Niemal wszyscy rodzice chcieliby, aby ich dzieci dobrze odnajdowały się w społeczeństwie – potrafiły nawiązywać przyjaźnie, radziły sobie z krytyką, były asertywne i śmiałe. Niestety, nabywanie takich cech i umiejętności najczęściej przychodzi z trudem. Warto wówczas skorzystać z treningu umiejętności społecznych – przekonują psychologowie Sylwia Sitkowska, Maria Kocurowska, Damian Berent. Ich książka Naucz mnie jak radzić sobie z emocjami, komunikować się, znaleźć przyjaciół właśnie ukazała się nakładem wydawnictwa Sensus.
Czytaj więcej
Książka dla pedagogów, nauczycieli, rodziców
Umiejętności społeczne. To one pozwalają nam skutecznie komunikować się z innymi, rozpoznawać swoje emocje i dawać im wyraz. Dzięki nim radzimy sobie w sytuacjach konfliktowych, potrafimy asertywnie sformułować swoje zdanie, nie spalamy się emocjonalnie podczas rywalizacji. Umiejętności społeczne warto i należy rozwijać od najmłodszych lat. Pomóc w tym może zawarty w książce zestaw ćwiczeń przygotowanych przez psychologów praktyków, od lat prowadzących warsztaty dla dzieci. Zaproponowane scenariusze, które można zrealizować z dzieckiem w domu, w szkole i podczas zajęć online, zostały sprawdzone w praktyce w ramach kursów i treningów. Książka zawiera między innymi:
25 gotowych scenariuszy zajęć grupowych
scenariusze przystosowane do prowadzenia zajęć online
scenariusze zajęć indywidualnych
zestawienia materiałów i pomocy potrzebnych do przeprowadzenia warsztatów
Scenariusze są skonstruowane tak, aby zajęcia w pełni angażowały wszystkich uczestników, co przyczynia się do lepszego zapamiętywania treści. Obejmują takie zagadnienia jak:
rozpoznawanie emocji własnych i emocji innych ludzi
odczytywanie intencji drugiej osoby
asertywność
budowanie poczucia własnej wartości
radzenie sobie z ośmieszaniem, hejtem i ze złością
bezpieczne poruszanie się w internecie
koncentracja uwagi
Fragment książki
O autorach:
Autorzy publikacji są związani z działającą od 2009 roku w Warszawie poradnią Przystań Psychologiczna oraz Fundacją Terapeutyczna (wcześniej Terapeutyczna Kawiarnia). W prowadzonych przez nich treningach umiejętności społecznych i warsztatach psychoedukacyjnych wzięło udział już ponad tysiąc uczestników.
Sylwia Sitkowska — założycielka Przystani Psychologicznej oraz Szkoły TUS i TZA. Prezeska Fundacji Terapeutyczna. Psycholożka, psychoterapeutka, trenerka TZA, nauczycielka akademicka, autorka książek i poradników psychologicznych. Prowadzi szkolenia dla profesjonalistów z zakresu umiejętności pomagania.
Damian Berent — psycholog, psychoterapeuta, oligofrenopedagog. Ma wieloletnie doświadczenie w prowadzeniu treningów umiejętności społecznych, treningów umiejętności rodzicielskich, warsztatów psychoedukacyjnych oraz terapii indywidualnych dzieci i młodzieży. Nauczyciel Szkoły TUS i TZA w Warszawie, prowadzi także praktyki z zakresu TUS dla studentów Uniwersytetu SWPS.
Maria Kocurowska — psycholożka, trenerka TUS i TZA, prowadzi warsztaty psychoedukacyjne. Przez wiele lat koordynowała administracyjnie działanie Szkoły TUS oraz poradni Terapeutyczna Kawiarnia w Warszawie, co pozwoliło jej wnieść do książki bogaty wkład merytoryczny, a także praktyczne spostrzeżenia z punktu widzenia organizacji i przebiegu zajęć.
