W pułapce trwania, czyli co robić, kiedy utkniemy

Lata temu dotarło do mnie, że chcę zmienić zawód i zająć się rzeczami innymi niż te, które wówczas robiłem. To przeświadczenie nie pojawiło się od razu. Było raczej efektem długiego – z perspektywy czasu zbyt długiego – i bolesnego procesu przechodzenia od myśli i uczuć do działań. Od kiedy pamiętam, miałem w sobie bliżej niezidentyfikowany obszar, który popychał mnie do działania i zmiany. Jednocześnie, na drugim końcu huśtawki, zawsze umiejscawiał się odwrotny, całkowicie jakby przeciwstawny obszar, który mnie od tych rzeczy brutalnie odwodził, wywołując zdecydowanie nieprzyjemne emocje. To tak, jakby mieć dwa zestawy – komplet pchających naprzód tłoków naprzeciw super wytrzymałych klocków hamulcowych w zaciskających się na tarczy szczękach. I od zawsze te wewnętrzne siły leżały u podstaw mojego paraliżu w podejmowaniu działań. W codzienności objawiało się to niekończącym się czekaniem, wahaniem i zwlekaniem.  Mimo tego ten wahadłowy mechanizm jest dla mnie bezcenny. Przez lata nauczyłem się go dobrze rozumieć i używać, żeby podejmować decyzje, które w długim terminie okazują się być dobre. Za każdym razem, gdy udaje mi się pokonać własne ograniczenia i przełożyć to, co dzieje się wewnątrz, na to, co zewnętrzne, przybierające formę działań, jest to kolejny klocek dobudowujący do mojego rozwoju i umiejętności radzenia sobie osobiście i zawodowo.  W całym procesie odkładania na później i czekania do ostatniej możliwej chwili, kiedy już nie ma wyboru – poza tym, że trzeba to czekające „coś” wreszcie zrobić, najważniejsze dla mnie jest diagnozowanie sił zaciskających „szczęki”. To one w znacznej  mierze są odpowiedzialne za paraliż działania, niejednokrotnie trwający miesiącami. I choć sam tego ślimaczego tempa nie znoszę, przyspieszenie go jest w praktyce niezmiernie trudne.  Gdy pracowałem jako trener zgoła innych kompetencji niż tych, w których obecnie wspieram moich klientów, zaczęło we mnie narastać poczucie znużenia, wypalenia i braku sensu. Jeśli kładziesz się wieczorem spać, a w Twojej głowie pojawiają się znienawidzone jęki i stękania umysłu wynikające ze świadomości, że jutro znowu musisz wstać i przetrwać kolejny dzień robienia tego, co już Cię nie cieszy, to wiesz, o czym mówię. Jeśli do tej kakofonii jęków dołączasz znaki zapytania, niemal wrzeszczące w rozpaczy i nieusłyszeniu: „I po co to wszystko? Jaki sens ma to, co robię? Przecież nawet nie widzę w tym już żadnego znaczenia i nie odczuwam żadnej przyjemności”, to już na pewno jesteś w bardzo nieciekawym miejscu.   W takich chwilach każde, nawet najmniejsze działanie wydaje się koszmarem. A czym jest koszmar? Gdybyś sobie wyobraził, jak by to było wejść na Śnieżkę w środku zimy, w czasie śnieżycy, w butach z ołowianą podeszwą, krótkich spodenkach i rękawku, bez zimowego wyposażenia chroniącego Twoje nieprzystosowane do przetrwania ciało, to jest to właśnie ten koszmar. To walka o przetrwanie, o dotarcie na szczyt, na którym będziesz mógł  odpocząć tylko po to, żeby w jakimś momencie spotkać się ze świadomością, że za chwilę musisz wyruszyć dalej. Nie ma wyjścia. Straszne, nie? I co z tego? W całym procesie odkładania na później i czekania do ostatniej możliwej chwili, kiedy już nie ma wybo­ru – poza tym, że trzeba to czekające „coś” wreszcie zrobić, najważniejsze dla mnie jest diagnozowanie sił zaci­skających „szczęki”.  Nawet w takiej sytuacji, w której ja sam się znalazłem – uwięziony, sparaliżowany i zwlekający z wykonaniem niezbędnego kroku – potrafiłem wytrwać kilka lat. Tak, lat. Nie miesięcy, ale lat! Potrafiłem wspinać się na swoją „Śnieżkę” dzień po dniu, tydzień po tygodniu, jednocześnie nieustannie myśląc, że przecież „muszę” coś zmienić, że już tak dłużej nie dam rady, że nie mogę zwlekać ze zrobieniem czegoś, co jest mi potrzebne do życia jak tlen. A jednak konstrukcja człowieka, mimo że pozornie słaba i niepotrafiąca przyjąć wielu ciosów i obciążeń emocjonalnych, pozwala na długie trwanie w bezdechu. Kiedy jesteś bez tlenu, to metabolizujesz energię zawartą w najdalszych zakamarkach płuc, w głęboko ukrytych pokładach wewnętrznej energii życiowej, żeby nie dać się pokonać swojej „Śnieżce”. Szkoda tylko, że ta energia jest nieodnawialnym, skończonym zasobem, a jej brak prowadzi do smutnych konsekwencji.  I tak na tym bezdechu dzień za dniem, tydzień za tygodniem. W myśleniu, że może w końcu mi przejdzie, że teraz nie jest odpowiedni moment, że co ja będę robił, że przecież to nie takie proste, żeby coś zmienić tylko dlatego, że się chce. Zwlekałem i zwlekałem. Odkładałem na „wieczne nigdy”. Dlaczego? Na początku nie potrafiłem na to pytanie odpowiedzieć. Nawet nie bardzo chciałem. Nie widziałem większego sensu w międleniu i „dłubaniu paluchem” we własnych mechanizmach i psychice. Pochylanie się nad sobą w sensie psychologicznym uważałem za dość „niemęskie”. Wolałem, jak wielu facetów, których znam, zatopić się w działaniu, nawet jeśli szczerze tego nienawidziłem, zwlekając ze zmianą, która była mi niezbędna do życia.   Tłumaczyłem sobie, że trwanie w tym, co znane i pewne, i zwlekanie z ruchami w kierunku tego, co nieznane i przez to bardziej ryzykowne, to oznaka odpowiedzialności i dorosłości. To dowód na to, że biorę życie swoje i swoich bliskich we własne ręce i dbam o nie. Trudno było mi zrozumieć, że wysokie koszty emocjonalne, energetyczne i w konsekwencji fizyczne, to po prostu przemoc wobec samego siebie, jak również wobec wszystkich dookoła. Bo dowodów na to, że ta sytuacja odbijała się na otoczeniu niczym kręgi na tafli jeziora po wrzuceniu do niego kamienia, było aż nadto. Dopiero kiedy licznik nabił te koszty, kiedy wewnętrzna walka i ogromny wysiłek fizyczny włożony w pracę spowodował, że już więcej nie mogłem z siebie dać, postanowiłem coś zmienić.  Co powoduje, że tak długo zwlekamy ze zmianą pracy? Dlaczego nie decydujemy się zmienić rzeczywistości, w której spędzamy zwykle połowę naszego czasu? Dlaczego nie podejmujemy działań wtedy, gdy są najbardziej potrzebne? Na ten temat napisano już niejedną książkę, ale dla mnie osobiście ważne są trzy rzeczy.  Po pierwsze nasze wewnętrzne „dam radę”, które bezlitośnie pcha nas w stronę udowadniania sobie i światu, jak również naszemu wewnętrznemu rodzicowi, że jesteśmy „to” w stanie udźwignąć. To ten przeklęty mechanizm, który szepcze nam każdego dnia te dwa słowa „jeszcze trochę”, bez względu na koszty. Po drugie lęk przed nieznanym i wyuczone przekonanie, że lepsza jest znana beznadzieja niż nieznana obietnica. Cały ten proces unikania niepewności i ryzyka tak pięknie wyłuskany i opisany przez Kahnemanna i Tversky’ego. I po trzecie świadomość, że każde działanie składa się z wielu elementów, z którymi wcale może nie być łatwo – trudne decyzje, stres, konieczność uczenia się i rozwoju, branie odpowiedzialności. Innymi słowy, wszystko to, co możemy postrzegać jako synonim słowa „trud”. A czy na pewno lubimy świadomie go podejmować? Czy wolimy, żeby było nam trudniej niż łatwiej? Odpowiedź jest raczej oczywista.  No i co z tym wszystkim zrobić? Jak sobie poradzić?  Jeśli szukasz prostych odpowiedzi, to takie nie istnieją. Zawsze jednak w momencie, gdy czujesz, że zwlekasz, że wewnętrznie coś zaciska Ci tarcze hamulcowe i uniemożliwia tłokom pchanie naprzód, możesz zadać sobie kilka otwierających pytań, które pozwolą Ci się zaczepić o pojawiające się myśli i spróbować pogłębić odkryte obszary, jeśli będziesz mieć na to ochotę:  W jakim stopniu moim celem jest „dawać radę”? Czego ja się boję i co od siebie odpycham, nie podejmując działań? Jakie koszty ponoszę, zwlekając?  Co jest trudniejsze: trwanie w miejscu i sytuacji, w których jestem, czy podjęcie działań? Jakie konsekwencje jednego i drugiego widzę? Potem się zastanów. Jeszcze głębiej. I zdecyduj.  
Czytaj więcej

