Dołącz do czytelników
Brak wyników

Poradnik pozytywnego myślenia na czas wyzwań

3 grudnia 2020

NR 10 (Grudzień 2020)

Ćwiczenia z rodzicielstwa

54

W naszej jadalni słowa przecinały powietrze jak kule armatnie. Łzy leciały z oczu. Drzwi ledwo wytrzymywały w zawiasach od trzaskania. Krzyczeliśmy zamiast mówić i kminiliśmy zamiast spać. Kiedy stawałam się rodzicem nastolatka było to dla mnie i mojego męża cholernie trudne, a dla mojego ego dodatkowo bolesne, bo wcześniej żyłam w poczuciu, że kwestie komunikacyjne mam zasadniczo ogarnięte. Tymczasem miałam przed sobą najtrudniejsze ćwiczenie komunikacyjne w swoim życiu, a mój syn stał się moim personalnym trenerem. 
„Kiedy uczeń jest gotowy, nauczyciel się pojawia” – tak głosi mądre przysłowie. Nie mam jednak przekonania, żeby ta reguła obowiązywała wtedy, kiedy stajemy się rodzicami nastolatków. Czy jesteśmy gotowi czy nie, nasze dzieci przekształcają się i stawiają przed nami zadania, które w wielu momentach wydają się nas przerastać. 
W pewnym momencie rzuciłam się do lektur i okazało się, że dwie z nich w połączeniu z tak zwaną pracą nad sobą wystarczyły, żeby zobaczyć naprawdę dużą różnicę. Pierwsza z nich to Nastolatki. Kiedy kończy się wychowanie? Jespera Juula. Wśród różnych zdań i paragrafów, które budziły mój opór, autor umieścił myśl, która otwarła mi oczy. Myśl była taka: najważniejszą rzeczą, jaką rodzic może dać swojemu nastoletniemu dziecku, jest zaufanie. I nie chodzi o zaufanie, że to dziecko kiedyś stanie się takie, jakie wydaje nam się, że powinno być. Nie chodzi też o zaufanie dotyczące bieżących decyzji, które podejmuje. Chodzi o zaufanie, że ten człowiek kiedyś stanie się tym, kim chce się stać. Ta myśl była dla mnie ważna, ponieważ pozwoliła mi zobaczyć coś, czego wcześniej nie udawało mi się widzieć – nie miałam tego rodzaju zaufania do swojego syna. Ta prawda stanęła przede mną w całej swojej brutalnej oczywistości, patrząc mi w oczy, nie spuszczając ze mnie wzroku, jak w tej grze, w której dwoje ludzi siedzi naprzeciwko siebie i wygrywa ten, który dłużej nie mrugnie. Mrugnęłam pierwsza. Prawda była taka, że nie ufałam, że mój syn idzie drogą, którą ma iść, by stać się tym, kim chce się stać. A skoro mu nie ufałam, skazywałam samą siebie na pedagogiczny maraton, co tam maraton, triathlon, na który składały się nieustanne korekty. 
Wyobraź sobie ten proces z drugiej strony: wyobraź sobie, że najważniejszy człowiek na świecie nieustannie kwestionuje twoje wybory. „Jak ty się ubrałaś? Dlaczego znowu to nie jest zrobione? To jest twoje śniadanie? Ale po co ty się chcesz spotykać z tym Michałem? Znowu siedzisz w telefonie!”. Te wszystkie zdania, których pod koniec dnia zbiera się pewnie kilkadziesiąt, na jakimś planie słyszane są jako nie. Nie, nie, nie, nie, nie. Mówione tobie przez człowieka, który jest najważniejszy na świecie.
Nie jestem fanką tak zwanego bezstresowego wychowania i bardzo wierzę w wyznaczanie reguł i, mniej lub bardziej skuteczne, ale próby egzekwowania ich. Ale kiedy zdałam sobie sprawę, że na głębokim poziomie nie miałam zaufania do mojego syna i jego drogi, poddałam audytowi swoje rodzicielskie teksty. I okazało się, że większość z nich była krytyczna, a większość z tej większości dotyczyła rzeczy drugorzędnych i była po prostu niepotrzebna. Równocześnie dokonało się we mnie jakieś przekształcenie – przestawiłam się na zaufanie, to właśnie, o którym pisał Juul. 
Towarzyszyło temu poczucie, które zassałam z in...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy