Na Facebooku wyświetlają Ci się propozycje wideo, w których autorzy i autorki proponują treningi psychologiczne, opowiadają, jak radzić sobie z akceptacją siebie, jak budować relacje z innymi i jak rozmawiać z dziećmi na trudne tematy. Brzmi to dla Ciebie zachęcająco, ale nie masz czasu na oglądanie półgodzinnych filmów? Zobacz, jakie mamy na to rozwiązanie!
Czytaj więcej
Po minionym roku wszyscy potrzebujemy odpoczynku, zmiany otoczenia, przebywania wśród przyrody, poprawy samopoczucia, wzmocnienia organizmu i pobudzenia wewnętrznej energii… Łatwo o to w takich miejscach, jak Polskie Centrum Biowitalności, gdzie można zadbać o dobrostan na każdym poziomie.
Czytaj więcej
Coraz częściej do seksuologów trafiają kobiety, które borykają się z różnego rodzaju problemami, trudnościami i dysfunkcjami związanymi ze swoim życiem seksualnym. Najczęściej pojawiające się problemy w gabinecie seksuologa, z którymi przychodzą kobiety to przede wszystkim obniżenie popędu seksualnego, nieodczuwanie przyjemności podczas stosunku, brak zainteresowania życiem seksualnym czy problemy związane z osiągnięciem orgazmu. Kobiety mówiące wprost o swojej seksualności to zjawisko dość nowe dla specjalistów, jeszcze do niedawna ukrywały one swoje problemy, np. udając orgazm podczas stosunku. Bały się opinii partnera i innych kobiet oraz tego, że są niedostatecznie i niewystarczające w odczuciu własnym i innych.
Czytaj więcej
Wreszcie lato i czas wakacji. Po pandemicznym roku praktycznie wszystkim należy się chwila ucieczki sprzed komputerów. Znakomitym rozwiązaniem jest wypoczynek wśród natury.
Czytaj więcej
Sen, obok diety i aktywności fizycznej, jest jednym z trzech podstawowych filarów zdrowia. Od dłuższego czasu środowisko naukowe przygląda się z uwagą obniżonej jakości snu ludzi żyjących w krajach rozwiniętych, a zwłaszcza mieszkańców dużych miast. W ostatnim roku odnotowano znaczny wzrost bezsenności klinicznej.
Czytaj więcej
Przepracowanie, wypalenie zawodowe, przewlekły stres, wyczerpanie dopada coraz więcej osób. Nakładając na siebie coraz wyższe standardy, zapominamy o mocy odpoczynku, który jest niezbędny dla psychicznej i fizycznej regeneracji organizmu. Jak radzić sobie z przewlekłym zmęczeniem?
Czytaj więcej
Idę czytać do wanny – nie z wygody, ale z zagonienia. Planuję się ukryć w łazience przed mężem i dziećmi i złapać (mały) oddech. Wiadomo, że w łazience można się nie tylko ukryć, ale i zachować godność, udając konieczność przeprowadzenia skomplikowanych zabiegów higienicznych. No więc, wanna jest moim szampanem i truskawką z czekoladą, ale bez wyrzutów sumienia. Jest już późno, nikt nie powinien mieć żadnych potrzeb koniecznych do zrealizowania tu i teraz. Zamierzam czytać w wannie również z innego powodu – podobno w kąpieli nie można zasnąć, więc może uda mi się trochę podgonić lekturę.
Czytaj więcej
Są przedmioty, na ogół delikatne, jak porcelanowa filiżanka, które uderzone rozpadają się na części. Są i takie, w które można walić jak w bęben, a nie tracą formy. Inaczej jest z istotami żywymi. Wszystkie są kruche, a rozbite z trudem można posklejać, i to nie zawsze. Różnią się jednak stopniem kruchości i możliwościami naprawy szkód wynikłych z urazu.
Kruchość nie jest postrzegana jako cecha atrakcyjna. Atrakcyjna jest siła, a współcześnie – sprężystość i odporność. Wydaje się jednak, że o ile nietrudno zmierzyć siłę fizyczną, to sprężystości, siły i odporności psychicznej nie udało się nawet zadowalająco zdefiniować. Opisuje się je raczej przez ich opozycje: kruchość, ranliwość i podatność. To od nich wychodząc, próbuje się, z różnym skutkiem, zaradzić niekorzystnym następstwom kruchości.
Hans Christian Andersen dawał wprost sugestię, że ratunkiem dla kruchego bytu jest pozbycie się próżności i kochanie drugiego. Taki jest morał baśni o imbryczku. Był z kruchej porcelany, ale nie dość tego. Chociaż wlewano w niego wrzątek, by zaparzyć herbatę, pysznił się swoją niezmieniającą się formą, zwłaszcza wobec filiżanek, które miały co prawda uszka, ale nie miały dzióbka. Nie miały też pokrywki. Imbryk miał pokrywkę, niestety pękniętą i sklejoną, co było źródłem jego udręki, bo zakłócało poczucie jego doskonałości. Przyszły czasy dla imbryka trudniejsze, kiedy upuszczony na podłogę rozbił się. Sklejony, posłużył za doniczkę. Posadzono w nim cebulkę. Kiedy wyłoniła się z niej roślina, a roślina zakwitła, imbryk pokochał ją. Wierzył, wedle Andersena, że została mu, razem z kwiatem, podarowana. To nie koniec opresji. Roślina rosła, a imbryk stawał się dla niej za ciasny. Rozbito go więc i wyrzucono na śmietnik. Andersen przekonuje, że doświadczenie kochania innego pomaga przetrwać nawet wyrzucenie na śmietnik. Czy ponad wiek później Antoni Kępiński nie doszedł do podobnych wniosków?
Pragnący zachować anonimowość autor wiersza „Pokrywka na czajniku z gotującą się wodą” pisze wprost o bezcelowości zabiegów o odwrócenie nieuchronnego dramatu. Woda wrze i bezradna pokrywka (na ogół nie są zrobione z kruchej porcelany), po nasilających się podrygach, i po rozpaczliwych próbach nadania sensu temu, czego doświadcza, spada i kończy żywot. „Nie ma już nic do powiedzenia”.
Porcelanowy imbryk ze sklejoną pokrywką, chociaż zajęty sobą, zauważał otaczający go świat, co więcej, pokochał to, co – jego zdaniem – otrzymał od losu. Pokrywka nie dostrzegła nic prócz zagrożenia. Kiedy spadła, skończyła życie. Imbryk Andersena zaczął nowe.
Jeśli pominąć Andersenowski morał, na czym polega sprężystość kruchego, porcelanowego imbryka?
A co z czajnikiem i wrzącą wodą? Może zaparzyć herbatę? Trzeba by uratować pokrywkę i przerwać podgrzewanie, zanim woda zacznie bulgotać, a para ją zrzuci.
Parzenie herbaty na sposób angielski, klasyczny
Trzeba ogrzać imbryk do parzenia herbaty. Wsypać do niego tyle łyżeczek herbaty, ile filiżanek naparu mamy zamiar wypić, oraz jedną dla imbryczka. Kiedy woda zbliża się do wrzenia, zwilżyć nią herbatę w imbryczku, a po chwili dopełnić go. Staranie odłożyć pokrywkę na bok, żeby nic złego jej się nie stało, a na czajniku postawić imbryk. Chociaż można czajnik i pokrywkę zostawić w spokoju, ale wówczas trzeba imbryk okryć specjalną kołderką i postawić na korkowej podstawce. Po trzech minutach można napełnić filiżanki. Po pięciu herbata staje się bardziej garbnikowa.
Angielską herbatę podaje się ze śmietanką lub mlekiem oraz z cukrem. Można do herbaty podać kanapki z ogórkiem. Będzie to dziewiętnastowieczna high tea. O piątej po południu.
Kanapki z ogórkiem (na dwie osoby)
4 kromki świeżego chleba tostowego
1 świeży ogórek
według upodobania masło i sól
Obrać ogórek ze skórki, zaczynając od końca, w którym była łodyżka i pokroić go w cienkie plastry. Można to zrobić nożykiem do obierania jarzyn. Plasterki mogą być podłużne. Kromki chleba tostowego posmarować masłem po jednej stronie. Na jednej kromce ułożyć plasterki ogórka i lekko posolić. Przykryć drugą kromką, oczywiście stroną posmarowaną na warstwę ogórka. Ułożyć te podwójne kromki na sobie i ostrym nożem okroić skórkę, a same kromki przeciąć po przekątnej kwadratów. Na talerzu położyć przeciwprostokątną w dół, a kątem prostym ku górze.
Czytaj więcej
W słowie „żywność” ukryte jest życie. W nasze ciało wbudowujemy atomy przez pokarm. Możemy utrzymywać się w stanie życia, żywiąc się. Jesteśmy heterotrofami, więc zawsze nasza „żywność” jest zwłokami innych roślin, zwierząt albo ich pochodnych, bo my nie potrafimy wytworzyć cukru ze światła, wody i powietrza. Nie fotosyntetyzujemy. Dlatego zjadamy ciała innych. Śmierć innych podtrzymuje nas przy życiu. Świadomość tego nie budzi jednak w nas wdzięczności, nie rodzi w nas uniżenia przed ofiarą. Dziś jedzenie to produkt, który ma nam służyć.
Jak nigdy w historii ludzkości, dziś jesteśmy świadomi i wrażliwi na mikro- i makroelementy, kilokalorie, węglowodany i rodzaje tłuszczów w pożywieniu. I jak nikt nigdy w historii świata przyrody – człowiek przeprowadza operacje skracania żołądka. Jesteśmy na różnych dietach niskowęglowodanownych, ketogenicznych, kefirowych, warzywnych, Montignaca, południowych plaż, na diecie strefowej, strażników wagi, DASH, Atkinsa, Paleo, Dukana, wolumetrycznej, fleksitariańskiej, kopenhaskiej, surowej, makrobiotycznej lub po prostu: pudełkowej. Mamy aplikacje w telefonach, do których spowiadać się musimy z każdego jajka, łyżki oleju czy herbatnika.
Bo przecież jedzenie niesie jeszcze jeden ważny cel – ma nas nie tuczyć. Nie tuczyć! Co jednak nierzadko wyraża się też antytezą tej schludnej idei, bo i tak nasze ciała się pasą, spulchniają w sarmackich, dzikich zachciankach tak zwanego biesiadowania aż pod gardło.
Więc kiedy już pochłoniemy ten milion kalorii, to trzeba je spalić. Pomagają nam w tym witaminy, odżywki białkowe, karma w plastikowych pudełkach (tzw. catering dietetyczny), gotowa, dostarczona pod sam dom lub biuro, która nas odchudza przez cały dzień. Odchudza nas przez jej jedzenie. Reklamują to zwykle ludzie o płaskich brzuchach i pokazują, że ktoś kiedyś był gruby, a teraz jest chudy. Musisz tylko uwierzyć w siebie. Uwierz w siebie. I wykup abonament.
A do tego wciąż pojawiają się niesamowite odkrycia, sensacyjne doniesienia o dziwnych roślinach z odległych krajów, o ziołach, ziarnach, owocach, korzeniach, korze – ogólnie zwanych „superfoods”. Jakby to one nas uleczyły, zaszczepiły życiodajną, magiczną energię z gór Ameryki Południowej albo z gajów odwiecznej Grecji. Jagody goji, czystek, awokado, acai, chia, chlorella, quinoa…
Ale ja jestem stąd. Nie jestem z Argentyny ani z Australii, gdzie kwitną krzewy manuka. Jestem z Polski, gdzie kwitną lipy, wrzosy albo nawłocie. I taki lubię jeść miód. I dziękować za ten miód kwiatom, pszczołom i człowiekowi.
Bo w tym wszystkim zapomnieliśmy chyba o czymś od wieków ważnym, jednoczącym ludzi, budującym wdzięczność dla każdej grudki pożywienia, którą wkładamy do spragnionych ust: zapomnieliśmy o głodzie.
Przecież to on był nieodzowną częścią naszego trwania i bardzo uważnego przyglądania się naturze. Ciężko budować w sobie uważność z pełnym brzuchem, bo to zwykłe hobby, nie uważność. W Polsce chleb wypełniano trocinami, a na przednówku poszukiwano byle listka, który można by sparzyć i w gorącej brei ugotować.
Przez to tak łatwo zapominamy teraz o głodzie innych, bo przecież wciąż są ludzie, którzy głodują i z głodu i pragnienia giną.
Obok Ciebie rośnie czosnaczek, chmiel, gwiazdnica pospolita, rośnie pokrzywa, tasznik, krwawnik, mniszek. Włażą Ci do ogrodu, na trawnik. I nie znoszą oporu. Zalejesz je chemią. Odrodzą się w wielokrotnościach.
Pędy chmielu gotuję na parze i podaję z masłem, gwiazdnicę blanszuję i posypuję serem, pokrzywę piję, listki brzozy, taszniki, krwawniki i mniszki są świetne w pesto.
Wychodzę do ogrodu albo na rynek. Nie zmuszam świata do transportu jedzenia przez ocean. Rarytasy są w lesie. Tam listki macierzanki piaskowej, listki lipy, grzyby do smażenia, suszenia i owoce na nalewki dla gości znajduję. A kiedy już ci ludzie są, rozpalam ognisko, wrzucam ziemniaki. Mimo tej całej mojej botaniki tak straszliwie się dziwię, że kiedy człowiek wiosną wkłada w macierz ziemi jednego ziemniaka, jesienią ma ich kilka. To lepsze niż rozmnożenie chleba w Galilei. Po cichutku, bez widowiska, a jednak to też cud.
Czytaj więcej
Keep smiling – mawiają Amerykanie. Trudno odmówić im racji. Za jeden uśmiech zyskać można naprawdę wiele… pod warunkiem, że jest szczery. A tego nie sposób udawać. Nie chodzi o wymuszony grymas jak u hollywoodzkich gwiazd. Szukajmy powodów do radości, a uśmiech pojawi się na naszej twarzy, ten autentyczny.
Czytaj więcej
Gdy wiecznie brakuje nam czasu, gdy złości nas, jeżeli coś idzie nie tak, jak było zaplanowane, gdy coś się komplikuje i ponosimy porażkę – często powtarzamy sobie w myślach: „Zachowaj stoicki spokój”. Ale czy wiemy, co to właściwie znaczy? Czy jest możliwe życie według tej starożytnej filozofii?
Czytaj więcej
Pamiętam tamten bukiet: kupiłam dwie białe lilie i kilka ciemnofioletowych mieczyków, w ogrodzie zerwałam trochę michałków i parę rudziejących już, twardych i kształtnych gałązek z krzaka borówki – jedynego, który pozostał po moich nieudanych próbach uprawiania ogródka. Bukiet był piękny. Włożyłam go do pitnika na wodę, który jako pitnik nie bardzo się nam sprawdził, za to teraz służył za wielki wazon. Biel, fiolet i rudość płynęły razem jak muzyka. Lilie i mieczyki miały kielichy naraz podobne i zupełnie różne. Michałki rozbawiały całość. Zaświeciło słońce, a ja siadłam w zachwycie naprzeciwko parapetu, na którym stał bukiet, i zaczęłam wołać mojego męża. – Przyjdź tu, zobacz! Zobacz ten bukiet! Zobacz, jak te michałki dają taką lekkość! Zobacz, jak ta biel cudnie wygląda z tym fioletem, a te rdzawe gałązki tak jakby mediują pomiędzy, widzisz to? Widziałam, że mój mąż, człowiek dogłębnie mi życzliwy, naprawdę wkłada wysiłek, żeby słuchać tego, co ja do niego mówię. – No i co myślisz? – spytałam, łapczywie, żądna wzajemności, jakiegoś rozwinięcia, nie wiem…, dołożenia czegoś od siebie, wymiany zachwytu. – No ładny, ładny – mój mąż wyprodukował z siebie to zdanie i chociaż widziałam, że próbował coś dodać, nic więcej z jego ust nie wyszło. Po czym wrócił do swoich zajęć.
Zostałam w poczuciu, że mnie olał; w jakiejś łagodnej wersji stanu opuszczenia, bycia niezrozumianą. Ja i moje kwiatki zwiesiliśmy głowy. Why, why, why? Chwilę później, kiedy to mój mąż coś do mnie powiedział, usłyszałam w swoim głosie irytację i stało się dla mnie jasne, że jestem na niego zła, nie żeby w furii, ale w jakichś pretensjach, że niby tak mnie kocha, a lilii, mieczyków, michałków i gałązek borówek jakoś siłą rozpędu pokochać nie potrafi i kwituje całe ich piękno dwoma letnimi słowami.
Esther Perel, którą już cytowałam i dalej zamierzam to robić, jedna z najważniejszych dla mnie autorek i psychoterapeutek, często mówi tak: koncepcja, w której jeden człowiek ma dawać nam to, co wcześniej dawała cała wioska, jest historycznie nowa. Małżeństwo czy związek partnerski, w którym jeden człowiek ma być powiernikiem, najbliższym przyjacielem, kochankiem, źródłem bytowej stabilności i osobą dzielącą nasze pasje, to pomysł powstały zaledwie kilkadziesiąt lat temu. A jednak zdajemy się w to wierzyć – i to ukryte założenie penetruje codzienność wielu naszych związków.
Bo już za rogiem pojawią się pretensje. Bo jeśli masz być całym moim światem – co wielu z nas na początku wyznaje sobie w płomieniach miłosnego żaru – to gdy ten żar nieuchronnie przygaśnie, z wyznania robi się jakiś rodzaj oczekiwania, wymogu. „Z jesteś moim całym światem” robi się „masz mi dawać wszystko, czego potrzebuję”. I kończą się przelewki. Kiedy kończy się „chemiczna szóstka w totka”, używając metafory Michelle Gurevich z piosenki pod znamiennym tytułem „Six Months of Love”, nasz partner czy partnerka stają wobec niewyrażanego i nieuświadomionego często przez nas samych, niemożliwego zadania. Żeby zobaczyć, jak bardzo jest ono niemożliwe, wystarczy zrobić to proste ćwiczenie, przed którym nasze ego skrupulatnie nas chroni – zamienić się krzesełkami. Czy ja chcę być całym światem mojego partnera? Czy dzielę jego wszystkie pasje? Czy z płonącymi uszami słucham historii o tym, ile jakaś maszyna potrzebuje do setki albo o różnicach między fuksją a magentą? Czy jestem jego największą powiernicą/powiernikiem w trudnych sprawach? Czy może liczyć na moją nieocenną uważność, kiedy potrzebuję opowiedzieć o swoich zmaganiach i wtopach? Jeśli na którekolwiek z tych pytań odpowiedziałeś przecząco, witaj w klubie o nazwie Ludzkość. Jeden człowiek nie może zaspokoić wszystkich potrzeb innego człowieka.
Na szczęście jest coś, co świat biznesu w swoim nieodmiennie romantycznym języku nazwał outsourcingiem. Świat jest pełen pasjonatów tego, czym my się fascynujemy (lub kiedyś fascynowaliśmy, zanim nasza fascynacja została zasypana codziennymi obowiązkami); są na świecie ludzie gotowi słuchać naszych rozterek, są kręgi kobiet i kręgi mężczyzn, gdzie nieocenne słuchanie jest regułą świętą i skrupulatnie pilnowaną. Świat jest pełen lasów, których ścieżkami można iść samemu albo z przyjaciółką na spacer bez telefonu. Chociaż w złe dni trudno nam w to uwierzyć, świat jest miejscem zasobnym.
I my możemy po te zasoby sięgać; możemy też przyklaskiwać naszym partnerom, kiedy oni sięgają po cudze towarzystwo, które wtedy wykonuje za nas robotę, której my nie umielibyśmy tak dobrze wykonać. Pamiętam, jak w dość odległych czasach, kiedy mój malutki wtedy syn zdecydowanie wolał, żebym była w domu, ze smutkiem powitał informację, że wybieram się na jogę. – Nie idź! – powiedział do mnie smutno, a ja, trzymająca już rękę na klamce, zatrzymałam się w progu, pełna tych uczuć, co to, śmiem powiedzieć, każda matka je zna. Mój mąż, widząc moją minę, od razu postanowił interweniować. – Oj nie, Szymeczku, nie, niech mamusia idzie! – zakrzyknął z lekką desperacją w głosie. – Mamusi to jest bardzo potrzebne! Bardzo, bardzo potrzebne – powtarzał, a ja wiedziałam, że nie tylko mamusi to było potrzebne. Na przeciwległym biegunie jest postawa obrazowana dość zdumiewającym dla mnie sformułowaniem, że partner lub partnerka gdzieś drugą osobę „puszcza” albo „nie puszcza”, że „pozwala” albo „nie pozwala” gdzieś pójść czy pojechać, jakbyśmy byli w przedszkolu czy w armii, nie wiadomo, co gorsze.
W duchu outsourcingu postanowiłam założyć na Facebooku grupę wielbicielek robienia bukietów. Tam odnalazłam pełne zrozumienie dla piękna swoich kwiatów oraz, co chyba ważniejsze, napawam się urodą cudzych kompozycji. Ostatnio królują piwonie.
Czytaj więcej