Rola sportu w moim życiu jest fundamentalna. Mówię serio: słowa te możecie czytać wyłącznie dzięki polityce rekrutacyjnej sekcji lekkoatletycznej pewnego klubu sportowego w Polsce południowej.
Tam bowiem, w połowie lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku spotkali się moi rodzice. Mama skakała wzwyż, a tata o tyczce. Zanim oboje skończyli studia na politechnice, tata zdobył srebrny medal na mistrzostwach Polski.
Pytałam mamy, jak to było, że została lekkoatletką. Opowiadała, że dzięki swojemu ojcu, który nie odpuścił, kiedy jako dziecko nie była w stanie na lekcji gimnastyki przeskoczyć kozła, a kiedy trzeba było biegać, wyprzedzały ją wszystkie koleżanki.
Wytłumaczył, że to kwestia treningu i zaczął wychodzić z mamą do parku mierzyć czas, w jakim pokonuje trasę wokół ławek, i pokazywał postępy. W pierwszej klasie liceum mama była już gwiazdą lekkoatletyki oraz gier zespołowych.
Kiedy dwie dekady później również ja nie potrafiłam przeskoczyć przez kozła, wspiąć się po linie, ani zrobić przerzutu bokiem zwanego gwiazdą, mama powtórzyła słowa dziadka Janka.
Pamiętam drżące witryny z porcelaną i przerażony wzrok mamy, kiedy godzinami przetaczałam się przez duży pokój w niezliczonych próbach wykonania idealnej gwiazdy bez demolowania rodzinnych pamiątek. W końcu się udało, wydaje mi się nawet, że w ósmej klasie byłam w stanie stanąć na rękach.
Nie zostałam sportsmenką, ale odkryłam, że aktywność fizyczna znacząco podnosi poczucie sprawczości i podtrzymuje równowagę psychiczną. Zaryzykuję, że przebiegnięcie kilku kilometrów daje więcej satysfakcji niż umycie okien na święta.
Muszę jednak przyznać, że teoria o regularnych ćwiczeniach prowadzących do sportowego sukcesu zaczęła trzeszczeć, kiedy weszłam w wiek przedstarczy i postanowiłam spełnić swoje kolejne sportowe marzenie.
Zapisałam się na lekcje tenisa ziemnego z nadzieją, że wytężony trening zrobi ze mnie gwiazdę tenisa trzeciego wieku.
Wymierny efekt treningów przyszedł już po roku.
Było nim uszkodzenie prawej łąkotki.
Po kolejnych miesiącach zastanawiałam się, czy nie wypożyczyć laski.
Niestety, nie nauczyłam się serwować, chociaż egzamin z teorii zdałabym na szóstkę.
Rehablitacja trwała kolejne pół roku, ale już wróciłam na kort, gdzie uprawiam tenis półdynamiczny: odbijam piłki, które do mnie lecą, inne na razie ignoruję.
O mojej frustracji opowiedziałam znajomemu w moim wieku, któremu też zachciało się uczyć tenisa. Już przestał z powodu kontuzji obydwu kolan. Żeby nie popaść w apatię i otyłość, zapisał się na boks, jednak uszkodził prawy bark i lewy łokieć. Kiedy rozmawialiśmy, jego małoletnia córka podtrzymywała mu telefon, bo chwilowo nie miał czym go unieść. Mój kolega jest jak czarny rycerz z filmów Monty Pythona: nie chodzi, nie macha ręką, ale walczy. Ja też nie tracę nadziei, ale biorę pod uwagę trudności. Co jeśli człowiek może zrobić w życiu określoną liczbę kroków, przysiadów i prób serwisu? A ten, kto wcześniej zaczął, szybciej osiąga limit? A potem się zwyczajnie zużywa? Czy ewolucja mogłaby trochę przyspieszyć i przystosować człowieka do funkcjonowania z godnością w czasie spodziewanej długości życia?
Czytaj więcej
Bielenda Golden Placenta Collagen Reconstructor to aktywnie rewitalizująca linia kosmetyków przeciwzmarszczkowych stworzona dla cery dojrzałej. Innowacyjne formuły łączą placentę roślinną, kolagen i prebiotyki, by spowolnić skutki upływającego czasu i zatrzymać na dłużej młody wygląd skóry. Linia zawiera kremy odpowiadające na potrzeby skóry 40+, 50+, 60+ i 70+, krem pod oczy, serum (na twarz, szyję i dekolt) oraz maseczkę.
Linia Bielenda Golden Placenta Collagen Reconstructor bazuje na bioaktywnej molekule, pełnej potrzebnych skórze enzymów, peptydów oraz przeciwutleniaczy – placencie roślinnej. Ten roślinny składnik otrzymuje się z nasion soi, jest aktywnym stymulatorem produkcji nowego kolagenu. Szczególnie mocno działa na rekonstrukcję kolagenu typu III*, zwanego kolagenem młodzieńczym, który w największym stopniu odpowiada za tworzenie się młodej skóry. Aktywna stymulacja produkcji nowego kolagenu i elastyny ma wpływ na wzmocnienie i odbudowę włókien kolagenowych osłabionych starzeniem się skóry oraz na spowolnienie procesów jej wiotczenia. Placenta roślinna łatwo wnika w głębsze warstwy naskórka, gdzie wzmacnia, odżywia i rewitalizuje komórki, pobudzając przy tym naturalne procesy odnowy skóry.
Dla spotęgowania efektów działania placenty roślinnej, formuły kosmetyków zostały wzbogacone o inne, cenione w kosmetologii składniki:
kolagen – napina naskórek, wygładza zmarszczki, optymalnie nawilża, regeneruje i opóźnienia procesy wiotczenia naskórka, dzięki czemu rysy twarzy wyglądają na młodsze,
prebiotyki – wzmacniają mikrobiom skóry, podnoszą jej odporność, uszczelniają naskórek oraz dbają o zachowanie odpowiedniego nawilżenia skóry,
peptydy – stymulują mechanizmy obronne skóry i umożliwiają proces jej odnowy,
złoty olej jojoba – sprawia, że cera staje się promienna i pełna blasku,
niacynamid – silny antyoksydant, koryguje niedoskonałości, poprawia koloryt cery i redukuje przebarwienia,
kwas poliglutaminowy – silnie nawilża (zatrzymuje w skórze cztery razy więcej nawilżenia niż kwas hialuronowy), długotrwale chroni skórę przed przesuszeniem,
ceramidy – odbudowują i naprawiają strukturę skóry, chronią przed utratą wody, zapewniają tym samym przesuszonej skórze optymalne i długotrwałe nawilżenie,
algi – regenerują i odbudowują komórki skóry, intensywnie nawilżają, wspomagają wytwarzanie nowego kolagenu i elastyny, dzięki czemu poprawiają jędrność skóry,
olej z opuncji figowej – bogaty w kwasy Omega-6 i 9 oraz witaminę E, ma silne właściwości odżywcze i nawilżające,
olej abisyński – bogaty w kwasy Omega 9, zapewnia intensywne nawilżenie, nawet gdy skóra jest bardzo wysuszona, odżywia, dodaje blasku, łagodzi i przynosi ulgę suchej skórze.
*W ciele 4-latka kolagen typu III stanowi 90%, z wiekiem jego ilość spada. Kolagen w ciele dorosłej osoby (w wieku 50 lat) składa się już w 90% kolagenu typu I.
Bielenda Golden Placenta Collagen Reconstructor
Nawilżająco-wygładzający krem przeciwzmarszczkowy 40+
Cena ok. 28 zł (50 ml)
Nawilżająco-wygładzający krem przeciwzmarszczkowy przeznaczony jest do pielęgnacji cery dojrzałej, z pierwszymi zmarszczkami. Główny składnik kremu – placenta roślinna – stymuluje produkcję kolagenu typu III (który odpowiada za tworzenie się młodej skóry), rewitalizuje komórki, pobudza naturalne procesy odbudowy skóry. Produkt bogaty jest również w prebiotyki, które nie tylko wzmacniają mikrobiom skóry, ale również uszczelniają naskórek i tym samym dbają o odpowiednie nawilżenie. W recepturze kremu znalazł się również regenerujący kolagen, o właściwościach napinających i wygładzających zmarszczki. Dodatkowo silny antyoksydant niacynamid koryguje niedoskonałości, poprawia koloryt cery i redukuje przebarwienia, a złoty olej jojoba sprawia, że cera staje się promienna i pełna blasku.
