Dołącz do czytelników
Brak wyników

Poradnik pozytywnego myślenia na czas wyzwań

27 lipca 2021

NR 8 (Sierpień 2021)

Żeby dawać, trzeba mieć
O tym, co wnosi blask do życia z Marią Szyszkowską rozmawia Paulina Chołda.

0 84

Trzeba znaleźć oparcie w sobie, także gdy idzie o działania na rzecz innych. Mamy powinność wobec siebie, by się rozwijać – wtedy możemy dać więcej z siebie innym.

Paulina Chołda: Pani filozoficzny mistrz, Immanuel Kant, znany jest z suchego, hermetycznego języka. Filozofia jest domeną raczej mężczyzn. Czy Pani jako kobiecie czasem to przeszkadzało? 
Maria Szyszkowska:
Zawsze lgnęłam do świata mężczyzn. W męskiej z reguły filozofii znalazłam równowagę dla swojej nadmiernej – jak sądziłam – wrażliwości. Mężczyzn podziwiam za to, że interesują się tym, co wykracza poza codzienność. 

Codziennym życiem często zajmują się kobiety. Tadeusz Różewicz napisał Opowiadanie o starych kobietach. Oto jego fragment: 
„Lubię stare kobiety / brzydkie kobiety / złe kobiety / są solą ziemi/ nie brzydzą się / ludzkimi odpadkami / znają odwrotną / stronę / medalu / miłości / wiary / przychodzą i odchodzą / dyktatorzy błaznują / mają ręce splamione / krwią ludzkich istot / stare kobiety wstają o świcie / kupują mięso owoce chleb / sprzątają gotują / stoją na ulicy z założonymi / rękami / milczą / stare kobiety / są nieśmiertelne nieśmiertelne”... 
Ma Pani rację. To kobiety stanowią wspaniałe oparcie dla osób, które wybierają życie w świecie ideałów, zmierzanie do nich. Dają poczucie bezpieczeństwa, pozwalają oddychać w świecie wyższych wartości. Kilka lat temu marzyłam o tym, by ktoś mnie „zaadoptował”, tzn. przejął cały trud rozmaitych codziennych czynności. Znamienne, że nawet jeśli zajmujemy się problemami wyższego rzędu, życie przebiega w codzienności. Rzecz w tym, by się w niej nie zatopić, bo zaczyna wówczas brakować powietrza. 

Bywa, że porozumienie w związku przeradza się w przyjaźń. Czy Pani przyjaźni się z mężem?
Uważam, że albo miłość, albo przyjaźń. Byłoby dla mnie zawężaniem świata, gdyby jeden mężczyzna miał być przedmiotem miłości i przyjaźni. Chcę mieć przyjaciół poza mężem. Zresztą, gdy się w kimś zakochujemy, nie wiemy nic o jego właściwościach, ani o tym, czy możliwa jest z nim przyjaźń. 

POLECAMY

Miłość i przyjaźń raczej się wykluczają?
To kwestia przypadku. W zakochaniu główną rolę odgrywają emocje, namiętność. Natomiast przyjaźń zakłada podobieństwo, zbliżony świat wartości, podobną skalę uczuć i wrażliwości. Możliwość współdziałania, urzeczywistniania pewnych ideałów jeszcze ją umacnia.  

Pani przepis na to, aby na co dzień żyć ze sobą dobrze?
Ożywczym elementem w miłości dwojga jest dla mnie taniec. Nie wyobrażam sobie bycia razem bez niego. W tym roku sylwester był bez tańca – pierwszy taki od lat. Wcześniej organizowałam bale taneczne na kilkanaście osób u mnie, w chacie w Nałęczowie. 

Co takiego jest w tańcu?
Na pewno element erotyzmu, który odświeża związek. Jest to też jedyna sytuacja, gdy poddaję się bez reszty woli osoby, z którą tańczę. Zanim doszło do ślubu, mój mąż musiał mi obiecać, że nie przestanie ze mną tańczyć. W przeszłości słyszałam bowiem wyznania moich ciotek, stryjenek, które rozpaczały, że wujkowie po ślubie już z nimi nie tańczyli, nie chciało im się.

Kiedy po raz pierwszy poczuła Pani, że taniec jest tak ważny dla Pani?
Miałam siedem lat i na balu brakowało partnerek do tańca. Mama powiedziała do mnie: „Włóż ładną sukienkę, będziesz tańczyć”. To było coś olśniewającego, przede wszystkim rytm, poddawanie się mu. Mam czasem wrażenie, że to element rytmu całego kosmosu. I pozwolenie sobie na bycie zniewoloną. Taniec zawiesza poczucie odpowiedzialności za własne istnienie. Przymykam oczy i zdaję się na wolę partnera.

Co jeszcze wnosi blask do Pani życia?
Taką ekscytującą sytuacją jest kawiarnia. Wychowałam się, słuchając opowieści o międzywojennych kawiarniach literackich Warszawy. Moja ciotka była aktorką. Gdy chodziłam już do szkoły, prowadziła mnie do kawiarni w Hotelu Europejskim, widywałam tam na przykład Ludwika Sempolińskiego. To ona przekazała mi magiczny charakter kawiarni. Jeszcze 20 lat temu były w Warszawie kawiarnie z pianistą, coś cudownego. W „Nowym Świecie” w przerwach wykładów spotykałam się ze znajomymi. Choć prawdziwie swoje miejsce, kawiarnię „Ewelinę”, znalazłam dopiero w Nałęczowie. Przyjeżdżałam tu na wakacje z powodu choroby mojej mamy. Bywałyśmy w „Ewelinie” codziennie. Jest urokliwa, szczególnie w lecie, gdy sporo osób przybywa do sanatorium. Mam tu swój stolik, lubię przy nim pisać fragmenty moich książek. Jestem wtedy jak gdyby w strumieniu życia, słyszę szmery rozmów, koncentruję się i piszę. Niektórzy z pensjonariuszy sanatorium podchodzą do mnie, przedstawiają się i rozmawiamy. Jest coś szalenie inspirującego w poznawaniu kogoś, o kim nic nie wiemy. Zabrzmi to śmiesznie, ale przeprowadziłam się do Nałęczowa dla tej kawiarni oraz lokalu „Wołyń”, gdzie grała znakomita orkiestra do tańca. 

Czy spotkania przy kawiarnianym stoliku mają coś z tych w pociągu? Dwoje nieznanych ludzi zaczyna niespodziewanie rozmawiać, ktoś się zwierza, poniekąd dlatego, że jest to znajomość na krótki czas podróży, dyskrecja zapewniona. Sama istota podróżowania sprzyja refleksji o życiu...
Znakomita analogia. Zdarzyło mi się, że pewna kobieta, która na pewno nie wiedziała, kim jestem, usiadła przy mnie i z torebki wyjęła budzik. Zaczęła opowiadać o sobie. Gdy mówiła o swoim drugim mężu, budzik zadzwonił. Przerwała w pół zdania, schowała budzik i rzuciła: „Przepraszam, idę na zabieg”. Zdumiewająca była ta potrzeba wyznań, a zarazem wypowiedź przerwana w pół zdania. Nigdy więcej jej już nie widziałam. Innym razem profesor chemii przysiadł się i zaczął opowiadać o swojej córce. Choć nie widział jej latami, mówił o niej w samych superlatywach. W pewnym momencie powiedziałam, że chciałabym się dowiedzieć czegoś o nim samym. „Ja o sobie nie mam nic do powiedzenia” – stwierdził i odszedł. Zdarzają mi się wyznania, że ktoś o czymś ma...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy