Adam Zemełka: Przepraszam, że tak późno, bo uważam, że ta rozmowa powinna odbyć się zdecydowanie wcześniej. Wiele lat wcześniej. Bo nieczęsto się zdarza, że Polka stoi na czele Amerykańskiego Banku Mózgów.
Barbara Lipska: Bardzo mi miło. Teraz jestem już na emeryturze. Ale do emerytury rzeczywiście kierowałam Bankiem.
Mam w ręku Pani książkę pod tytułem Neurolożka. Piękny umysł, który się zgubił. Na jej okładce widnieje przepiękne zdjęcie.
Ile miałam wtedy lat? Najwyżej dwadzieścia kilka.
To samo zdjęcie znajduje się także na okładce amerykańskiej. Czy pamięta Pani, w jakich okolicznościach ono powstało?
Tak, ten obrazek wisi u mnie na ścianie i mam z nim wiele fantastycznych wspomnień. To zdjęcie zrobił mój pierwszy mąż, który – jak wiadomo z książki – zmarł na czerniaka. Była to nasza podróż poślubna do Francji. Byliśmy nad morzem w Biarritz i cóż… Wyglądam na tym zdjęciu chyba dobrze.
Powiedziałbym, że znakomicie! Jak to się stało, że neurobiolożka zza żelaznej kurtyny została badaczką w Narodowym Instytucie Zdrowia Psychicznego USA? Był rok 1988, konferencja naukowa w Monachium.
To był mój pierwszy wyjazd na Zachód. Przedstawiłam wyniki badań nad lekami przeciw schizofrenii. Już wtedy zajmowałam się schizofrenią, badając kinetykę leków. Postanowiłam pojechać na tamtą konferencję z 20 dolarami w kieszeni, co było w wprost szalone. No i właśnie tam zauważył mnie jeden ze znakomitych amerykańskich naukowców. Zaprosił mnie do Stanów Zjednoczonych. Byłam oszołomiona, nawet nie wyobrażałam sobie, że jest to możliwe.
Brzmi to jak scenariusz dobrego filmu. Czy miała Pani wątpliwości co do skorzystania z tej oferty?
Absolutnie żadnych! Zero! Jestem osobą raczej odważną, rzucam się na głęboką wodę. Dzieci były oszołomione, ale i zachwycone, bo to wciąż były małe dzieciaki. No i pojechaliśmy, nie wiedząc, co nas czeka.
To jest imponujące, bo często dziś mówimy, że obecne młode pokolenie ma w sobie duże pokłady lęku. Tymczasem Pani – młoda kobieta wraz z mężem i dziećmi decyduje się na krok wręcz szalony.
Dwie walizki. Nie mieliśmy wiele rzeczy do zabrania ze sobą. Ja przyjechałam sześć tygodni wcześniej. Kupiłam jakieś materace, żeby można było przenocować te pierwsze dni, ale okazało się, że trochę dłużej na nich spaliśmy (śmiech). Było świetnie. Ja byłam strasznie podekscytowana i w ogóle teraz aż sama z niedowierzaniem spoglądam wstecz.
POLECAMY
A czy zakładała Pani, że będzie to podróż na całe życie?
Tak. Od samego początku. Żegnałam się z moimi rodzicami, sądząc, że już ich nigdy nie zobaczę. Jeszcze przecież nie było wiadomo, że komunizm upadnie. Nawet moja wiza przewidywała, że zostałam „wypożyczona” do amerykańskiego laboratorium, by nauczyć się w nim nowych rzeczy i wrócić do PRL. Ale ja od razu wiedziałam, że nie wrócę.
Podczas pracy w amerykańskim laboratorium mnóstwo szczurów przeszło przez Pani ręce. Pisała Pani, że chyba zemściły się potem zza grobu, zsyłając guzy mózgu…
To prawda. Nie wiedziałam, jak prowadzić takie badania, ale szybko się uczyłam. Miałam też świetnego nauczyciela w postaci doktora pochodzącego z Ukrainy, ale wykształconego w Kanadzie. Bardzo się zaprzyjaźniliśmy. Nauczył mnie, jak wycinać kawałki szczurzego mózgu, jak rozpoznawać poszczególne struktury anatomiczne. Szybko stałam się specjalistką, ale niestety było to okupione żywotem wielu szczurów.
Prowadziliście Państwo badania nad schizofrenią.
Tak. Może Pan zapytać – dlaczego więc szczury? Nie jest to takie dziwne, ponieważ struktura mózgu szczurzego nie odbiega tak bardzo od ludzkiego. Zresztą, mam przy sobie model własnego mózgu. Wykonany na drukarce 3D przez mojego syna. Czerwone kropki to moje guzy.
W 1993 r. opublikowała Pani artykuł poświęcony schizofrenii. C...
Dołącz do 50 000+ czytelników, którzy dbają o swoje zdrowie psychiczne
Otrzymuj co miesiąc sprawdzone narzędzia psychologiczne od ekspertów-praktyków. Buduj odporność psychiczną, lepsze relacje i poczucie spełnienia.