Przeciągając sprawę, czyli słów kilka o zwlekaniu

  Spędziłam chyba z pół godziny, scrollując strony z fotelami (ten, na którym teraz siedzę, prawie się rozpada). I pewnie przeklikiwałabym się dłużej, gdyby nie deadline na tekst o zwlekaniu. Wzięłam więc telefon i ustawiłam sobie czasomierz na 20 minut. „Piszesz przez 20 minut” – nakazałam sobie tonem wciąż-jeszcze-cierpliwej matki, ale takiej, o której wiadomo, że goni resztkami. „Offline” – dodałam dla jasności. Co we mnie zwleka? Co sprawia, że w ogóle potrzebuję ze sobą negocjować – zamiast po prostu siąść, napisać, wstać i iść robić inne rzeczy? Wytworne słowo „prokrastynacja”, brzmiące o niebo lepiej niż „lenienie się” czy „odkładanie”, zostało stworzone, kiedy zechcieliśmy bliżej przyjrzeć się temu dziwnemu zjawisku: chodzimy dookoła tego, o czym wiemy, że jest naszym zadaniem, nieuchronnym, często przez nas samych wybranym, a jednak nie bierzemy się za nie, spędzając czas niejednokrotnie o wiele dłuższy na czynnościach kompletnie zbędnych. Dlaczego? Ze swojego doświadczenia wykminiłam, że moment, kiedy biorę się za to zadanie, jest dla mnie momentem próby. Kiedy klikam na Ctrl N, kładę palce na klawiaturze i patrzę na biały plik i migający w oczekiwaniu na pierwszą literę kursor. To jest ten moment, kiedy się okaże, czy mam coś do powiedzenia. Wcześniej, zajęta gadaniem na czacie z przyjaciółką, scrollowaniem rzeczonych foteli czy czyszczeniem skrzynki e-mailowej, nie staję przed żadnym progiem, nic się o mnie nowego nie okazuje. Ale teraz? Surowa Wewnętrzna Komisja już mości się za stołem przykrytym zielonym suknem, już widzę zmarszczone brwi – „No, dawaj, koleżanko, pokaż, co potrafisz! Pokaż, czego nie potrafisz!”.  Im wyższy status Szanownej Komisji w naszym życiu, tym bardziej bolesne i mniej owocne może być podejmowanie działań, kiedy jesteśmy w zasięgu jej wzroku. A niektórzy z nas są w tym zasięgu ciągle – od momentu, gdy otwierają rano oczy, do chwili, gdy zamykają je wieczorem, ciągle siebie za podszeptem Komisji poganiają i batożą. Być może, gdybyśmy umieli zobaczyć jej członków jako zwykłych ludzi, którzy zdejmują togi, wkładają dresy, żują gumę, drapią się po nosie, udałoby się nam z większym spokojem i bez nadmiernego zwlekania podchodzić do naszych zadań. Być może nawet udałoby się wysłać Komisję na zasłużony urlop, a może i emeryturę. Kiedy to piszę, myślę o tym, jak zmieniłoby to moje życie, jak wiele stałoby się możliwe i o ile więcej byłoby w nim codziennej lekkości.  Uwalniając się spod zbyt surowego wewnętrznego osądu, uwalniamy też zasoby, które pozwalają nam znaleźć się na przecięciu pracy i zabawy – tam właśnie mieszka twórczość. Bo też nie da się naraz być twórczym i egzaminowanym. To technicznie niemożliwe. Tak więc uwalniając się spod zbyt surowego wewnętrznego osądu, uwalniamy też zasoby, które pozwalają nam znaleźć się na przecięciu pracy i zabawy – tam właśnie mieszka twórczość.  Czy jeśli to zrobimy, jeśli dokonamy takiego wewnętrznego przekształcenia, całkiem przestaniemy zwlekać? Nie sądzę. Jest przecież jakaś, za przeproszeniem, funkcjonalność w zwlekaniu. Osobiście w każdym razie odczuwam do niego swego rodzaju szacunek i zamierzam go w sobie pielęgnować. Zaczęło się od tego, że w mojej ukochanej książce Clarissy Pinkoli Estes Biegnąca z Wilkami przeczytałam kiedyś, że zwlekanie to konieczny etap rozwoju, wręcz zapowiadający to, że przystąpimy do potrzebnej akcji. Zwlekanie jako etap rozwoju – cudowne! Tę wyzwalającą koncepcję przedstawiałam sobie samej wielokrotnie. Oferowałam ją także swoim licznym znajomym, którzy reagowali z podobnym jak ja entuzjazmem, gdy ktoś, kto nagle się dowiedział, że pierścionek, który kurzył się w szufladzie, zrobiony jest ze szczerego złota, a kamień, który go zdobi, okazał się szmaragdem. Teraz już nie zwlekam, już nawet nie prokrastynuję, teraz przechodzę przez potrzebny okres rozwoju, praktycznie rzecz biorąc – pracuję nad sobą, chociaż postronni, mijający mnie, siedzącą pod kocem z włączonym Netflixem i paczką chipsów, mogą zobaczyć to inaczej.  Przez jakiś czas można chodzić czy raczej leżeć w tej glorii, ale po kilku godzinach, dniach lub tygodniach staje się oczywiste, że jej blask przygasa i raczej trzeba się będzie brać do roboty – zwłaszcza jeśli towarzyszą temu coraz głośniejsze protesty tych, którzy czekają na jej owoce.  Wtedy nadchodzi czas negocjacji wewnętrznych – pomiędzy tym kawałkiem mózgu (konkretnie: kora przedczołowa), który wie, że należy zakasać rękawy, a tym kawałkiem (konkretnie: układ limbiczny), który do tej pory siedział sobie za sterami, oddając się różnym przyjemnym czynnościom. Przypomina to gonienie uciekającego budzika – wspaniałego produktu stworzonego w czasach przedsmartfonowych przez kogoś, kto rozumiał złożoność ludzkiej natury. Uciekający budzik, kiedy zaczynał dzwonić, rozpoczynał równocześnie ucieczkę, przesuwając się po podłodze. Robił to tak, żeby ten, który próbował przerwać jego inwazję, był zmuszony wstać z łóżka. Siłą rzeczy przekształcał się w bardziej przytomną wersję siebie, tę z bardziej aktywną korą przedczołową, tę wersję, która z każdym krokiem czy popełznięciem coraz lepiej wie, że naprawdę powinna wstać, bo na przykład, za godzinę ma być przed komputerem i udawać osobę całkiem już przytomną.  Podobne negocjacje, być w może w mniej brutalnym wydaniu, możemy toczyć ze sobą całkiem już przebudzeni. W moich osobistych zmaganiach szacunek do kawałka, który się ociąga, wydaje mi się potrzebny nie tylko z powodów, o których pisała Estes, ale też z prostej prawidłowości, którą odkryłam. Sprawa jest bardzo praktyczna: jeżeli go nie uszanuję, na końcu wychodzi na to, że on będzie mną rządził. Wolę więc umówić się ze swoim układem limbicznym, że dwadzieścia minut piszę, a potem dziesięć minut czatuję z koleżanką, albo że idę na tego nieszczęsnego zooma na dwie godziny, ale potem oglądam serial, albo – to byłby już cudowny układ, w którym spotkałyby się obie części mózgu – idę na spacer do lasu. Tam, pośród sosen i bezlistnych o tej porze roku buków, moje Przyjemne może spotkać się z moim Pożytecznym. Dzięki temu spotkaniu nabiorę więcej sił na to, za co, koniec końców, i tak przyjdzie mi się zabrać.  
Czytaj więcej

Od prokrastynacji do efektywności na drodze do kariery

Prokrastynacja, czyli zwlekanie, często staje na drodze naszej motywacji i energii do działania. To ciekawe – jesteśmy raczej skłonni myśleć o prokrastynacji zakładając, że jest ona wynikiem braku motywacji do działania. Okazuje się, że niekoniecznie.
Czytaj więcej

Praca z umysłem

Praktyka 1  Uważność wobec rutynowych porannych czynności   Wybierz jakąś czynność, którą rutynowo wykonujesz każdego ranka, np. mycie zębów, golenie się, ścielenie łóżka czy branie prysznica. Wykonując ją, całkowicie skoncentruj uwagę na tym, co robisz: na ruchach ciała, smaku, dotyku, na tym, co wyczuwasz powonieniem, co widzisz, słyszysz itd. Zauważ, co się dzieje z postawą otwartości i zaciekawienia. Na przykład biorąc prysznic, zauważaj odgłos wody wypływającej ze słuchawki, uderzającej o Twoje ciało i spływającej odpływem. Zauważ jej temperaturę, poczuj wodę na włosach, na ramionach, poczuj, jak spływa po Twoich nogach. Zauważ zapach mydła i szamponu, poczuj je na swojej skórze. Zauważ kropelki wody na zasłonie prysznica albo na ścianie, zauważ, jak woda kapie z Twojego ciała, jak powietrze napełnia się parą. Zauważ ruch swoich rąk, gdy się myjesz lub nakładasz szampon na włosy. Kiedy pojawią się jakieś myśli, uznaj je oraz pozwól im przyjść i odejść, jakby to były przejeżdżające samochody. Co jakiś czas Twoje myśli będą Cię pochłaniać. Gdy tylko zdasz sobie z tego sprawę, spokojnie to uznaj, zauważ, jaka myśl Cię rozproszyła, a potem ponownie skup uwagę na wybranej czynności.   Praktyka 2 Uważność wobec zajęć domowych   Wybierz jakieś zajęcie, takie jak prasowanie, zmywanie, odkurzanie – coś prozaicznego, co musisz robić, żeby normalnie funkcjonować – i wykonuj je z uważnością. Na przykład prasując rzeczy, zwracaj uwagę na ich kolor i kształt, na wzory, w jakie układają się zagniecenia, na nowe wzory pojawiające się wtedy, gdy rozprasowujesz zagniecenie. Zauważ syk pary, skrzypienie deski do prasowania, cichy odgłos żelazka sunącego po materiale. Zauważ, jak trzymasz żelazko, ruch swojej ręki i ramienia. Jeśli pojawi się znudzenie lub frustracja, po prostu je uznaj i skieruj uwagę z powrotem na zadanie, które wykonujesz. Co jakiś czas Twoja uwaga będzie odpływać. Gdy tylko zdasz sobie z tego sprawę, spokojnie to uznaj, zauważ, co Cię rozproszyło, i ponownie skup swoją uwagę na wykonywanej czynności.   Praktyka 3 Uważność wobec przyjemnych zajęć   Wybierz zajęcie, które lubisz, np. przytulanie się do ukochanej osoby, jedzenie lunchu, głaskanie kota, zabawę z psem, spacer po parku, słuchanie muzyki, branie uspokajającej, gorącej kąpieli. Wykonaj je uważnie: w pełni się w nie zaangażuj, wszystkimi pięcioma zmysłami, rozkoszuj się każdą chwilą. Kiedy – i jeśli – Twoja uwaga odpłynie, natychmiast gdy zdasz sobie z tego sprawę, zauważ, co Cię rozproszyło, i ponownie zaangażuj się w to, co robisz.
Czytaj więcej

Jak pokonać opór przed zmianą?

