Dołącz do czytelników
Brak wyników

Jak co miesiąc

14 października 2020

NR 9 (Listopad 2020)

Czarny sierpień

31

Możemy sobie żyć w nowoczesnych wnętrzach i mieć w kieszeni telefon-komputerek, który ma taką moc obliczeniową, jak całe NASA w momencie wysłania człowieka na Księżyc, ale kiedy przychodzi do spraw podstawowych, dotykających samej istoty człowieczeństwa, nadal zachowujemy się jak mieszkańcy średniowiecznego miasteczka: dowiadujemy się o czymś, lecimy na fejsowy rynek i, łapiąc ludzi za guzik, podekscytowanym tonem mówimy im: „Słyszeliście, że burmistrz nie żyje?”.
Ta gorliwość, ten pośpiech, żeby być pierwszym, który przynosi wieści na placyk, skutkuje potem lawinowymi pomyłkami. Byle plotka, że zmarł ktoś, kto w rzeczywistości ma się znakomicie, niesie się po mediach społecznościowych jak pożar i potem niedoszły nieboszczyk musi prostować jak Mark Twain: „Wiadomości o mojej śmierci są mocno przesadzone”. Bywa też i odwrotnie: po paru latach – zwykle w rocznicę śmierci – ktoś znajduje post, że zmarł znany pisarz i nagle wzruszeni czytelnicy udostępniają ze łzawymi emotikonami informację, że Umberto Eco odszedł do wieczności, bo zdążyli już zapomnieć, że nie żyje od lat czterech.
Przy czym nie mówię tu o powiadamianiu o śmierci bliskich – to normalne, że rodzina, przyjaciele, znajomi informują się wzajemnie, że schodzą się wirtualnie, wirtualnie głaszczą po plecach, wirtualnie ściskają i podają chusteczki. Nie chodzi mi o śmierć sław, których nie znaliśmy osobiście; pół biedy, jeśli czytaliśmy ich książki, oglądaliśmy ich role, słuchaliśmy ich muzyki, ale często to tylko ktoś, o kim wiemy, że był znany, i tyle. A jednak potrzeba wklejki jest niepowstrzymana.
Sierpień 2020 r. kosił obficie, w kilka dni fejsa i portale internetowe zalały czarne zdjęcia Marii Janion i Józefy Hennelowej, Wojciecha Karpińskiego, Andrzeja Walickiego, Henryka Wujca, Ewy Demarczyk i Piotra Szczepanika, ludzi o rozmaitych biografiach i talentach, wszystkich jednak w swoich dziedzinach słynnych i zasłużonych. A pod zdjęciami trwało rytualne rozrywanie szat w duchu „koniec epoki”, a nawet „koniec świata”: ostatni giganci odeszli, zostaliśmy sami. 
Jest to ogromnie popularne i tyleż niemądre – wynika bowiem z błędu optyki: ludzie wielkiego formatu umierają ogromni, ale rodzą się malutcy. Nikt poza najbliższą rodziną nie świętował narodzin Marysi Janion, gazety milczały o przyjściu na świat Ewuni Demarczyk czy Henryczka, syna państwa Wujców ze wsi Podlesie pod Biłgorajem. Zabrakło wtedy ekscytującej plotki „wielcy do nas przychodzą.” Żadnej...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy