Dołącz do czytelników
Brak wyników

Poradnik pozytywnego myślenia na czas wyzwań

15 lipca 2021

NR 8 (Sierpień 2021)

O (nie)ładnej pogodzie

23

Trener, który prowadził przede mną szkolenie w sali tamtego wrocławskiego hotelu, zostawił lekki bałaganik, a i obsługa nie zdążyła widać posprzątać: na stole, na którym miałam rozkładać swoje materiały, piętrzył się stosik kartek z wypełnianym przez uczestników testem. Test dotyczył chyba introwersji i ekstrawersji i przy każdym pytaniu dawał tylko dwie możliwe odpowiedzi – tak albo nie. Na przykład: „Na spotkaniach zespołu często zabieram głos” albo „Wolę rozmowy jeden na jeden niż tłumne zgromadzenia”. Kartka umieszczona na samym wierzchu należała do kogoś, kto nie tylko nie zmieścił się w ciasnym wyborze pomiędzy „tak” lub „nie”, ale jeszcze postanowił to zakomunikować: obok kolumn „tak” i „nie” dopisał trzecią: „bywa różnie”. Przy wszystkich pytaniach, chyba poza jednym, zaznaczył właśnie tę kategorię. 
Polubiłam autora/autorkę tej drobnej rebelii, sama zmęczona algorytmicznym, zero-jedynkowym światem, w którym wybieram tylko między „tak” albo „nie” i czuję, że kiedykolwiek powiem „tak”, zostawiam na pastwę nieistnienia jakiś kawałek siebie, który chciał dodać „ale też trochę nie!”. Czy tam odwrotnie. Podobny rodzaj smutko-wkurzenia towarzyszy mi, kiedy słyszę brutalne pytanie o to, czy dana emocja jest „pozytywna” czy „negatywna”. To tak, jakby „Sonatę Księżycową” Beethovena przemienić na dzwonek w telefonie. Albo jakby wprowadzić jakiś rasistowski podział na lepszych i gorszych, dając tym pierwszym prawa, których odmawia się drugim. Kiedy dzielimy emocje na pozytywne i negatywne robimy sobie, najczęściej całkiem nieświadomie, kilka niefajnych rzeczy. Po pierwsze spłycamy. Po drugie – umacniamy w sobie poczucie, że jedne uczucia są pożądane, a inne nie. To wewnętrzne nierównouprawnienie sprawia, że osierocamy całe swoje połacie, odwracając się od siebie samych, bo od kogóż by innego, skoro to własnym uczuciom mówimy stanowcze, acz bezradne „nie”. Bezradne, bo właśnie odrzucając w sobie kolumnę „negatywnych” uczuć, paradoksalnie je umacniamy. Ten odruch jest naturalny – poza mistrzami zen wszyscy chyba wolimy czuć spokój od strachu czy zachwyt od rozpaczy. I ja nie będę udawała, że mam inaczej – wolę się cieszyć niż smucić, ale doświadczenie z tłumieniem tak zwanych uczuć negatywnych mam jak najgorsze i wiem, że w zgrabnym amerykańskim dwuwersie what you resist will persist kryje się szczera prawda – to, czemu się opieramy, jeszcze mocniej domaga się naszej uwagi. 
Postawiłam przed sobą zadanie budowania zgody na różne wewnętrzne krajobrazy. Podpowiedź przyszła z krajobrazów zewnętrznych. Schodząc kiedyś schodami w swoim domu, aż przerwałam to schodzenie, by usiąść na jednym ze schodków i zagapić się na przecudnej urody chmurę, której kolor w języku tamtej tak–nie ankiety można było określić jako szary, ale Prawda tamtej Chmury była inna: była w niej kłębiastość waty cukrowej, był plusz i welur, były kosmyki błękitu i krople ciemnego wrzosu, była nieprzejednana ponurość i równocześnie blask. Siedziałam na schodku i siedziałam, nieczuła na odgłosy sprzętów AGD i domowników, tylko na tę chmurę czuła, w dodatku jakby z wzajemnością. Tego samego dnia po południu słyszałam, jak jakaś pani w sklepie strasznie narzekała, że jest pochmurno. Być może nawet, o zgrozo, mówiąc o pochmurności, mówiła o tamtej mojej chmurze! W świecie, który ma tylko dwie kolumn...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy