Przeklęta owsianka

Style życia

Gdyby zachwyt w spojrzeniach tych matek był blaskiem słońca, spalony byłbym na ciemny brąz, ba, skóra pokryłaby się bąblami oparzeń, owiewanych – na szczęście – zefirkami rozanielonych westchnień. A ja tylko zrobiłem dzieciom owsiankę na śniadanie, pozwalając żonie spać do oporu (dobra, przyznam, że mojego oporu, który po 11:30 objawił się wymownym trzaśnięciem drzwiami od łazienki, „Och, wstajesz już kochanie?”). 

POLECAMY

To miał być jednorazowy wybryk, owsianka akurat leży w zasięgu moich możliwości, raz w roku, na urlopie, mogę sobie przecież pozwolić na kulinarne czary-mary, ale spojrzenia tych matek we wspólnej kuchni ośrodka wypoczynkowego, owe zachwycone spojrzenia nie dawały mi spokoju. Czy mogłem je zawieść?

Nie zawiodłem. Następnego dnia od świtu smażyłem naleśniki, pierwszych pięć skrzętnie ukrywając na dnie kosza. Reszta była zjadliwa, masło czekoladowe zresztą swoje robi. A spojrzenia matek paliły mnie żywym ogniem, to już nie był zachwyt, to była ekstaza. Nie powiem, zagrzało mnie to do boju. 

Następne śniadanie składało się z tostów, pasty jajecznej i twarożku ze szczypiorem. Matki siedziały rzędem pod oknami, nawet ich dzieci zamarły z rozdziawionymi, pełnymi parówek buziami. A ja tańczyłem przy garach. „Taki mąż!” „Prawdziwy skarb!” „Gdzie go pani znalazła!?”. Zachwytom nie było końca.

A właściwie końca dobiegały. Pierwsza była żona. Najpierw zaproponowała, potem stanowczo zażądała możliwości przygotowania dzieciom śniadania. Odmówiłem, miałem już swoje plany. Nie odzywała się tr...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Tylko w ten weekend kupisz prenumeratę 20% TANIEJ

Zobacz więcej

POLECAMY

Przypisy