Dołącz do czytelników
Brak wyników

Poradnik pozytywnego myślenia na czas wyzwań

17 czerwca 2021

NR 7 (Lipiec 2021)

O urokach outsourcingu

0 99

Pamiętam tamten bukiet: kupiłam dwie białe lilie i kilka ciemnofioletowych mieczyków, w ogrodzie zerwałam trochę michałków i parę rudziejących już, twardych i kształtnych gałązek z krzaka borówki – jedynego, który pozostał po moich nieudanych próbach uprawiania ogródka. Bukiet był piękny. Włożyłam go do pitnika na wodę, który jako pitnik nie bardzo się nam sprawdził, za to teraz służył za wielki wazon. Biel, fiolet i rudość płynęły razem jak muzyka. Lilie i mieczyki miały kielichy naraz podobne i zupełnie różne. Michałki rozbawiały całość. Zaświeciło słońce, a ja siadłam w zachwycie naprzeciwko parapetu, na którym stał bukiet, i zaczęłam wołać mojego męża. – Przyjdź tu, zobacz! Zobacz ten bukiet! Zobacz, jak te michałki dają taką lekkość! Zobacz, jak ta biel cudnie wygląda z tym fioletem, a te rdzawe gałązki tak jakby mediują pomiędzy, widzisz to? Widziałam, że mój mąż, człowiek dogłębnie mi życzliwy, naprawdę wkłada wysiłek, żeby słuchać tego, co ja do niego mówię. – No i co myślisz? – spytałam, łapczywie, żądna wzajemności, jakiegoś rozwinięcia, nie wiem…, dołożenia czegoś od siebie, wymiany zachwytu. – No ładny, ładny – mój mąż wyprodukował z siebie to zdanie i chociaż widziałam, że próbował coś dodać, nic więcej z jego ust nie wyszło. Po czym wrócił do swoich zajęć. 
Zostałam w poczuciu, że mnie olał; w jakiejś łagodnej wersji stanu opuszczenia, bycia niezrozumianą. Ja i moje kwiatki zwiesiliśmy głowy. Why, why, why? Chwilę później, kiedy to mój mąż coś do mnie powiedział, usłyszałam w swoim głosie irytację i stało się dla mnie jasne, że jestem na niego zła, nie żeby w furii, ale w jakichś pretensjach, że niby tak mnie kocha, a lilii, mieczyków, michałków i gałązek borówek jakoś siłą rozpędu pokochać nie potrafi i kwituje całe ich piękno dwoma letnimi słowami. 
Esther Perel, którą już cytowałam i dalej zamierzam to robić, jedna z najważniejszych dla mnie autorek i psychoterapeutek, często mówi tak: koncepcja, w której jeden człowiek ma dawać nam to, co wcześniej dawała cała wioska, jest historycznie nowa. Małżeństwo czy związek partnerski, w którym jeden człowiek ma być powiernikiem, najbliższym przyjacielem, kochankiem, źródłem bytowej stabilności i osobą dzielącą nasze pasje, to pomysł powstały zaledwie kilkadziesiąt lat temu. A jednak zdajemy się w to wierzyć – i to ukryte założenie penetruje codzienność wielu naszych związków. 
Bo już za rogiem pojawią się pretensje. Bo jeśli masz być całym moim światem – co wielu z nas na początku wyznaje sobie w płomieniach miłosnego żaru – to gdy ten żar nieuchronnie przygaśnie, z wyznania robi się jakiś rodzaj oczekiwania, wymogu. „Z jesteś moim całym światem” robi się „masz mi dawać wszystko, czego potrzebuję”. I kończą się przelewki. Kiedy kończy się „chemiczna szóstka w totka”, używając metafory Michelle Gurevich z piosenki pod znamiennym tytułem „Six Months of Love”, nasz partner czy partnerka stają wobec niewyrażanego i nieuświadomionego często przez nas samych, niemożliwego zadania. Żeby zobaczyć, jak bardzo jest ono niemożliwe, wystarczy zrobić to proste ćwiczenie, przed którym nasze ego skrupulatnie nas chroni – zamienić się krzesełkami. Czy ja chcę być całym światem mojego partnera? Czy dzielę jego wsz...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy