Spencer – w kinach od 5 listopada!

Myślę, że Diana Spencer na zawsze zmieniła paradygmat wyidealizowanych ikon, które tworzy popkultura. To historia księżniczki, która postanowiła nie zostawać królową, bo pragnęła zbudować własną tożsamość – mówi o swoim najnowszym filmie Pablo Larraín – reżyser znany z niekonwencjonalnych filmowych biografii. Jego opowieść, a raczej baśń – czasem melancholijna, czasem okrutna, ale podszyta mrocznym, groteskowym humorem opowiada o bohaterach przeżywających kryzys i starających się go przezwyciężyć, z różnymi skutkami.
Czytaj więcej

5 sposobów na stres nastolatka

KOJĄCY SEN Dajmy młodzieży się wyspać, organizmy nastolatków mają zdecydowanie większe zapotrzebowanie na sen. To, że nasza dorastająca córka czy syn nie mogą rano podnieść się z łóżka,  nie jest wynikiem ich lenistwa, złośliwości czy buntu, ale naturalnej potrzeby dłuższej regeneracji. A to wszystko z powodu ogromu zmian zachodzących w ich mózgach. Reorganizacja układu nerwowego pochłania duże ilości energii. Zmęczony organizm jest dużo bardziej narażony nie tylko na różnego rodzaju infekcje, ale również ciężej mu radzić sobie z problemami dnia codziennego - stresorami. W czasie snu mózg przetwarza i porządkuje informacje, emocje się wyciszają. Zmęczony nastolatek będzie podatny na typowe błędy w myśleniu: katastrofizację, myślenie czarno-białe, wyolbrzymianie itp. A to niestety sprzyja nakręcaniu się spirali stresu. Kiedy jesteśmy wypoczęci, myślimy logiczniej, jesteśmy bardziej kreatywni (np. szukając rozwiązania trudnej sytuacji), mamy lepszy humor (śmiech niweluje napięcie wywołane stresem) i jesteśmy bardziej skłonni uwierzyć, że wszystko będzie dobrze! MOC PRZYJAŹNI Okres adolescencji to czas odkrywania, kim jestem, kim chcę być, kształtowania się tożsamości. Dla młodego człowieka zdanie rówieśników jest niezmiernie ważne. To właśnie najczęściej ta grupa jest  dla niego punktem odniesienia przy podejmowaniu ważnych decyzji. Wspierające relacje z rówieśnikami są nieprzecenionym zasobem nastolatka chroniącym go przed poczuciem osamotnienia, alienacji i braku zrozumienia, a to z kolei zabezpiecza go przed nadmiernym przeżywaniem stresu. Możliwość podzielenia się swoimi troskami z bliskimi ludźmi w zbliżonym wieku, często przeżywającymi podobne problemy, ogromnie zwiększa szanse na rozluźnienie się i odstresowanie. Ale żeby nastolatek mógł zbudować wokół siebie grupę wsparcia, my dorośli musimy mu na to pozwolić - czasami trochę odpuścić naukę czy zaproponować podwiezienie do przyjaciół. Zdarza się, że rodzice niestety utrudniają dzieciom budowanie przyjaźni. Zbyt ambitne podchodzenie do edukacji nastolatków, zarzucanie ich nadmiarem obowiązków, zabranianie na typowe młodzieżowe stroje  czy fryzury, co czasami powoduje, że młody człowiek nie może czuć się częścią grupy – to tylko niektóre z błędów rodziców popełnianych najczęściej w dobrej wierze, ale jednak stające na drodze nastolatkowi w zdobywaniu znajomości.     BAKTERIE NA DOBRY NASTRÓJ Kiedy nastolatek  przeżywa stres, oznacza to, że jego organizm zostaje wytrącony z równowagi, w efekcie czego rozpoczyna się procesy wyhamowywania oraz wydzielania określonych grup hormonów, układ nerwowy zostaje pobudzony, a ciało szykuje się do walki. Konsekwencją tego są zaburzone procesy trawienia i spadek odporności organizmu, gdyż szukając pokładów energii, ciało wstrzymuje niektóre procesy, by jej nie tracić. Wiele osób stres odczuwa intensywnie w brzuchu. Dzieje się tak, ponieważ neurony jelitowe i centralny układ nerwowy człowieka łączą się ze sobą na poziomie biochemicznym i fizycznym. Te drogi nazwano osią mózgowo-jelitową. Aby wzmocnić nastolatka i ułatwić mu radzenie sobie z przeżywanym stresem, można zadziałać na bakterie jelitowe poprzez przyjmowanie odpowiednich probiotyków. Badania wykazały, że przyjmowanie probiotyków zmniejsza intensywność odczuwania bóli brzucha oraz nudności i wymiotów wywołanych stresem. Żeby jednak probiotyki pozytywnie wpłynęły na kondycję psychiczną dziecka muszą zawierać odpowiednie szczepy, takie jak  Lactobacillus helveticus Rosell® – 52 i Bifidobacterium longum Rosell® – 175. CZAS NA RELAKS Techniki relaksacyjne są sprawdzonym sposobem na redukowanie napięć w ciele i niwelowanie nieprzyjemnych skutków stresu. Relaksacja pomaga wyciszyć organizm i spowolnić gonitwę myśli. Umiejętność odprężania się jest zasobem na całe życie, ale wymaga treningu. Nauczmy nasze dzieci, jak to robić, a przy tym rozpocznijmy nową rodzinną tradycję na wspólne spędzanie czasu. Żeby techniki przyniosły pozytywne skutki, należy je wykonywać regularnie, natomiast sama relaksacja może trwać kilkanaście minut, a trzeba przyznać, że to niewiele, żeby pomóc nastolatkowi lepiej radzić sobie ze stresem. Na ten moment technik relaksacyjnych jest tak dużo, że każdy znajdzie coś, co mu odpowiada, a warto wypróbować parę sposobów i zaprzyjaźnić się z tym, który jest dla nas atrakcyjny. Można wybierać spośród ćwiczeń oddechowych, technik wizualizacyjnych, technik relaksujących mięśnie, jogi, medytacji itp. BLISKOŚĆ NADAL JEST WAŻNA Chociaż czasami mogłoby się wydawać inaczej, dla nastolatka rodzic nadal pozostaje najważniejszym dorosłym. Młody człowiek, pomimo buntowniczego nastawienia, bardzo potrzebuje od rodziny wsparcia i miłości. Nie pozbawiajmy starszych dzieci czułych gestów z naszej strony. Pamiętajmy, że dzięki wspierającej relacji z bliską osobą w organizmie wydziela się dopamina - neuroprzekaźnik odpowiedzialny m.in. za regulację procesów emocjonalnych. To pozytywnie wpływa na motywację i ogólne samopoczucie, a także zmniejsza odczuwanie stresu.
Czytaj więcej

Na dobre wino do Czech

Jesień to pora zbiorów winogron, degustacji burčáku i młodych win świętomarcińskich. Czy macie swoją ulubioną czeską winnicę? Najsłynniejsze miejscowości winiarskie znajdują się na Morawach. Oprócz dobrego wina z regionalnych winnic, spróbujemy tradycyjnych przysmaków, będziemy delektować się atmosferą zabytkowych piwniczek.
Czytaj więcej

W OBLICZU PRZYSZŁOŚCI. Jak radzić sobie z kryzysem egzystencjalnym wobec zagrożeń kli...

Zmiany klimatu odbierane są jako sunące w naszym kierunku groźne niebezpieczeństwo. W przestrzeni publicznej mówi się głównie o zewnętrznych aspektach tematu, np. co jest przyczyną emisji CO2 i jak ją ograniczyć. Nie mówi się jednak o kryzysie egzystencjalnym, jaki odczuwają ludzie w obliczu tego zagrożenia. Co dzieje się z naszą psychiką? Jak możemy oswoić się z taką zmianą? Na te pytania próbuje odpowiedzieć Richard Stiegler – psychoterapeuta, trener i nauczyciel medytacji. Poniżej prezentujemy fragment jego książki, która niedawno ukazała się nakładem Wydawnictwa Virgo.
Czytaj więcej

Muzykoterapia z wykorzystaniem instrumentu Sonora Sound Tube

Sonora Sound Tube jest instrumentem muzycznym oraz narzędziem terapeutycznym istniejącym na rynku zaledwie od około 20 lat. Jego twórcą jest czeski lutnik i multiinstrumentalista Jan Rosenberg mieszkający w Niemczech. Inspirował się on urządzeniami do terapii wibroakustycznej autorstwa norweskiego terapeuty Olava Skille powstałymi w latach 80.
Czytaj więcej

Mieć czy być

Kongijczyków portret własny Inny nie znaczy gorszy. Teoretycznie nowoczesne zachodnie społeczeństwo doskonale zna i rozumie to hasło. Jednak w praktyce często okazuje się, że wciąż brakuje nam wrażliwości, aby rozmawiać na niektóre tematy. Jedną z takich kwestii jest kolonialna przeszłość Afryki i jej wpływ na współczesne społeczeństwo. Dlatego Centrum Kultury Zamek w Poznaniu proponuje, żeby spojrzeć na Afrykańczyków ich własnymi oczami. Na Zamku będziemy mogli obejrzeć niemal 90 obrazów kongijskich malarzy. Prezentowane dzieła pochodzą ze zbiorów Muzeum Afryki Środkowej w Tervuren (Belgia). Wystawa pod kuratelą Bogumiła Jewsiewickiego skupia się na nurcie malarstwa popularnego z lat 1960–1990. Organizatorzy chcą w ten sposób wzbogacić naszą europejską perspektywę o bardzo istotny dla dyskursu publicznego element i zwrócić uwagę nie na kolonizatorów, ale na ludzi doświadczonych kolonializmem. Ważny też jest tytuł wydarzenia, który stanowi parafrazę krakowskiej wystawy z 1978 r.  Polaków portret własny. Uświadamia, że choć Kongo leży daleko od Polski, to problem zniewolenia zbliża oba kraje przynajmniej kulturowo.   Organizatorzy: Centrum Kultury Zamek w Poznaniu Współpraca: Królewskie Muzeum Afryki Środkowej w Tervuren, Wydział Historii Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, Pracownia projektów i działań twórczych Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu Wystawa potrwa od 16 października do 12 grudnia 2021 r. Festiwal Music.Form.Design. 2021 w Filharmonii im. Mieczysława Karłowicza w Szczecinie Za nami pięciodniowy festiwal (22–26 września 2021), którego myślą przewodnią był minimalizm. Podczas różnorodnych wydarzeń – koncertów, performancu, wystawy, konferencji – podejmowaliśmy próby wyrażenia maksimum treści poprzez minimalną formę.   W sferze muzycznej odbyło się pięć koncertów – od inauguracyjnego performance’u Pawła Mykietyna, przez elektroniczny live act duetu Extrawelt, po koncert terapeutyczny – Autypody, występ ExQuartet z gościnnym udziałem Patryka Matwiejczuka, kończąc na koncercie finałowym Orkiestry Symfonicznej Filharmonii w Szczecinie poprowadzonej przez maestro Jonathana Stockhammera. Ten do zobaczenia na: livefilharmonia.szczecin.pl. Podczas MDF towarzyszyła nam wstawa Mały wir na środku oceanu w Galerii Poziom 4 oraz polsko-niemiecka konferencja – Sztuka życia – mniej znaczy lepiej. Zapis z konferencji dostępny jest na facebookowym profilu Filharmonii. MDF 2021 to również iluminacje fasady budynku Filharmonii stworzone przez Puchka Studio. Do zobaczenia w Filharmonii w Szczecinie we wrześniu na MDF 2022.
Czytaj więcej

Próba

Idę czytać do wanny – nie z wygody, ale z zagonienia. Planuję się ukryć w łazience przed mężem i dziećmi i złapać (mały) oddech. Wiadomo, że w łazience można się nie tylko ukryć, ale i zachować godność, udając konieczność przeprowadzenia skomplikowanych zabiegów higienicznych. No więc wanna jest moim szampanem i truskawką z czekoladą, ale bez wyrzutów sumienia. Jest już późno, nikt nie powinien mieć żadnych potrzeb koniecznych do zrealizowania tu i teraz. Zamierzam czytać w wannie również z innego powodu – podobno w kąpieli nie można zasnąć, więc może uda mi się trochę podgonić lekturę.
Czytaj więcej

Zbójniczka

W bajce Jana Christiana Andersena nie tylko tytułowa Królowa Śniegu jest płci żeńskiej. Niemal wszystkie postaci są dziewczynkami i kobietami. Jednak najważniejszy jest chłopiec, Kaj, który nagle utracił uczucia, a w konsekwencji sprowadził na siebie i najbliższą przyjaciółkę, Gerdę, bajeczne kłopoty. Jest tradycyjna interpretacja przemiany Kaja jako zespołu zaburzeń emocji i zachowania związanego z pokwitaniem, niegdyś nazywanego adolescent turmoil. Jest jeszcze dziarski mąż Księżniczki. I grupa rozbójników. Wszyscy oni pojawiają się w bajce i znikają jak zły czarownik z pierwszego rozdziału. Żeńskich postaci jest sporo. Królowa Śniegu jest uosobieniem zła, a może i seksu wyniszczającego chłopców takich jak Kaj. Przewodząca rozbójnikom Rozbójnica – złą i rozwiązłą alkoholiczką, która – co prawda – zabiera na łupieżcze wyprawy córeczkę, niosąc ją na plecach, ale tylko dlatego, że niczego jej nie odmawia. Jest jeszcze Księżniczka szukająca takiego męża, z którym mogłaby porozmawiać. (Pragnienie Księżniczki wydaje się być nadal popularne wśród kobiet. Przynajmniej zgłaszane jest często przez kobiety niezadowolone z małżeństwa jako przyczyna tego stanu rzeczy). Są cztery starsze kobiety, wszystkie mądre i dobre. Chociaż można poddać w wątpliwość dobroć Wróżki, która pragnie zawłaszczyć Gerdę. Gerda, dziewczęca bohaterka przygód, pełna jest miłości do wybranego chłopca i poświęcenia w poszukiwaniach, kiedy zaginął bez wieści. Ostatnia z pojawiających się w baśni mądrych i dobrych kobiet, Inuitka, otwarcie zapewnia renifera orędującego u niej w sprawie Gerdy (Andersen nie ujawnia płci zwierząt, jakie wprowadza do akcji bajki), że wymienione cnoty dziewczynki zapewnią jej osiągnięcie celu i uwolnienie Kaja z mocy zła.  W tej galerii dobroci i miłości zupełnie nie mieści się Mała Rozbójniczka. Nie ma w niej ani krztyny pokornej nieśmiałości. Wyraża swoje potrzeby z większą nawet otwartością niż Księżniczka, chociaż nie jest żadną księżniczką. Sprawnie przeprowadza swoją wolę. Potrafi powstrzymać mordercze zapędy bandy rozbójników, kiedy mieli zabić Gerdę, bo chciała jej dla siebie jako towarzyszkę. Nie czuje się jednak wszechmocna. Sprawnie włada nożem, z którym się nie rozstaje. Dla bezpieczeństwa. Ale i demonstruje swoją władzę trzymanemu na uwięzi reniferowi, wodząc tym nożem po jego szyi. Może go zabić, ale nie zabija.  Mała Rozbójniczka, chociaż jest córką alkoholiczki, nieumiejącej stawiać dziecku granic ani zapewnić poczucia bezpieczeństwa, wydaje się pełniejszym człowiekiem niż inne postaci z bajki. Żaden pracownik społeczny (niezależnie od płci) nie uznałby za właściwe środowiska, w jakim Mała Rozbójniczka żyje. Ani matki, rozwiązłej alkoholiczki, za wystarczająco dobrą i wydolną w pojedynczym rodzicielstwie. Zalecono  by  powierzenie jej opiece instytucji lub rodziny zastępczej. Zwłaszcza zachowanie wobec należącego do niej renifera zostałoby uznane za niewłaściwe i zakwalifikowane jako zaburzenie zachowania: okrucieństwo.  Czy każda demonstracja mocy jest złem lub patologią? Czy z każdego takiego zachowania płynie zło? Czy poza bajkowymi postaciami, takimi jak Gerda, istnieją ludzie, którzy nie mają nigdy potrzeby zrobienia czegoś złego? To retoryczne pytania. Kluczowa jest proporcja między potwierdzającym moc doświadczeniem a odpowiedzialnością za dobro tych, którzy od tej mocy zależą. Jak renifer i Gerda od Małej Rozbójniczki. Tak zależą pracownicy od pracodawcy, małe dzieci od opiekunów. Ale i wyborcy od tych, których dopuścili do sprawowania władzy. Systemy społeczne łatwo stają się dysfunkcjonalne i, niestety, mają tendencję do utrwalania dysfunkcji, dążąc do zachowania homeostazy – nawet wówczas, kiedy jest dysfunkcjonalna. Dlatego władcy się nie zmieniają. Chyba że zostaną zmienieni na innych. Z dziećmi, nawet w dysfunkcjonalnych środowiskach, jest inaczej. Na szczęście. Doświadczają swojej siły umożliwiającej im rozwój mimo trudnych warunków. Mała Rozbójniczka, chociaż bajkowa, to przykład takich możliwości, które w rzeczywistości nie są wcale rzadkie. Przecież nie wszyscy, którzy doświadczyli traumy w dzieciństwie, pozostają w potrzebie wszechmocy i panowania nad innymi. Niektórzy, a wcale nie jest ich mało, dostrzegają potrzebę odpowiedzialności i potrafią się nią kierować. Odpowiedzialność wymaga nie tylko panowania nad potrzebą czynienia zła, ale i folgowanie potrzebie czynienia dobra. A dobra może być też zupa z dyni.    ZUPA Z DYNI Proporcje na cztery osoby 1/2 litra musu z dyni 1 litr bulionu 2 łyżki pasty imbirowej 4 łyżki  śmietany 1 średnia bułka wodna na grzanki 1 łyżka masła Pasta imbirowa Kazia B. 1 szt. świeżego korzenia imbiru 4 szt. cytryny 4 łyżki miodu Pastę imbirową lepiej zrobić dzień wcześniej. Obrać imbir i cytryny, usunąć pestki. Zmieszać z miodem i zmiksować dokładnie. Złożyć w słoiku. Trzymać w chłodzie. Pastę można też jeść samą lub rozpuścić jej małą ilość w szklance ciepłej wody. Dynię umyć, pokroić w kawałki, usunąć pestki i upiec w temperaturze 175°C. Zajmie to pół godziny. Można dynię też upiec dzień wcześniej. Ostudzoną dynię obrać z twardej skóry. Zmiksować miąższ na gładką pastę, dodając nieco bulionu. Wegetariańska wersja wymaga bulionu warzywnego, niewegetarianie mogą użyć bulionu mięsnego. Zmieszać odpowiednią porcję musu z dyni z odpowiednią porcją bulionu do uzyskania ulubionej zawiesistości zupy. Najlepsza jest konsystencja kremu. W czasie podgrzewania zupy (uważać, bo chlapie) zrobić grzanki. Pokroić czerstwą bułkę w drobne kostki. Na blaszanej formie rozgrzać w piekarniku łyżkę masła, wsypać pokrojoną bułkę. Pomieszać, żeby kostki wchłonęły masło. Trzymać w temperaturze 175°C, aż się zrumienią, co zajmuje im około 5 minut, zależnie od wilgotności bułki. Na stole do każdego talerza dodać 1/2 łyżki pasty imbirowej i  łyżkę śmietany. Wymieszać. Dodać grzanki.   
Czytaj więcej

Lekcja anatomii

Właśnie rozpoczął się rok akademicki, więc dla mnie, uczącej botaniki na pierwszym roku studiów, zawsze jest to spotkanie całkiem z nowymi, bardzo młodymi ludźmi, świeżo po ukończeniu szkoły średniej. Na pierwszych zajęciach pytam studentów, ile razy do tej pory mieli do czynienia z mikroskopem. Niemal wszyscy mówią, że raz lub dwa razy w życiu, niektórzy nigdy, pojedyncze osoby kilka razy. Już mnie to nie dziwi, ale coraz bardziej smuci. Smuci mnie uczenie przyrody w ławkach, z książki. Bez doświadczania niczego poza teorią, wbijaną nudno, pod presją. Przecież to najlepsza z możliwych metod, aby oduczyć człowieka tego, z czym się urodził: ciekawości świata. Dlatego pierwszą godzinę studiowania botaniki uczę, jak obsługuje się mikroskop. Każdy ma tu swój i własne przy nim skupienie. Kolejną godzinę uspokajam wszystkich, że mają pełne prawo niczego tam nie widzieć, że komórki i tkanki mogą układać się im w chaotyczne coś, nic więcej, by dali sobie czas i dużo patrzyli, by chodzili po sali ćwiczeniowej, zerkając w mikroskopy koleżanek i kolegów, doświadczając przez to, że także w środku każdy żywy organizm jest nieco inny. I nie chcę, aby w sali było przesadnie cicho, kiedy oni studiują, badają, kiedy zmagają się z misterium roślin. Studenci powoli zaczynają wchodzić w ten układ, współtworzyć ćwiczenia; wiedzą, że to, czego się uczą jest bardzo ważne, więc i oni sami są szalenie ważni. Na początku obawiają się też zadawać pytania. Wolą pozostać w niewiedzy lub błędzie niż zapytać. Wyciągam więc z nich te pytania, by swoje wątpliwości uznawali za coś najlepszego na świecie, bo to właśnie dowód na to, że poszukują. Na początku idzie ciężko. Potem lepiej, a na koniec, kiedy idziemy wiosną do parku, a ja mówię im o reakcjach drzew, widzą je też w środku i rozumieją jak to się wszystko zamyka w pięknej formie drzewa. Piszę o tym, bo ja ze szkołą w Polsce jestem na bakier. Nie lubię jej. Nie podoba mi się też, co z nauczycielami robi system, że ich rozlicza z sukcesów i porażek. Nie podoba mi się współzawodnictwo wśród dzieci, powinna być wszak praca zespołowa. Nie podoba mi się, aby testem sprawdzać zrozumienie lektur. Właściwie to nic mi się w szkole nie podoba. Marzę więc sobie o zupełnie innych lekcjach przyrody – bliskiej doświadczania i żywego z nią kontaktu. Można spróbować zainteresować anatomią roślin np. przez ugotowanie zupy warzywnej. Zupa z roślin, które nas otaczają; roślin, których tlen mamy w płucach; roślin, które mają nieprawdopodobną historię tworzenia świata zapisaną w swojej anatomii. Pomarzyć zawsze można, czyż nie? Wyobraźmy sobie, że mamy na stole mikroskop, mamy nóż, deskę do krojenia, żyletki i szkiełka mikroskopowe. Są też warzywa, palnik i garnek. Nic więcej. Warzywa dzielimy na różne organy, tu są korzenie o przeróżnych formach, są liście, bulwy, łodygi. Wszystko to służy do czegoś innego i ma inne potrzeby do życia. Wszyscy dotykają ich i poświęcają uwagę na studiowanie detalu. Poznają w najczystszym tego słowa znaczeniu. Kroimy wszystko w kostkę, albo jak to chce, robimy też preparaty i zaglądamy do wnętrza. (Tu może być drobna konsternacja, kiedy okaże się, że w tej mikroskali tkanki roślinne wydają się być znacznie bardziej żywe niż jak wówczas, gdy były obiektem makro – jakąś pietruszką, dynią, czy koprem) – ale to nie szkodzi, to tylko pomaga. Przy tak drobiazgowym dotykaniu życia i zaraz niszczeniu, gdy zmieniamy je w pokarm, mogą powstać ważne pytania o naturę świata, o człowieka. Liczyłabym, że takie tam ktoś postawi, byśmy mieli szansę pogadać o zależności od innych bytów, roślin, czasem zwierząt, co zainicjowałoby zaczątki wdzięczności dla świata, niezwykle ważnej szczególnie dziś, gdy jest ona aż w takim deficycie. A potem gapilibyśmy się w kolenchymę, że giętka potrafi być jak guma; na włókna sklerenchymatyczne, które ciężko się obiera; na sklereidy przypominające kamienie. Moglibyśmy prześledzić wiązki przewodzące, którymi płynęła kiedyś woda i cukry, kiedy ta marchew była jeszcze na polu, kiedy było lato, a my wtedy wszyscy na pewno nie myśleliśmy o żadnej szkole, tylko o figlach albo naprawdę o niczym. A przecież właśnie wtedy wszystko to się tworzyło, co teraz kładziemy na stół. Oczywiście na koniec byśmy usiedli do stołu i razem jedli, a jeśli ktoś poprosiłby o dokładkę, uznałabym, że nic lepszego tego dnia nie może mnie spotkać. 
Czytaj więcej

Z dzieciakami w centrum

Przez chwilę łudzę się, że ogólnodostępny plac zabaw da mi chwilę wytchnienia. Mówię im: żadnych wrzasków, przepychanek, zabierania innym zabawek, nie jesteście u siebie, ale oni swoje. Krzykiem zwołuję naradę, bo chcę, żeby o ich sprawach rozmawiać także z nimi. Nie chcę was od razu karać, ale zdaje się, że mnie zmuszacie, smyki. Nie będzie w domu bajek ani tableta. Na to najmłodszy, Leonardo, odpowiada, że mogę sobie bajki wsadzić w dupę. Przy ludziach to mówi, na cały głos, a ma cztery lata. Skąd taki język, skąd agresja, czy to wpływ starszego rodzeństwa? Nie mam czasu na głębszy namysł, trzeba działać.  Zabieram Leosia na zewnątrz i apeluję do jego dobrego serduszka, żebyśmy nawzajem się szanowali, ale widzę, że nie słucha, patrzy przez szybę, co robi reszta. Ja się tu wspinam na wyżyny translacji z ludzkiego na dziecięcy, a on ma to faktycznie głęboko w poważaniu! Mówię więc, że jest absolutny zakaz używania takich słów przy ludziach, absolutny! I już muszę lecieć do środka, bo krew leje się z nosa jakiegoś chłopca. Obok stoi Bruno i ryczy na całego z transformersem chłopaka w łapie.  Coś ty narobił, mało macie zabawek w domu?! Zmuszam Bruna do przeprosin, dopiero kiedy mówię, że go nie puszczę na noc do kolegi (jeszcze nie zdecydowaliśmy, czy to dobry pomysł), wydusza z siebie nędzne: „praszm”. Dobra, mówię, idziemy na lody. Za późno gryzę się w język, nie powinni dostawać słodyczy po takich akcjach, ale słowo się rzekło, a konsekwencja to podstawa.  I wtedy na chwilę, na jedną piękną chwilę, po tym jak trzy razy zmienią zdanie co do smaków, po tym, jak Paolo chce siku, więc gnam z nim na złamanie karku do kibelka, a potem jeszcze raz z Leosiem na kupę, więc wtedy gdy już zapada cisza, a ja mogę odetchnąć, połykając swoją potrójną porcję – znowu się w nich zakochuję. Tacy są piękni i łagodni, tacy doskonali w swoim dziecięcym chaosie. Marco w przekrzywionej czapie, której za nic w świecie nie chce zdjąć, upaćkany po pachy Leonardo, pokazujący w żabim uśmiechu sczerniałe ubytki (trzeba będzie w końcu coś z tym zrobić), Bruno podjadający od zagapionego na reklamy Paola, ten ostatni kropka w kropkę jak brat bliźniak, a jednak jedyny w swoim rodzaju z tym zamglonym spojrzeniem romantycznego poety. Napływają mi do oczu łzy, moje chłopaki, moje cudowne chłopaki! Rzucam okiem na sprzedawczynię i ona to widzi, patrzy na nich roziskrzonym wzrokiem z czułością przyszłej matki, ale wtedy Paolo odkrywa, że lody mu za szybko znikają z wafelka. Robi się afera na cały lokal. Paolo ryczy jak zarzynane zwierzę, Leonardo zatyka uszy, jego pisk wbija się w mózg, Marco rzuca się na Bruna, szczekając, Bruno śmieje się jak hiena, robi mi się gorąco, też zaczynam krzyczeć, nawet ekspedientka krzyczy, kątem oka widzę, że w ścianie pojawia się rysa, która gna pod sufit, na szczęście zatrzymuje się, bo przestaję krzyczeć. Wtedy do środka wpada ochroniarz, przykładam palec do ust, wskazując na przerażającą rysę. A on już otwiera usta. 
Czytaj więcej

Komplementy szyte na miarę

Komplementowanie to prawdziwa sztuka. Łatwo można zranić, jeszcze łatwiej ośmieszyć samego siebie. Jak więc komplementować, żeby się nie skompromitować?
Czytaj więcej

Usłysz głos płaczącej Ziemi

Co mogę robić z poczuciem odpowiedzialności za stan świata? Jak nie przyczyniać się do psucia klimatu i zamierania życia? Czy moje indywidualne działania mają sens, gdy inni, potężniejsi wzruszają obojętnie ramionami?
Czytaj więcej