Rozmowa z Karoliną Appelt, psycholog i psychoterapeutką, redaktor naukową czasopisma „Małe Charaktery”
Dzieci są bardzo uważnymi obserwatorami - słuchają i widzą to, co się wokół nich dzieje. Jeśli my - bliskie osoby, rodzice i nauczyciele nie porozmawiamy z dzieckiem na ten trudny temat, to damy mu pole do wypełnienia wyobraźni obrazami pełnymi lęku.
W tym trudnym czasie wiele dorosłych słyszy pytania: co się z nami stanie? Czy będziemy musieli uciekać z domu? Dlaczego źli ludzie atakują inny kraj?
Zapraszamy do obejrzenia filmu, w którym psycholożka Karolina Appelt radzi, jak szczerze rozmawiać z dzieckiem, czego unikać w rozmowie i jak zadbać o własną kondycję psychiczną.
Temat rozwiniemy już w niedzielę 27 lutego o godzinie 19.00 podczas webinaru na żywo.
Dołącz do webinaru
Naszymi gośćmi będą pedagożka Małgorzata Swędrowska oraz psycholożka dr Magdalena Śniegulska. W trakcie spotkania planujemy sesję pytań i odpowiedzi. Serdecznie zapraszamy wszystkich rodziców i osoby, które na co dzień pracują z dziećmi!
Potrzebujesz wskazówek dotyczących życia z narcyzem? Nasz artykuł: "Jak żyć z narcyzem i mieć spokój?" jest do Twojej dyspozycji!
Czytaj więcej
koncepcja i scenariusz, kuratorka wystawy: Martyna Łukasiewicz
kuratorka edycji krakowskiej: Aleksandra Krypczyk-De Barra
koordynatorka edycji krakowskiej: Ewa Kalita-Garstka
aranżacja: Magdalena Bujak
Czytaj więcej
Czy wszyscy zasługują na miłość? Nawet kryminaliści? Na te i wiele innych pytań próbuje odpowiedzieć Katarzyna Borowska – autorka Miłości skazanych. Kobieta i mężczyzna w więzieniu ,- książki która właśnie ukazała się nakładem wydawnictwa Świat Książki. Poniżej prezentujemy jej fragment.
Czytaj więcej
Idę czytać do wanny – nie z wygody, ale z zagonienia. Planuję się ukryć w łazience przed mężem i dziećmi i złapać (mały) oddech. Wiadomo, że w łazience można się nie tylko ukryć, ale i zachować godność, udając konieczność przeprowadzenia skomplikowanych zabiegów higienicznych. No więc wanna jest moim szampanem i truskawką z czekoladą, ale bez wyrzutów sumienia. Jest już późno, nikt nie powinien mieć żadnych potrzeb koniecznych do zrealizowania tu i teraz. Zamierzam czytać w wannie również z innego powodu – podobno w kąpieli nie można zasnąć, więc może uda mi się trochę podgonić lekturę.
Czytaj więcej
O tym, że tego nie potrafię, zorientowałam się już w dorosłym życiu. Leżałam w łóżku z moją kilkutygodniową córeczką i chciałam jej coś wyszeptać. Mała się rozpłakała. Moja nieudolna próba okazała się raczej teatralnym niż intymnym mówieniem. Nie znam tego, bo w dzieciństwie nikt do mnie nigdy nie szeptał. Ten rodzaj czułości możliwy jest tylko tam, gdzie jest poczucie bezpieczeństwa. Widać, doświadczenia moich przodków były dla nich samych trudne, że zagadywanie, paplanie, nawijanie stało się codzienną strategią komunikacyjną. Dopóty słowa były obrabiane, używane, wypowiadane w tempie karabinu maszynowego, nie było szans na milczenie, zawieszenie gadania, wyciszenie, czyli okoliczności sprzyjające na czułe słowa. Słowa służyły do wymiany informacji, pouczania, rugowania, krytykowania, wyśmiewania. Więc zaczęłam bać się słów. A równocześnie stałam się ich więźniarką. Trzymanie się słów, nawet takich, które ranią, było wtedy lepszą strategią niż nietrzymanie się czegokolwiek. Raniący konkret nadal pozostawał konkretem.
