Dołącz do czytelników
Brak wyników

Psychologia i życie

3 grudnia 2020

NR 10 (Grudzień 2020)

Droga do życia

0 229

Przez lata codziennie byłem w stanie upojenia. Zmieniało się tylko to, po jakie środki sięgałem. Rzeczy, które trzymały mnie przy życiu, powoli się ulatniały. Wiedziałem, że jestem bliski końca. Aż zawarłem umowę ze wszechświatem, czy pozostanę przy życiu, czy nie. Mówiłem sobie – zostanę, ale muszę zostać „po coś”. Nie wiedziałem wtedy, czym to coś będzie. Cokolwiek. Odnajdywałem swoją drogę centymetr po centymetrze, dzień po dniu. Drogę do życia, którego nie mogłem sobie nawet wymarzyć.

Paweł Dyberny: Jesteś jednym ze współtwórców terapii akceptacji i zaangażowania. Dla Ciebie droga do akceptacji była drogą wydobywania się z nałogu. Piszesz o tym w książce Życie bez nałogu. Jak się zaczęło?
Kelly Wilson:
„Magię” alkoholu odkryłem bardzo wcześnie, już jako nastolatek. Na początku miałem kontrolę nad tym, ile wypijam, albo przynajmniej tak mi się wydawało. Są ludzie, którzy lubią pić. Są też tacy, których alkohol unosi, i tak było w moim przypadku. Po wypiciu czułem się bardziej komfortowo we własnej skórze. Kiedy już potrafiłem zachować trzeźwość, na różnych spotkaniach i konferencjach obserwowałem ludzi, jak piją. I widziałem osoby, które miały taką samą relację z alkoholem, jak ja kiedyś. Nie było ich zbyt wiele, ale rzucało się w oczy, że gdy się napiły, stawały się pewne siebie i swobodne.

Zacząłeś pić, gdy miałeś trzynaście lat. Co było potem?
Było tylko gorzej. Trzy lata później byłem już uzależniony od narkotyków. Szybko przeszedłem od picia do brania tabletek, palenia marihuany i w końcu do wstrzykiwania sobie w żyłę narkotyków. Taki stan utrzymywał się do trzydziestki. Zabawne, kiedy w końcu przestałem „dawać sobie w żyłę”, uznałem, że się uwolniłem z nałogu. Wierzyłem, że jeśli przestanę ćpać, wszystko będzie w porządku. Ludzie pamiętający lata osiemdziesiąte wiedzą, że był to najwyższy czas na podjęcie takiej decyzji. Zaczęto zgłaszać pierwsze przypadki AIDS. Okazało się jednak, że zerwanie z narkomanią nie do końca rozwiązało moje problemy. Przez kolejne sześć lat codziennie byłem w stanie upojenia. Zmieniało się tylko to, po jakie środki sięgałem. 

Miało to swoją cenę. Jakie straty poniosłeś w wyniku uzależnienia?
Rozpadło się moje małżeństwo. Żona nie potrafiła dalej żyć ze mną. Odeszła. Byłem wtedy tak niebezpieczny i autodestrukcyjny, że była to jedyna rozsądna decyzja. Mieliśmy trzyletnią córeczkę. Kurczowo trzymała mamę za nogę, prosząc mnie, bym się zmienił. Pamiętam tę chwilę, jakby to było wczoraj. Ta mała dziewczynka nie gniewała się na mnie, nie osądzała. Chciała tylko, bym się zmienił, a ja po prostu zostawiłem ją i jej mamę. Gdy przywołuję tę chwilę w pamięci, powtarzam sobie, że to najlepsze, co mogłem uczynić.

POLECAMY

Dlaczego najlepsze? W jakim sensie?
Miałem poczucie, że nie przynależę do tego świata. Z jednej strony było coś atrakcyjnego we mnie, co przyciągało ludzi, ale z drugiej widziałem, że im bardziej się do mnie zbliżali, tym więcej bólu doznawali z mojej strony. Wkrótce powtórnie się ożeniłem. Pięć lat później moja druga żona powiedziała, że dłużej już nie da rady ze mną żyć. To było dla niej zbyt wiele. Widziałem, jakie zniszczenie zostawiałem za sobą, miałem tego świadomość. Nie potrafiłem jednak przestać. Niedługo po tym, kiedy druga żona mnie zostawiła, trafiłem na zamknięty oddział psychiatryczny. Ciągle pojawiały się myśli samobójcze. Rzeczy, które trzymały mnie przy życiu, powoli się ulatniały. Wiedziałem, że jestem bliski końca. Nie czułem rozpaczy, nie płakałem. Byłem po prostu wyczerpany, widząc, że tak naprawdę nic ze mnie nie zostało. 

Szukałeś dla siebie jakiejś formy pomocy?
Znajomy zawiózł mnie do ośrodka leczenia uzależnień w Seattle, po czym szybko odjechał. Nie chcieli mnie tam przyjąć z powodu tendencji samobójczych. Stałem sam w hallu. Podszedł do mnie ochroniarz i powiedział, jak dostać się do szpitala Harborview, który był kilka przecznic dalej. Poszedłem tam pieszo i spędziłem noc w szpitalu przypięty pasami do łóżka na korytarzu. Następnego dnia przenieśli mnie do szpitala psychiatrycznego. Tam przeszedłem naprawdę ciężki detoks. Kolejny miesiąc spędziłem w oldschoolowym ośrodku leczenia uzależnień od alkoholu i narkotyków. Po wyjściu w ciągu trzech miesięcy miałem kilka nawrotów, po czym upiłem się do nieprzytomności. To było 31 maja 1985 roku – wtedy ostatni raz sięgnąłem po alkohol. Zawarłem umowę ze wszechświatem, czy pozostanę przy życiu, czy nie. Mówiłem sobie – zostanę, ale muszę zostać po coś. Nie wiedziałem wtedy, czym to „coś” było. Cokolwiek. Odnajdywałem swoją drogę centymetr po centymetrze, dzień po dniu. Drogę do życia, którego nie mogłem nawet sobie wymarzyć. 

Tą drogą okazała terapia akceptacji i zaangażowania, którą współtworzyłeś. Dlaczego właśnie ona? Na czym polega jej siła?
Jednym z głównych filarów terapii jest bycie obecnym w swoim życiu zamiast martwienia się tym, co przyniesie przyszłość lub przeżuwania przeszłych zdarzeń. 

Jak piszesz w swojej książce: „My, ludzie, spędzamy mnóstwo czasu na rozpamiętywaniu krzywd, które wyrządziliśmy innym lub które wyrządzono nam samym. Przeżuwamy jak krowy, tyle że nie trawę, a własne zgryzoty – ciągle od nowa i bez końca”. Z jakim skutkiem?
Marnujemy cenne chwile na próby odwrócenia nieodwracalnej przeszłości lub poznania niepoznawalnej przyszłości.

Jak uwolnić się od takiego zamartwiania i być obecnym?
Polega to na umiejętnym patrzeniu z elastycznej perspektywy, z której możemy przyglądać się przeszłości i przyszłości, bez tkwienia w myślach o nich. Wiąże się to także z większą życzliwością względem innych, szczególnie gdy mamy tendencje do bycia szorstkimi, osądzającymi i potępiającymi. W terapii akceptacji i zaangażowania uczymy się także, jak otwierać się na trudne doświadczenia. Jeśli zależy nam na czymś z całego serca, to nieuchronnie na jakimś etapie życia pojawi się wokół tego także cierpienie. Przykładem może być małżeństwo, rodzicielstwo czy sprawy zawodowe. Ceną za bilet wstępu do tych obszarów jest między innymi gotowość do doświa...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy