Dołącz do czytelników
Brak wyników

Jak co miesiąc

14 października 2020

NR 9 (Listopad 2020)

Czarny sierpień

0 566

Możemy sobie żyć w nowoczesnych wnętrzach i mieć w kieszeni telefon-komputerek, który ma taką moc obliczeniową, jak całe NASA w momencie wysłania człowieka na Księżyc, ale kiedy przychodzi do spraw podstawowych, dotykających samej istoty człowieczeństwa, nadal zachowujemy się jak mieszkańcy średniowiecznego miasteczka: dowiadujemy się o czymś, lecimy na fejsowy rynek i, łapiąc ludzi za guzik, podekscytowanym tonem mówimy im: „Słyszeliście, że burmistrz nie żyje?”.
Ta gorliwość, ten pośpiech, żeby być pierwszym, który przynosi wieści na placyk, skutkuje potem lawinowymi pomyłkami. Byle plotka, że zmarł ktoś, kto w rzeczywistości ma się znakomicie, niesie się po mediach społecznościowych jak pożar i potem niedoszły nieboszczyk musi prostować jak Mark Twain: „Wiadomości o mojej śmierci są mocno przesadzone”. Bywa też i odwrotnie: po paru latach – zwykle w rocznicę śmierci – ktoś znajduje post, że zmarł znany pisarz i nagle wzruszeni czytelnicy udostępniają ze łzawymi emotikonami informację, że Umberto Eco odszedł do wieczności, bo zdążyli już zapomnieć, że nie żyje od lat czterech.
Przy czym nie mówię tu o powiadamianiu o śmierci bliskich – to normalne, że rodzina, przyjaciele, znajomi informują się wzajemnie, że schodzą się wirtualnie, wirtualnie głaszczą po plecach, wirtualnie ściskają i podają chusteczki. Nie chodzi mi o śmierć sław, których nie znaliśmy osobiście; pół biedy, jeśli czytaliśmy ich książki, oglądaliśmy ich role, słuchaliśmy ich muzyki, ale często to tylko ktoś, o kim wiemy, że był znany, i tyle. A jednak potrzeba wklejki jest niepowstrzymana.
Sierpień 2020 r. kosił obficie, w kilka dni fejsa i portale internetowe zalały czarne zdjęcia Marii Janion i Józefy Hennelowej, Wojciecha Karpińskiego, Andrzeja Walickiego, Henryka Wujca, Ewy Demarczyk i Piotra Szczepanika, ludzi o rozmaitych biografiach i talentach, wszystkich jednak w swoich dziedzinach słynnych i zasłużonych. A pod zdjęciami trwało rytualne rozrywanie szat w duchu „koniec epoki”, a nawet „koniec świata”: ostatni giganci odeszli, zostaliśmy sami. 
Jest to ogromnie popularne i tyleż niemądre – wynika bowiem z błędu optyki: ludzie wielkiego formatu umierają ogromni, ale rodzą się malutcy. Nikt poza najbliższą rodziną nie świętował narodzin Marysi Janion, gazety milczały o przyjściu na świat Ewuni Demarczyk czy Henryczka, syna państwa Wujców ze wsi Podlesie pod Biłgorajem. Zabrakło wtedy ekscytującej plotki „wielcy do nas przychodzą.” Żad...

Artykuł jest dostępny dla zalogowanych użytkowników w ramach Otwartego Dostępu.

Jak uzyskać dostęp? Wystarczy, że założysz bezpłatne konto lub zalogujesz się.
Czeka na Ciebie pakiet inspirujących materiałów pokazowych.
Załóż bezpłatne konto Zaloguj się

Przypisy