Wyobraź sobie, że Twoja nowo narodzona córka lub syn nie odczuwa żadnych potrzeb – ani pić, ani tulić się, ani chodzić, ani bawić się. Zupełnie nic. A później nie pragnie posiadać czegokolwiek, rozwijać umiejętności, ani nawet poszukiwać kontaktów społecznych czy partnera życiowego… Próba wyobrażenia sobie konsekwencji takiego stanu jest przerażająca! Na szczęście ewolucja tak skonstruowała nasz mózg, że wraz z ciałem jest on zdolny do generowania szeregu emocji i pragnień, które dają nam napęd do działania i dokonywania zmian, co zdecydowanie ułatwia przetrwanie gatunku. Z drugiej zaś strony przysparza sporo trudności i cierpienia. Przez tysiące lat rozwijaliśmy umiejętności, których nie posiadają zwierzęta: wyobrażania sobie różnych rzeczy, wybiegania w przyszłość, rozmyślania, analizowania, a także posługiwania się językiem i symbolami. Połączenie naszej pierwotnej natury, w której tkwi wiele nieuświadamianych motywów działania, z częścią „wyższą” rozumową, stanowi mieszankę wybuchową!  Z doświadczenia wiemy, że świat myśli i emocji bywa fascynujący, ale też bardzo trudny, a czasem zupełnie niezrozumiały. Możemy przeżywać skrajne emocje, które bywają ze sobą w konflikcie (na przykład chcieć się na kimś odegrać i wstydzić się tego; pragnąć zmiany i jednocześnie bardzo się jej obawiać), możemy mieć mieszane uczucia, możemy doświadczać różnych emocji wtedy, kiedy zupełnie tego nie chcemy (jak lęk przed wystąpieniami publicznymi albo zawstydzenie się podczas ważnej, formalnej rozmowy), możemy też wykorzystywać własne odczucia, aby uzasadniać swój sposób myślenia i podejmowania decyzji, nawet gdy jest on dość irracjonalny.  Wiele naszych psychicznych cierpień jest spowodowanych tym, że z jednej strony pragniemy wznieść swoje życie na wyższy poziom, z drugiej próbujemy unikać doświadczania różnych uczuć, tłumiąc to, czego nie akceptujemy w swoim wnętrzu. Jedną z konsekwencji wewnętrznych konfliktów i prób uniknięcia nieprzyjemności jest opór, jaki powstaje w odpowiedzi na zmianę.  Czym właściwie jest opór? W toaletach jednego z uniwersytetów w Teksasie w ramach eksperymentu zawieszono tabliczki z informacją o zakazie pisania po ścianach. Jedna z nich była bardziej łagodna: „Proszę nie pisać po ścianach”, natomiast na drugiej tabliczce napis był kategoryczny: „Pisanie po ścianach surowo wzbronione”. Po dwóch tygodniach, zgodnie z wcześniejszymi przewidywaniami, zdecydowanie więcej napisów było tam, gdzie zakaz był surowy niż gdzie komunikat był sformułowany łagodnie i neutralnie. Inny spektakularny przykład to zdecydowany wzrost poziomu zakupów produktów alkoholowych w czasach prohibicji w Stanach Zjednoczonych. Albo bardziej z naszego podwórka – zaangażowanie odświętnie ubranych wiernych, którzy co tydzień w niedzielę wypełniali kościoły, manifestując swój sprzeciw wobec narzucanej partyjnej ideologii ateizmu za czasów komunizmu. Przejdźmy bliżej psychologii zmiany, gdzie jedno z badań dotyczących motywacji dostarcza nam fascynującego materiału. Hospitalizowani pacjenci, którzy deklarowali pojawienie się na wizycie kontrolnej, nie dotrzymywali terminów tak samo jak ci, którzy zdecydowanie odmówili w nich udziału. Jaka grupa pojawiała się statystycznie najczęściej? Ci, którzy oświadczali, że być może przyjdą. Niepewne „być może” miało tu większą siłę niż zdecydowane „tak”. Jak to wytłumaczyć?! Z pomocą przychodzi teoria reaktancji, czyli oporu psychologicznego Jacka Brehma. Mechanizm ten powstaje, gdy ktoś wymusza na nas określone zachowania, zabierając tym samym możliwość korzystania z wolności wyboru. Prowadzi to do skutku wręcz odwrotnego, kiedy ograniczanie wolności drugiej osoby wraca jak bumerang, często w postaci sprzeciwu odczuwanego silniej niż wcześniej. Z reguły mamy silniejszą potrzebę dokonywania własnych wyborów niż słusznych. Doskonale pokazuje to popularne polskie powiedzenie „Zrobię mamie na złość i odmrożę sobie uszy” – mniej istotne jest to, że zrobię sobie krzywdę, ale ważne, że dokonam własnego wyboru. Warto jednak pamiętać o tym, że tu też występują spore różnice indywidualne, to znaczy, że będziemy mieli różną tendencję do reagowania oporem.  Pojawia się pytanie, czy my sami możemy być dla siebie tym, kim mama dziecka, która chce dla niego najlepiej i wie, co dobre, ale próbuje skłonić je do działania (lub jego zaprzestania) w niewłaściwy sposób? Tu właśnie zaczyna się ścieranie motywów „starego” i „nowego” mózgu. Nasz osobisty opór wobec zmian, który powstaje, gdy sami chcemy się do czegoś skłonić, to rodzaj energii emocjonalnej, która jest przechowywana w naszej psychice jak na twardym dysku komputera. Choć czegoś bardzo pragniemy, a objawy, jakich doświadczamy, są bolesne i dokuczliwe, i bardzo chcemy się ich pozbyć, to jednocześnie jesteśmy przywiązani do dotychczasowych nawykowych uczuć, procesów myślowych i sposobów zachowania.  Jak wyzbyć się oporu przed zmianą? Nasz osobisty opór wobec zmian, który powstaje, gdy sami chcemy się do czegoś skłonić, to rodzaj energii emocjonalnej, która jest przechowywana w naszej psychice jak na twardym dysku komputera. Choć czegoś bardzo pragniemy, a objawy, jakich doświadczamy, są bolesne i dokuczliwe, i bardzo chcemy się ich pozbyć, to jednocześnie jesteśmy przywiązani do dotychczasowych nawykowych uczuć, procesów myślowych i sposobów zachowania. Opór najczęściej bywa irracjonalny, nieprzemyślany i zdecydowanie bliżej mu do uczuć, więc rządzi nim „stary” mózg. Pomyśl, co może być źródłem oporu i jednocześnie hamulcowym Twojego rozwoju. Czy jest to: Fiksacja – to sztywne przekonanie, co do własnej tożsamości, która nie daje przestrzeni do zmian. Przylgnięcie do przeświadczenia, że mam jakieś niezmienne cechy, bywa tak silne i głębokie, że działa w naszym życiu jak ciasny gorset. Mamy skłonność do myślenia w kategoriach zero-jedynkowych: mam depresję, jestem bałaganiarzem, nie jestem liderem, mam słabą wolę. Czujemy, jakby te aspekty osobowości były nieodłączne i nienegocjowalne: „Taki po prostu jestem”. Gdy próbujemy poddawać te kategoryczne twierdzenia w wątpliwość, zaczynamy czuć się nieswojo i niepewnie, bo rozmywa się rdzeń naszego bycia kimś już określonym. Jak sobie pomóc? Myśląc o tym, z czego nie jesteś szczególnie dumny i co chciałbyś zmienić, dokończ kilkukrotnie zdanie: „Jestem osobą, która…” A teraz po kolei zakwestionuj każde z tych zdań. Jeśli przychodzi Ci do głowy, że to bzdura, bo przecież wiesz, że taki jesteś i wielokrotnie to sobie udowadniałeś, to powinna zapalić się lampka alarmowa. Wybierz jeden z przykładów fiksacji i pomyśl, jakie Twoje działania w przeszłości i wydarzenia zaprzeczają temu, że jesteś zero-jedynkowo taki, jak myślisz? Pomyśl, jakie działanie mógłbyś podjąć, aby podważyć to przekonanie na swój temat? Możesz wykorzystać tu również bardzo skuteczną metodę wchodzenia w rolę. Naukowcy z kanadyjskiego Uniwersytetu McMastera udowodnili, że podczas pracy nad rolą mózg aktora zaczyna funkcjonować inaczej. Kiedy aktor wczuwa się i przyjmuje perspektywę innej, często fikcyjnej postaci, zmniejsza się aktywność mózgowa w części płata przedczołowego. Odpowiada on za działanie pamięci roboczej, planowanie i działanie oraz analizowanie konsekwencji. Wpływa także hamująco na spontaniczne i często gwałtowne stany emocjonalne. Co z tego wynika? Kiedy wchodzimy w rolę, nasza osobowość jest stłumiona. Postać, którą gramy, może nami zawładnąć, a stąd już krok do tego, żeby ułatwić sobie zachowanie w zupełnie nowy, nietypowy i niezgodny z naszą zafiksowaną tożsamością sposób. Pomyśl o jakiejś postaci – fikcyjnej lub prawdziwej, która ma takie cechy osobowości, jakie chciałbyś mieć. Spróbuj wcielić się w tę rolę, jakbyś grał w teatrze. Jak zachowałaby się w tej sytuacji mój bohater?  Lenistwo – mierzy się z nim co jakiś czas każdy z nas. Doskonale wiemy, co należy i co chcielibyśmy zrobić, ale wcielenie tego w życie wymaga energii, którą trwonimy, pielęgnując swoje obawy. Okazuje się, że uczucie stojące za lenistwem to też lęk! Dotyczy on tego, czy nakład pracy nam się opłaci, czy upragniony rezultat się pojawi. A stąd już blisko do perfekcjonizmu. Jeśli coś mam zrobić, to już na sto procent. Jeśli mam się wziąć za pisanie artykułu, to przecież bez sensu, jeśli napiszę tylko trzy zdania. Przydałaby się przynajmniej strona. Jeśli mam się poruszać, to przecież nie mniej niż pół godziny albo pięć kilometrów truchtu, bo przecież szkoda matę rozkładać na 5 minut rozciągania. To jest wielki błąd, który jest źródłem oporu – sami to sobie robimy. Marząc o wielkiej zmianie, dajemy się porwać ekscytacji, robimy za dużo i bez przygotowania. Jak sobie pomóc? Wykorzystaj regułę dwóch minut, czyli zacznij od czegoś bardzo małego. Jakie jest najmniejsze możliwe działanie, które mógłbyś podjąć i nie zajmie Ci więcej niż dwie minuty? Trzymanie się diety przez trzy miesiące, bieganie pięciu kilometrów trzy razy w tygodniu czy rzucanie palenia może zniechęcać. Natomiast zrobienie listy zakupów na wypadek, gdyby chcieć zacząć dodawać więcej warzyw do posiłków, przygotowanie ubrania sportowego i położenie go obok łóżka, czy ograniczenie dwóch papierosów dziennie – to już jest do zrobienia! „Czytaj codziennie” zamienia się w „Przeczytaj jedną stronę przed snem”. „Napisz książkę” zamienia się w „otwórz nowy plik, zatytułuj go i napisz pierwsze zdanie”. Zamiast „naucz się wyciszać swój umysł” – medytuj dwie minuty po przebudzeniu. Dwie minuty działania bardzo szybko mogą stać się rytuałem inicjującym kolejne działania. Pamiętaj – „Kto zaczął, już zrobił połowę”. A jeśli nie masz zaufania do tej zasady, po prostu ją wypróbuj. Rób coś przez dwie minuty, a potem spróbuj przestać… Unikanie (mówiąc wprost tchórzostwo) – tu znów króluje lęk, ale nawet nie próbuje się ukrywać. Jego źródłem jest irracjonalna obawa przed wyzwaniami, która prowadzi do strategii unikania i ma niebezpieczną zdolność szybkiego rozprzestrzeniania się na coraz więcej obszarów życia. Unikanie prowadzi do większego unikania – to typowy mechanizm błędnego koła. Nasze emocje mogą znacząco wpływać na to, czy będziemy dążyć do swoich celów, czy się poddamy. Zdajemy sobie sprawę z tego, że aby odnieść sukces, musimy wytrwale pracować, często niezależnie od naszego samopoczucia, zmęczenia, napotykanych przeszkód, zniechęcających komplikacji i rozczarowań związanych z porażkami. Nasze głębokie pragnienia i cele życiowe wyznaczają kurs, zaś emocje to pogoda, która towarzyszy nam w drodze. Jak zatem sprawić, by nie rządziła nami zmienna pogoda? Jak przerwać błędne koło unikania i nawarstwiania się lęków? Jak sobie pomóc?  Przede wszystkim potrzebujemy uświadomić sobie, że niemożliwa jest realizacja ambitnych celów bez mierzenia się z porażkami i błędami, smutkiem, rozczarowaniem, a czasem wstydem. Nie ma miłości bez strachu przed odrzuceniem. Nie ma zmiany życia na lepsze bez obawy, że będzie gorzej.  W kolejnym kroku rozpoznajemy swoje wartości. Co jest dla mnie naprawdę ważne? Kim chcę być? Jaki chcę być? Co chcę osiągnąć? Czego oczekuję od życia?  Pomyśl o pięciu takich sytuacjach w swoim życiu, kiedy czułeś się w pełni szczęśliwy, spełniony, zaspokojony, a z energii, którą Cię naładowały, czerpałeś jeszcze długi czas. Może nawet dziś to wspomnienie napełnia Cię spokojem i mocą. Zastanów się, jakie zasady czy wartości zostały zrealizowane poprzez to, co się wydarzyło, czy przez działania, jakie podjąłeś. A teraz dla każdej z nich dokończ zdanie:  „Chcę być osobą, która…” Pamiętaj, że wartości, to nie cele, ale kierunki. Nie można dojść do kierunku, więc proces realizacji wartości nigdy się nie kończy. Żyć swoimi wartościami, to działać zgodnie z tym, co sobie cenisz. Ale warto też zdawać sobie sprawę, że nie jesteśmy w stanie cenić czegokolwiek bez narażania się na zranienie. Wartości nie są sposobem na to, żeby dostać to, czego chcesz w świecie, ale sposobem na to, być żyć w nim w zgodzie ze sobą. Ćwicz swoją elastyczność psychologiczną Jeśli możesz, to wstań teraz, wyprostuj się i pochylając tułów do przodu, na wyprostowanych kolanach postaraj się dotknąć czubkami palców u rąk swoich palców u stóp. Zrób to powoli i uważnie. Tyle, ile możesz. Co czujesz? Zapewne rozciąganie w tylnej części ud. Czy ono jest przyjemne, czy nie? Zdania zwykle są podzielone. Można by uznać, że „obiektywnie” nie jest to przyjemne odczucie, a jednak subiektywnie wiele osób postrzega je jako takie. Na pytanie: „Dlaczego tak jest?”, najczęściej padają następujące odpowiedzi: „Bo wiem, że nie dzieje się nic złego, że to mi służy. Bo jest to element treningu. Bo to może pomóc mi w efekcie nabyć większą sprawność i poczuć się lepiej”. Kiedy odnosimy się do treningu fizycznego, jest dla nas oczywiste, że wiąże się on z dyskomfortem, a często nawet bólem. Uznajemy, że to jest w porządku i staramy się unikać kontuzji. Dlaczego zatem nie odnieść tego myślenia do treningu mentalnego? Jak ułatwić sobie dotykanie swoich „mentalnych palców u nóg”? Drogą do tego jest akceptacja – czyli odwaga stawania w obliczu tego, co jest. Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że to paradoks. Wszak zmiana zachowania wiąże się z brakiem akceptacji tego, jak jest obecnie. Jak więc to wyjaśnić? Po drugiej stronie akceptacji jest wypieranie bolesnych myśli i emocji, walka z nimi lub próby odwracania uwagi i unikania ich. Czyli opór w najczystszej, pierwotnej postaci – nie ma problemu, dopóki się nim nie zajmuję, zaprzeczam mu, udaję, że go nie ma. Warto uświadomić sobie, że ten trudny czas jest ważnym etapem zmiany. Rozwój człowieka jest wielopoziomowy i wiąże się z przechodzeniem przez przeróżne stany psychiczne. Wydawałoby się, że nasze „noce duszy” czasem na długi czas hamują nasz rozwój, tymczasem jest dokładnie na odwrót. „Tereny niebezpiecznych dysharmonii” i kryzysy, o których pisze Kazimierz Dąbrowski, są nam potrzebne, by osiągnąć „wyższą rzeczywistość” i zrealizować nasz potencjał. Co oznacza podejść do trudności z akceptacją?  Oznacza stworzenie przestrzeni dla myśli i odczuć, i pozwolenie im być takimi, jakimi są – bez względu na to, czy są przyjemne, czy też bolesne. Jest to pełny i otwarty kontakt psychologiczny z niepożądanymi osobistymi doświadczeniami. Nie oznacza to bynajmniej tolerancji, zaciskania zębów czy prób polubienia czegoś. Jest to raczej gotowość do posiadania myśli i uczuć takimi, jakie są – robienie im miejsca, by nie przeszkadzały nam w życiu zgodnym z naszymi wartościami. W żadnym wypadku nie ma to prowadzić do akceptacji własnej mizernej sytuacji życiowej – przeciwnie, synonimem akceptacji jest gotowość do zmiany i zaangażowania się we własne życie.  Jest bardzo wiele technik akceptacji. Jedną z moich ulubionych jest normalizowanie. Cokolwiek czujemy, oznacza to, że mamy serce i jesteśmy ludźmi, którym nie jest wszystko jedno.  Przywołaj trudne uczucie związane ze zmianą, której pragniesz lub którą zastałeś. To uczucie udziela Ci cennej informacji – mówi, że Ci zależy, że są takie rzeczy w życiu, które mają dla Ciebie znaczenie. To właśnie czują ludzie, kiedy między tym, co mają, a tym, czego pragną, widzą przepaść. Im większa przepaść, tym silniejsze uczucie.  Wydawałoby się na pierwszy rzut oka, że opór przed zmianą jest zjawiskiem negatywnym, charakteryzującym ludzi słabych – czymś, co należy jak najszybciej pokonać. Jednak patrząc z punktu widzenia ewolucji i rozwoju naszego gatunku, opór jest jednym z przejawów funkcjonowania naszego skomplikowanego mózgu i niesamowitej umysłowości. Jest zjawiskiem nam wszystkim wspólnym, uniwersalnym, utwierdzającym w przekonaniu, że jesteśmy ludźmi i wszystko z nami w porządku! Jest emanacją walki starego z nowym – stałym i ważnym elementem wszechstronnego rozwoju. Bez oporu trudno wyobrazić sobie kreowanie nowej, „wyższej rzeczywistości”. W ludzkim świecie nie ma nic gotowego, zatem przed każdym z nas stoją nieskończone możliwości kreowania siebie i swojego życia. Wielokrotnie przyjdzie nam się mierzyć z oporem przed zmianą, trudnościami, cierpieniem, stagnacją, ale także z zaangażowanym działaniem, radością, dumą, poczuciem spełnienia. Dla zmian i transformacji, których będziemy dokonywać, wszystkie elementy są równie ważne i wartościowe.   
Czytaj więcej