Szept jest opozycją paplania. To taki rodzaj używania słów, że wszystko, co one niosą, zbliża. Nawet fizycznie, bo trzeba być blisko szeptającego, żeby usłyszeć jego słowa. W szeptaniu jest zgoda na czyjeś trudne emocje, na towarzyszenie w nich, na bycie. Ale żebym mogła towarzyszyć komuś w jego emocjach, najpierw muszę mieć sama w sobie umiejętność bycia ze swoimi trudnymi uczuciami: wstydem, smutkiem, bezsilnością, bezradnością. Relacja z samym sobą kształtuje wszystkie inne i jeśli nie będziemy potrafili okazać współczucia sobie, to nie będziemy potrafili okazać go innym. Ale dobrze by było, byśmy sami go doświadczyli od innych.
Przez wiele lat czułam się więźniarką cudzych narracji. Nauczyłam się, co powiedzieć mamie i tacie, żeby przestali się na chwilę kłócić. Jak zwrócić uwagę gości na imieninach, gdy robiło się gorąco politycznie. I nagle zamiast napięcia, wszyscy zaczynali się śmiać. Lata praktyki nauczyły mnie odczytywać z cudzych słów ludzkie potrzeby i na nie odpowiadać. Jednego, czego do tej pory nie potrafiłam, to stworzyć języka własnego „JA”, którym opowiem o swoich potrzebach i dam sobie ważność. Moja autentyczność nie mogła znaleźć miejsca w cudzych gotowcach na mój temat. W pewnym momencie zupełnie z niej zrezygnowałam. Po co? Przez lata żyłam, udając, że jej nie ma. A że w moim świecie jej nie było, to nie było też na nią języka. Język legitymizuje istnienie. Słowa sankcjonują prawo do tego, co nazywają. Dopiero to, co ma nazwę, ma prawo bytu. A prawo bytu ma to, czemu my wewnątrz nas damy przestrzeń i ważność.
Najpiękniejsze zdanie świata o intymności należy do Wiesława Myśliwskiego: „Z milczenia, nie z ubrań, mnie rozbierz”. Ubraniem też mogą być słowa, które szczelnie mają zakryć to, co chcemy przed światem schować: to, czego się wstydzimy, i to, co nas – w naszym przekonaniu – ośmiesza czy obnaża. Przez większość mojego życia to, co mówiłam, miało przede wszystkim
kreować mnie dla innych. Chciałam i próbowałam to robić za pomocą języka, obiecywać światu swoją atrakcyjność. Nie potrafiłam, bo wtedy nie wiedziałam jeszcze tego, co nazwała Małgorzata Halber w Najgorszym człowieku na świecie:
„KAŻDY SIĘ WSTYDZI.
KAŻDY SIĘ WSTYDZI TRZECH RZECZY.
ŻE NIE JEST ŁADNY.
ŻE ZA MAŁO WIE.
I ŻE NIEWYSTARCZAJĄCO DOBRZE RADZI SOBIE W ŻYCIU.
KAŻDY. Dlaczego więc nikt się do tego nie przyznaje? Dlaczego nikt o tym nie mówi? O ile łatwiej by się nam rozmawiało na przyjęciach, gdyby można to było powiedzieć głośno”. Bo takie rzeczy o sobie można tylko wyszeptać komuś, kto nas przyjmie z naszymi pęknięciami, niedoskonałościami, zawiłościami. W narracji krzyku przyznawanie się do tych wstydliwych miejsc w sobie raczej posłuży do obśmiania czy unieważnienia nas w inny sposób. Na przykład zarządzania nami. Każda z tych strategii budzi poczucie samotności, bo jesteśmy w tych opowieściach niewidzialni jako osoby.
Szczególnie trudny do rozpoznania, a równocześnie powszechny w użyciu schemat unieważniania polega na tym, że nawet jeśli ktoś dostrzegał istnienie mnie, to najczęściej dana osoba miała już gotowy na mnie pomysł: co powinnam zmienić w swoim życiu, czego nie powinnam robić, a co koniecznie należałoby.
Metafora szeptu w opozycji do krzyku przyszła do mnie sama. Zbierałam materiał do dużego reportażu. Mój bohater uciekał od wszelkich trudnych pytań o swoje wojenne losy, natomiast chętnie opowiadał o rozmowach z zaświatami i poprzednich wcieleniach. Rozmawiałam o tym z moim tutorem Pawłem Goźlińskim. Wtedy on zadał mi pytanie, które uporządkowało wiele: „O czym twój bohater nie chce mówić, gdy tak krzyczy?”.
Krzykiem nazywam takie używanie słów, w którym oddalam się od siebie. Mogę skupić się na rzeczywistym krzyku i wtedy działa zasada: „Dopóki złoszczę się na ciebie, dopóty ty jesteś w centrum mojej uwagi i nie muszę zajmować się sobą”. Kiedy więc w pojemniku z naszymi emocjami robi się za gęsto od frustracji, kierunek strzałki idzie na zewnątrz w poszukiwaniu winnego: „Bo to wszystko twoja wina”, „Bo ty, bo ty, bo ty”. Zewnątrzsterowne patrzenie na świat pozwala przetrwać bez popatrzenia na trudne w nas samym.
Zresztą mechanizm zagadywania nie musi być od razu oskarżycielski. Z językowego punktu widzenia to każde zachowanie, które można sprowadzić do definicji: „Ten/ta, który(-a) wie, jak jest”. Taka osoba wie, kim jestem, co czuję, dlaczego taka jestem i dlaczego tak się czuję. Nie tworzy przestrzeni na pytanie: „Jak coś przeżywasz?”, „Czego potrzebujesz?”, bo przecież już to wie. To typ osoby, która ma przekonanie, że jej widzenie świata odzwierciedla prawdę obiektywną. Dlatego swoją rację traktuje jako jedyną obowiązującą. To daje jej poczucie bezpieczeństwa. Słowa u takich osób mają przede wszystkim orzekać o prawdzie.
Gdy więc w rozmowie druga osoba podda w wątpliwość kategoryczne tezy o świecie, często odbierana jest jako atakująca. W świecie tej pierwszej na scenie zdarzeń jest miejsce wyłącznie dla siebie i swoich racji. Podobnie robi osoba, która na świat patrzy z przekonaniem, że wie, „jak powinno być”. Przychodzi do mnie z wizytą, która zaczyna się od „złotej rady” i właściwie składa się z pouczeń, co i jak powinnam zmienić w swoim życiu. Znowu moje poczucie samotności obija się o skały gotowych pomysłów na to, kim jestem albo kim powinnam się stać. Przestrzeń, wąska szczelina, mogłaby się pojawić dopiero wtedy, gdyby nadawca dopuścił do siebie, że jego myślenie o faktach nie jest z nimi równoznaczne i doda to zastrzeżenie w języku: z tego, co mi się wydaje, moim zdaniem, tak sobie myślę, że. Te małe językowe mrugnięcia okiem byłyby zaproszeniem mnie na scenę, bo zrobiłyby miejsce na powiedzenie: ja to widzę inaczej. Dopiero wtedy moja odmienność w widzeniu świata nie zagrażałaby widzeniu świata drugiej osoby, bo zrobiłaby miejsce dla nas obu. Wtedy byłaby szansa na szept. W dwóch pierwszych sytuacjach, gdy ktoś wie, jak ze mną jest lub jak powinno być, ja, żebym mogła się dopchać ze swoją opowieścią, muszę skonstruować konkurencyjną scenę zdarzeń.
