Szukasz inspiracji, wsparcia, energii, zrozumienia? Pragniesz dla siebie czegoś nowego, ale boisz się konsekwencji? Zmień to! Ta książka jest dla ciebie! Jesteś swoją mistrzynią i uczennicą jednocześnie. Odważ się poświęcić sobie czas i zacznij żyć świadomie.
Czytaj więcej
Umówmy się – małą perfekcyjną panią lub panem domu nie zostaje się jeszcze w brzuchu mamy. To dlatego nie wymagamy od noworodka, żeby prał lub wyrzucał brudne pieluszki, od niemowlaka, by wyczyścił krzesełko do karmienia po pierwszych spotkaniach ze stałymi pokarmami, ale często uważamy, że stawiający pierwsze kroki maluch powinien już z radością sprzątać swoje zabawki. Gdyby to wszystko było takie proste i automatyczne, mieszkania rodzin z kilkorgiem dzieci mogłyby lśnić i w każdej chwili wygrywać w konkursie na najczystsze miejsce roku. Oczywiście, nie sugerujemy, że takie rodziny nie istnieją, ale jeśli są, to należą do mniejszości i tego trochę im zazdrościmy… Dlaczego tak trudno nakłonić dziecko do utrzymania porządku?
To oczywiste, że dzieci mając do wyboru sprzątanie i zabawę, wybiorą to drugie. Cały problem ze sprzątaniem polega na tym, że jest to dla każdego dziecka czynność niezrozumiała, bo rozróżnianie porządku i bałaganu nie jest umiejętnością wrodzoną. Sprzątania i wszystkich mniejszych czynności, wchodzących w jego skład, trzeba się nauczyć, zupełnie tak samo, jak raczkowania, chodzenia, wspinania się na krzesło, mycia zębów. Najlepiej, oczywiście, gdyby odbywało się to na podstawie obserwacji dorosłego, połączonej z dobrą zabawą! Jeśli nie wyjaśnimy dziecku, do czego jest nam potrzebny porządek, czym jest sprzątanie i z jakich konkretnie czynności się składa, nie dziwmy się, że woli klocki z pudełka sto razy rozrzucić na dywanie, niż raz włożyć je do niego z powrotem. No chyba, że wrzucanie klocków do pudełka nie będzie oznaczało skończonej zabawy, ale stanie się jej kontynuacją i łagodnym przejściem do kolejnych czynności, np. kolacji, kąpieli. Czy to możliwe? Tak, ale podstawą jest dobry plan na bałagan!
Jak sprawić, by sprzątanie stało się przyjemnością? Mamy kilka podpowiedzi!
Warto poszukać wsparcia w książkach dla dzieci, które nie tylko, krok po kroku, w nieskomplikowany sposób wyjaśnią dzieciakom, o co w tym całym SPRZĄTANIU chodzi, ale dzięki otwieraniu okienek pozwolą odkryć w nim prawdziwą frajdę – nie zaś nudę i przykry, niezrozumiały obowiązek. Uwielbiani przez najmłodszych bohaterowie chętnie poznają domowe czynności i angażują się w ich wykonywanie. W książce z okienkami dla maluchów (1+) pt. „Mamy plan na bałagan!” (http://bit.ly/Mamy-plan-na-bałagan) Bobaski i Miś dowiadują się, jak dzielić się obowiązkami i dostrzegą, że sprzątanie składa się z małych etapów.
Przedszkolaki, zaglądając do książki „Sprzątamy zabawki” (http://bit.ly/Sprzątamy-zabawki) również zrozumieją, dlaczego i po co sprzątamy , a Treflik i Treflinka nauczą ich, że gdy w domu panuje porządek, łatwiej znaleźć zgubioną zabawkę - i nie tylko!
