Dołącz do czytelników
Brak wyników

Psychologia i życie

23 lipca 2020

NR 6 (Sierpień 2020)

Czy grozi nam instadepresja?
Czy inni naprawdę mają lepiej?

102

Miliony ludzi na świecie, co dzień wchodzą na Instagram i inne media społecznościowe. Znajdują tam świat pełen dobra, piękna i perfekcjonizmu. Na Instagramie nie widać, jeśli co wieczór płaczesz w poduszkę. 

Trzydziestoletnia Ola miała objawy klasycznej depresji, gdy zadzwoniła do mnie po poradę online po raz pierwszy. Była markotna, przygnębiona; czuła, że jej życie zawodowe i rodzinne jest do niczego, a w przyszłości nie spotka jej już nic godnego uwagi. Miała poczucie, że wszystko, czego doświadcza, jest znacznie gorsze niż to, co spotyka innych ludzi. Ola pracowała w dziale HR dużej firmy. Ze względu na pandemię przeszła na opcję pracy zdalnej. Mimo kryzysu gospodarczego właśnie dostała awans, ale z podwyżką znacznie niższą niż oczekiwała. Uznała to za kolejny dowód, że jest nie dość kompetentna, by ktokolwiek ją naprawdę docenił. Ola miała niestabilną samoocenę i bardzo zaniżone poczucie własnej wartości. Wyznała również, że nie tylko ma wątpliwości co do swoich umiejętności pracowniczych, ale nie cierpi też swojego odbicia w lustrze, ponieważ odkąd urodziła córkę, czuje się nieładna. Kiedy zapytałam ją, jak w takim razie radzi sobie w roli matki, rozpłakała się. „A to już totalna klapa” – stwierdziła. Trudno było mi dociec, skąd w tej inteligentnej, wrażliwej kobiecie wziął się tak potężny tryb krytyka wewnętrznego obecnego na wszystkich płaszczyznach jej funkcjonowania 

Zwykle słysząc takie przekonania z ust klienta, pierwsze tropy kierujemy w stronę domu rodzinnego w poszukiwaniu traumatycznych schematów z dzieciństwa. Surowi rodzice? Wymagający nauczyciele, a może zaciekła rywalizacja z rodzeństwem? Żadne z tych rzeczy. Kobieta odpowiadała przecząco na wszystkie moje pytania – wydawało się, że błądzimy zupełnie po omacku, a ona z sesji na sesję czuła się coraz gorzej. Podczas któregoś spotkania wszystko się jednak „wydało”. 

Klientka zadzwoniła do mnie i od pierwszej minuty zaczęła relacjonować znowu, jak bardzo źle się czuje, jak smutno jest jej dzisiaj. Wyjątkowo narzekała na swój wygląd. „Ta kwarantanna uczyniła ze mnie krowę. Leniwą krowę” – zakomunikowała ze łzami w oczach. Kiedy zauważyłam, że wszystkim nam jest trudno zachować formę w czasach pandemii, ochoczo potrząsnęła głową. „O nie, zobacz tę i tamtą” – zaczęła wymieniać imiona i nazwiska nieznanych mi osób. „One wszystkie wyglądają jak z okładki magazynu, mimo że nie mają doklejonych rzęs, ani wykwintnych fryzur, popatrz sobie. Ćwiczą, ruszają się i wyglądają w tych dresach nawet lepiej niż w sukniach balowych”. Ola zaczęła wymachiwać telefonem, wskazując mi, żebym sama zobaczyła na własne oczy to, na co ona patrzy z taką rozpaczą. Odkąd rozpoczęłyśmy psychoterapię, nie widziałam w niej takiego zaangażowania, więc postanowiłam kontynuować temat, dopytując, kim są osoby, których nazwisk nie znałam. Okazało się, że klientka wymienia imiona i nazwiska influencerów, których obserwuje w social mediach. Głównie były to młode kobiety obserwowane przez tysiące ludzi, które na swoich profilach pokazywały piękne zdjęcia przedstawiające ich twarze i sylwetki w różnych ubraniach na tle pięknych miejsc. Wszystkie bardzo atrakcyjne, chociaż zdjęcia wydawały się dość nierealistyczne. Różowo-fioletowe niebo w tle, turkusowa woda w jeziorze, przeogromne wcięcie w talii – różnego rodzaju modyfikacje rzucały mi się w oczy, o czym szczerze powiedziałam. „Nie, to po prostu korzystne, dobrze zrobione zdjęcia” – odparła mi na to klientka. Moja krytyczna uwaga niewiele ją obeszła, wydawało się, że całkowicie wierzy, że to co ogląda, przedstawia rzeczywistość. 

POLECAMY

Syndrom paryski

Przypomniało mi się wtedy zjawisko syndromu paryskiego – czyli rozczarowania, jakie pojawia się, gdy docieramy do baśniowego miejsca, które na żywo nie wygląda tak okazale i tak pięknie jak na fotografiach, co może być dla niektórych przygnębiające i szokujące zarazem. Nazwa syndromu wzięła się od Paryża, który na żywo jest dużo bardziej szary i zaśmiecony niż to widać na pocztówkach, co podobno rozczarowuje setki turystów z Azji. „Pewnie gdybyśmy pojechały w to miejsce, to byśmy zobaczyły, że świat nie jest tak pokolorowany i ludzie nie mają tak gładkiej skóry i świecących oczu, jak na Instagramie” – stwierdziłam łagodnie, spoglądając na zdjęcia nierealistycznie wygiętej modelki, które pokazała mi klientka. Ale dla Oli moje słowa nie miały większego znaczenia. Z zaciekawieniem zaobserwowałam, że to, co widzi w social mediach, pochłania ją i bezkrytycznie fascynuje. Ola opowiadała o Instagramie w taki sposób, jakby przedstawiał on prawdziwe życie. Odniosłam wrażenie, że jest przekonana, że życie jej idoli wygląda tak, jak kreują to w social mediach – czyli ciągła zabawa, beztroska, uśmiech i wspaniałe widoki. Klientka przyznała, że codziennie przynajmniej godzinę spędza na szlifowaniu swoich zdjęć – nakładaniu kolejnych filtrów, przerabianiu rysów twarzy na „młodsze i łagodniejsze”, wydłużaniu nóg i zagęszczaniu włosów. Bynajmniej taka obróbka wcale nie sprawia jej graficznej przyjemności – „Jest to męczące i dołujące, ale nie ma wyjścia. Chcę mieć dużo polubień. Jak wrzuciłabym zdjęcie saute, to pewnie jedyne serduszko dostałabym od męża” – stwierdziła posępnie. Nie skomentowałam tego, choć pomyślałam w skrytości, że wiele moich klientek chciałoby dostać takie serduszko od ukochanego.
Po naszej sesji sama zaczęłam przeglądać profile osób, które podobno są idolami współczesnych dwudziestoparolatków. Wkrótce było już dla mnie jasne, co się dzieje z moją klientką. Przez porównywanie się z innymi osobami jej poczucie własnej wartości poleciało gwałtownie w dół. Ola, podobnie jak setki tysięcy kobiet na świecie, uległa pokusie stałego porównywania się do swoich idolek w sieci. Stosowanie nierealistycznych filtrów na zdjęcia miało sprawić, że jej konto będzie pasować do tysięcy innych na Instagramie, a ona sama nie będzie odstawała od reszty użytkowników tego serwisu społecznościowego. Na podstawie zdjęć zamieszczanych w social mediach uznała, że wszystkim wiedzie się lepiej finansowo niż jej, są w bardziej kochających związkach, mają ładniejsze domy, wymarzoną pracę i podróżują po świecie. Własne życie oceniała jako pasmo bylejakości. Klientka była przepełniona poczuciem pustki i całkowitej bezwartościowości. Zrozumiałam wtedy, że celem naszej pracy będzie wylogowanie jej z wirtualnego życia i urealnienie tego, co widzi w internecie.

Na Instagramie nie widać, jeśli co wieczór płaczesz w poduszkę

Ola w swojej „instadepresji” nie była odosobniona. Badania przeprowadzone w 2017 roku przez specjalistów z Uniwersytetu w Michigan i opublikowane w czasopiśmie naukowym „Cyberpsychology, Behavior, and Social Networking”, obnażyły zależność, jaka pojawia się u osób korzystających z social mediów – im więcej czasu poświęcają na przeglądanie portali, tym gorsze jest ich samopoczucie psychiczne. Wyniki wskazały, że same social media, o dziwo, nie są z natury szkodliwe dla zdrowia psychicznego ludzi. Naukowcy podkreślili wręcz, że istnienie platform, takich jak Facebook niesie za sobą wiele korzyści – głównie społecznych. Umożliwiają one zawieranie i podtrzymywanie znajomości z ludźmi z całego świata, dają możliwość szybkiego zdobywania wiedzy oraz uzyskania pomocy. Swoją kondycję psychiczną gorzej oceniały osoby, które wykorzystywały social media do weryfikowania swojej pozycji społecznej lub porównywania się z innymi. Miały one obniżoną samoocenę i większy krytycyzm wobec własnej atrakcyjności fizycznej. Dokładnie tak jak Ola, która swoje życie postrzegała jako mniej kolorowe niż życie koleżanek, które ciągle wrzucały do sieci „roześmiane” zdjęcia.

Podczas kolejnych sesji próbowałam konfrontować Olę z faktami o social mediach. Przede wszystkim zadawałam jej pytanie: Czy pokazuje swoje życie takie, jakie jest naprawdę? Pewnego razu poprosiłam klientkę, by opowiedziała mi o życiu Oli, którą kreuje w internecie. Chciałam, żeby opisała mi siebie tylko na podstawie tego, co widzimy w sieci na jej temat. Ola niechętnie zaczęła mierzyć się ze swoją tablicą na Instagramie – pełną pięknych, wyretuszowanych zdjęć. „Moje życie wygląda, jakbym kochała gotowanie, czuła się spełniona jako żona i jakbym wyjeżdżała na najfajniejsze weekendowe wypady na świecie. O, nawet ten okropnie dżdżysty weekend w K...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy