takie rozmowy, w których ważniejszy jest „tekst”, i takie, w których istotą jest „kontekst”. Ja się nieustannie tego uczę…
Czytaj więcej
W naszej jadalni słowa przecinały powietrze jak kule armatnie. Łzy leciały z oczu. Drzwi ledwo wytrzymywały w zawiasach od trzaskania. Krzyczeliśmy zamiast mówić i kminiliśmy zamiast spać. Kiedy stawałam się rodzicem nastolatka było to dla mnie i mojego męża cholernie trudne, a dla mojego ego dodatkowo bolesne, bo wcześniej żyłam w poczuciu, że kwestie komunikacyjne mam zasadniczo ogarnięte. Tymczasem miałam przed sobą najtrudniejsze ćwiczenie komunikacyjne w swoim życiu, a mój syn stał się moim personalnym trenerem.
„Kiedy uczeń jest gotowy, nauczyciel się pojawia” – tak głosi mądre przysłowie. Nie mam jednak przekonania, żeby ta reguła obowiązywała wtedy, kiedy stajemy się rodzicami nastolatków. Czy jesteśmy gotowi czy nie, nasze dzieci przekształcają się i stawiają przed nami zadania, które w wielu momentach wydają się nas przerastać.
W pewnym momencie rzuciłam się do lektur i okazało się, że dwie z nich w połączeniu z tak zwaną pracą nad sobą wystarczyły, żeby zobaczyć naprawdę dużą różnicę. Pierwsza z nich to Nastolatki. Kiedy kończy się wychowanie? Jespera Juula. Wśród różnych zdań i paragrafów, które budziły mój opór, autor umieścił myśl, która otwarła mi oczy. Myśl była taka: najważniejszą rzeczą, jaką rodzic może dać swojemu nastoletniemu dziecku, jest zaufanie. I nie chodzi o zaufanie, że to dziecko kiedyś stanie się takie, jakie wydaje nam się, że powinno być. Nie chodzi też o zaufanie dotyczące bieżących decyzji, które podejmuje. Chodzi o zaufanie, że ten człowiek kiedyś stanie się tym, kim chce się stać. Ta myśl była dla mnie ważna, ponieważ pozwoliła mi zobaczyć coś, czego wcześniej nie udawało mi się widzieć – nie miałam tego rodzaju zaufania do swojego syna. Ta prawda stanęła przede mną w całej swojej brutalnej oczywistości, patrząc mi w oczy, nie spuszczając ze mnie wzroku, jak w tej grze, w której dwoje ludzi siedzi naprzeciwko siebie i wygrywa ten, który dłużej nie mrugnie. Mrugnęłam pierwsza. Prawda była taka, że nie ufałam, że mój syn idzie drogą, którą ma iść, by stać się tym, kim chce się stać. A skoro mu nie ufałam, skazywałam samą siebie na pedagogiczny maraton, co tam maraton, triathlon, na który składały się nieustanne korekty.
Wyobraź sobie ten proces z drugiej strony: wyobraź sobie, że najważniejszy człowiek na świecie nieustannie kwestionuje twoje wybory. „Jak ty się ubrałaś? Dlaczego znowu to nie jest zrobione? To jest twoje śniadanie? Ale po co ty się chcesz spotykać z tym Michałem? Znowu siedzisz w telefonie!”. Te wszystkie zdania, których pod koniec dnia zbiera się pewnie kilkadziesiąt, na jakimś planie słyszane są jako nie. Nie, nie, nie, nie, nie. Mówione tobie przez człowieka, który jest najważniejszy na świecie.
Nie jestem fanką tak zwanego bezstresowego wychowania i bardzo wierzę w wyznaczanie reguł i, mniej lub bardziej skuteczne, ale próby egzekwowania ich. Ale kiedy zdałam sobie sprawę, że na głębokim poziomie nie miałam zaufania do mojego syna i jego drogi, poddałam audytowi swoje rodzicielskie teksty. I okazało się, że większość z nich była krytyczna, a większość z tej większości dotyczyła rzeczy drugorzędnych i była po prostu niepotrzebna. Równocześnie dokonało się we mnie jakieś przekształcenie – przestawiłam się na zaufanie, to właśnie, o którym pisał Juul.
