Dołącz do czytelników
Brak wyników

Style życia

3 grudnia 2020

NR 10 (Grudzień 2020)

Żywot motyla

188

Z Pawłem Huelle o psie z okładki, wewnętrznym systemie zwierciadlanym, przegranych specyficznego typu i niełatwej akceptacji rozmawia Marcin Wilk

Marcin Wilk: Zaintrygował mnie pies z okładki Pańskiej najnowszej książki Talita. To istota znana Panu osobiście?
Paweł Huelle:
Nie. Pies na okładce pojawił się wśród wielu propozycji złożonych przez grafików z wydawnictwa Znak. Taki bywa obecnie obyczaj, że designerzy książki podsuwają swoje pomysły. Pomysł z wzniesionym psim pyskiem uznałem za najciekawszy i najbardziej adekwatny do treści prozy. Nie pierwszy raz udaje się okładka na moich książkach. W przypadku powieści Śpiewaj ogrody udało się zamieścić wspaniałe zdjęcie z lat trzydziestych. 

Kobieta na rowerze, pamiętam. Ale ten pies mnie interesuje.
Jak Pan wie, odgrywa on w tytułowym opowiadaniu kluczową rolę. Pojawia się mianowicie w trzech momentach i jest zwiastunem śmierci, pustej nocy, a może i pocieszenia, skoro rusza z zakonnikiem w dalszą podróż. Poza tym frapujące było jeszcze co innego. Otóż nie wiadomo, czemu ta psina wznosi pysk do góry. Czy spogląda na swojego pana, który go zostawił na zawsze pod sklepem? A może sięga wzorkiem do obłoków, gdzie szuka nadziei?
 
Też mnie to frapuje. 
W większości moich tekstów pojawiają się zagadki, czy raczej pewne nieoczywistości istnienia. Wynika to z mojego przeświadczenia, że istniejemy w łańcuchu faktów, żelaznych zdarzeń, konieczności. I to stanowi obrys naszego istnienia. 
Dla bohaterów i narratora tych opowieści istotne jest pytanie, czy to jest wszystko. To znaczy, czy ten obrys, który znamy na co dzień – ten faktograficzny, ten fizykalny, ten atomowy, w rozumieniu wirujących atomów, które tworzą nasze ciało – czy na tym kończy się definicja rzeczywistości. 

Z Pańskich książek wynika, że ewidentnie się na tym nie kończy.
Jeśli nie, to rodzi się pytanie: co jest po drugiej stronie? 

POLECAMY

Bardzo dobre pytanie.
Tyle, że nie znam na nie odpowiedzi. Nie wiem, czy jest druga strona, a może trzecia czy czwarta. Nie muszę tego wiedzieć, ale mój bohater może pytać. 

To tytułowe opowiadanie wyrosło podobno z Pańskiego osobistego doświadczenia. 
Jako dziesięcioletni chłopiec uczestniczyłem w rytuale pustej nocy, czyli nocy pożegnania nieboszczyka oraz modlitw i mantrycznych różańców. Doświadczyłem tego, chociaż sprawił to przypadek. Wydarzenie nie dotyczyło ani mojej bliskiej rodziny, ani dalszych krewnych. Sam rytuał zrobił na mnie gigantyczne wrażenie. Na co dzień mieszkałem w mieście, tam nie miałem takich doświadczeń. Ten typ rytuału był groźny, piękny i archaiczny jednocześnie. 
Wracając pamięcią do dzieciństwa na Kaszubach, bo tam wakacje spędzałem, i do tej jednej pustej nocy, miałem poczucie, że dotknąłem czegoś niesamowitego. Potem powstało opowiadanie.

Co sprawia, że jedne historie przeradzają się w opowiadanie, a inne nie? 
Izaak Babel, mistrz krótkiej formy, mówił, że wszystko nadaje się na opowiadanie. Można z najdrobniejszej sceny zrobić dzieło. O ile się umie ją oświetlić i wyreżyserować w sensie literackim. Jak? To znowu tajemnica.

Tego się obawiałem.
Kiedyś byłem u krawca, który szył dla mnie ubranko na Pierwszą Komunię. To był bardzo dziwny krawiec, który miał bardzo dziwną pracownię. Nie zwróciłem na to uwagi jako dziecko. Po latach zorientowałem się, jak bardzo tajemniczego człowieka spotkałem. Zacząłem pisać, ale zanim do tego doszło, musiało się to odbić w wewnętrznym systemie zwierciadlanym. 

„Wewnętrznym systemie zwierciadlanym”?
Jakieś wydarzenie się przyśniło, wraca się więc do niego myślą, zaczyna się je wspominać. Pierwsze odbicie to ta głęboka świadomość, która dochodzi do głosu we śnie. Drugie odbicie to przypominanie sobie snu, a równocześnie przypomnienie sobie tamtego wydarzenia, które może być bardzo odległe w czasie. Tak zaczyna się system zwierciadlanych odbić. Moment, w którym chce się zrobić z tego literaturę – to jest trzecie albo czasem nawet czwarte odbicie. Obraz już uległ przemianie. Trudno powiedzieć, czy ma coś wspólnego z oryginałem, ale – i to jest najważniejsze – dzieje się w psychice i duszy, i tam się rozgrywa.

To się właściwie zgadza z moimi doświadczeniami, bo czytając Pańskie opowiadania, myślałem, że przebywam gdzieś na skraju rzeczywistości i snu. 
Mam taką metodę literacką, że czerpię z rzeczywistości. Gdy opisuję na przykład szczegóły warsztatu pana Lipszyca czy szczegóły podróży samochodem po Ukrainie w latach dziewięćdziesiątych, pracuję wtedy z realizmem. Wszystkie elementy, łącznie z pyłkami wirującego kurzu i zapachem akacji na cmentarzu, są rzeczywiste. Sam lubię taką prozę jako czytelnik. Ale to jednocześnie łączy się z systemem zwierciadlanych odbić, czyli zwielokrotnionego postrzegania. Stąd być może bierze się pewna dziwność i nieoczywistość tych opowieści. 

Muszę przyznać, że podoba mi się, iż staje Pan w swoich opowiadaniach po stronie przegranych.
To przegrani specyficznego typu. Należy uważać, by nie spłaszczać ich kategoriami socjologicznymi, aczkolwiek na pewno mówimy o tych, którzy nie osiągają zawrotnych sukcesów w życiu. Po ich stronie staję. 

Kim oni właściwie są?
To ludzie, którzy z pewnym bólem melancholii konstatują swoje przemijanie i marność pod gwiazdami tego świata. To naturalne doświadczenie. W miarę upływu czasu uzyskuje się gorzką wiedzę, zgodnie z którą świat jest przemijaniem, a nasze życie przypomina żywot motyla, który na wiosnę wykluwa się z obrzydliwej mas...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy