Jak jeść, żeby nie zwariować, czyli o jedzeniu emocjonalnym

W jaki sposób odnosisz się do jedzenia – traktujesz je jak nagrodę czy raczej karę? Masz za sobą dziesiątki różnego rodzaju diet, które nie przyniosły nic poza kolejnymi nadprogramowymi kilogramami? W jakich sytuacjach najczęściej sięgasz po niezdrowe przekąski albo po prostu rzucasz się na jedzenie? Niezależnie od odpowiedzi na te pytania warto się zastanowić nad swoim stosunkiem do jedzenia i przypomnieć sobie, że służy ono do odżywania, ale też daje przyjemność.
Czytaj więcej

Jedzenie emocjonalne i inne podjadania – przeczytaj fragment książki!

Jedzenie to konieczność ― bez energii, którą nam daje, nie przeżyjemy. Jest jednak czymś znacznie ważniejszym niż tylko naturalnym sposobem na dostarczenie sobie paliwa. Z jedzenia czerpiemy przyjemność, celebrujemy je i potrafimy się nim delektować. Niestety, bywa ono także niebezpieczne ― usidleni przez marketing, ale też przez własne, utrwalane latami złe nawyki żywieniowe, sami wyrządzamy sobie krzywdę, nieodpowiednio się odżywiając. Tyjemy, chorujemy, cierpimy z powodu niedoboru witamin i minerałów. Albo wpadamy w pułapkę kompulsywnego odchudzania lub tak restrykcyjnie przestrzegamy reguł zdrowego odżywania, aż… staje się ono niezdrową obsesją.
Czytaj więcej

„Garderoba” – przeczytaj fragment książki!

„Będę mówiła w języku, w którym słowa są jasne. Nieskalane podsłuchanymi awanturami. Pierwszy raz nie będę musiała być między rodzicami. Współczuć im, to jednemu, to drugiemu. Wspierać to jedno, to drugie. I to tak, by nikogo z nich nie opuścić i nie zranić. Miałam nadzieję, że ta nowa odległość między nami mnie uratuje.” – prezentujemy fragment powieści „Garderoba” – literackiego debiutu psychoterapeutki Jagny Ambroziak.
Czytaj więcej

Macierzyńskie wsparcie

Idę czytać do wanny – nie z wygody, ale z zagonienia. Planuję się ukryć w łazience przed mężem i dziećmi i złapać (mały) oddech. Wiadomo, że w łazience można się nie tylko ukryć, ale i zachować godność, udając konieczność przeprowadzenia skomplikowanych zabiegów higienicznych. No więc, wanna jest moim szampanem i truskawką z czekoladą, ale bez wyrzutów sumienia. Jest już późno, nikt nie powinien mieć żadnych potrzeb koniecznych do zrealizowania tu i teraz. Zamierzam czytać w wannie również z innego powodu – podobno w kąpieli nie można zasnąć, więc może uda mi się trochę podgonić lekturę.
Czytaj więcej

Czego by się tu bać?

Wszyscy się boją. Przecież odwaga to nie brak lęku, a sprawność w panowaniu nad nim. Nawet bohaterowie się boją, a im większe zagrożenie, tym większa potrzeba sprawności w stawianiu mu czoła, by robić to, co uważa się za słuszne i właściwe. Ważnym elementem takiej sprawności jest trafne rozpoznanie źródła zagrożenia wywołującego lęk. Problem w tym, że lęk jest najczęściej nieokreślony, a ustalenie źródła zagrożenia bywa trudne. Lęk staje się słabszy, kiedy można powiedzieć, co go wywołuje, nawet jeśli to ustalenie jest błędne.  Wiedział o tym biskup warmiński i hrabia cesarstwa rzymskiego Ignacy Krasicki. Zresztą bardziej znany jako poeta niż jako dostojnik Kościoła. Otóż w bajce o marnym końcu starej czapli, która zginęła uduszona szczypcami przez raka, wyposażył w tę wiedzę bohaterkę. Przemyślnie ostrzegła ona ryby w stawie o grożącym im niebezpieczeństwie. Rybacy dybali na nie i zamierzali – według jej twierdzeń – spuścić ze stawu wodę. Wskazała nie tylko wroga, ale i drogę wyjścia. Tylko ona mogła ryby przenieść w bezpieczne miejsce. Ale nie przeniosła, bo po drodze wszystkie zjadła. Biskup Krasicki wskazuje przyczynę polityki siania zagrożenia i obiecywania ratunku. Czapla była stara, ale apetyt jej nie zmalał.  Mówi się, że to dzieci są łatwowierne i ulegają manipulacjom. Podobnie mówi się o ludziach starych. I jedni, i drudzy, rzeczywiście, chociaż z różnych powodów, bywają nadmiernie ufni. Podstawowa ufność rozwija się według Erika Eriksona w pierwszym roku życia i jest warunkiem korzystnego dalszego rozwoju. Ograniczenie bezgranicznej ufności wymaga krytycyzmu i świadomości, że inni mają odrębne umysły i własne zamiary. Ta sprawność rozwija się około dwa lata później. Ale krytycyzm słabnie w późnym wieku wraz z narastaniem zaburzeń poznawczych. Jednak wczesne dzieciństwo i starość łączy niesamodzielność w rozwiązywaniu sytuacji zagrożenia. Pewnie dlatego dzieci i starców łatwiej oszukać. Zwłaszcza pokazując im, kto jest dla nich niebezpieczny i obiecując ratunek i „złote góry”. Można jednak zauważyć, że i dorośli ulegają czaplej polityce. Czapla biskupa warmińskiego umiejętnie wystraszyła ryby, przekonała je, że to rybacy są ich śmiertelnymi wrogami. Same ryby wybrały ją na zbawcę, a ona je po prosu zjadła. Jedną po drugiej. Sprawiedliwość wymierzył jej rak. Ale było już po rybach. Wiedza o rzekomym zagrożeniu dała im spokojną śmierć w gardzieli czapli (Biskup pisze „w pysku” – chciał być dosadny? Czy „pysk” nie był wulgaryzmem w XVIII wieku?). No i jak tu nakłaniać do zdrowego jedzenia? Kto uwierzy, że surowy sos do makaronu jest zdrowy i pożywny?    SPAGHETTI Z POMIDORAMI 25 dag spaghetti SOS     3 szt. dużych, dojrzałych pomidorów 5 ząbków czosnku 1 pęczek świeżej bazylii 5 łyżek oliwy 5 łyżek tartego parmygiano lub pecorino sól Pomidory sparzyć, obrać ze skórki, pokroić w kostkę o boku pół centymetra (mniej więcej). Czosnek obrać i zmiażdżyć. Listki bazylii posiekać. Wymieszać pomidory, czosnek i bazylię w misce z przykrywką, posolić do smaku i wlać oliwę. Przykryć i odłożyć na dwie godziny.  Ugotować spaghetti (można też inny ulubiony makaron) w osolonej wodzie. Czas gotowania zależy od zaleceń producenta i od upodobania. Im dłużej się gotuje, tym makaron bardziej miękki, oczywiście. Odcedzić, nie płukać, wrzucić do miski z sosem.  Na talerzach posypać tartym serem, parmigiano lub pecorino.  
Czytaj więcej

15 min.

t mowi ze koniec z siedzeniem na fonach . spedzimy czas razem jak rodzina . czyli jak pytam . czyli nijak . no to siedzimy & mija minuta . dwie . ale nuda mowie . nuda to tez zycie mowi t .  dobra ile jeszcze ? ile trzeba . ale po co to ? jak to po co ? trzeba czasem rozmawiac jak ludzie .  to rozmawiaj mowi m . t nic . patrzy na fony co leza off na stole . widze w jego oczach tesknote . m zaczyna wcinac swoje snaki tez siegam ale patrzy krzywo . zabieraj lapy . sama zabieraj . probuje myslec o czyms przyjemnym ma przyjechac nowy tusz tylko dopiero po 14 . moze zamowie blyszczyk ? jezu ile jeszcze ? jeszcze trochę .  m zaczyna wrzeszczec nie slucham tylko patrze na ulice . dawno tego nie robilam . ulica jest pusta & pelna slonca tylko drony kurierskie lataja cicho . cienie domow sa czarne albo prawie . patrze znowu na t . stuka nogami o podloge & rekami o nogi . ciagle gapi sie na fony na stole . m tez stuka . dopiero teraz widze ze t jest starszy niz kiedys . ma takie biale wlosy z bokow  & wory pod oczami & brzuch mu wystaje chociaz nogi ma jak patyki zawsze mial mam to po nim na szczescie . m tak samo tylko oprocz brzucha ma wielki tylek czy ja tez taki bede miala ? m patrzy na mnie daje mi znak oczami ze t jest co najmniej dziwny usmiecham sie do niej & nagle mam ochote pogadac z nia tak po prostu o niczym & o wszystkim ale wtedy t krzyczy juz !!! & rzuca sie na swojego fona & cos sprawdza . jest ! co ? 15 minut ! co 15 minut ? 15 minut bez fona ! sie okazuje ze t ma nowa apke ktora mierzy rekordy bez fona . najpierw trzeba wytrzymac 5 minut . to po co siedzielismy 15 ? a bo chcialem wskoczyc od razu na trzeci lewel . m znowu na mnie patrzy ale ja juz nie . tez sciagam te apke & juz mam sie log ale dociera do mnie ze znowu bede musiala byc bez fona . dlugo sie waham . 
Czytaj więcej

Żeby dawać, trzeba mieć

Trzeba znaleźć oparcie w sobie, także gdy idzie o działania na rzecz innych. Mamy powinność wobec siebie, by się rozwijać – wtedy możemy dać więcej z siebie innym.
Czytaj więcej

Uciesz się sobą, człowieku!

Jakby to było, gdyby zaprojektować swoje życie w zgodzie ze sobą, z pełną akceptacją swoich „mocy i niemocy”, koncentracją na wzrastaniu, z odwagą do popełniania błędów, wyciągania z nich wniosków, uczenia się siebie, doskonalenia tego, co chcemy i czego potrzebujemy – z lekkością, a nie przytłaczającym poczuciem bycia niewystarczająco dobrym? Czy jest to w ogóle możliwe?
Czytaj więcej

O (nie)ładnej pogodzie

Trener, który prowadził przede mną szkolenie w sali tamtego wrocławskiego hotelu, zostawił lekki bałaganik, a i obsługa nie zdążyła widać posprzątać: na stole, na którym miałam rozkładać swoje materiały, piętrzył się stosik kartek z wypełnianym przez uczestników testem. Test dotyczył chyba introwersji i ekstrawersji i przy każdym pytaniu dawał tylko dwie możliwe odpowiedzi – tak albo nie. Na przykład: „Na spotkaniach zespołu często zabieram głos” albo „Wolę rozmowy jeden na jeden niż tłumne zgromadzenia”. Kartka umieszczona na samym wierzchu należała do kogoś, kto nie tylko nie zmieścił się w ciasnym wyborze pomiędzy „tak” lub „nie”, ale jeszcze postanowił to zakomunikować: obok kolumn „tak” i „nie” dopisał trzecią: „bywa różnie”. Przy wszystkich pytaniach, chyba poza jednym, zaznaczył właśnie tę kategorię.  Polubiłam autora/autorkę tej drobnej rebelii, sama zmęczona algorytmicznym, zero-jedynkowym światem, w którym wybieram tylko między „tak” albo „nie” i czuję, że kiedykolwiek powiem „tak”, zostawiam na pastwę nieistnienia jakiś kawałek siebie, który chciał dodać „ale też trochę nie!”. Czy tam odwrotnie. Podobny rodzaj smutko-wkurzenia towarzyszy mi, kiedy słyszę brutalne pytanie o to, czy dana emocja jest „pozytywna” czy „negatywna”. To tak, jakby „Sonatę Księżycową” Beethovena przemienić na dzwonek w telefonie. Albo jakby wprowadzić jakiś rasistowski podział na lepszych i gorszych, dając tym pierwszym prawa, których odmawia się drugim. Kiedy dzielimy emocje na pozytywne i negatywne robimy sobie, najczęściej całkiem nieświadomie, kilka niefajnych rzeczy. Po pierwsze spłycamy. Po drugie – umacniamy w sobie poczucie, że jedne uczucia są pożądane, a inne nie. To wewnętrzne nierównouprawnienie sprawia, że osierocamy całe swoje połacie, odwracając się od siebie samych, bo od kogóż by innego, skoro to własnym uczuciom mówimy stanowcze, acz bezradne „nie”. Bezradne, bo właśnie odrzucając w sobie kolumnę „negatywnych” uczuć, paradoksalnie je umacniamy. Ten odruch jest naturalny – poza mistrzami zen wszyscy chyba wolimy czuć spokój od strachu czy zachwyt od rozpaczy. I ja nie będę udawała, że mam inaczej – wolę się cieszyć niż smucić, ale doświadczenie z tłumieniem tak zwanych uczuć negatywnych mam jak najgorsze i wiem, że w zgrabnym amerykańskim dwuwersie what you resist will persist kryje się szczera prawda – to, czemu się opieramy, jeszcze mocniej domaga się naszej uwagi.  Postawiłam przed sobą zadanie budowania zgody na różne wewnętrzne krajobrazy. Podpowiedź przyszła z krajobrazów zewnętrznych. Schodząc kiedyś schodami w swoim domu, aż przerwałam to schodzenie, by usiąść na jednym ze schodków i zagapić się na przecudnej urody chmurę, której kolor w języku tamtej tak–nie ankiety można było określić jako szary, ale Prawda tamtej Chmury była inna: była w niej kłębiastość waty cukrowej, był plusz i welur, były kosmyki błękitu i krople ciemnego wrzosu, była nieprzejednana ponurość i równocześnie blask. Siedziałam na schodku i siedziałam, nieczuła na odgłosy sprzętów AGD i domowników, tylko na tę chmurę czuła, w dodatku jakby z wzajemnością. Tego samego dnia po południu słyszałam, jak jakaś pani w sklepie strasznie narzekała, że jest pochmurno. Być może nawet, o zgrozo, mówiąc o pochmurności, mówiła o tamtej mojej chmurze! W świecie, który ma tylko dwie kolumny: „tak” i „nie”, słońce jest „tak”, a chmura jest „nie”. W świecie dwóch kolumn nie ma miejsca ani na deszcz, ani na mżawkę, ani na smutek, niepokój, melancholię.  Odkąd zamieszkałam na obrzeżach podkrakowskiej wsi, podziwiam 365 pór roku zamiast czterech, a właściwie zamiast podziału na pada/nie pada i ciepło/zimno. Teraz często przypominają mi się słowa mojej świętej pamięci babci Agnieszki, która była profesorką biologii i często mi powtarzała, że każda pogoda jest ładna. Co by to zdanie znaczyło, gdyby przenieść je na krajobrazy wewnętrzne? Sprawdzam i idzie mi różnie. Nie nauczyłam się lubić swojego lęku i póki co wątpię, czy się nauczę. Staram się oddychać głęboko, kiedy czuję niepokój, ale nie zawsze mi się udaje. Największe postępy poczyniłam wokół smutku i jego odmian – melancholii, przygnębienia, nostalgii, bezsiły. Kiedy pojawia się we mnie smutek, otwieram mu szeroko drzwi i bez ściemy mówię witaj. W świecie dwóch kolumn, w podziale na uczucia pozytywne i negatywne, wylądowałby w kolumnie z kciukiem w dół, ale kiedy zdejmiemy obręcz tego podziału, może okazać się piękny. I tak żegluję sobie po moim smutku, nie szukając brzegu. Jest mi w nim spokojnie. Gdybym umiała malować, mój smutek byłby podobny do tamtej chmury, na którą patrzyłam, siedząc na schodku, albo do jakichś stepowych krajobrazów, całkiem innych niż rajskie plaże z turkusową wodą i białym piaskiem, z których sama czasem robiłam sobie zdjęcia w tle laptopa. Sylvia Townsend Warner, angielska powieściopisarka i poetka, pisała kiedyś o „smutku tak czystym, że był to prawie spokój”. Rozpoznaję to w sobie.  Jestem też w całkiem niezłych stosunkach ze swoją złością i jest to relacja żarliwa, nie tak dawno odkryta, coś na kształt romansu, bo też, jak wiele częściowo grzecznych dziewczynek, trochę sobie na złość nie pozwalałam, ale tamte czasy się skończyły. Teraz, kiedy zbliżyłam się do niej, podziwiam jej gwałtowną urodę, krajobraz całkiem inny niż tamten smutno-stepowy, burza a nie chmura, pioruny, grad i cała reszta, po prostu pyszne. Tańczę swoją złość z lubością, daję się prowadzić jak w tangu, patrzę na jej odmiany, na nieprzejednanie oburzenia, wysoki płomień gniewu, czuję, jak jej energia zasila mnie – ta sama energia, która trzymana pod pokrywką, mogłaby mnie drenować.  Jak wyglądałaby moja codzienność, gdybym umiała odczuwać niepokój i lęk z tą samą zgodą, która często towarzyszy mi w smutku czy w złości? I inne uczucia, na które ciągle w sobie się nie zgadzam? Gdybym umiała całkiem zawiesić swój wewnętrzny podział na emocje „pozytywne” i „negatywne”? Jeszcze tego nie wiem, ale przeczuwam, że będę dalej próbować.  
Czytaj więcej

Body positive, czyli o szacunku do własnego ciała

Samoakceptacja w dzisiejszych, opresyjnych dla ciała czasach jest aktem prawdziwej odwagi. Bycie w dobrej relacji ze swoim ciałem daje energię, zdrowie – również psychiczne – i siłę do samorealizacji. Kiedy przestajemy się koncentrować na „niedoskonałościach” swojego ciała, zyskujemy sporo przestrzeni na myślenie o rzeczach ważniejszych. Jak zatem zbudować pozytywną relację ze swoim ciałem? Jak sprawić, by poczuć się w nim dobrze?
Czytaj więcej

„Żeby mi się chciało tak, jak mi się nie chce”

Rutyna, brak wolności, ograniczenia i areszt domowy to prosta droga do zabicia pożądania. A co je wspiera?
Czytaj więcej