Informacje szczegółowe o książce:
Data premiery: 14.09.2021
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 185
Link do strony, gdzie można kupić książkę: https://sensus.pl/ksiazki/naucz-mnie-jak-radzic-sobie-z-emocjami-komunikowac-sie-znalezc-przyjaciol-sylwia-sitkowska-maria-kocurowska-damian-berent,naumni.htm#format/d
Czytaj więcej
W świecie emocji najważniejsze miejsce zajmuje miłość. Kiedy człowiek kocha, odkrywa sposób na najpełniejsze wyrażenie samego siebie. I choć z całą pewnością nie brakuje zalet bycia w związku, to nieuchronność zmian, które zachodzą w relacjach, niosą za sobą ryzyko niepowodzeń i braku satysfakcji z życia z partnerem lub partnerką. Jak wykorzystać analizę transakcyjną do zbudowania trwałego i satysfakcjonującego związku? Co powinieneś o sobie wiedzieć, aby tworzyć trwałe i wartościowe relacje?
Czytaj więcej
„Zbuntowany” i „nieprzewidywalny” – to epitety opisujące nie tylko świat nastolatków, ale również ich… mózg. Przypisując je młodym ludziom, myślimy, że są one wynikiem ich złej woli, ewentualnie zmian hormonalnych w ich organizmie. Warto jednak wiedzieć, że głównym czynnikiem nastoletnich zachowań jest mózg, który „dorasta” tak samo burzliwie jak ciało. To powoduje ogromny stres. Jak pomóc dziecku przetrwać ten trudny okres? Najważniejsza jest akceptacja stanu rzeczy – i przez rodziców, i przez nastolatka. Potem dopiero można szukać rozwiązań, a część z nich znajdziemy w jelitach.
Czytaj więcej
Stres i obawy związane z powrotem do szkoły są naturalne i zrozumiałe. Lęku dziecka nie należy jednak ignorować. Rodzice mogą ułatwić mu powrót do szkoły, rozpoznając objawy stresu i niepokoju oraz wdrażając pewne strategie.
Czytaj więcej
Dowcipna, góralska myśl księdza Józefa Tischnera o trzech prawdach chyba dzisiaj nie wystarcza. Przybyła postprawda i nie wiadomo, gdzie ją zmieścić, w której z tischnerowskich kategorii.
Bajka Marcina Brykczyńskiego Po drugiej stronie prawdy już w tytule zapowiada, że prawda ma co najmniej dwie strony. Opowiada o chłopcu w nieokreślonym wieku, ale już sprawnie posługującym się językiem dla wyrażenia myśli. I o jego matce, wielce niezadowolonej z tego, że syn pokazuje język. Mało jest matek zachwyconych takim zachowaniem dzieci. Pokazywanie języka uchodzi za sposób wyrażania siły, agresji (na podstawie obserwacji małp strzegących granic swojego terytorium), a także protestu i buntu. Na ogół rodzice nie tolerują buntu i agresji swoich dzieci. Chyba że pozaświadomie delegują je – jak twierdził Helm Stierlin –
do ekspresji tych emocji tam, gdzie sami nie zdobywają się na asertywność.
W bajce Brykczyńskiego chłopiec jest zaskoczony tym, że matka wie, że on wywala jęzor, ale niesłusznie go obwinia, bo chłopiec w lustrze zrobił to pierwszy, a on przecież nie mógł nie zareagować podobnie. I tu dylemat poznawczy. Czy kłamał celowo? Zniekształcał prawdę, aby oddalić niezadowolenie matki? Mówił postprawdę dla osiągnięcia zamierzonego celu?
Może mimo poprawnego opanowania języka nie przeszedł (jak mityczny Narcyz) rozwojowej fazy zwierciadła i traktował swoje odbicie jak oddzielną osobę? Nie opanował jeszcze theory of mind? Czy dlatego był zaskoczony, że świadomość matki jest tak odmienna od jego świadomości? Nie mógłby wówczas kłamać. Jego prawda, zawierająca cały stan poznania, byłaby jedyną prawdą. Z jego punktu widzenia. Inna rzeczywistość, według jego prawdy, nie istniałaby.
Wydaje się, że świat jest pełen całkiem dorosłych dzieci, dla których ich prawda jest prawdą jedyną. Nie ma tischnerowskiej „tyz prowdy”. Wszystko, co nie jest ich prawdą, to trzecia kategoria księdza profesora Tischnera. Nie bez zażenowania przypomnę, że uczony ksiądz nazwał ją „gówno prowda”.
W bajce matka postawiła chłopca za karę w kącie. Widział z kąta lustro a w nim chłopca, który pokazywał mu język. Najwyraźniej Brykczyński nie popiera idei, według której kara sprzyja rozwojowi. Takie prawdy też są. Ale w której kategorii je pomieścić?
Przepis na ozór wołowy w szarym polskim sosie aż się prosi o podanie. Ale ponieważ już był w tej rubryce, zastąpią go ozorki cielęce.
OZORKI CIELĘCE W SOSIE KAPAROWYM
4 szt. ozorków cielęcych
1 pęczek włoszczyzny
6 ziaren pieprzu
1 ziarnko ziela angielskiego
1 szt. liścia laurowego
3 łyżki masła
2 łyżki mąki
1 słoiczek kaparów w soli
Zalać solone kaparki ciepłą wodą i odstawić na parę godzin. Ozorki dobrze opłukać. Zalać wrzątkiem. Dodać solankę spod kaparów, umytą włoszczyznę i przyprawy. Gotować na małym ogniu przez godzinę. Ostudzić w bulionie.
Odcedzić, zachowując bulion. Kiedy wystygną, obrać ze skóry i pokroić w poprzek na plasterki o grubości pół centymetra.
Z dwóch łyżek masła i dwóch łyżek mąki zrobić w dużym rondlu białą zasmażkę. Rozprowadzić bulionem, w którym gotowały się ozorki. Wrzucić do sosu kaparki i włożyć pokrojone ozorki. Dusić dalej na bardzo małym ogniu, żeby sos się wygładził, a ozorki osiągnęły pożądaną miękkość. Przed podaniem wrzucić do sosu trzecią łyżkę świeżego masła.
Podawać z makaronem typu wstążki.
Jeśli nie znajdzie się kaparków solonych, można użyć marynowanych. Trzeba wówczas posolić gotujące się ozorki, a odrobiną marynaty spod kaparków doprawić sos. Dla zrównoważenia smaków trzeba wówczas dodać odrobinę cukru.
Czytaj więcej
Konflikty społeczne mają to do siebie, że nagle wszyscy stajemy się specjalistami w danej dziedzinie, przerzucamy komentarzami, kłócimy się w mediach społecznościowych z zupełnie obcymi ludźmi. Ale one szybko przemijają, a rezultatów tych awantur facebookowych właściwie nie ma. Pojawia się następny konflikt, inna grupa czuje się poniżana i uciskana, po chwilowym zainteresowaniu mediów i dyskusjach w komentarzach przychodzi obojętność i milczenie.
Powinnam napisać o tym, jak się odciąć od sporów w internecie, o tym, jak w nich nie uczestniczyć, nie przeżywać, nie pozwalać sobie na fali uniesienia, używać języka obraźliwego, szkalującego. Ale tymi tematami zajmują się autorzy z innych rubryk. Ja tutaj hasam po polu kultury. Zatem to, co interesuje mnie dzisiaj najbardziej, to sposób, w jaki kultura odnosi się do konfliktów społecznych. Zasada jest taka: im bliżej od rzeczywistości do tekstu, im bardziej on rzeczywistość komentuje, powtarza, tym tekst jest gorszy i tym szybciej traci na aktualności. Jego życie trwa zatem tak długo, jak długo unosi się fala emocji wywołana przez jakiś społeczny lub medialny wstrząs. Czyli krótko, coraz krócej. Nie zniechęca to jednak wielu autorów, wpychających w usta bohaterów tyrady rodem z mediów społecznościowych, o konstrukcji prostej, otwartej, często „oczywistych oczywistości”. Dlatego właśnie podobała mi się nowa powieść Anny Ciarkowskiej, prozaiczki, która w powieści Dewocje potrafi przepracować konflikt dotyczący Kościoła, zniuansować go i pisać przeciwko zasadniczym stereotypom.
Ciarkowska pokazuje bowiem jednostronnie społeczność małej, wiejskiej miejscowości, ucina drugi koniec skali, bo jej bohaterami są wyłącznie ludzie wierzący – parafianie, katechetka i proboszcz. Nie przemyka bokiem sceny ani jeden ateista. Ten świadomy wybór autorki pozwala na to, by uniknąć pustych dyskusji z użyciem argumentów, które wszyscy znamy już na pamięć. Przesuwa za to powieść i jej problematykę w kompletnie inne rewiry: na ile za naukę Kościoła odpowiadają jego poszczególni przedstawiciele, na ile sami narzucamy sobie ograniczenia, o których wolimy myśleć, że wynikają z przykazań? – zdaje się pytać Ciarkowska. Czy wiarę i jej reguły można jednoznacznie uznać za ograniczenie? – dopowiada od razu. I odpowiedź na te pytania po lekturze powieści wcale nie staje się ani łatwiejsza, ani tym bardziej oczywista.
Za wychowanie dziewcząt odpowiadają w Dewocjach ich matki i katechetka, to jest świat kobiet, które same pilnują swojego podporządkowania, nieszczęścia, które uczą swoje córki, że ich sfery intymne są brudne, grzeszne, a wartość dziewcząt sprowadza się do posiadania błony dziewiczej. To jest zatem patriarchat czczony przez kobiety bez udziału mężczyzn. Ale jednocześnie z tej przestarzałej postawy podporządkowania część z nich wyciąga pociechę, w wierze i posłuszeństwie znajduje sens życia w przestrzeni, gdzie się nie da żyć, bo mąż stosuje przemoc, bo ślady po ostrym laniu trzeba maskować niekształtnymi ubraniami, pokrywającymi całe ciało. Bo wiara też daje pocieszenie, gdy nie można zajść w ciążę albo gdy zachodzi się w nią stanowczo za często.
To nie jest powieść realistyczna, raczej próba rozłożenia na pierwiastki jednego fragmentu rzeczywistości. Ale jednocześnie daleka jest od literatury okolicznościowej, chwilowej. Ciarkowska stawia pytania poza naszym konfliktem, próbuje inaczej ustawić perspektywę.
Czytaj więcej
Ja – nieistotna cząstka – brzmi dla mnie doskonale, uwalnia od świata, który wciąż wymaga ode mnie bicia rekordów.
Czytaj więcej
Gdyby zachwyt w spojrzeniach tych matek był blaskiem słońca, spalony byłbym na ciemny brąz, ba, skóra pokryłaby się bąblami oparzeń, owiewanych – na szczęście – zefirkami rozanielonych westchnień. A ja tylko zrobiłem dzieciom owsiankę na śniadanie, pozwalając żonie spać do oporu (dobra, przyznam, że mojego oporu, który po 11:30 objawił się wymownym trzaśnięciem drzwiami od łazienki, „Och, wstajesz już kochanie?”).
To miał być jednorazowy wybryk, owsianka akurat leży w zasięgu moich możliwości, raz w roku, na urlopie, mogę sobie przecież pozwolić na kulinarne czary-mary, ale spojrzenia tych matek we wspólnej kuchni ośrodka wypoczynkowego, owe zachwycone spojrzenia nie dawały mi spokoju. Czy mogłem je zawieść?
Nie zawiodłem. Następnego dnia od świtu smażyłem naleśniki, pierwszych pięć skrzętnie ukrywając na dnie kosza. Reszta była zjadliwa, masło czekoladowe zresztą swoje robi. A spojrzenia matek paliły mnie żywym ogniem, to już nie był zachwyt, to była ekstaza. Nie powiem, zagrzało mnie to do boju.
Następne śniadanie składało się z tostów, pasty jajecznej i twarożku ze szczypiorem. Matki siedziały rzędem pod oknami, nawet ich dzieci zamarły z rozdziawionymi, pełnymi parówek buziami. A ja tańczyłem przy garach. „Taki mąż!” „Prawdziwy skarb!” „Gdzie go pani znalazła!?”. Zachwytom nie było końca.
A właściwie końca dobiegały. Pierwsza była żona. Najpierw zaproponowała, potem stanowczo zażądała możliwości przygotowania dzieciom śniadania. Odmówiłem, miałem już swoje plany. Nie odzywała się trzy dni. W międzyczasie coś się zepsuło między mną a mężami matek. Z początku było miło, ale po śniadaniu złożonym z fantazyjnych kanapeczek, ponownie naleśników, tym razem jednak z musem jabłkowym oraz jajecznicy z kurkami, przestali odpowiadać na zwyczajne „dzień dobry”, milkli, kiedy zbliżałem się z wieczornym piwkiem. Ich dzieci przestały bawić się z naszymi. A ja dopiero odkrywałem tajemnice sosu beszamelowego.
Może ten sos wszystko zepsuł? Kiedy polewałem nim szparagi poczułem na plecach zimny dreszcz. Kątem oka dostrzegłem miny matek. Nie było w nich zachwytu. Raczej smutek, jakaś taka melancholia przechodząca stopniowo w niechęć, ba, coraz czystszą nienawiść. Nie zdążyłem posypać Banan Splitu kruszonymi orzechami, gdy zaczęły wychodzić z kuchni, ostatnia trzasnęła drzwiami. Wymownie. Zostałem sam, z dziećmi marudzącymi na szparagi i domagającymi się od razu deseru. Wtedy odpuściłem.
Następnego ranka żona podała parówki, zjadłem osiem sztuk i poszedłem na ryby, nie odstawiając talerza do zlewu. I tak co rano: parówki, talerz, ryby, zwiększałem nawet liczbę tych pierwszych, dochodząc do piętnastu i to bez musztardy. Powoli odzyskiwałem szacunek w oczach mężów, matek, nawet żony. Choć z dziećmi nadal nikt nie chciał się bawić. No, ale nie można przecież mieć wszystkiego, prawda?
Czytaj więcej
Pierwsza miłość – niezależnie od tego, czy to uczucie przetrwa, czy nie – jest ważnym etapem odkrywania siebie i swoich potrzeb, nierzadko też rzutuje postrzeganie uczuć w przyszłości. Nie mamy wpływu, w kim nasze nastoletnie dziecko się zakocha i czego doświadczy, ale możemy mu mądrze towarzyszyć w pierwszych miłosnych uniesieniach. Jak to zrobić?
Czytaj więcej
Marcin Wilk: Ustalmy na początek sprawę zasadniczą. Czym jest dla Ciebie boks?
Grażyna Plebanek: O, masz. Staram się wyskakiwać z różnych szufladek, a ty na dzień dobry otwierasz jedną z nich. Nie bardzo zdążyłam się przyzwyczaić, że on mnie określa, bo mam jeszcze inne rozdziały życiowe – wcześniejsze, równoległe. No ale, dobra. Na szczęście boks jest akurat fajnym miejscem i rzeczywiście jest dla mnie ważny na różnych poziomach.
Boks funkcjonuje w moim życiu od dwunastu lat. Zaczęłam ćwiczyć, kiedy nie było to jeszcze modne w żaden sposób. Dwanaście lat temu nawet tutaj, w Brukseli, gdzie zaczynałam, gdzie dziewczyny i kobiety bardziej przełamują rozmaite tabu, okazało się, że na czterdziestu facetów w klubie było może cztery, pięć dziewczyn. Podkreślam: mówię o dziewczynach, czyli osobach w wieku dwadzieścia, trzydzieści lat, a ja poszłam, mając czterdzieści lat.
Nie powstrzymało Cię to jednak. I dobrze.
Od dawna miałam na to bardzo wielką ochotę. Chciałam ćwiczyć sztuki walki, kiedy miałam kilkanaście lat.
W Polsce w ogóle nie było takich zajęć, a gdy raz z przyjaciółką poszłam się zapisać w Warszawie na Saskiej Kępie, gdzie było jedyne miejsce z ćwiczącymi dziewczynami, jakiś ewidentnie byle jaki trener potraktował nas z buta. Było to mocno nieprzyjemne i seksistowskie. Speszyłyśmy się.
Potem to pragnienie wracało do mnie. Za każdym razem, jak coś się wydarzało takiego, gdzie czułam, że powinnam zareagować albo że się za bardzo boję, na przykład wracając sama nocą, to strasznie żałowałam, że nie znam sztuk walki.
Aż w końcu nastąpił taki moment, kiedy jakiś dziad podskoczył do moich malutkich dzieci. Rzuciłam się oczywiście z gębą, ale poczułam, że mogłabym rzucić się z czymś jeszcze. Byłam większa od niego, on był lekko pijany i starszy. Przecież mogłabym go po prostu zmieść! Siła matki jest olbrzymia i pewnie nie byłoby z tym problemu, ale czułam, że bardzo by mi się przydały jakieś techniczne podstawy. Nie trzeba było mnie długo namawiać. Prędko zapisałam się na kick boxing.
Czego Cię boks nauczył?
To, na co boks mnie osobiście otworzył, to świadomość, że można sobie pozwolić na wyjście z dekoracyjnej funkcji: znaleźć się nagle bez makijażu, w jakichś ciuchach, które nie muszą być spełnieniem marzeń zaślinionych chłopów. Zresztą w boksie nie liczy się powab. Liczy się refleks. Teraz to wszystko wiem i mówię ot tak, ale w moim przypadku musiałam przejść proces przepracowania w sobie poczucia obciachu. Musiałam porzucić myślenie, że jestem na boks zbyt dojrzała albo że ten chłopczyk z ringu jest dużo młodszy a ta dziewczyna zaraz spuści mi baty.
Dzięki boksowi bardzo dużo rzeczy się we mnie wyprostowało. Nie musiałam siadać na fotelu terapeuty. Wystarczyło wejść na ring.
„Boks Cię wyzwoli”?
Chyba najtrudniejszym elementem było coś, co nazywam treningiem przepraszania. To było związane z uświadomieniem sobie ram społecznych, w jakie byłam wpisywana – jako dziewczynka, a potem jako dorosła kobieta, od której się wymagało przede wszystkim funkcji dekoracyjnej. Być może w innych okolicznościach przyrody byłabym – jako wysportowana, duża, z potencjałem i o określonej fizyczności kobieta – trenowana od dziecka, by polować wraz z tymi, którzy byli równie wysocy. No ale jesteśmy w czasach, w jakich jesteśmy, choć i tak dla kobiet świat stał się bardziej otwarty, możemy przecież studiować i zarabiać. Ale to też jakby nowość.
Zatem ten mój pierwszy rok to było zrzucanie z siebie narzuconej formy. Zaczynałam bardzo ściśle od siebie. To było wręcz intymne, bo dotyczyło ciała, które jest po dwóch porodach, wykarmieniu dzieci i ciężkiej pracy różnego rodzaju.
Próbuję sobie to wyobrazić. Weszłaś na ring w Brukseli i co?
Byli na nim ludzie różnych narodowości, mieli różne zaplecza życiowe. Mogłam podejrzewać, że mnie jakoś dziwnie przyjmą. Okazało się, na szczęście, że nic takiego się nie zdarzyło. Otwarcie było fantastyczne. To było bardzo zachęcające. I to też jest świetne, bo to był jakby rewers tego nieprzyjęcia na sztuki walki, gdy miałam kilkanaście lat.
Pytałeś o emancypację. No to może powiem o niesprawiedliwości. Mężczyzna może się bronić – tak jest przyjęte w kulturze, chociaż oczywiście za rękoczyny się go karze. Kobieta jednak też powinna mieć prawo do obrony i to właśnie jest zapisane w Konwencji Stambulskiej. Dlatego to takie ważne i dlatego boks ma siłę emancypacyjną. Chodzi o to, by kobiety mogły wykorzystywać swoje prawdziwe możliwości.
Chcesz powiedzieć, że dziewczyny są socjalizowane do tego, by nie uderzać za mocno?
Oczywiście. Pamiętam swoje pierwsze dni na ringu. Było ciężko naprawdę solidnie przywalić. Ale tę powściągliwość obserwowałam też u innych dziewczyn. Mój trener krzyczał na mnie: „Uderz! Uderz mocniej!”. A ja mówiłam: „Ale nie mogę, przepraszam, przepraszam”. W końcu uderzałam. To była terapia.
Skąd Ty się taka wzięłaś? Z książek Twoich wiem o wielkiej sile, jaką czerpałaś z domu, od mamy i od babci. To jest to źródło?
Na pewno tak, choć nie wiedziałam o tym od samego początku. Dopiero po pewnym czasie doszłam do tego, że można korzystać z tych zasobów. Wcześniej tego nie doceniałam aż tak. To naturalne. Wszyscy jesteśmy przetrąceni na jakimś etapie.
Ostatnio myślę, że dużą – negatywną – rolę odgrywa też szkoła. Pisałam o tym zresztą w Rozbójniczkach. Dzisiaj, kiedy myślę o swojej podstawówce, wspominam ją jak katownię. A przecież to była normalna, zwyczajna warszawska tysiąclatka. W jednym z felietonów opisałam swojego nauczyciela od matematyki. Był to taki modelowy paździerzowy dziad z bródką, w okularkach, nieduży, który krążył sobie po klasie. Potrafił zasiać straszliwą i złowrogą ciszę. Niby wybierał osobę do odpowiedzi, a tak naprawdę polował, by kogoś znękać psychicznie i fizycznie. Przystawał przy upatrzonej ofierze, najczęściej był to jakiś chłopaczek, brał za przedramię i ściskał tak mocno, aż robiło się to bolesne. Był sadystą po prostu. Ale wtedy tak o tym nie myślałam. Wydawało mi się to oczywiste.
Siłę rzeczywiście czerpałam od mamy i babci. Rodzice byli rozwiedzeni, ale ojciec był obecny, choć z doskoku. Wiele mu zawdzięczam, nauczył mnie żeglarstwa, narciarstwa, strzelania. Dorastałam jednak w matriarchalnym domu, gdzie były dwie bardzo silne, wspaniałe kobiety i to one stanowią dla mnie wzór.
Zależało mi zawsze, by rozgrywać wszystko na własnych warunkach. Mogę sobie pozwolić na luksus znajdowania własnego głosu, bo już osiągnęłam pewną wysokość przelotową w życiu.
Takie zaplecze to bez wątpienia dar, ale w pewnym sensie może być też przekleństwem w świecie, który nie respektuje zasad wyniesionych z domu.
Nie przeceniałabym tak dzieciństwa. Wielu ludzi ma sentyment do tego okresu, może mieli szczęśliwe dzieciństwo. Ja miałam, szczerze mówiąc, bardzo niezwykłe – w tym sensie, że było bardzo intensywne. Na pewno nie było łatwe. Było wiele trudnych rzeczy, za trudnych. Ale przetrwałam, to najważniejsze.
Moim zdaniem zasadniczy moment zaczyna się, kiedy wkraczamy w dorosłość, w wieku dwudziestu, dwudziestu jeden lat. Wtedy trzeba zaprzeczyć pewnej części siebie. Poczułam to bardzo dokładnie na studiach, bo pamiętam, że wtedy bardzo się polaryzowały role, chociażby te płciowe. W moich czasach istniało silne tabu, jeśli chodzi o płeć biologiczną, kulturową czy każdą inną. Trzeba było bardzo okopać się we wzorach albo kobiety, albo mężczyzny. Będąc heteroseksualną kobietą, akurat nie miałam tego typu problemów, natomiast ta kobiecość jako konstrukt, że masz wyjść za mąż, wejść gładko w drugą rodzinę itd., itp., była opresyjna. Trzeba było przez to pewne cechy kobiece zachować choćby w wyglądzie. Dlatego być może wybierałam swoją ścieżkę zawodową tak, żeby nie musieć tak strasznie się konfrontować z tym modelem dorosłej żeńskości. Ale to i tak nie uwalnia od plakietek i ocen. Bo jest przecież na przykład rola matki i żony, z której się jest też społecznie rozliczanym.
Mnie zależało jednak zawsze, by rozgrywać to wszystko na własnych warunkach. Zawodowo też starałam się działać w obszarze, który daje mi wolność. Przez ten zew wolności nie stałam się autorką kryminałów czy autorką gatunkową, jedną z pisarek, które bardziej się doprecyzowuje.
Teraz mnie to wszystko coraz mniej dotyczy. Mogę sobie pozwolić na luksus znajdowania własnego głosu, bo już osiągnęłam pewną wysokość przelotową w życiu.
Po drodze jednak faktycznie lądowałaś w różnych szufladkach. A przynajmniej były takie zakusy. Na przykład autorka powieści obyczajowych. Pamiętam, jaki kłopot był z klasyfikacją Twoich powieści.
Po Dziewczynach z Portofino, która jest opowieścią o czterech dorastających dziewczynkach, zrodził się pomysł, żeby koniecznie napisać coś w tym stylu itd. Ale ja już to zrobiłam, więc poszłam dalej. Później były Nielegalne związki, które się odbiły większym echem. Okazało się, że pisanie o seksie jest nagle najbardziej pożądane. Więc ja się natychmiast z tego wymiksowałam. Napisałam o boksie. A potem o Kongijce. Cały czas wyskakiwałam z szufladek. To było kompletnie nierynkowe podejście. Może gdybym była spokojniejsza, miałabym z tego kasę. Ale nie interesuje mnie takie handlowanie wolnością.
Nie miałaś chyba w ogóle planu, przyznaj.
Tak. Czasami to jest taki po prostu zew wolności, chociaż brzmi to obciachowo. Ale z drugiej strony, masz rację, to są wszystko bardzo instynktowne ruchy z mojej strony.
Za moimi działaniami stoi przede wszystkim wielka ciekawość. Nie chodzi o plotki, ale o takie dociekanie, co jest za rogiem. Na przykład wyjechałam, bo szalenie mnie interesowało, co naprawdę kryje się pod plakietką Zachód.
Byłam bardzo ciekawa, jak ten świat naprawdę wygląda. I rzeczywiście to są takie lata oddawania się tym doświadczeniom, które są czasami trudne, bo to zakrawało o odzieranie się z tożsamości, w którą człowiek jakoś wrósł i o której myślał, że jest rozstrzygająca i ostateczna. Nagle okazało się, że w Sztokholmie tożsamość polska w ogóle nie ma znaczenia. Polacy jakoś inaczej są postrzegani, niż mogłam sobie to wyobrazić.
To wszystko było oczywiście bolesne. Tylko z drugiej strony było niebywałym wprost doświadczeniem. Mogłam się trochę pokłócić ze Szwedami na różne tematy i chociaż próbować wytłumaczyć, że my nie jesteśmy tylko pielęgniarzami czy sprzątaczkami. Było mi to chyba potrzebne, by wiedzieć, kim jestem, a kim nie jestem.
Kiedyś w Kinszasie poznałam faceta, który był dawniej właścicielem knajpy, ale interes mu padł, a do tego w jego żonie zakochał się generał, który pozbawił go majątku i oczywiście żony. Słuchałam tej jego opowieści, długo to trwało, przyznam szczerze, ale na szczęście posiadał również dar pięknego gawędziarstwa, więc siedziałam, słuchałam i myślałam: „Boże, mówi fantastycznie, inteligentnie, tylko czy my określilibyśmy go mianem inteligenta?! A dla mnie jest megainteligentny! Niesie wszystkie te wartości, których nawet nie chcę określać. I tego szukam. Takiego czegoś, co nie do końca określone, co nie jest wyetykietkowane, tylko takie właśnie drobne cuda, które się zdarzają w życiu. I po prostu trzeba na nie popatrzeć świeżym okiem”.
Ciekawie o tym etykietowaniu mówisz. Muszę wyznać w tym kontekście, że bardzo przekonuje mnie, gdy piszesz o kundlu w Brukseli. Zwierzęcość w mieście. Ale chyba w ogóle ta figura mieszańca, kogoś, kto wymyka się klasyfikacjom, jest Ci bliska?
I tu powinna pojawić się też postać Kazana z Szarej Wilczycy Jamesa Olivera Curwooda. Mieszaniec, w trzy czwarte husky, w jednej czwartej wilk. To moja postać. Utożsamiam się z nią niemal w pełni. Tu pewnie powinny się również pojawić inne psy z mojego życia, ale skoro pytasz o Brukselę – rzeczywiście Zinneke, mieszaniec, czyli kundel po prostu, jest jednym z trzech symboli miasta.
Psy – te brukselskie – kiedyś do mnie same przyszły niemal dosłownie, gdy pisałam Nielegalne związki. Siedziałam akurat i patrzyłam przez okno w takim wewnętrznym, bardzo maleńkim ogródku otoczonym murami. Między murami sąsiadujących ogródków były takie jakby zalepione drzwi, które kiedyś funkcjonowały, teraz zostało tylko wgłębienie. Myślałam o tym śladzie, o tym przejściu i nagle pomyślałam o tych psach. I te psy zaczęły żyć w narracji. Pojawiły się w Nielegalnych związkach jako chmara, trochę nieokiełznana, która ma swojego własnego herszta.
Brukselskie psy są legendarne. Istniały tu od średniowiecza, towarzyszyły tutejszej ludności. Sprzyjała im rzeka, nad którą grasowały i kłusowały. Były częściowo udomowione, częściowo dzikie. Niestety, zdarzało się, że gdy ich było za dużo, topiono je jak czarownice.
Grażyna Plebanek,
Rozbójniczki. Opowieść o ważnych kobietach
OsnoVa 2021
Czytaj więcej