Towarzyszyło temu poczucie, które zassałam z innej książki pod znamiennym tytułem: Tak, twój nastolatek jest szalony, której autorem jest Michael J. Bradley. Mój mąż stwierdził, że facet powinien za tę książkę dostać pokojowego Nobla. I jest coś na rzeczy. Najważniejsze, co dostałam z tej książki, to świadomość, że mój syn, a także Twój syn czy córka, wykonuje pracę stawania się dorosłym człowiekiem. To jest jego ciężka i niepłatna robota. Myślę o tym jako o wykluwaniu się czy zrzucaniu kokonu. Jeśli tego nie zrobi, nie stanie się dojrzałym człowiekiem. Zrozumiałam też, że ta droga musi prowadzić poprzez nie. Nie ma innej drogi, ponieważ zasadniczym kawałkiem tej pracy jest odróżnienie siebie samego od tych, którym do tej pory mówiło się częściej tak. Ta praca odbywa się w trudnych warunkach, ponieważ – możecie o tym przeczytać w książce Bradleya – połączenia między prawą a lewą półkulą mózgu nie są w pełni drożne, hormony szaleją, a na to wszystko patrzą surowo i z przyganą rzekomo kochające oczy rodziców.
Świadomość, że mój syn – na przykład wtedy, kiedy przerywa rozmowę i trzaska drzwiami od swojego pokoju – wykonuje pracę, którą ma wykonać, żeby stać się dorosły, dała mi bardzo dużo oddechu. Oddech zrobił przestrzeń, która pozwoliła mi słuchać tego, co powie, kiedy ochłonie i z powrotem siądzie do stołu. Słuchanie dało mi więcej informacji i uruchomiło regułę wzajemności, dzięki czemu i on za chwilę zaczął słuchać mnie i swojego taty. To wszystko udrożniło trasy, które do tej pory wydawały się nam nieprzejezdne. I nasza codzienność, chociaż ciągle narażona na turbulencje, stała się znacząco lepsza, bardziej serdeczna i po prostu lżejsza.
Jeśli poszukujesz wskazówki, powiedziałabym – przeczytaj te książki. Umów się z przyjaciółką czy znajomym, który też zmaga się z rodzicielstwem nastolatka, że oboje je przeczytacie i przegadacie. A równocześnie zrób sobie takie ćwiczenie – pogadaj ze swoim synem lub córką z ciekawością, bez żadnego pedagogicznego interesu. Spytaj, jak się ma i nie krytykuj odpowiedzi. Pociągnij taką rozmowę, opartą tylko na pytaniach, choćby przez parę minut. Pilnuj, żeby nie były to pytania z serii: „A czy nie uważasz, że dobrze by było…”. Jeśli zrobisz z tego zwyczaj, może zmienić się więcej, niż byś się spodziewał po tej chmurnej, pyskatej, pryszczatej istocie, którą kochasz nad życie.
Czytaj więcej
Los wystawia nas na różne próby, a my, mimo usilnych starań, nie jesteśmy w stanie wszystkiego kontrolować, co powoduje psychiczne cierpienie. Ale jak mówi Albert Einstein: „W sercu każdej trudności spoczywa ukryta możliwość”. Niespodziewane ekstremalne sytuacje mogą stać się inspiracją do zmian i przyczynkiem do rozwoju, do bardziej pełnego życia.
Czytaj więcej
Trudne rozmowy to naturalny element każdej bliskiej relacji. Często unikamy wymagających rozmów, obawiamy się konfrontacji lub skrzywdzenia bliskiej osoby. Jak rozmawiać, by podnieść szansę na konstruktywne rozwiązanie czy wyjaśnienie niedomówień?
Czytaj więcej
Korzystanie z mediów społecznościowych wynika z naturalnej potrzeby człowieka do bycia wśród innych ludzi. Jest to wyraźnie widoczne wśród dzieci i nastolatków, którzy nie znają świata bez social mediów. Co jako rodzice możemy zrobić, by nasze dziecko miało z nimi zdrową i bezpieczną relację?
Czytaj więcej
Wiele osób wstydzi się, że nie potrafiło uratować swojego małżeństwa. Są zażenowane faktem, że ich była żona/ /mąż czy partnerka/partner nie uważa ich za wartych kochania. Jak pożegnać się ze związkiem i nie mieć poczucia winy?
Czytaj więcej
Z jednej strony żyjemy w kulturze przesytu, z drugiej – coraz wyraźniej zauważamy potrzebę redukcji nadmiaru, który nas otacza. Od czego zacząć, by odnaleźć spokój i zadowolenie w minimalistycznym podejściu do życia?
Czytaj więcej
Przez lata codziennie byłem w stanie upojenia. Zmieniało się tylko to, po jakie środki sięgałem. Rzeczy, które trzymały mnie przy życiu, powoli się ulatniały. Wiedziałem, że jestem bliski końca. Aż zawarłem umowę ze wszechświatem, czy pozostanę przy życiu, czy nie. Mówiłem sobie – zostanę, ale muszę zostać „po coś”. Nie wiedziałem wtedy, czym to coś będzie. Cokolwiek. Odnajdywałem swoją drogę centymetr po centymetrze, dzień po dniu. Drogę do życia, którego nie mogłem sobie nawet wymarzyć.
Czytaj więcej