Droga do życia

Psychologia i życie

Przez lata codziennie byłem w stanie upojenia. Zmieniało się tylko to, po jakie środki sięgałem. Rzeczy, które trzymały mnie przy życiu, powoli się ulatniały. Wiedziałem, że jestem bliski końca. Aż zawarłem umowę ze wszechświatem, czy pozostanę przy życiu, czy nie. Mówiłem sobie – zostanę, ale muszę zostać „po coś”. Nie wiedziałem wtedy, czym to coś będzie. Cokolwiek. Odnajdywałem swoją drogę centymetr po centymetrze, dzień po dniu. Drogę do życia, którego nie mogłem sobie nawet wymarzyć.

Paweł Dyberny: Jesteś jednym ze współtwórców terapii akceptacji i zaangażowania. Dla Ciebie droga do akceptacji była drogą wydobywania się z nałogu. Piszesz o tym w książce Życie bez nałogu. Jak się zaczęło?
Kelly Wilson:
„Magię” alkoholu odkryłem bardzo wcześnie, już jako nastolatek. Na początku miałem kontrolę nad tym, ile wypijam, albo przynajmniej tak mi się wydawało. Są ludzie, którzy lubią pić. Są też tacy, których alkohol unosi, i tak było w moim przypadku. Po wypiciu czułem się bardziej komfortowo we własnej skórze. Kiedy już potrafiłem zachować trzeźwość, na różnych spotkaniach i konferencjach obserwowałem ludzi, jak piją. I widziałem osoby, które miały taką samą relację z alkoholem, jak ja kiedyś. Nie było ich zbyt wiele, ale rzucało się w oczy, że gdy się napiły, stawały się pewne siebie i swobodne.

POLECAMY

Zacząłeś pić, gdy miałeś trzynaście lat. Co było potem?
Było tylko gorzej. Trzy lata później byłem już uzależniony od narkotyków. Szybko przeszedłem od picia do brania tabletek, palenia marihuany i w końcu do wstrzykiwania sobie w żyłę narkotyków. Taki stan utrzymywał się do trzydziestki. Zabawne, kiedy w końcu przestałem „dawać sobie w żyłę”, uznałem, że się uwolniłem z nałogu. Wierzyłem, że jeśli przestanę ćpać, wszystko będzie w porządku. Ludzie pamiętający lata osiemdziesiąte wiedzą, że był to najwyższy czas na podjęcie takiej decyzji. Zaczęto zgłaszać pierwsze przypadki AIDS. Okazało się jednak, że zerwanie z narkomanią nie do końca rozwiązało moje problemy. Przez kolejne sześć lat codziennie byłem w stanie upojenia. Zmieniało się tylko to, po jakie środki sięgałem. 

Miało to swoją cenę. Jakie straty poniosłeś w wyniku uzależnienia?
Rozpadło się moje małżeństwo. Żona nie potrafiła dalej żyć ze mną. Odeszła. Byłem wtedy tak niebezpieczny i autodestrukcyjny, że była to jedyna rozsądna decyzja. Mieliśmy trzyletnią córeczkę. Kurczowo trzymała mamę za nogę, prosząc mnie, bym się zmienił. Pamiętam tę chwilę, jakby to było wczoraj. Ta mała dziewczynka nie gniewała się na mnie, nie osądzała. Chciała tylko, bym się zmienił, a ja po prostu zostawiłem ją i jej mamę. Gdy przywołuję tę chwilę w pamięci, powtarzam sobie, że to najlepsze, co mogłem uczynić.

Dlaczego najlepsze? W jakim sensie?
Miałem poczucie, że nie przynależę do tego świata. Z jednej strony było coś atrakcyjnego we mnie, co przyciągało ludzi, ale z drugiej widziałem, że im bardziej się do mnie zbliżali, tym więcej bólu doznawali z mojej strony. Wkrótce powtórnie się ożeniłem. Pięć lat później moja druga żona powiedziała, że dłużej już nie da rady ze mną żyć. To było dla niej zbyt wiele. Widziałem, jakie zniszczenie zostawiałem za sobą, miałem tego świadomość. Nie potrafiłem jednak przestać. Niedługo po tym, kiedy druga ż...

Artykuł jest dostępny dla zalogowanych użytkowników w ramach Otwartego Dostępu.

Jak uzyskać dostęp? Wystarczy, że założysz bezpłatne konto lub zalogujesz się.
Czeka na Ciebie pakiet inspirujących materiałów pokazowych.
Załóż bezpłatne konto Zaloguj się

POLECAMY

Przypisy