Kiedy sprzątamy rozrzucone na dywanie klocki, możemy poćwiczyć z dzieckiem rozpoznawanie kolorów. Przedszkolak może wrzucać klocki (lub zabawki) niebieskie do jednego pudełka, czerwone do innego lub jeśli mamy jeden, większy pojemnik, może wkładać do niego klocki w konkretnych kolorach, zgodnie z tym, jaką nazwę koloru wypowie głośno rodzic. Oczywiście – im częściej będziemy zmieniać kolory, tym większe wyzwanie i frajda dla dziecka. Maluszek z pewnością chętniej posprząta klocki, obserwując, jak ulubiony, pluszowy miś chwyta je i zanosi do pudełka (z pomocą ręki rodzica) lub pakuje je na zabawkową ciężarówkę, która zawiezie klocek do pudełka i wróci po kolejny.
Jeśli dziecko nie może znaleźć ulubionego misia i wie, że bez niego nie zaśnie, jest to okazja do wytłumaczenia mu, czym jest bałagan i jak odróżnić go od porządku. Wyjaśnimy dziecku, że bałagan w jego pokoiku jest na przykład wtedy, kiedy wszystkie rzeczy leżą na dywanie, ubranka są pomieszane z zabawkami, kredkami i książeczkami i nie możemy znaleźć tego, czego właśnie potrzebujemy lub możemy o coś się potknąć, przewrócić i zrobić sobie krzywdę. Dajmy maluchom i przedszkolakom wybrać miejsce odpowiednie na książki, samochodziki, lalki, pluszowe misie, akcesoria plastyczne, by wiedziało, gdzie może je odłożyć i w każdym momencie znaleźć. Może zadziała wyjaśnienie, że wszystkie zabawki chcą spać spokojnie w swoich domkach, gdzie czują się bezpiecznie, dokładnie tak, jak dziecko i rodzice w swoich własnych, ciepłych łóżkach.
Pokażmy dzieciom, że na wszystko jest odpowiedni czas i miejsce – tak, również na bałagan! To przecież normalne, że podczas wspólnego gotowania blat się lepi, strumień mleka nie trafił na stół zamiast do szklanki, rozsypaliśmy trochę (albo całe opakowanie) mąki na podłogę, a brudne naczynia nie mieszczą się w zlewie i grożą wyjściem. Wspólne przygotowywanie posiłków to dla dziecka wielka frajda, więc możemy być pewni, że zapomni wtedy o utrzymaniu porządku i warto mu na to pozwolić (przecież ma tylko dwie ręce, które aktualnie zaangażowane są w gotowanie). Możemy wspomnieć wtedy, że kiedy zjemy nasze dania, nadejdzie pora na sprzątanie.
Samo hasło „Sprzątamy!” nie wystarczy, bo zarówno maluch, jak i przedszkolak, mają prawo nie wiedzieć, jakie konkretnie czynności rodzic ma na myśli i jaki będzie ich efekt. Zanim przystąpimy do akcji „Wielkie Kuchenne Porządki”, wyjaśnijmy, krok po kroku, co będziemy robić, np.: „Kiedy zjemy, pozbieramy naczynia ze stołu, a następnie brudne naczynia włożymy do zmywarki/zlewu, żeby rano zjeść śniadanie na czystych talerzach. Potem morką ściereczką wyczyścimy stół oraz blat, by nic się do niego nie przykleiło. Następnie pozmiatamy podłogę, bo okruchy przylepiają się do kapci i stóp”.
Przy okazji warto podpowiedzieć dziecku, że wspólne sprzątanie jest nie tylko szybsze, ale i przyjemniejsze. Jeśli do posprzątania mamy więcej niż pokój dziecka, podzielmy obowiązki na wszystkich domowników, na przykład za pomocą losowania. Aby uatrakcyjnić sprzątanie w grupie, możemy śpiewać ulubione piosenki, włączyć muzykę lub organizować różne konkurencje, np. zawody w porządkowaniu rzeczy na czas lub sprzątanie w rytm muzyki.
A jeśli wieczorne sprzątanie to nie jest jedyna czynność, która czyni Wasze rodzinne wieczory chaotycznymi i trudnymi, zerknijcie do innych książek z kolekcji „Dobranoc, Trefliki na noc” od Wydawnictwa Trefl. Kolekcja 20 książek została stworzona pod okiem psycholożki, specjalistki od snu, Magdaleny Komsty (wymagające.pl), by za pomocą metody rytuału wieczornego, wprowadzić do wieczornych czynności elementy zabawy, zakończonej słodkim, spokojnym snem.
W serii „Bobaski i Miś” dla najmłodszych (1+) znajdziecie między innymi książkę z ponad 100 stronami ćwiczeń wspierających rozwój mowy, książkę, która pomoże dzieciom oswoić ciemność oraz inne, zachęcające do kąpieli, zjedzenia kolacji, planowania kolejnego dnia.
W serii „Rodzina Treflików” zawarte są książki dla przedszkolaków (3+), zarówno opowieści do czytania i słuchania na dobranoc, jak kształtujące wyobraźnię i umiejętności opowiadania obrazkowe książki typu „stwórz własną historię” i całe mnóstwo ciekawostek.
Wszystkie książki od Wydawnictwa Trefl można znaleźć tutaj: http://bit.ly/książki-wydawnictwa-trefl
Czytaj więcej
Czy w biurze można odnaleźć… oświecenie? Dan Zigmond przekonuje, że tak. Pracuj jak Budda to przemyślana i pełna praktycznych porad książka, która pokaże Ci, że mindfulness jest możliwe także za biurkiem.
Czytaj więcej
„Jestem ze śmiercią na co dzień. Dziś najczęściej umiera się w samotności. I wszyscy się przed nią bronimy. Śmierć jest grymasem, widziałem go wiele razy na twarzach pacjentów, zastygłych w lęku, cierpieniu.” – prezentujemy fragment najnowszej książki Pawła P. Reszki, reportera Dużego Formatu, laureata Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za Reportaż Literacki.
Czytaj więcej
Projekt First Front realizowany jest w ramach Olimpiady Zwolnieni z Teorii przez grupę sześciu licealistów uczęszczających do 2 i 8 LO w Poznaniu – Aleksandrę Adamczak, Julię Basińską, Lidię Golińską, Elwirę Szymbarewicz, Krzysztofa Wojtaszko i Jana Woźniaka.
Czytaj więcej
Wśród licznych dostępnych sposobów korygowania nieprawidłowości widzenia podstawową metodą są okulary lub soczewki kontaktowe. Dla wielu osób zmagających się z wadami wzroku nieco niejasna pozostaje kwestia badania wstępnego przeprowadzanego pod kątem doboru tych narzędzi. Co warto wiedzieć o takim badaniu? Sprawdź to w naszym artykule.
Czytaj więcej
Chyba żadna roślina nigdy tak nie dzieliła społeczeństwa jak konopie. Wokół ich użytkowania narosło wiele mitów i obaw. Czy naprawdę jest czego się obawiać? Czy konopie mogą mieć pozytywny wpływ na nasze zdrowie?
Czytaj więcej
Wracamy powoli do „normalności” po pandemii. Jak ten trudny czas izolacji wpłynął na nasz wzrok?
Nasze oczy, podobnie, jak całe ciało, potrzebują ruchu. Przez ostatnie miesiące możemy powiedzieć śmiało: tego ruchu nam brakowało. Oczy „trenują”, gdy zmieniamy odległość, na którą patrzymy. A teraz najczęściej długo wpatrywaliśmy się w laptopy, monitor komputera – gdy wiele osób pracowało zdalnie a dzieci uczyły się „on-line” zamiast w szkole. To spowodowało skutki, z którymi będziemy mieli do czynienia jeszcze przez długie lata. Mam tu na myśli wzrost krótkowzroczności u dzieci i młodzieży a u dorosłych także osłabienie akomodacji. Ten proces wyraźnie obserwujemy u naszych pacjentów – coraz więcej osób, około 40 roku życia zgłasza się z problemami choćby takimi, jak problem z dobrym widzeniem z bliska. Ta granica, w której zaczyna się presbiopia (inaczej: starczowzroczność, problemy z ostrym widzeniem z bliska), przesuwa się, zaczynają się problemy już około 40-stego roku życia.
Iwona Grabska-Liberek
Pandemia przyniosła również wzrost zachorowań na zapalenie spojówek i rogówki z cięższym przebiegiem nie tylko z powodu „covidu” ale także w wyniku nieprawidłowego noszenia maseczek (chodzi tu o nieszczelnie założoną maseczkę, gdy między nosem a maseczką pozostaje przestrzeń a wydychane powietrze trafia po prostu na oczy i może powodować infekcje okulistyczne). Brak ruchu, zła postawa przy pracy z komputerem to również bóle głowy czy sztywność karku.
Ale teraz mamy przed sobą lato, ograniczenia pandemiczne powoli są znoszone. Czy nasze oczy lubią słońce?
Oczy są wrażliwe na nadmiar światła słonecznego. Musimy pamiętać, że zbyt silne światło słoneczne szkodzi nie tylko powierzchni oka ale także wnętrzu- siatkówce. Siatkówka zbiera obraz i przekazuje go do mózgu. Nadmiar promieniowana UV ze światła słonecznego uszkadza tą delikatną strukturę. Dlatego zawsze warto chronić oczy okularami z filtrem UV, najlepiej, gdyby były one kupione u optyka a nie np. na pobliskim bazarze. Filtry UV są bardzo ważne. W ciemności (a wiec też trochę w okularach przeciwsłonecznych), nasze źrenice rozszerzają się po to, by lepiej widzieć. Gdy na słońcu brakuje nam odpowiedniej ochrony – do oczu wpada zbyt duża dawka promieniowania UV. To ma wpływ na rozwój schorzeń siatkówki ale tez zaćmy. Drugą rzeczą, o której należy pamiętać, to absolutny zakaz kąpieli w soczewkach kontaktowych. Możemy mówić, że komuś nie przytrafił się nigdy żaden problem – ale ja niestety często widzę pacjentów z owrzodzeniami rogówki spowodowanymi pewnym pierwotniakiem (acanta ameba), który wraz z wodą z morza czy jeziora dostaje się pod soczewkę kontaktową i bardzo szybko doprowadza do poważnego uszkodzenia. W takiej sytuacji może być konieczny przeszczep rogówki a czasem pomaga terapeutyczny zabieg – cross-linking.
Jeśli więc zachowamy ostrożność to bezpiecznie możemy cieszyć się pobytem nad morzem, czy w górach?
Myślę, że dobre okulary przeciwsłoneczne, z filtrami UV, są wystarczającą ochroną przed szkodliwym promieniowaniem słonecznym. Dodałabym do tego nawilżanie oczu kroplami dostępnymi bez recepty (pamiętajmy, że większość z nas ma przesuszone oczy z powodu długotrwałej pracy z komputerem). Ważne też, by odpowiednio się odżywiać: nasze oczy „lubią” owoce, warzywa – a na te właśnie zaczyna się naturalny sezon.
Czy teraz warto udac się do okulisty na „popandemiczne” badanie wzroku?
Do okulisty warto chodzić raz na dwa lata, na kompleksowe badania: nie tylko ostrości wzroku ale także dna oka i pomiar ciśnienia wewnątrzgałkowego. To takie zalecenie, gdy nie mamy problemów. U dzieci i młodzieży dobrze sprawdzać wzrok raz na rok – a teraz, gdy kończą naukę on-line, tym bardziej warto. Jeśli młody człowiek nosi okulary, zwłaszcza,, gdy ma astygmatyzm – warto zrobić badanie z wykorzystaniem tomografii rogówki. Pozwoli to na ocenę, czy poza wadą wzroku nie rozwija się choroba – stożek rogówki.
Czy teraz to dobry czas, by pomyśleć o zabiegach okulistycznych, które zlikwidują okulary i pozostawią nam tylko jedną parę- okulary przeciwsłoneczne?
Jeśli chodzi o zabiegi chirurgii refrakcyjnej, to warto pamiętać, ze przez miesiąc po korekcji laserowej czy refrakcyjnej wymianie soczewek, musimy przyjmować leki w kroplach i jednak prowadzić trochę oszczędny tryb życia (mam tu na myśli choćby zakaz kąpieli w otwartych zbiornikach wodnych czy basenach). Latem jednak mamy więcej pacjentów niż zimą- takich, którzy nie chcą nosić już soczewek kontaktowych czy okularów. Mamy także możliwości zlikwidowania wady do dali oraz presbiopii – są to zabiegi korekcji laserowej PresbyMax. Te zabiegi wykonujemy od około dwóch lat a ostatnio mamy coraz więcej pacjentów. PresbyMax to bezpieczna metoda, dająca możliwość czytania bez okularów i ostrego widzenia do dali. Czasem jednak wada jest zbyt duża i wtedy proponujemy RLE – czyli wymianę naturalnych soczewek na sztuczne, takie zaawansowane technologicznie, dzięki którym również „zdejmujemy” okulary.
Czy diagnostyka i operacje okulistyczne w dobie koronawirusa są bezpieczne?
Tak, są bezpieczne. Do operacji zaćmy, jaskry czy innych zabiegów okulistycznych najczęściej używamy jednorazowego sprzętu. Dbamy też o sterylność sali zabiegowej, niezależnie od tego czy mamy pandemię czy też nie – jest zawsze pod najwyższym rygorem. Poza tym – najczęściej są to zabiegi wykonywane w trybie ambulatoryjnym, a więc pacjent po operacji w ciągu godziny, półtorej opuszcza klinikę. Dbamy o to, by pacjenci nie mieli kontaktu między sobą a personel także jest dodatkowo zabezpieczony (szczepionki, dodatkowe maseczki, ubrania ochronne) i stała dezynfekcja sprzętów. Również z powodu szczepienia pacjent nie powinien przekładać operacji – po otrzymaniu szczepionki należy tylko odczekać 2-3 dni, żeby ustąpiły ewentualne objawy (ból głowy, gorączka). Myślę, że sama pandemia dużo zmieniła – ale operacje okulistyczne, wizyty u lekarza są bezpieczne.
Czytaj więcej
Szewczyk smokobójca pojawił się już w jednym z moich felietonów i to przyrównywany do Apolla. Jest i inny szewczyk, który w bajce Marcina Brykczyńskiego Smak smoka, napisanej w 2005 r., uratował ludność pewnego królestwa z opresji. W tej krainie mieszkańcy cierpieli biedę, bo wszystkie ich dochody pochłaniały podatki. Król ściągał je na zaspokajanie mieszkającego w lesie smoka. Ten zaś miał nieposkromiony apetyt. Trzeba go było, twierdził monarcha, karmić królewnami. Co najmniej jedną rocznie.
Poddani cierpieli, ale płacili. Sądzili, że władcy trzeba wierzyć.
Płacili do czasu, aż pewien szewczyk udał się do lasu, żeby bliżej poznać smoka, przyczynę cierpień narodu. Zastał go w desperacji. Łagodne stworzenie ze łzami w oczach użalało się na swoją podłą sytuację. On, jarosz, musiał żywić się mięsiwem i królewnami. Odkrywszy tę prawdę o smoku, szewczyk, bez przelewu niczyjej krwi, uwolnił lud od ciężarów. Na dodatek, jak to w bajkach bywa, poślubił królewnę.
Lecz kto widział smoka wegetarianina? Po prawdzie, nikt smoka nie widział, ale każdy wie, jaki smok jest. Nawet król to wie. I każdy poddany, z wyjątkiem sceptycznego szewczyka, który doszedł do prawdy o smoku na drodze empirycznej eksploracji.
W tym bajkowym państwie (a dzieje się tak zapewne w każdym realnym państwie) kłopoty rozwiązywano, podnosząc podatki. Uzasadnienia, jakie przedstawiał monarcha, były niezgodne z prawdą. Król może nie musiał przedstawiać żadnych uzasadnień, nie był władcą kadencyjnym. Nie zabiegał o głosy wyborców, ale może z miłości własnej chciał się cieszyć opinią zbawcy narodu. Oczywiście zbawcy od smoka.
Bajka nie wyjaśnia – trzeba dochodzić samemu – czy król oparł się na stereotypowej wizji smoka, czy wiedział o jego upodobaniach gastronomicznych i okłamywał poddanych. W tej kwestii każdy może być szewczykiem. Tylko jak zapytać króla?
Kalafior pod beszamelem z pewnością zadowoliłby smoka jarosza.
KALAFIOR POD BESZAMELEM
1 kalafior o średnicy około 25 cm
1 litr mleka
3 łyżki masła
2 łyżki mąki
2 łyżki bułki tartej
3 łyżeczki soli
1/2 łyżeczki cukru
do smaku pieprz mielony
2 jajka
1 opakowanie ciasta francuskiego
Obrać kalafior z liści, starannie umyć i gotować 15 minut w posolonym (2 łyżeczki soli) i posłodzonym (1/2 łyżeczki) mleku. Dobrze jest gotować go w wysokim garnku, żeby mleko nie uciekało. Wyjąć z mleka i podzielić na cząstki. Z dwóch łyżek masła i łyżki mąki zrobić białą zasmażkę, rozprowadzić ją mlekiem, w którym gotował się kalafior. Doprawić pieprzem i, ciągle mieszając, doprowadzić do gęstości kwaśnej śmietany. Ubić dobrze jajka i mieszając wlać do sosu, zostawiając około dwóch łyżek do posmarowania ciasta. Formę do zapiekania (o dowolnym kształcie, może być nawet kształt królewny) wysmarować pozostałym masłem i wysypać bułką tartą. Ułożyć cząstki kalafiora i przykryć go sosem beszamelowym. Całość przykryć ciastem francuskim, wystrzygając je nożyczkami tak, aby sięgało brzegów formy. Zrobić w nim nożem kilka dziurek. Z pozostałego ciasta można wyciąć dowolne kształty i poukładać na wierzchu. Posmarować odłożonym ubitym jajkiem. Piec w temperaturze 175°C przez 20–25 minut, aż ciasto będzie złociste.
Czytaj więcej
Prawdę mówiąc, przy całym feministycznym myśleniu nie znoszę powieści o dziewczynkach, bo to nigdy nie są opowieści o dziewczynkach, tylko zawsze o naciskających na nie siłach zewnętrznych, społecznych grach, traumatyzujących doświadczeniach społecznych. Tak jakby sprowadzany do parteru feminizm potrzebny był do podparcia narracji całkowicie wobec niego obcych, czyli opowieści o słabości tej kobiecej, niedorosłej istoty. O ile bohater męski, chłopiec, z reguły pojawia się w fabułach przygodowych, działa, myśli, ucieka, walczy, o tyle dziewczynka staje się chodzącym i mówiącym znakiem debaty – takim spersonifikowanym znakiem zapytania. Jej postać zawsze jest medium do wprowadzania jakichś innych treści, wątków, wartości, polityk, ewentualnie służy jako wzór ofiary i niewinnego cierpienia.
I dlatego właśnie lubię powieść Mariany Leky, niemieckiej autorki obyczajowej. Bo w Śnie o okapi chodzi po prostu o dziewczynkę, o coraz bardziej rozszerzające się granice jej świata: wybicie z bezpiecznego kokonu za sprawą przeżycia śmierci przyjaciela, potem stopniowego, powolnego przyglądania się światu, odkrywania jego zasad, norm i zachowań.
Dziesięcioletnia Luiza jest wychowywana przez babcię, żyje na prowincji, w małej niemieckiej miejscowości. Stopniowo dorasta, konfrontuje się ze światem, poznaje innych ludzi, których niekonsekwentne zachowania budzą jej zdziwienie. Luiza jest początkowo, jak każde zresztą dziecko, skrajnie logiczna. Dziwi się miłości, jaką do jej babki odczuwa Optyk, a jednocześnie mu współczuje, bo Optyk, pomimo całej swojej wielkiej mądrości, obawia się wyznać babce swoje uczucia.
I myślę sobie, że w pewien sposób chciałabym, żeby moja córka była jak Luiza. To znaczy, żeby mogła być każdym, każdą, żeby żadne drzwi nie były przed nią zamknięte, by każda ścieżka życiowa otwierała się, kiedy tylko padnie na nią jej wzrok. To pragnienie jest oczywiście niemożliwe do spełnienia, bo całe nasze wchodzenie w społeczeństwo polega na uczeniu się i wybieraniu ról, a ja tymczasem chcę, by ona jak najdłużej pozostawała białą kartką, kartą niezapisaną, pełną możliwości.
I do drugiej jeszcze myśli w godzinach nocnych pobudza mnie ta książka. Do myślenia o tym, jak strasznie trudno opowiada się o czułości i miłości. Literatura zna cały szereg możliwości przedstawiania brudu, biedy, nieszczęścia, wojny. Co zrobić, kiedy chce się opowiedzieć o cieple w brzuchu odczuwanym w czasie wspólnego śniadania? Albo o nauce pływania, gdy trzyma się śliskie, ruchliwe ciało na rękach w wodzie? Czy o nauce jeżdżenia na rowerze? Gdy pod naszą ręką spoczywa rozwibrowane, napięte jak struna małe ramionko, gdy próbujemy wesprzeć dziecko w jego pierwszym upadku? Jak opisać te rozdzierające serce uczucia miłości i współczucia jednocześnie, to przekonanie o nadciągających kolejnych większych upadkach? Literatura i tutaj zna odpowiednie formuły, ale zawsze są to figury sentymentalne, słabe, gatunkowe, w których w ogóle uczucia wobec dzieci nie podlegają refleksji ani werbalizacji. Tymczasem Leky udaje się opowiedzieć o miłości domowej, stabilności i pewności. Robi to na dwa sposoby: przy użyciu humoru oraz dystansu. Bo Luiza przygląda się światu w wielkim skupieniu, chłonąc reakcje otoczenia, dopowiadając sobie do nich ciągi przyczynowo-skutkowe. I to mnie prowadzi do tropu trzeciego: że dziecko jako takie, rodzicielskie odczucia wobec niego ciągle jeszcze w gruncie rzeczy nie stały się tematem literatury – skoro z dużym zaskoczeniem rejestruję je wtedy, gdy się w narracji pojawiają. Czy to wina długiej dominacji w literaturze mężczyzn, czy też modelu wychowania, który polegał na odsyłaniu dzieci z niańką do innego pokoju? A może chodzi o to, że ciągle owe odczucia uważamy za normę i dlatego nie poddajemy ich żadnej refleksji? Niezależnie od przyczyn, wiele na tym tracimy. Wiele dobra.
Czytaj więcej
Czy męczy Cię życie online? Czy masz dość ciągłej obecności w sieci i w mediach społecznościowych? Czy możliwe jest jej ograniczenie bez poczucia, że coś nas omija? Z pomocą może przyjść JOMO, które pozwala wrócić do doświadczania piękna realnego świata i odzyskać wewnętrzną równowagę.
Czytaj więcej