Poranny przykład. Dzwoni znajoma w reakcji na informację, że mam covida i mówi: „Nie martw się aż tak. Wszystko będzie dobrze”. Napotyka to na moje autentyczne zdziwienie: „Ale skąd zakładasz, że się martwię?”, bo owszem, nie czuję się najlepiej, ale też nie zamartwiam jakoś mocno. Wręcz jest we mnie taki radosny kawałek, że wreszcie będę miała więcej czasu na czytanie w okresie izolacji. Słowami buduję scenę zdarzeń, na której leżę pod kocem z Widnokręgiem Myśliwskiego. Próbuję jej o tym opowiedzieć, że wreszcie choroba dała mi pretekst na spowolnienie. Natykam się na mur niezrozumienia: „W razie czego, wpisz sobie numer pogotowia na samej górze w telefonie, żebyś spokojniej spała”. Zrezygnowana odpowiadam, że śpię jak kamień, ale powoli już męczy mnie ta rozmowa. Próbuję zmierzać do końca, że jestem słaba, na co słyszę: „Bo powinnaś leżeć i odpoczywać, a nie czytać książki”. Odkładam telefon zakrzyczana cudzą narracją na swój temat. Nieważna. Niewysłuchana. Niezauważona. Racja daje poczucie bezpieczeństwa, ale równocześnie zamyka na spotkanie z drugim człowiekiem. Idealnie ujęła to w opisie religijności swojej bohaterki Zyta Rudzka w Tkankach miękkich: „To kobieta niestety pobożności wielkiej. Ma Boga w sercu. Ciesz się, że jeszcze się tam wcisnąłeś tato”.
Czytaj więcej
Wśród Wierutnych bajek dla dorosłych dzieci Leonarda Neugera (jak się wydało1, także bajkopisarza) jest bajka o rozmijaniu się potrzeb. Dwie postaci należą do odrębnych światów. Ona to bogata, pachnąca perfumą księżniczka. On – bezrolny kmieć, chociaż (przynajmniej na początku bajki) ma chatę. Zatem binarny układ, i to na dwu planach. Kobieta i mężczyzna. Bogactwo i bieda. Jeden albo zero.
Oto księżniczka przybywa do chatki kmiecia. Księżniczki przybywają raczej niż przychodzą. Zanim otwarła usta, on wprost ujawnił nieżyczliwą nieufność. Powiedzieć, że był nią niezainteresowany, to mało.
Dopuszczona do słowa ogólnikowo ujawniła cel wizyty: przybyła po ratunek. On jednak nie zdradził śladu zainteresowania tym, co księżniczce groziło. Odpalił, że nie lubi ratować, i już. Ona odeszła we łzach. Płakała do śmierci. Do śmierci milczała o tym, od czego uratować mógł ją kmieć. On zresztą, już nie tylko bezrolny, ale i bezdomny, dokonał żywota w niewiedzy.
Czytelnik, wzruszony smutnym niepołączeniem obojga, nawet w śmierci, jest skłonny szukać wyjaśnienia w rozminięciu się uczuciowym bohaterów. Ona kochała jego. On jej nie. Albo on był nieczułym mężczyzną. Ona uczuciową kobietą. Jednak nawet umysł sentymentalnego czytelnika domaga się racjonalnego wyjaśnienia przyczyn tej nieczułości. Może ją znaleźć we wzorze kulturowej płci męskiej, według którego mężczyzna w odróżnieniu od kobiety, jest zimny i nieczuły. Jeśli ma trochę zdolności wyciągania wniosków z obserwacji świata realnego, zorientuje się, że zero-jedynkowa metoda nie mieści bogactwa życia uczuciowego ludzi. Jeśli zatem to nie typowa męska nieczułość, to co? Nieheteronormatywna orientacja seksualna?
Płacz księżniczki ten sentymentalista łatwo wyjaśni bólem odrzucenia przez nieczułego wybranka serca.
Tyle tylko, że to, co w bajce Neugera zostaje tajemnicą, to nie tyle widoma nieczułość kmiecia, ile powody, dla których księżniczka szukała ratunku. I powody, dla których kmieć nie był zainteresowany jej ratowaniem. To już nie jest świat sentymentalnej miłości, a realny świat bezpośrednich zagrożeń. Takich, dla przykładu, jakie groziły księżniczkom w czasie rewolucji francuskiej czy październikowej. I do dziś grożą ludziom uznanym za wrogów tyranii i tym, którzy z tego powodu pukają do różnych obcych drzwi, szukając schronienia. W bajce Neugera, kmiecia też dopadło to, o czym nie chciał słyszeć z ust księżniczki – umarł bezdomny.
Może miska zupy na pocieszenie i dla posilenia się? Kmiecej – takiej, jaką gotuje pani Ola Silke z Mieroszyna koło Jastrzębiej Góry na Kaszubach? Nie pogardzą nią ani uchodźcy, ani księżniczki, ani inni szykanowani.
ZUPA ZIEMNIACZANA
1 pęczek włoszczyzny (bez kapusty włoskiej)
1/2 kg ziemniaków
25 dag wołowiny na rosół
20 dag wędzonego boczku
1 łyżka mąki
1 szczypta majeranku
sól, pieprz do smaku
Mięso umyć, zalać zimną wodą i wolno gotować 2 godziny.
Boczek pokroić w kostkę i stopić na małym ogniu. Można dodać łyżkę wody, jeśli chcemy, by skwarki były miękkie.
Włoszczyznę i ziemniaki obrać, pokroić w kostkę (według upodobania). Włożyć do garnka. Zalać odcedzonym wywarem z mięsa. Posolić. Dodać szczyptę suszonego majeranku. Jeśli mamy świeży majeranek, wrzucić go pod koniec gotowania. Gotować pół godziny od zawrzenia, na małym ogniu.
Do stopionych skwarków dodać łyżkę mąki, wymieszać i dodać wszystko do garnka.
Na koniec doprawić pieprzem.
Czytaj więcej
Zanim naciśniesz klamkę, drzwi otworzą się same. W progu będzie stała twoja dawno niewidziana, najbliższa przyjaciółka z dzieciństwa. Odniesiesz wrażenie, że widziałyście się wczoraj, a nie te kilka… kilkanaście? Czas nagle przestanie mieć znaczenie. Łzy wzruszenia napłyną ci do oczu, wpadniesz w jej ramiona. Usłyszysz wyszeptane do ucha trzy słowa.
Dom okaże się ze smakiem urządzonym zamczyskiem z ogromnym salonem, schodami prowadzącymi na piętra, olbrzymią, otwartą na to wszystko kuchnią. Będą tu twoi sąsiedzi, szkolni koledzy i koleżanki, znajomi z pracy, zajęci cichymi rozmowami lub wspólnym milczeniem. Dalszą i bliższą rodzinę zastaniesz w kuchni, sprawdzisz, co gotuje tata w asyście wujków, przysłuchasz się rozmowie kobiet. Wrócisz do salonu. Wielu z obecnych pomacha do ciebie, pozdrowisz ich, jednak nikt cię nie zatrzyma, gdyż jasne będzie, że najbardziej chcesz zobaczyć ogród.
Bezpośrednio z salonu wejdziesz na miękką trawę. Z niewielkiego wzgórza, na którym stoi dom, zobaczysz, że ogród nie ma końca. Rozległa równina urozmaicona łagodnymi wzniesieniami pokryta będzie drzewami, rozpoznasz dęby, buki, klony, sosny i świerki, dostrzeżesz też wiele drzew owocowych, wszystkie w pełnym rozkwicie. Delikatne słońce wczesnoletniego popołudnia pocałuje cię w usta, a ciepły, delikatny wiatr zmierzwi włosy.
Zdejmiesz buty i ruszysz w głąb ogrodu. Na kocach, w hamakach, bezpośrednio na trawie odpoczywać będzie wielu ludzi, których znasz z widzenia, gdzieś z miasta, może z wakacyjnych wypadów. Zajęci leniwym wypoczynkiem i niezobowiązującą aktywnością emanować będą cichą, podskórną radością. Bandy umorusanych, przeszczęśliwych dzieciaków okupować będą domki na drzewach połączone fantazyjną siecią nadziemnych dróg. Nie zatrzymasz się, ciekawość pchnie cię dalej.
Miniesz ukryte w zagajnikach altany i domki letniskowe, miniesz wielu spacerowiczów, w tłumie zadowolonych, uśmiechniętych ludzi rozpoznasz kilku znanych aktorów, celebrytów i polityków. Drobnym tylko zaskoczeniem zareagujesz na widok okrytego niesławą prezydenta, który grać będzie w jakąś zabawną grę towarzyską z niedawnymi politycznymi oponentami, jeden z nich będzie płakać ze śmiechu.
Natkniesz się na uroczy strumyk, zaczerpniesz zimnej, czystej wody, położysz się na brzegu. Pozwolisz sobie na krótką półdrzemkę. Szum wody i kołysanie drzew złączy się ze strumieniem przyjemnych niemyśli, które wypełnią twoją głowę.
Ockniesz się i ruszysz dalej, słońce będzie chylić się ku zachodowi, cykady i świerszcze rozpoczną koncert. Zgłodniejesz akurat w chwili, gdy dostrzeżesz ognisko rozpalone na niewielkiej polance. Kobieta i mężczyzna w zielonych, porozpinanych mundurach, kilku ciemnoskórych młodzieńców, jakaś Syryjka z córką. Poczęstują cię pieczonym, słodkim ziemniakiem z solą. Potem w milczeniu będziecie wsłuchiwać się w pełną syków i trzasków opowieść ognia.
Wtedy poczujesz, że coś miękkiego trąca cię w plecy. Obrócisz się, za tobą będzie stała płowa lwica. Położy się obok, oprze głowę o twoje kolana i pozwoli drapać się za uchem. Zacznie mruczeć.
Czytaj więcej
Byliśmy z mężem i synem w Park City, amerykańskim górskim miasteczku w stanie Utah, na ślubie mojej pasierbicy. Park City to kurort narciarski, coś jakby Zakopane, ale w nastroju amerykańskim. Szliśmy w trójkę szeroką, główną aleją, po obu stronach pełno sklepów z pamiątkami, kawiarni, butików. Nie pamiętam, czy chcieliśmy coś konkretnego kupić, czy tylko wchodziliśmy do poszczególnych sklepów jako element zwiedzania miasteczka. W pierwszym sklepiku pani spytała nas, skąd jesteśmy, zachwyciła się informacją, że z Polski, wyraziła entuzjazm z powodu tego, że znaleźliśmy się w Park City i z wielką serdecznością życzyła nam wspaniałego pobytu. W butiku z ciuchami po drugiej stronie ulicy, do którego weszłam wiedziona potrzebą wyrażenia siebie poprzez zakup swetra, czapki czy jakiejkolwiek innej części odzieży, znowu odpowiedziałam na pytanie, skąd jestem, i spotkałam się z podobnym zachwytem. Dostałam też nazwę restauracji, w której koniecznie musimy zjeść, ponieważ jedzenie jest tam amazing i będziemy czuć się amazing, kiedy zjemy to jedzenie; odebrałam kolejne życzenia wspaniałego pobytu. To samo, w niewiele zmienionej formie, powtórzyło się w trzecim sklepie – a kiedy usiadłam na chwilę na ławce, żeby moje słowiańskie ciało doszło choć trochę do równowagi po tej porcji życzliwości, obok mnie usiadł mężczyzna, pochwalił pogodę, porę roku i moją kurtkę. Kiedy mój mąż z synem wyszli z informacji turystycznej, powiedziałam, że ja to chyba potrzebuję wrócić już do hotelu i zaczęłam płakać na środku ulicy. Tego jest za dużo. Oni są wszyscy tacy mili, ja już tego więcej nie wytrzymam, za dużo dla mnie tego emejzingu, Wojtek! – zakrzyknęłam szeptem, bo bałam się, że jeśli powiem coś głośniej, zwrócę uwagę jakiegoś przechodnia i znowu stanę się obiektem serdeczności.
Znam teorię na temat sztucznej i powierzchownej serdeczności Amerykanów i przeciwstawianej jej autentycznej i głębokiej prawdziwości nas, Polaków, przy czym ta rzekoma prawdziwość ma rdzeń posępny. Nie podzielam tej teorii. Uważam, po spędzeniu kilkunastu miesięcy w Stanach, że prawda jest dużo gorsza: Amerykanie są naprawdę życzliwi – nie żeby wszyscy i nie żeby zawsze, ale częściej niż my. A że w naszym pięknym kraju zagadywanie do kogoś na ulicy bez wrogiej intencji jest rzadsze, to uznajemy, że jeśli ktoś inny to robi, to jest sztuczny. Wierzę, że pani w pierwszym, drugim i trzecim sklepie oraz mężczyzna, który siadł obok mnie na ławce, byli autentycznie życzliwi, chociaż był to dla mojego organizmu szok przypominający chorobę wysokościową. Ale to nie życzliwość była problemem. To ja miałam problem, że tak trudno było mi to przyjąć. Postanowiłam się jednak tego uczyć – przyjąć, że jeżeli ktoś jest dla mnie miły, to jest to jakaś skromna i skrojona na potrzeby krótkiej i przelotnej interakcji forma, za przeproszeniem, miłości. Coś jak czułość, którą nasza boginiczna noblistka nazwała „najskromniejszą odmianą miłości”, tyle że w wydaniu dla nieznajomych. Dwa deko, nie więcej, ale jednak czegoś, co jest naprawdę cenne, co sprawia, że można by świat uznać za miejsce przyjazne, a nie wrogie.
Jednak – jak wszystkie formy miłości – i ta się wynaturza. Jest taka forma emejzingu, która udaje miłość/życzliwość, ale jednak okazuje się fast-foodem. Pewien amerykański komik do tego chyba właśnie nawiązywał, kiedy opisywał scenę szkolnego przedstawienia dzieci – dzieci tańczą na scenie, a wszyscy rodzice trzymają w rękach telefon czy iPad i nagrywają występ, zasłaniając tym samym samo dziecko oraz sprawiając, że tańcząca głównie dla nich córka czy syn też ich nie widzi. Następnie, mówił ów komik, wrzucamy to na Facebooka, sami niekoniecznie wcześniej oglądając, i pokazujemy innym. Nikt nie ogląda filmów z występów twojego dziecka na Facebooku, daję wam słowo. Mogę to udowodnić! – mówi i proponuje, żeby wrzucając kolejny filmik, zmontować go tak, żeby tylko pierwszych parę sekund było nagraniem występu dziecka, a pozostałe minuty zdjęciem naszej własnej pupy. I tak dostaniemy mnóstwo polubień, serduszek i komentarzy w stylu „jakie to urocze”, „cudowne” oraz „to narodziny przyszłej gwiazdy!”. Ta dość brutalna hipoteza, chociaż nie zamierzam jej sprawdzać, wydaje mi się prawdziwa. Kiedy piszę te słowa i kiedy ty je czytasz przez Instagram, Facebooka i wszystkie inne komunikatory, niesie się wysoka fala emejzingu, schodzą lawiny serduszek, a każde z nich rozmnaża się i tworzy kolejną lawinę, perlą się kaskady rozpromienionych buziek i całujących usteczek, migocą wykrzykniki, złocą się zachwyty. Emejzing otacza nas i osacza.
Chyba pierwszy raz poczułam to, kiedy w zeszłym roku przeczytałam na swojej facebookowej stronie życzenia urodzinowe od kilkuset osób. Poruszyło mnie, że tak wielu ludziom chciało się wyrazić mi swoją życzliwość; wiele z życzeń było osobistych. Dostawałam w prezencie piosenki, zdjęcia bukietów, wiersze – to było prawdziwe i piękne. Że jednak zebrała się tego cała masa, postanowiłam, że zareaguję na każde z życzeń jedynie serduszkiem i wzięłam się do roboty. Pierwszych piętnaście serduszek zrobiłam naprawdę z serduszka (własnego), potem jednak z każdym kolejnym czułam, jak przechodzę na tryb fabryczny, mechaniczny, aż pod koniec stałam się urzędniczką stemplującą serduszka w sposób absolutnie bezduszny i bezserdeczny. I wtedy przypomniał mi się tamten skecz; poczułam, że uległam jakiejś inflacji i że udaję serdeczność, która się przecież ludziom w podzięce za życzenia należy.
Nie wiem, jak inaczej niż poprzez monitorowanie własnej intencji sprawdzać, czy jeszcze jesteśmy w prawdziwej życzliwości i serdeczności, czy już w fast-foodowym emejzingu. Wiem jednak, że to drugie jest wynaturzeniem, które w ostatecznym rozrachunku nie przydaje światu miłości, a może nawet paradoksalnie zwiększa obszar samotności, w naszym całkiem niewirtualnym sercu.
Czytaj więcej
Jeden uśmiech może zmienić wiele w życiu – czyimś i naszym własnym. Dlaczego więc nie korzystamy z niego tak często, jak byśmy mogli?
Czytaj więcej
Umiejętność znalezienia balansu pomiędzy byciem razem i osobno to niełatwe wyzwanie. Kiedy jednak sprostamy mu, możemy odczuć ogromną satysfakcję, a nasze relacje przeżyją prawdziwy rozkwit.
Czytaj więcej
Badania zespołu włoskiego profesora neurologa, chirurga Francesco Ferro Milone pokazują, w jaki sposób stymulacja odpowiednimi częstotliwościami światła może pomóc nam w osiąganiu stanu alfa. To właśnie ten wewnętrzny stan synchronizacji i regeneracji oraz uważnej obecności „tu i teraz” pozwala nam na budowanie empatycznej relacji ze sobą. Z kolei znany psychiatra Bessel Van der Kolk wykazuje, że weterani wojenni w wyniku przeżytych traum, mają zanik fal alfa w mózgu, co przyczynia się do braku koncentracji i problemy w codziennym funkcjonowaniu i relacjach. Obecnie wszyscy przeżywamy traumę pandemii, która budzi lęk i niepewność jutra. Dzięki urządzeniu medycznemu MNEMOSLINE® możemy się uspokajać i łatwiej osiągać stan wewnętrznej równowagi. Dziesięć minut terapii „dokarmia” mózg energią światła i trenuje fale mózgowe do stanu alfa, podobnie jak neurofeedback czy medytacja. Światło leczniczych diod led stymuluje szyszynkę do produkcji melatoniny, która wpływa na odporność i niszczy komórki rakowe oraz uspokaja przebodźcowany mózg. Powstawanie pod wpływem światła białka BDNF odpowiada za tworzenie nowych połączeń neuronalnych w mózgu, pozwala na nieustanną naukę i wprowadzanie nowych nawyków w procesie budowania samoświadomości.
Czytaj więcej
Im lepiej znamy samych siebie, swoje sposoby reagowania, tym łatwiej nam zrozumieć, co się dzieje z nami w trudnych sytuacjach, i efektywnie dawać sobie wsparcie. Dbanie o siebie to nie egoizm, tylko podstawowa higiena psychiczna.
Czytaj więcej