Niejednogłośni rodzice

Często rodzice mają zupełnie odmienne zdanie w kwestiach wychowawczych. Gdzie indziej leżą ich granice, o co innego chcą zadbać. Jednocześnie miewają przekonanie, że dzieci potrzebują konsekwencji, jasnych zasad i reguł, by czuć się bezpiecznie. Jak to pogodzić?
Czytaj więcej

Co nas czeka?

Podczas ostatniej Nocy Księgarń Krzysztof Kaniasty z University of Indiana w rozmowie z Wiesławem Łukaszewskim stwierdził, że pandemia może być nie tylko przykładem klęski żywiołowej, lecz także jest kataklizmem w sensie społecznym. Ten kataklizm dotyczy relacji między ludźmi – u osób chorych czy odbywających kwarantannę dominuje poczucie osamotnienia. U wielu innych pojawiają się symptomy depresji. Jednocześnie zdarza się, że duża liczba ludzi nawiązuje kontakty z osobami, z którymi od dawna nie rozmawiały. Najczęściej są to kontakty online. Kontakty bezpośrednie stanowią źródło potencjalnego zagrożenia, choć z drugiej strony poszukujemy żywych osób, a nie tylko głów gadających w telewizorze czy na ekranie laptopa. Kaniasty zwrócił także uwagę na to, że w przeciwieństwie do innych kataklizmów, które mają zwykle trzy fazy – nagły początek, walka z zagrożeniem i koniec, pandemia ma rozmyty w czasie początek, a potem następuje faza mobilizacji, a potem trudno cokolwiek przewidzieć. Najgorsze jednak jest to, że nikt nie potrafi określić końca pandemii. Stąd też wiele osób próbuje się adaptować do zagrożenia i niekiedy efektem tego jest zaprzeczanie jego istnieniu. Z takim zjawiskiem mieliśmy do czynienia w Polsce, zapewne występowało także w innych krajach. Jednak wirusy nie posłuchały zaklęć obwieszczających koniec zarazy i dalej robiły swoje – rozprzestrzeniały się na coraz to nowe terytoria i nowe osoby.  Zauważmy, że choć sytuacja jest obiektywnie coraz poważniejsza (szybko rośnie liczba zakażeń i zgonów), nie odpowiada temu stan emocjonalny całego społeczeństwa. Na początku pandemii Krystyna Skarżyńska i Konrad Maj przeprowadzili badania na reprezentatywnej próbce polskiej populacji. Lęk i zaskoczenie spowodowały, że ponad 80% badanych deklarowało swoją akceptację dla ograniczeń wprowadzonych przez władze. Dotyczyło to m.in. ograniczeń w kontaktach z innymi ludźmi, podporządkowania się kwarantannie w wypadku kontaktu z osobą zakażoną czy przestrzeganiem zaleceń bezpieczeństwa epidemicznego. Wprawdzie aktualnie nie dysponujemy danymi, które pozwoliłyby na porównanie tych wyników ze stanem obecnym, ale można przypuszczać, że proporcja osób zaprzeczających powadze sytuacji jest większa. Nawet prezydent nie wymienił zagrożenia epidemicznego jako najważniejszego problemu dla naszego kraju.  Ludzie zaprzeczający powadze sytuacji są bardzo chętnie pokazywani przez media. Są przekonani, że epidemia to rodzaj iluzji; przedstawiają teorie spiskowe uzasadniające takie przekonanie. Warto poświęcić nieco uwagi teoriom spiskowym, które są bardzo zróżnicowane – z jednej strony przyjmują, że pojawienie się wirusa związane jest z celowym działaniem człowieka, z drugiej natomiast zaprzeczają jego istnieniu i uznają np. że jest to wynik spisku koncernów farmaceutycznych, które dążą do zwiększenia swoich dochodów ze sprzedaży leków lub szczepionek zwalczających nieistniejącego wirusa. Bogactwo spiskowych interpretacji jest w zasadzie nieograniczone. Niedawno usłyszałem, że noszenie maseczek powoduje wysychanie mózgu itd.  Teoriom spiskowym często towarzyszy antysemityzm i ksenofobia. Właśnie ksenofobia spowodowała, że wiele osób zaakceptowała odmowę rządu na przyjęcie uchodźców. Bez odpowiedzi pozostały apele samorządowców, którzy chcieli przyjmować uchodźców w swoich miastach.  Czynnikiem sprzyjającym teoriom spiskowym jest lęk. Dowodzą tego liczne badania psychologów społecznych, którzy stwierdzili, że w okresie sesji egzaminacyjnej pojawiały się silniejsze oznaki antysemityzmu aniżeli w ciągu semestru. Więcej osób podczas sesji zgadzało się z twierdzeniami, że Żydzi starają się opanować świat czy działają w potajemny sposób. Dodajmy jeszcze jedną rzecz: dotychczas nie wynaleziono ani szczepionki, ani leku, które mogłyby zapobiegać albo zwalczać szerzenie się teorii spiskowych. Zresztą antykowidowcy są konsekwentni – gdyby nawet takie specyfiki zostałyby wynalezione, to i tak nie wierzyliby w ich skuteczność, a co więcej nie mieliby powodów, aby je przyjmować. Zresztą teorie spiskowe są w zasadzie niemożliwe do obalenia – każdy, kto próbuje je krytykować, jest uznawany za uczestnika spisku.    
Czytaj więcej

Wyjście z pola konfliktu

Żyjemy w kulturze, która zakłada, że istnieje jedna, wspólna wszystkim rzeczywistość, jedna prawda. Jeśli w sytuacji konfliktowej zakładam, że to ja mam rację, ja znam tę jedyną prawdę, to siłą rzeczy mój oponent musi się mylić. A ponieważ on wychodzi z takiego samego założenia, konflikt jest nieuchronny, choć tak być nie musi. Jak wyjść z pola konfliktu? Co możemy zrobić, na co być wrażliwym, aby zrozumieć prawdziwe motywy raniących zachowań?
Czytaj więcej

Toksyczne oblicze miłości

Niektórzy miłością nazywają związek z osobą, która traktuje ich jak swoją własność. Oszukuje, narusza granice i dopuszcza się przemocy. Dlaczego wchodzą w taką relację? Jak mogą chronić w niej siebie i przerwać błędne koło emocjonalnego uwikłania?
Czytaj więcej

Zwlekający mózg

Nasz mózg jest wyjątkowym organem: pozwala zdobywać górskie szczyty, pisać wiersze i rozwiązywać skomplikowane równania matematyczne. Jednak czasami sposób, w jaki funkcjonuje, sprawia, że odkładamy ważne sprawy na później, co pociąga za sobą przykre konsekwencje. Czy możemy temu zapobiec?
Czytaj więcej

Bóg i płaskoziemcy, czyli między wiedzą a wiarą

Czy wiara wymaga rozumu, a rozum bez wiary skazany jest na zabobon? Czy możemy uwierzyć we wszystko, w co tylko chcemy? Czy natura nas nie oszukuje? Jakim językiem Adam i Ewa rozmawiali w Raju z Bogiem? Czy można mieć bardzo silną wiarę w rzeczy irracjonalne? Czy wiedza może się obyć bez wiary w to, co wiemy?  Na te i inne pytania odpowiadają w rozmowie prof. Tadeusz Zgółka, językoznawca i ks. dr Jacek Prusak, jezuita, teolog i psychoterapeuta.
Czytaj więcej

(Nie)wszystko na mojej głowie

Zastanówmy się, kto nam powiedział, że sobotę należy poświęcić na sprzątanie, w niedzielę przygotować dwudanio­wy obiad, a w tygodniu zaopatrywać lo­dówkę? Jak uwolnić się od potrzeby nadkontroli?
Czytaj więcej