Dołącz do czytelników
Brak wyników

Na temat

17 września 2020

NR 8 (Październik 2020)

„Niekochalni”
O lęku przed bliskością z Andrzejem Gryżewskim rozmawia dr Dorota Krzemionka

233

Są osoby, dla których przytulenie albo dwie noce pod rząd razem, nie mówiąc o wspólnym zamieszkaniu, to za dużo. Za blisko. Wszczynają więc kłótnie albo w ogóle znikają, sabotując dobrze zapowiadający się związek. Kim są tacy „niekochalni”? Dlaczego niektórzy do nich lgną?

 
Andrzej Gryżewski 
 

POLECAMY

Psycholog, psychoterapeuta poznawczo-behawioralny, seksuolog i edukator seksualny. Prowadzi prywatną praktykę. Założył w Warszawie Gabinet Psychoterapii Seksualnej „CBTseksuolog”, był asystentem prof. Zbigniewa Lwa-Starowicza. Jest autorem wielu prac, m.in. bestsellerowej Sztuka obsługi penisa oraz Jak facet z facetem, Być parą i nie zwariować (razem z Katarzyną Miller). Ostatnio ukazała się książka Niekochalni. Lęk przed bliskością (napisana wspólnie z Sylwią Sitkowską). 

 

Dorota Krzemionka: Bliskość jest tym, czego najbardziej pragniemy, a zarazem często najbardziej się jej obawiamy. Dlaczego?

Andrzej Gryżewski: Zyskiwanie bliskości to gra o wysoką stawkę. Można to porównać z wygraną w kasynie. Wszyscy chcielibyśmy być bogaci, mieć wiele pieniędzy, ale żeby je zdobyć, trzeba postawić na szali wszystkie oszczędności. Wiąże się z tym ogromne ryzyko. Podobnie gdy poznajemy kogoś nowego, zawsze jest to jakiś rodzaj loterii. Bliskość zaś wymaga, by się odsłonić, odważyć komuś zaufać, a my nie wiemy, na kogo trafiamy i kim się okaże z czasem. Bardzo boimy się źle ulokować uczucia, zwłaszcza w micie popularnym w tym kraju, że jedna osoba ma być na całe życie.

A tego, jak się potoczy związek, nie można przewidzieć, mamy równanie z wieloma niewiadomymi. Choć zwykle zaczyna się przyjemnie…

Tak, do krwi zakochanych trafia wyrzut fenyloetyloaminy. Dlatego chcą być razem, często się kochać, gotowi są pojechać na drugi koniec Polski czy świata, by spotkać ukochaną osobę. Potem jednak wpływy fenyloetyloaminy gasną, partnerzy coraz lepiej poznają się. W końcu zamieszkują razem i budują bliską więź. Jednak dla niektórych osób taka perspektywa jest szczególnie ryzykowna, wręcz przerażająca, zwłaszcza gdy związek staje się bliższy. Obawiają się, że partner nimi zawłaszczy, zagarnie ich albo będzie kastrować. 

Co ciekawe, takie osoby chciałyby mieć aplikację Tinder, ale w odwróconej wersji, tak by pokazywała ludzi, którzy są od nich aktualnie najdalej. Jeden z moich pacjentów jeździ do partnerki z Warszawy na Śląsk, inna pacjentka poznała kogoś w Stanach i zaczęła do niego regularnie latać. 

Idealna relacja dla kogoś, kto boi się bliskości. 

Nie ma ryzyka, że taki partner nagle zechce się spotkać, umówić na spacer, rower czy wieczorne wyjście na drinka.

Nieprzypadkowo wybieramy takich, a nie innych partnerów. Osoby niekochalne bezwiednie wybierają sobie kogoś niedostępnego, z kim nie grozi im bliskość?

Rzeczywiście, często szukają kogoś, kto jest daleko od nich albo nie jest wolny. To może być na przykład ksiądz lub żonaty mężczyzna. Albo ktoś, kto z innych powodów nie jest dostępny emocjonalnie, bo cierpi na depresję, albo bez reszty poświęca się swej karierze, jest pracoholikiem czy wysoko funkcjonującym alkoholikiem. Odrzuca ich, bo jest narcyzem zajętym tylko sobą.

Kim są niekochalni? Czemu tak bardzo boją się bliskości?

Większość z nich ma za sobą bardzo trudne doświadczenia w bliskich relacjach. Dotyczy to okresu dzieciństwa. Na przykład matka była bardzo nadopiekuńcza i tą nadopiekuńczością przytłaczała, ubezwłasnowolniała córkę czy syna. Ostatnio przyszedł do mnie pacjent, 38-letni mężczyzna, który od dwóch lat mieszka z partnerką, lecz ma zaburzenia erekcji i obawia się większej bliskości.

Dlaczego?

Okazało się, że jego matka, która mieszka za granicą, wciąż przylatuje do niego i pod jego nieobecność przemeblowuje mu mieszkanie. Jeśli coś jej się nie spodoba, wyrzuca to do kosza. Kupuje mu ubrania. On wraca do domu z partnerką, a tu się okazuje, że ma już inny wystrój mieszkania, inne ciuchy. Jak mówi, czasem nie poznaje własnego życia. I lęka się, że jeśli się z kimś zwiąże, zaręczy lub jakoś zadeklaruje, to ta kobieta zrobi to samo, co jego matka – będzie go zawłaszczała. Z drugiej zaś strony wielu mężczyzn nie jest zdolnych do bliskości, bo ich ojciec był kastrujący, cały czas ich krytykował. Co ciekawe, głównie w tej dziedzinie, w której sam się specjalizował. Jeśli ojciec był dobry w sporcie, to powtarzał synowi: „Za wolno biegasz, kiepsko pływasz, za słaby jesteś”. „Przypominasz matkę z wyglądu, nie faceta”. A jeśli był intelektualistą, to dawał mu tak trudne zadania logiczne, tyle książek do przeczytania, że syn tego nie był w stanie unieść. W efekcie syn czy córka czują się niewystarczający, niezasługujący na miłość. Mają przekonanie, że bliska relacja obciąża albo prowadzi do zawłaszczania.

I te przekonania uaktywniają się, gdy taka osoba spotyka kogoś, z kim mogłaby zbudować bliskość? 

Terapia schematów – jedna z odnóg psychoterapii poznawczo-behawioralnej – opisuje siedemnaście takich wzorców. U osób, które mają lęk przed bliskością, zauważyć można schemat wadliwości, czyli poczucie bycia niewystarczającym albo schemat deprywacji emocjonalnej, który powstaje, gdy bliska ważna osoba cały czas podważa emocje dziecka. Na przykład syn przychodzi ze szkoły i żali się, że koledzy się z niego śmieją i biją go, a ojciec reaguje tak, jak kiedyś Jacek Kuroń, który w podobnej sytuacji powiedział swojemu synowi: „albo ty mu wpie… albo ja tobie!”. Co jego syn usłyszał? Że musi być agresywny albo sam spotka się z agresją najbliższej osoby.

Jak z takim skryptem można później budować bliskie relacje? Czasem zaś ojców w doświadczeniu osób z lękiem przed bliskością w ogóle nie ma – bo albo pracowali, byli w trasie, albo pili. Syn czy córka czuli się porzuceni, nieważni. Potem to odtwarzają. Psychoanalitycy mówią: powiedz mi jaką miałeś relację z rodzicami, a powiem ci, jaką teraz stworzysz. Coś w tym jest.

Jeśli ktoś w dzieciństwie doświadczył odrzucenia czy zranienia, to obawia się, że w bliskiej relacji znów zostanie zraniony. I nie widzi, że sam z lęku nieświadomie prowokuje swoim zachowaniem to odrzucenie czy zranienie. Tak działa bezwiedny przymus powtarzania?

Dokładnie taki automatyzm często się zdarza u niekochalnych. Wydaje się to wręcz magicznie; takie osoby czują, jakby wpadły w jakąś dobrze sobie znaną koleinę. Chcą innej relacji niż mieli rodzice, a wybierają podobnych partnerów. Nic dziwnego, zwykle dążymy do spójności w postrzeganiu siebie i doświadczeń. Jeśli obraz własnej osoby jest naruszony, a bliskość była raniąca, to dla takiej osoby atrakcyjni są ci, którzy aktywizują jej destrukcyjny schemat. I gotowe są porzucić dla nich dobrze rokujące związki. Jedna z moich pacjentek, 40-letnia singielka, była w krótkich relacjach z różnymi facetami. Oni mieli dobrą pracę, byli inteligentni, wyrażali emocje, byli w niej zakochani. Ale – jak mi wyznała – czuła, że ich nie kocha. Bez pamięci zakochała się w tym, który rzucił pracę, zajął się buddyzmem, później wymyślił własną religię. Uważał, że jest przeorem zakonu, który sam stworzył. Chodził po ulicach Warszawy ubrany w worek. Ona uważała, że to ktoś wyjątkowy, odważny i o niezwykłej osobowości. On zaś zastanawiał się, co do niej czuje, ale bynajmniej nie miłość. Ona była zakochana w nim bez pamięci. 

Mała szansa, że powstanie z tego trwały, bliski związek. Czy lęk przed bliskością jest powszechny?

Coraz częściej w gabinecie, a także poza nim, ludzie opowiadają mi o swoim lęku przed bliskością, o nieudanych próbach zbudowania związku. Ten lęk wyraża się też we współczesnej kulturze. Nie bez powodu taką furorę zrobiła książka 50 twarzy Greya. O czym ona jest? O lęku przed bliskością. Bohaterka jest zahukaną myszką i trafia na faceta kompletnie odciętego od emocji. Wierzy, że swoją miłością go odczaruje, przywróci go do żywych. Niestety, od początku ta relacja skazana jest na porażkę. Przecież ona widzi, że on ma klatkę poprzypalaną papierosami, lubi seks sadomasochistyczny i nie buduje relacji emocjonalnych. Czułości od niego na pewno nie doświadczy, najwyżej może jej kupić nowe auto.

Co zatem ją i wiele innych kobiet zatrzymuje w takiej relacji?

Brak stabilnego poczucia własnej wartości. Wiele kobiet nie czuje się wystarczająco dobra. Często miały kastrujące matki, które nie tylko nie wspierały córek, ale wręcz z nimi rywalizowały. Te córki dorastają i trwają w nadziei, że przyjedzie książę na białym koniu lub w audi i odczaruje ją. Kobieta bardzo na to liczy, że ów Belmondo nada jej ważność swoją osobowością, że przywróci szarej myszce samoocenę. To mit o Kopciuszku jest lejtmotywem 50 twarzy Greya i powodem jej popularności.

Kopciuszek czeka, aż się pojawi książę, a póki co – jest sam. Z danych GUS wynika, że już co czwarty Polak jest singlem. Połowa z nich twierdzi, że z wyboru. Być może dla części jest to wybór…

Być może. Ale u wielu wynika to z lęku przed bliskością. Niedawno przyszedł do mojego gabinetu przystojny, wysportowany, inteligentny i zadbany mężczyzna dobiegający czterdziestki. Nie miałby problemu, by z kimś się zacząć spotykać, a od lat jest singlem. Innym mówi, że jest sam z wyboru. A tak naprawdę wstyd mu się przyznać, że boi się zbliżenia z kobietą. Nie wie, jak utrzymać bliskie relacje. Jego rodzice okropnie się kłócili, była między nimi przemoc psychiczna i fizyczna. Widział, jak ojciec gwałci matkę. Boi się, że w bliskiej relacji sam albo stanie się oprawcą, albo kobieta będzie go niszczyła. Kolegom prezentuje się jako zadowolony z siebie i z życia w pojedynkę. Jak przyznał, ta Gombrowiczowska gęba tak mu wrosła w twarz, że sam zaczyna w to wierzyć. Chwilami tylko dociera do niego, że to tylko fasada i dalej tak nie chce. Marzy, by kochać i być kochanym. Ale gdy pojawia się szansa na to, ma wielki lęk w oczach.

Jest nadzieja, że skoro szuka u Pana pomocy, to pokona ten lęk. Wielu singli zaprzecza potrzebie bliskości i racjonalizuje sobie swoją sytuację. Po czym poznać, czy jest to czyjś wybór, czy przejaw lęku przed bliskością?

Pytam taką osobę, jakich uczuć doświadcza na co dzień, w tygodniu. I słyszę, że jak gasną światła społecznych imprez i spotkań, to czują ogromną samotność. Sami są w swoich sukcesach i porażkach. Mają poczucie, że nikt ich nie rozumie. Znajomi pytają, jak sobie sam radzisz. Oni na to: „Spokojnie, mam kilka układów”. A tak naprawdę nikt nie wie, że siedzą godzinami na kamerkach internetowych, oglądają pornografię albo uprawiają cyberseks i tak realizują swoje potrzeby. Większość ich aktywności seksualnej to masturbacja i pornografia.

Internet ułatwia ucieczki od bliskości, portale społecznościowe nazywa Pan sklepem z kochankami…

Niewątpliwie aplikacje takie jak Tinder – choć hipotetycznie stworzono je po to, by łączyły ludzi i pozwalały się im poznać – mają udział w umacnianiu lęku przed bliskością. Większość profili jest bez zdjęcia. Anonimowość sprawia, że użytkownicy często kłamią na temat swego wieku, zawodu, wagi czy wyglądu. Normą jest tu ukrywanie danych czy koloryzowanie.

I tym większy lęk przed spotkaniem w realu… Jeśli jakimś cudem osobie „niekochalnej” uda się wejść w relację, jak wygląda taki związek?

Burzliwie, szczególnie gdy ktoś staje się bliższy. Wtedy zaczynają się różne acting-outy (patrz: Słownik). Osoby z lękiem przed bliskością pakują się w zdrady, bez reszty angażują się w pracę albo w ogóle znikają. Jedna z moich klientek była w związku z mężczyzną, który miesiącami wzorcowo budował z nią relację – umawiał się na randki, przynosił kwiaty, zapewniał, że ją kocha, jest jej wierny i lojalny. Związek rozwijał się aż do momentu, gdy on zaproponował, by razem gdzieś wyjechali i spędzili ze sobą kilka dni. Wtedy ona nagle zniknęła. Gdy partner zadzwonił z pytaniem, gdzie się wybiorą, usłyszał: „Wiesz, ja właśnie jestem z kolegą w Emiratach. Nie chcę cię oszukiwać, przespałam się z nim”. Nagle wyjechała z innym mężczyzną. Pytam klientki, dlaczego to zrobiła. A ona: „To było poza moim wglądem; po prostu czułam, że muszę to zrobić. To mi było do czegoś potrzebne”. No właśnie, ciekawe do czego.

Bo dla niej był...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy