Dołącz do czytelników
Brak wyników

Trening psychologiczny

23 września 2020

NR 8 (Październik 2020)

Uwolnić ciało

450

Mowa ciała jest wyrazem potrzeb, źródłem informacji o naszych przejściach i doświadczanych emocjach. W jaki sposób nawiązać kontakt ze swoim ciałem oraz nauczyć się lepiej rozpoznawać i rozumieć swoje reakcje emocjonalne?   


Ciało. Budzi pożądanie i trwogę jednocześnie. Jest źródłem przyjemności, ale też lęku przed chorobą i starzeniem. Kult młodości, tężyzny, atrakcyjności stawia ciało w centrum, na piedestale. Zarazem każe nam tłumić jego naturalną ekspresję. Wstydzić się zapachu, owłosienia, wydzielin. Czuć odrazę do oznak starzenia i niedoskonałości. W ten sposób spacyfikowane ciało staje się zaledwie kostiumem wiecznie upiększanym. Zredukowane do roli przedmiotu jest „czymś”, lecz na pewno nie nami.
Zachodnie religie uwypuklają jeszcze ten rozłam ciała i duszy, zdając się przeciwstawiać je sobie. Boska moc odebrana jest ciału jako siedlisku nieczystości i grzechu. Więziona w nim dusza jest święta, bo wieczna, ciało zaś umiera, ulega rozkładowi, gnije. Nauka z kolei głosi potęgę ludzkiego umysłu. Koncentracja nauki na umyśle, a religii na duchu spowodowała, że ciało stało się odrębne. 

POLECAMY

Ciało wie, kim jestem, z czym się zmagam i jak sobie z tym radzę 

Człowiek został podzielony na fragmenty, rozczłonkowany. Jak zauważył Ken Wilber w książce Niepodzielone, większość osób zapytanych: „Czujesz, że jesteś ciałem, czy też czujesz, że posiadasz ciało?” odpowie, że posiada je, mniej więcej na tej samej zasadzie, na jakiej są właścicielami samochodu czy mieszkania. Tymczasem to właśnie przez ciało doświadczamy rzeczywistości, kontaktujemy się ze wszystkim, co nas otacza, reagujemy na świat.

Za pomocą ruchu mięśni wyrażamy uczucia, wykonujemy gesty, poruszamy się, wpływamy na środowisko, tworzymy, wchodzimy w relacje z innymi, ustanawiamy granice. W ciele zapisują się nasze życiowe doświadczenia.

Nasze ciało stale reaguje na nasze myśli i emocje. Wilhelm Reich, austriacki psychiatra i psychoanalityk, zauważył, że psychiczne cechy człowieka są widoczne w postawie jego ciała. Był przekonany, że zbroja charakteru jest tym samym, co zbroja mięśniowa, czyli chroniczne napięcia fizyczne. Uważał, że charakterystyczny sposób bycia człowieka, z jego stereotypowym zachowaniem, tworzy obronę przeciwko przykrym wspomnieniom. Sami często dostrzegamy tę „zbroję” u innych instynktownie: patrząc na kogoś, sposób, w jaki się porusza, gestykuluje, obserwując mimikę, słuchając melodii jego głosu – wyciągamy wnioski, z jakim „typem charakterologicznym” mamy do czynienia.

Alexander Lowen, amerykański psychiatra i psychoterapeuta, uczeń Wilhelma Reicha, przekonywał, że podobnie jak leśniczy odczytuje historię drzewa z jego słojów, terapeuta bioenergetyczny potrafi, patrząc na ciało człowieka, odtworzyć historię jego życia: postawy, jakie przyjmuje, wewnętrzne konflikty, schematy osobiste, mechanizmy obronne. Analiza bioenergetyczna, której jest twórcą, zakłada, że źródłem nerwic i depresji jest tłumienie uczuć, które przejawia się w chronicznych napięciach mięśniowych, a te blokują przepływ życiowej energii.

Dlaczego zakładamy emocjonalny kaftan bezpieczeństwa  

Wiedza o rozwijaniu świadomości ciała ma starożytne korzenie, głównie we wschodnich praktykach medytacji i jogi. Idea wykorzystania tego w psychoterapii została prawdopodobnie po raz pierwszy wprowadzona przez Fritza Perlsa, twórcę terapii Gestalt, w jego książce Ego, Hunger and Aggresion wydanej w 1942 r. Obecnie bardzo dużo mówi się o znaczeniu pracy z ciałem w psychoterapii, nie tylko w obszarze terapii traumy i zespołu stresu pourazowego, choć jeszcze niedawno tradycyjne modele terapeutyczne traktowały ciało i umysł człowieka jako odrębne całości. Kultywowano przekonanie, że terapeutycznie można oddziaływać albo na umysł – przez terapię werbalną (psychoterapię), albo na ciało – lecząc je fizycznie przez oddziaływania medyczne. 

Zintegrowana dziś wizja człowieka dostrzega, że procesy cielesne i umysłowe są nierozłączne. Podejście holistyczne reprezentują wspomniane już analiza bioenergetyczna oraz terapia Gestalt, ale także wiele innych  podejść, m.in. będąca nurtem humanistycznym terapia skoncentrowana na emocjach (EFT) Lesliego Greenberga, somatic experiencing (SE) Petera Levine’a, terapia skoncentrowana na współczuciu (CFT) Paula Gilberta, TRE (trauma releasing exercises), psychoterapia tańcem i ruchem czy eye movement desensitization and reprocessing (EMDR). Dziś wszystkie główne nurty terapii – w tym także podejścia psychodynamiczne, psychoanaliza i terapia poznawczo-behawioralna – nie lekceważą znaczenia ciała w procesie przepracowywania bolesnych i ważnych doświadczeń. U podstaw tego podejścia leży przekonanie, że tylko człowiek świadomy w równej mierze „mowy” swojego ciała i umysłu może w konsekwencji doświadczyć integracji, co skutkuje redukcją lub nawet eliminacją problematycznych objawów, głęboką ulgą i znaczną poprawą jakości życia.

Traktując człowieka holistycznie, nie można nie zauważyć, że naszym odczuciom zawsze towarzyszą doznania somatyczne. Na przykład doznanie smutku wiąże się często z wrażeniem ciężaru w klatce piersiowej, napięciem w przeponie, ściskaniem w gardle i ze łzami w oczach. Przez ciało doświadczamy własnych emocji. Nie zawsze są przyjemne, dlatego wolimy się od nich odcinać. Niejednokrotnie pojawienie się jakiegoś uczucia budzi w nas niechęć. Przykładowo, pojawiający się gniew może napotkać wewnętrzne przekonanie: „U nas w rodzinie nie okazuje się złości”. Gdybyśmy więc przeżyli ją i wyrazili w pełni, moglibyśmy narazić się na odrzucenie przez ważne dla nas osoby. Aby uniknąć tego ryzyka, sami zakładamy sobie rodzaj emocjonalnego kaftana bezpieczeństwa. Naturalny ruch związany z wyrażaniem uczuć zostaje zahamowany i następuje odcięcie od doznań fizycznych.

Jednak każda niewyrażona emocja zostawia ślad w ciele, który przeradza się w chroniczne napięcie konkretnych grup mięśni. W wyniku tego możemy skarżyć się na bóle pleców, żołądka, gardła czy głowy, co z czasem może doprowadzić do poważnych dysfunkcji tych organów, które są symbolicznie terytorium „wojny domowej”.

Dlaczego autentyczność w wyrażaniu emocji jest ważna 

Wielu ludzi nie ma kontaktu ze swoimi uczuciami i pragnieniami. Jesteśmy świadomi kulturowej presji, która sprawiła, że mężczyźni przez wieki musieli zaprzeczać pojawiającym się w nich naturalnie odczuciom strachu, bezradności czy smutku. Z kolei kobiety wychowywano tak, aby koncentrowały się przede wszystkim na zaspokajaniu oczekiwań otoczenia i stawianiu na pierwszym miejscu uczuć innych ludzi, ale nie własnych. Z brakiem aprobaty społecznej spotykał się ich gniew i otwarte wyrażanie sprzeciwu, demonstracja własnej siły, autonomii i woli. Nic dziwnego, że trudno nam być w kontakcie z własnym ciałem, skoro jest ono siedliskiem tych wszystkich represjonowanych przez pokolenia, niechcianych emocji. 

Naszym odczuciom zawsze towarzyszą doznania somatyczne. Doznanie smutku wiąże się często z wrażeniem ciężaru w klatce piersiowej, napięciem w przeponie, ściskaniem w gardle i ze łzami w oczach. Przez ciało doświadczamy własnych emocji, a każda niewyrażona emocja zostawia w ciele ślad.

Wiele o naturze uczuć mówi etymologia słowa „emocja”. Pochodzi z łaciny: e („poza, na zewnątrz”) i movere („poruszać”) oznacza „poruszać się na zewnątrz”. Uczucia, jeśli pozwolimy im rozwijać się naturalnie, będą się uzewnętrzniać, np. smutek objawi się najpewniej przez szloch. Tymczasem od dzieciństwa uczeni jesteśmy czegoś przeciwnego. Od rodziców i innych opiekunów odebraliśmy lekcję, aby nie poddawać się „irracjonalnym” emocjom, tłumić je. Naturalna ekspresja uczuć, taka jak: krzyk, płacz, jęk, a nawet głośny śmiech, wciąż nie spotyka się ze społeczną akceptacją. W świecie, który ufa „rozumowi”, emocje przeszkadzają, są niepraktyczne.

Podczas gdy zdrowy rozsądek kojarzy się z siłą, to emocjonalność – ze słabością i histerią. 

Tłamsząc w sobie tę autentyczność, tracimy kontakt z sobą i zaufanie do siebie. Przestajemy wierzyć własnym doznaniom i reakcjom. Ograniczamy swoje zachowanie. Bojąc się smutku, być może zrezygnujemy z miłości, a obawiając się porażki – z realizacji ważnych pragnień. „Jeśli nasze próby sięgania po coś, uzyskiwania czegoś od innych są stale krytykowane lub odrzucane, wtedy ujawnianie potrzeby miłości wydawać się zacznie wielkim ryzykiem. Rezultatem będzie stałe napięcie mięśni ramion i klatki piersiowej w okolicy serca, uniemożliwiające sięganie po miłość” – pisze James I. Kepner w książce Ciało w procesie psychoterapii Gestalt. Według Alexandra

Lowena człowiek, który nie ma kontaktu z własnym ciałem, nie może nawet wiedzieć, że jest zamknięty: „Będzie mówił o miłości, będzie nawet dokonywał czynów miłości, ale nie będą one przekonujące, bo ani w słowa, ani w działania nie włoży serca”.

„Witaj Kłębku”, czyli jak nawiązać kontakt z własnym ciałem 

Wielu z nas czuje opór przed zwróceniem się w stronę swojego ciała. Instynktownie czujemy, że poruszymy bolesne obszary, tkliwe miejsca, że spotkamy się z tym, co trudne. Uwolnienie emocji budzi lęk przed ich siłą i całkowitą utratą nad nimi kontroli. Twardy pancerz mięśniowy niczym zbroja pełnił przecież w naszym życiu przez lata ważną funkcję – miał zagłuszać ból dawnych ran, chronić przed trudnymi do zniesienia uczuciami, a także stanowić obronę przed ponownym zranieniem. To zrozumiałe, że nawiązując kontakt z własnym ciałem, możemy początkowo czuć się poważnie zaniepokojeni. Nasza zbroja będzie przecież mięknąć, może całkiem zniknie. Co wtedy będzie z nami? „Fala tsunami” latami tłumionych emocji wydaje się realną perspektywą. Odmrożą się uczucia i wspomnienia, duchy przeszłości, o których chcieliśmy nie pamiętać. Dla wielu osób taki scenariusz wydaje się zbyt przerażający, by ryzykować kontaktowanie się z ciałem na własną rękę. Wówczas pomoc psychoterapeuty może okazać się nieodzowna – jego wsparcie pozwoli w bezpieczny sposób otworzyć się na to doświadczenie, przyjąć je i objąć refleksją. Może pojawić się także ból fizyczny spowodowany pobudzeniem krążenia, ruchu energii w dotąd skurczonym obszarze. Ponieważ trudne emocje wywołują nieprzyjemne doznania, na co dzień nawykowo staramy się od nich odcinać. Gdy pojawia się ucisk w gardle lub ściskanie w klatce piersiowej, wielu z nas chce natychmiast pozbyć tych uczuć. Zazwyczaj nie przychodzi nam do głowy, by zrobić coś przeciwnego: skierować światło świadomości w ich stronę, towarzyszyć im, wsłuchać się w nie. Paradoks polega na tym, że tylko pozwalając uczuciom być, obdarzając je swoją uwagą, doświadczając ich, możemy sprawić, że emocjonalny i często także fizyczny dyskomfort, a nawet ból, okażą się – z dużym prawdopodobieństwem – niezagrażające i przemijające. Przez świadomą obecność, bycie w kontakcie z własnymi doznaniami cielesnymi i uczuciami tkanki rozluźniają się, postępuje odprężenie mięśni i pojawia się doznanie ulgi.

Focusing to doświadczeniowy proces terapeutyczny nakierowany na ciało, jego twórcą jest Eugene Gendlin. 

Ta niezwykła podróż do wieloaspektowego świata naszego wnętrza zaczyna się od skierowania uwagi na ciało, zwłaszcza na gardło, klatkę piersiową, żołądek, brzuch. Później łagodnie zadajemy pytanie: „Co teraz domaga się mojej uwagi?”. Ważna jest postawa uważności i współczucia. Jesteśmy obserwatorem przepełnionym życzliwością wobec wszystkiego, co się wyłania. Niczego nie robimy na siłę. Z delikatnością rozglądamy się „po okolicy”, wyczuwając, co się dzieje w centrum naszego ciała. Nie próbujemy niczego prowokować, by odszukać coś koniecznie, spowodować, aby się wydarzyło. Jesteśmy „tym-który-zauważa”. Kiedy coś odnajdujemy, uświadamiamy to sobie, pozostając wrażliwi na najdrobniejsze zmiany w „poczuciach”, które się mogą wyłaniać z „chwili-na-chwilę”. Jesteśmy cierpliwi, wytrwali, z zaciekawieniem zbliżając się do tego cielesnego doświadczania. Sprawdzam, gdzie „to coś” czuję fizycznie? Jakie to jest? Czy mogę spróbować znaleźć właściwe słowa opisujące to doznanie? Czy pasują one do tego, czego właśnie doświadczam? Mogę się przywitać z tym poczuciem, które przykładowo jest jak „coś ściśniętego w kłębek w moim brzuchu”. Nie chcę tego spłoszyć, więc postępuję z delikatnością i wyczuciem. Nie naciskam. Mogę dać „temu czemuś” znać, że je widzę, kierując ku temu w myśli słowa: „Witaj, Kłębku”. Po prostu obserwuję „to coś” z intencją poznania go i wysłuchania. To jak siedzenie z przyjacielem, który coś przeżywa, ale nie wiemy jeszcze co. Łagodnie sprawdzam, czy woli, gdy usiądę jeszcze bliżej, czy może chce zachować dystans. Szanuję to. Niczego nie staram się w nim naprawiać, zmieniać. Nie jestem tu, by dawać mu rady, oceniać. Może Kłębek zechce mi opowiedzieć, co czuje? Nie zmuszam go do niczego, ale daję znać, że jestem z nim i obchodzi mnie, co się z nim dzieje. Może uda mi się „wyczuć” jego emocje, zobaczyć, jak to jest z jego punktu widzenia. Obserwuję, czy to poczucie się zmienia. Jak teraz daje o sobie znać to doznanie w ciele?

Być może teraz już czuję Kłębek bardziej w okolicach serca niż w brzuchu i zauważam, że się troszkę „rozsupłał”, stając ciepły w odczuciu. Wciąż daję mu znać, że jestem tu, dla niego, ale nie narzucam się z niczym.

Sprawdzam jedynie, czy coś się zmienia, czy zauważam to, czego jeszcze przed momentem nie dostrzegałam.

Jesteśmy zatem towarzyszami tego, co dzieje się w nas. Różne nasze doświadczające części, aspekty naszego „ja” dają o sobie znać przez fizyczne doznania. Jeśli poczują się bezpiecznie, zaufają nam jako wspierającym towarzyszom, zapewne odsłonią się, pokażą i powiedzą wiele. Jest szansa, że otrzymamy wgląd w istotę jakiejś ważnej dla siebie sprawy, pojawi się wiele zrozumienia i poczucia bliskości z samym sobą. Z pewnością nie będzie to wyłącznie intelektualna analiza ani tylko zatapianie w emocjach bez udziału głowy. Tutaj ciało i umysł pracują jednocześnie i są ze sobą w dialogu. Nasze ciało potrafi bardzo dużo opowiedzieć przez odczucia fizyczne, odsłonić to, co było dotąd przed nami zakryte, wyłonić wiele ważnych informacji z nieświadomości. Możemy posłuchać o naszych zranieniach, emocjach czy kluczowych p...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy