„Jak przestać się martwić?” – przeczytaj fragment książki!

Masz skłonność do zamartwiania się? A może czasem czujesz się zmartwiony bez żadnej wyraźnej przyczyny? I to akurat wtedy, kiedy chciałbyś zaznać chwili spokoju…
Czytaj więcej

Mój język, język wewnętrzny mojego dziecka

Mówiąc o kształtowaniu nawyków, często myślimy o nawykach stricte behawioralnych. To oczywiście prawda. Rodzice odżywiający się racjonalnie i zdrowo mają bardzo duże szanse, by ich dzieci przejęły ten zdrowy styl życia. W psychologii nazywa się to modelowaniem i jest dowodem na to, że znacznie lepiej na dzieci i młodzież wpływa to, co robimy, niż to, o czym mówimy.   
Czytaj więcej

Brzuch wieloryba

Od lat pracuję nocami, latem krócej, zimą dłużej. Najbardziej lubię te spokojne godziny, kiedy nikt nie dzwoni, nie esemesuje, nie pisze na mesendżerze, a w głowie pojawiają się zupełnie inne pomysły niż za dnia, nasyłane przez nadchodzący sen. Kładę się więc późno lub, patrząc z innej perspektywy, wcześnie – o drugiej, trzeciej, czasem czwartej nad ranem.  Nasze warszawskie mieszkanie jest nie tylko mniejsze od tego stypendialnego, ale i zwinięte jak motek, zwarte. To natomiast, w którym myślę – choć powstało mniej więcej w tym samym czasie i podobnie jak tamto wychodzi na dziedziniec i ulicę – jest rozciągnięte, rozwłóczone w przestrzeni. Jak to zazwyczaj w kamienicach, gdzie państwo wchodzili klatką paradną, a służące – kuchenną. Teraz kuchnia i łazienka są więc na końcu długiego korytarza i żeby o tej drugiej czy trzeciej w nocy trafić od biurka do łazienki i z powrotem do sypialni, trzeba się sporo nachodzić – po ciemku (bo przecież już prawie zasypiałem nad klawiaturą i nie chcę się wybudzić). Tak właśnie którejś nocy, po trzech kwartałach od wprowadzenia się na drugie piętro kamienicy w Charlottenburgu i na kwartał przed wyprowadzką, wlokąc się do łóżka ze smakiem pasty do zębów w ustach, nieoczekiwanie zrozumiałem, że oswoiłem to mieszkanie. Że moje ciało zna jego kształty i załamania. Moja ręka nieomylnie znajduje włączniki światła, nawet jeśli w tym czasie patrzę w inną stronę. Rytm moich kroków omija drewniane progi między pokojami, a zwłaszcza pewien wystający gwóźdź, o który zahaczyłem dwa razy i mąż wbił go w deskę solidnie hantlą (ale w pamięci mojego ciała ten gwóźdź nadal złowrogo wystaje). Moje golenie pamiętają, jak po ciemku obejść łóżko i otworzyć lub zamknąć okno sypialni, nie uderzając boleśnie w brzeg łóżka. Moje lewe biodro nauczyło się, jak przechodząc przez pokój, nie zawadzić o kredens, a prawe – jak nie zawadzić o stół.  Takich mieszkań miałem w życiu dotychczas tylko cztery: dwa w dzieciństwie, dwa później. W każdym mieszkałem po pięć, dziesięć, piętnaście lat. Z najstarszego z nich pamiętam wszystko, i to z różnych okresów. Gdybym znów był sześciolatkiem, wiedziałbym bez wahania, jak postawić małą nogę na poprzeczce drewnianego fotela, potem drugą, na górze, wychylić się w lewo i wyłączyć światło. Mam w pamięci dokładną wysokość umywalki, stołu, ciężar taboretu. Pamiętam dokładnie włącznik w kuchni tuż nad lodówką (a potem za, kiedy niższą zastąpiła wyższa), wymacałbym go po omacku, niosąc w drugiej ręce imbryk. Nawet dźwięk jego pstryknięcia był inny niż pozostałych. Choć dziś nie ma ani tego włącznika, ani lodówki, ani chyba nawet tamtej ściany w dawno sprzedanym i przebudowanym mieszkaniu moich dziadków. Teraz jego wymiary – nie te, które zapisuje się na kartce, ale utrwalone znacznie głębiej, istnieją już tylko w pamięci ciała mojego i paru najbliższych osób.  Nadchodzący kwartał to utrata bezpieczeństwa: w Berlinie trudności z szukaniem mieszkania są legendarne, do tego dochodzi gąszcz przepisów, zmian w prawie, koniecznych dokumentów, wszystko to w języku, którym prawie nie władam. Od prawie półtorej dekady nie musiałem robić dobrego wrażenia na właścicielach jakiegoś lokum do wynajęcia i czuję się jak przed egzaminem, nie – serią egzaminów. I to w czasie pandemii, kiedy wszystko jest trudniejsze. Miękkie od ciemności, bezpieczne, zapamiętane wnętrze tego niby obcego, ale już oswojonego mieszkania wydaje mi się w tym niepewnym czasie ostoją. Brzuch wieloryba, w którym siedzę jak połknięty Jonasz, oddzielony od otchłani wód. 
Czytaj więcej

Okruszki

Mansfield – jedna z najwybitniejszych pisarek brytyjskich, zmarła w wieku 34 lat. Jej twórczość, w Polsce mało znana i wydobywana dzisiaj z zapomnienia, w Wielkiej Brytanii od pewnego czasu jest dogłębnie czytana, a ona sama stawiana obok Virginii Woolf. Gdy czytam jej teksty, w ogóle nie czuję dystansu czasowego, jaki dzieli mnie od niej – a pisała swoje opowiadania, gdy przyjechała z Nowej Zelandii do Europy na początku XX wieku. Można ją zaliczyć do grona kaskaderów literatury, bo całe krótkie życie spędziła całkowicie bezkompromisowo, a żyła w epoce, gdy norma obyczajowa ciągle sznurowała kobiety w ciasny gorset. I o tym są w dużej mierze jej teksty: co widać spoza szwów. Jej twórczość nie opowiada o tym, jak się je rozluźnia. Bo sama Mansfield pisała dużo grzeczniej niż żyła, ukrywając drapieżność. Będąc w ciąży z jednym mężczyzną, wyszła za mąż za innego i natychmiast go porzuciła. Z powodu bliskiej przyjaźni z kobietą została przez rodzinę wydziedziczona i z zamożnej córki kolonialnego rodu stała się z dnia na dzień młodą dziewczyną pozbawioną środków do życia i jakiejkolwiek kierunkowej edukacji. Żyła z pisania, wiedziała, jak wygląda życie salonowe, jak młode panny tańczą na balach, jakie mają nadzieje. Sama przeskakiwała z jednego związku w kolejny. W opowiadaniach analizowała nie tylko normy obyczajowe u schyłku epoki wiktoriańskiej, ale bardziej psychologię ludzką, a także układy małżeńskie. I choć dzisiaj jej nazwisko powinno powiewać na sztandarach feministek, to teksty są bardzo stonowane, a winy za rozpad związków, o których często pisze, nigdy nie ponosi wyłącznie mąż.  Mansfield próbowała nazwać to, co we współczesnej jej epoce właściwie nie miało jeszcze swej nazwy: jedną z jej bohaterek jest młoda guwernantka przemierzająca miasta w drodze do umówionej pracy. Gdy jej nowa pracodawczyni posądza ją o niemoralne prowadzenie (na podstawie wyjątkowo wątłych dowodów), dziewczyna ląduje na bruku, z niczym – bez pracy, w nowym kraju. W Mariage à la mode Mansfield zderza punkt widzenia ciężko pracującego męża przyjeżdżającego do podmiejskiego domu w piątki i znudzonej, sfrustrowanej, bawiącej się żony. Coś tu nie gra – zdaje się mówić autorka. I faktycznie, nie gra – on czuje się samotny, porzucony przez żonę dla jej zabawowego towarzystwa. Ona z kolei nie ma dla siebie żadnego pola do rozwoju, może być tylko żoną i matką. W jeszcze innym tekście Mansfield portretuje młodą kobietę z zamożnej rodziny, żonę i matkę małej dziewczynki, nagle, w ciągu dnia odkrywającą własną cielesność i zmysłowość. Jest ona absolutną niewolnicą normy społecznej, nie potrafi się z niej uwolnić, bo nie widzi jej umowności ani przemocowego charakteru. I nie chodzi tutaj tylko o feministyczne wyzwolenie, ale też na przykład o miłość do córki – choć bardzo ją kocha, wie, że musi ją oddać opiekunce, że nie ma prawa spędzać z nią czasu, bo kobieta z jej sfery nie zajmuje się wychowaniem. Własne dzieci można tylko odwiedzać i to o określonych godzinach, pod czujnym okiem niańki, do której dziecko się garnie.  Kiedy czytam te opowiadania, myślę sobie, że pokonałyśmy już ogromną drogę, ale zapłaciłyśmy za to wielką cenę i że jeszcze wiele przed nami. Bo dałyśmy sobie wmówić, że możemy wszystko – wychowywać dzieci i jednocześnie realizować się intelektualnie, spełniać zawodowo. I że mamy porzucać normy obyczajowe, choć większość z nas wcale się nie czuje na siłach, by z tymi normami walczyć. I ciągle dajemy sobie wmówić, że ambicja jest zła albo że pragnienie pozostania w domu z dzieckiem jest złe, jakby pole możliwości życiowych funkcjonowało w trybie zero-jedynkowym. Tymczasem Mansfield mówi, że wszystkie jesteśmy zniewolone w epoce, w jakiej żyjemy, że z większości jej ograniczeń nawet nie zdajemy sobie sprawy. I nie każdej z nas dany będzie moment iluminacji. 
Czytaj więcej

Witam i przepraszam

Pozwólcie, że się przedstawię. Na początku tego tysiąclecia byłam reporterką największego tygodnika w Polsce. Młodą, rzuconą na głęboką wodę. Na przykład chwilę po zatrudnieniu wysłano mnie do Palestyny, gdzie trwała prawie-wojna z Izraelem.  Szczerze mówiąc, myślałam wtedy, że w ten naturalny sposób redakcja chce naprawić błąd, jakim było przyjęcie mnie do pracy, niemniej znalazłam na mapie Zachodni Brzeg Jordanu, przeczytałam górę książek, które polecił mi Marian Turski, wyjechałam, wróciłam, napisałam. Po ataku na World Trade Center pojechałam do Nowego Jorku, a potem do marines w Karolinie Północnej, chwilę przed ich wylotem do Afganistanu. Wróciłam i napisałam. Wspominam o tym, żeby powiedzieć, że – po pierwsze – dawniej redakcje wysyłały reporterów na miejsce zdarzenia, nawet jeśli leżało ono daleko i bilet był drogi, i po drugie – by podkreślić moją samodzielność, sprawczość i poziom nieustraszenia. Bardzo dobrze wpisywałam się w model tak zwanej osoby wyedukowanej, wyzwolonej, nienaruszonej (tak wtedy naiwnie myślałam, ale o tym kiedy indziej) patriarchatem. Która kieruje swoim życiem i karierą zgodnie z wytycznymi feminizmu drugiej, a nawet wschodzącej trzeciej fali. Nie chcę pisać o życiu towarzyskim i imprezowym, bo mogę się zagalopować, a wszyscy uczestnicy zdarzeń jeszcze żyją, chociaż z wyżyn stanowisk zapewne nie pamiętają, jak zjeżdżali w eleganckich płaszczach na siedząco po schodach z trzeciego piętra mojej kawalerki przy Iwickiej.  Czy wyobrażałam sobie wtedy siebie jako matkę? W perspektywie dalszej, kiedyś pewnie tak… Nie wyobrażałam sobie, że mogłabym zrezygnować z ekscytujących aktywności zawodowych. W moim nowoczesnym, wielkomiejskim świecie kobiety nie rezygnowały z kariery z powodu macierzyństwa.  Figura Matki Polki była wstydliwa, nikt jej już nie chciał. Mówiąc szczerze, całkowite skupienie się na małym dziecku miało w sobie element porażki, było powrotem do udupiającego wzorca, w którym szczęśliwa żona całuje w progu męża z teczką i, zastanawiając się, co na obiad, wraca do pokoju dziecinnego, w którym gaworzy niemowlak z lokiem na czubku głowy. Taki wybór byłby godny politowania, anachroniczny, a nawet niebezpiecznie oddający pole walki. Tak à propos, czy w korporacji będą czekać, aż człowieku odchowasz dziecko? Piszę serio, walka trwa, wystarczy porównać roczne PIT-y kobiet i mężczyzn, półtorej dekady temu porównanie było jeszcze bardziej dramatyczne. W życiu moich postępowych koleżanek macierzyństwo nie było potępione, ale było prywatną sprawą, nieobecną (przepraszam dziewczyny!) w linii partii.  Słowem: były to czasy, w których dziecka nie miała jeszcze Agnieszka Graff. Akceptowane było może „nowoczesne macierzyństwo”, stan przejściowy, który nie powinien zbytnio wpływać na życie zawodowe. I właśnie ja tę opcję aktywnie wspierałam, produkując artykuły do mojej gazety na podstawie lektury amerykańskich poradników, wynurzeń polskich ekspertów i rozmów z liderkami na linii frontu.  Przypomnę tu niektóre założenia, które promowałam w moich tekstach. Po pierwsze: przy właściwej organizacji wszystko jest możliwe.  Po drugie: kobieta profesjonalnie przygotuje się do sprowadzenia na ziemię nowego człowieka. Pozna najnowsze zasady obsługi, takie jak: rodzenie po ludzku, karmienie na żądanie, przytulanie na żądanie, czas specjalny – bezwzględnie dedykowany niemowlakowi. Patrz punkt pierwszy.  Po trzecie: żeby uniknąć histerii i chaosu po urlopie, kobieta przeprowadzi zawczasu rekrutację godnej zaufania niani, sprawdzając agencje opiekunek, rozsiewając wici, organizując castingi pań z Ukrainy, uważając na mamy i teściowe, które z reguły bywają toksyczne. Patrz punkt pierwszy. Po czwarte: kobieta wyszkoli ojca dziecka w zakresie podstawowej obsługi dziecka. Ojcowie pojawiają się już w założeniach nowoczesnego macierzyństwa, choć stawiają dopiero pierwsze kroki. Patrz punkt pierwszy. Po piąte: kobieta nie zapomni o swoich celach. Urlop macierzyński to świetny moment na studia podyplomowe lub dodatkowe szkolenie. Po szóste: kobieta będzie uprawiać jogging, jogę lub pilates, które przyspieszą powrót do formy. Patrz punkt pierwszy. Po siódme: kiedy wróci do pracy, to się na niej skupi. Nie będzie sprawdzać co 5 minut, czy niania wcisnęła dziecku kaszkę. Patrz punkt pierwszy.   Po ósme: skupi się na życiu prywatnym. Zaproponuje mężowi randkę, a koleżankom babski wieczór. Patrz punkt pierwszy. Po dziewiąte: nie zawaha się zażądać podwyżki, ponieważ badania wskazują, że posiadając dziecko, jest o 30% wydajniejsza. Patrz punkt pierwszy. Po dziesiąte: nie będzie się dziwić, że nowoczesne macierzyństwo jest wymagające, prowadzi niekiedy do obniżki nastroju. Wymagające są również projekty w korporacjach. Patrz punkt pierwszy. Mogłabym wymieniać dalej, lecz zasady macierzyństwa nowego typu opisała później Sheryl Sandberg, piękna szczęśliwa matka trójki dzieci, przy okazji dyrektor operacyjna Facebooka. Sprzedała miliony egzemplarzy swojej książki. Tyle teorii. W 2004 roku urodził się syn mój Kazimierz. Z tego miejsca chciałabym przeprosić czytelniczki moich przeszłych tekstów. 
Czytaj więcej

Nowy w pracy

Przychodzisz do nowego miejsca pracy. Twój pracodawca zatrudnia wiele osób. Więcej niż jesteś w stanie spamiętać. Nikogo nie znasz. Wielu procesów i zjawisk nie rozumiesz lub masz o nich dramatycznie powierzchowne pojęcie. Ich specyfika powala na kolana. Poziom skomplikowania matrycy organizacji jest tak wysoki, że czego by nie ruszyć, tam piętrzą się trudności. Szaleństwo czyha za rogiem. Wokół brak jakiejkolwiek wyraźnie zarysowanej bezpiecznej przystani. Nogi raz po raz przeszywa mrowiący prąd sygnalizujący potrzebę ucieczki. W Twoją płynącą po otwartym oceanie łódeczkę co chwilę uderzają wysokie fale niepewności i pytań. Jak dać temu radę? Jak nie przeładować się poznawczo?  Na początek poszerzmy kontekst. Budzisz się rano, o świcie, gdy pierwsze promienie chłodnego, zimowego słońca przebijają niepewnie i leniwie szybę w Twoim oknie. Nie lubisz wcześnie wstawać. Cenisz sobie nieco dłuższy sen, przynajmniej do dziewiątej. Dzisiaj nie ma, że boli. Otwierasz oczy, wiedząc, że dziś zaczynasz. To pierwszy dzień w nowej pracy, z nowymi ludźmi. Jak się dobrze zastanowisz, to nie tylko ludzie są dla Ciebie w tej sytuacji nowi. Nowa jest droga, ramy działania, godziny, forma pracy i wiele, wiele innych rzeczy. Tych małych i dużych.  Nie każdego dnia decydujesz się rozpocząć nowe zajęcie, podjąć ryzyko. Sama świadomość tak dużego kroku wpływa na Ciebie emocjonalnie. Spięcie, motyle w brzuchu, przyspieszony oddech, a Twoje ręce jakby nieco zimniejsze i bardziej wilgotne niż zwykle. Momentami łapiesz się na tym, że nerwowo pocierasz dłońmi o siebie tak, jak byś chciał je rozluźnić. Raz po raz, nerwowo pocierasz twarz w nieświadomej próbie samoukojenia.  Droga do pracy zwyczajna. Jedyne, co nachalnie rzuca się w oczy, to pandemiczne pustki na ulicach wielkiego miasta. Pojedyncze, zaspane jednostki suną wolno w sobie tylko znanym kierunku. Do biurowca dojeżdżasz bez przeszkód, przed czasem i zostajesz wprowadzony przez jednego z pracowników. Tak rozpoczyna się droga, z którą wiążesz duże nadzieje, choć w chwili obecnej jedyne, co wiesz, to ogólny kierunek, w którym płyniesz. Kolejne kilka dni to etap wprowadzania, nowe procesy, opisy, kody, szyfry i instrukcje kto, co i dlaczego w firmie robi. Dzień po dniu, coraz bardziej odczuwasz, że proces przyswajania ogromnej ilości nowych informacji można bez wahania porównać do chodzenia po stalowej linie rozciągniętej pomiędzy dwoma iglicami na wysokości stu metrów nad ziemią. I to z plecakiem wypełnionym po brzegi ołowianymi ciężarkami. Stąpając, walczysz o równowagę, by zminimalizować potencjalne ryzyko upadku. Mimo że to wiesz, musisz przejść na drugą stronę.  Zwoje mózgowe pracują Ci na takich obrotach, że aż trzeszczy. Okrakiem siedzisz na wahadle, które na przemian wyświetla dwa magiczne hasła: „rozumiem” i „nie ogarniam”. Nie wiadomo, kiedy zatrzyma się na dłużej w tym pierwszym, bardziej komfortowym miejscu, choć masz nadzieję, że nastąpi to jak najszybciej.  Niektórzy mówią, że uczenie się to wychodzenie ze strefy komfortu i jak najczęstsze przebywanie w strefie rozwoju. Jednak Ty masz wrażenie, że w tej sytuacji na Twoją strefę rozwoju nakłada się zbyt często strefa paniki. Jak tutaj mówić o bezpieczeństwie? Jak się zakotwiczyć i znaleźć swoje miejsce? Po pierwsze: Ludzie i ich wsparcie To, jak radzimy sobie z sytuacją, może w dużym stopniu zależeć od ludzi, którzy nas otaczają. Truizmem będzie twierdzenie, że adaptacja do nowej rzeczywistości wymaga czasu. Choć – na przekór tej oczywistości – człowiek potrzebuje jak najszybciej udowodnić swoją wartość i przydatność. Wtedy nasz wewnętrzny krytyczny rodzic bardzo wiele od nas wymaga i kategorycznie przymusza do wykazania się. Może po to, by ułatwić pozbycie się poczucia winy lub, co gorsze, dyskomfortu związanego z niemożnością wniesienia wkładu, czyli braku poczucia bycia użytecznym. Dobrze jest, jeśli mamy dokoła siebie ludzi, którzy pomogą nam tego rodzica nieco uciszyć, złagodzić jego głos i przyjąć rolę opiekuna, który pomoże, wytłumaczy i poprowadzi. Często nie potrzebujemy wiele więcej niż łagodnego uśmiechu i usłyszenia „zrób tak, a na pewno się uda”. Po drugie: Ludzie i ich doświadczenia w tym miejscu Czasem zdarza się nam przenosić w myślach do różnych miejsc pracy i wspominać, jak tam było, co działało, a co nie, i przede wszystkim, jakie było nasze doświadczenie, gdy poczuliśmy się ugruntowani w swojej pozycji, kompetencjach i motywacji. Podobnej perspektywy potrzebujemy w nowym miejscu, w nowych wyzwaniach. Potrzebujemy ludzi, którzy pokażą nam, jak to było w ich przypadku, przez co przechodzili, z czym się mierzyli, co przeżywali i jak długo im to zajęło. Ważne też, by usłyszeć od nich wskazówki płynące z doświadczeń, które im samym pomagały szybciej i głębiej się uczyć, stawać się bardziej skutecznym, rozumieć złożoność sytuacji, czytać połączenia i zależności.  Niech mówią nam, z jakimi emocjami sami się mierzyli na swojej drodze oraz co, kto, w jaki sposób było pomocne. Czasem wystarczy, że okażą nieco empatii, usłyszą o trudnościach, których doznajemy, i jednocześnie wzmocnią radość z bycia i doświadczania czegoś nowego. Jeśli mają metafory, którymi będą chcieli się podzielić, niech to zrobią. Niech powiedzą nam, że uczenie się funkcjonowania w ogromnej organizacji jest jak układanie puzzli i zależy w ogromnej mierze od nastawienia umysłu na rozwój. Dzięki temu, w odpowiednim czasie, każdy kawałek puzzla znajdzie swoje miejsce. Wystarczy tylko odpowiednio długo przyglądać się, analizować, słuchać i wyciągać wnioski. Nie ma sensu na siłę skupiać się na budowaniu ramki, bo to może ograniczać. Trzeba patrzeć szeroko, szukając powiązań.  Po trzecie: Ty i Twoje potrzeby Wiem, rozumiem – chcesz wnieść wkład w postaci wiedzy, jakości, perspektywy czy doświadczenia w miejsce, do którego właśnie dołączyłeś. Chcesz to zrobić już. Tu i teraz. Problem jednak w tym, że za każdym razem, gdy czytasz skomplikowane dokumenty, analizy i pomysły innych pracowników, zderzasz się ze złożoną rzeczywistością i uświadamiasz sobie, że Twój poziom rozumienia jest niewystarczający. Jak można dać swoją perspektywę i wkład merytoryczny, kiedy w pełni nie rozumiesz tego, do czego chciałbyś się odnieść? Potrzebujesz czasu, żeby się nauczyć i zrozumieć.  Jeśli nie wiesz, jak to zrobić, spróbuj wykonać ćwiczenie, które pomoże Ci się zanurzyć w świat wizualizacji. Zamknij oczy i wyobraź sobie, że stoisz przed rozpościerającym się lasem. Jego połać jest gęsta, lecz do przejścia. Przyglądasz się i dostrzegasz przed sobą wąską i krętą ścieżkę. Co prawda jest mniej więcej na szerokość Twoich barków, ale to wystarczy, żeby rozpocząć podróż. Krocząc powoli, rozglądasz się i zauważasz kształty, kolory, tekstury. Wszystko analizujesz w swojej głowie i zapamiętujesz. Wiesz, że taka ilość roślin jest nie do zliczenia i zapamiętania, ale im bardziej poruszasz się w głąb lasu, tym więcej z tych roślin wydaje się znajome. Mniej więcej w połowie lasu orientujesz się, że rozpoznajesz już większą liczbę roślin i powoli wypełnia Cię spokój i ciekawość. Docierasz do krańca zupełnie spokojny, głęboko oddychając. Widzisz przed sobą przepiękną łąkę zalaną słońcem. Wygląda bardzo znajomo. Czujesz się na niej jak u siebie w domu – komfortowo, spokojnie i bezpiecznie. Dotarłeś do miejsca, które wymagało podróży, ponieważ bez niej byś go nie odkrył. A teraz otwórz oczy i skup się na tym, co odczuwasz i z czym wewnętrznie jesteś. Do odbycia takiej drogi potrzebujesz ciekawości, otwartości, cierpliwości i łagodności. Potrzebujesz być wyrozumiały i empatyczny dla samego siebie. Nieustannie powinieneś sobie przypominać, że układanie puzzli składających się z tysięcy kawałków wymaga czasu, a Twój czas przyjdzie, tylko pozwól mu na to. Inaczej będziesz mierzyć się z falami frustracji i porywami wiatru, który połamie Twoje maszty i pozrywa żagle, zostawiając w dłoni jedynie wiosło.  Po pierwsze i po drugie: ludzie. Oni są ważni. Oni są OK. Po trzecie: Ty. Ty też jesteś ważny. Ty też jesteś OK. Po czwarte: pierwsze, drugie i trzecie – Twoje kotwice, w bezpiecznej przystani. Dookoła delikatna fala i przyjemny, ciepły wiatr na policzkach. 
Czytaj więcej

Para w pandemii, czyli jak się nie rozwieść?

Pandemia zamknęła nas z najbliższymi w czterech ścianach. I nierzadko testuje nasze relacje. Na małej przestrzeni wszystko się spiętrza i zagęszcza. Wymuszona bliskość zaczyna ciążyć. Jak chronić związek w tym trudnym czasie?
Czytaj więcej

Moje dziecko na pewno „tego” nie robi!

Dla wielu dorosłych poruszanie z dziećmi tematów związanych z seksualnością jest trudne, budzi dyskomfort i wymaga wysiłku. Niekiedy brakuje im merytorycznej wiedzy, mają też wątpliwości dotyczące tego, jak, kiedy i o czym mówić. Czy czekać, aż dziecko zapyta? Czy odsyłać do specjalistów? A może zapraszać nastolatka na cykliczne „pogadanki” przy herbacie? 
Czytaj więcej

MY – razem czy osobno

We, the poeple OF THE United States… [My, naród Stanów Zjednoczonych…]
Czytaj więcej

Kobieta w oczach mężczyzny

Obecnie kobiety mogą się utrzymać i zapewnić sobie potrzebne usługi. Mogą żyć bez mężczyzn. W tym sensie mężczyźni przestali być funkcjonalni, ale wciąż chcą być kobiecie potrzebni. Kobiety potrzebują mężczyzn, ale nie po to, by coś załatwiali czy naprawiali, ale by po prostu byli, obejrzeli razem film i potrafili porozmawiać z nimi o emocjach, jakie on wzbudza.
Czytaj więcej