Bielenda Golden Placenta Collagen Reconstructor
Liftingująco-ujędrniający krem przeciwzmarszczkowy 50+
Cena ok. 28 zł (50 ml)
Liftingująco-ujędrniający krem przeznaczony jest do pielęgnacji cery dojrzałej. Receptura produktu oparta jest na placencie roślinnej, która wnika w głębsze warstwy naskórka i aktywnie stymuluje produkcję nowego kolagenu. Dodatkowo krem bogaty jest w kolagen (który opóźnia procesy wiotczenia naskórka i optymalnie go nawilża), prebiotyk odpowiedzialny za wzmocnienie mikrobiomu skóry oraz peptydy opóźniające procesy wiotczenia i powstawania zmarszczek. Ponadto zawiera dodatek złotego oleju jojoba, który dodaje cerze promienności i blasku. Produkt zmniejsza widoczność zmarszczek i przebarwień, odżywia, nawilża i uelastycznia naskórek, można go stosować na dzień (również pod makijaż) i na noc.
Bielenda Golden Placenta Collagen Reconstructor
Napinająco-odbudowujący krem-koncentrat przeciwzmarszczkowy 60+
Cena ok. 28 zł (50 ml)
Napinająco-odbudowujący krem-koncentrat przeznaczony jest do pielęgnacji cery dojrzałej, z widocznymi zmarszczkami. Sekretem skuteczności kremu jest placenta roślinna, która pobudza rekonstrukcję kolagenu typu III (tzw. kolagenu młodzieńczego), odpowiedzialnego za tworzenie się młodej skóry. Produkt bogaty jest również w napinający i wygładzający kolagen, wzmacniające mikrobiom naskórka prebiotyki oraz kwas poliglutaminowy, który zatrzymuje w skórze cztery razy więcej nawilżenia niż kwas hialuronowy. Dodatkowo dzięki złotemu oleju jojoba cera staje się promienna i pełna blasku. Produkt napina, wzmacnia i odżywia skórę, można go stosować na dzień (również pod makijaż) i na noc.
Bielenda Golden Placenta Collagen Reconstructor
Naprawczo-rewitalizujący krem-koncentrat przeciwzmarszczkowy 70+
Cena ok. 28 zł (50 ml)
Naprawczo-rewitalizujący krem-koncentrat przeznaczony jest do pielęgnacji cery bardzo dojrzałej z widocznymi zmarszczkami. Główny składnik produktu – placenta roślinna – wnika w głębsze warstwy naskórka, tym samym regeneruje, odżywia i pobudza naturalne procesy odbudowy skóry. Produkt dodatkowo zawiera kolagen odpowiedzialny za opóźnienie procesów wiotczenia naskórka, prebiotyki wzmacniające mikrobiom skóry oraz ceramidy, które chronią przed utratą wody (jednocześnie zapewniają przesuszonej skórze optymalne i długotrwałe nawilżenie). Ponadto złoty olej jojoba dodaje cerze blasku, skóra staje się promienna. Krem nawilża i wzmacnia suchą i cienką skórę, można go stosować na dzień (również pod makijaż) i na noc.
Bielenda Golden Placenta Collagen Reconstructor
Regenerująco-rozświetlające serum przeciwzmarszczkowe
Cena ok. 30 zł (30 ml)
Regenerująco-rozświetlające serum przeciwzmarszczkowe przeznaczone jest do pielęgnacji wrażliwej cery dojrzałej. Głównym składnikiem serum jest placenta roślinna, uważana za antidotum na zmarszczki – aktywnie stymuluje produkcje nowego kolagenu, regeneruje i odżywia skórę. Serum bogate jest również w wygładzające zmarszczki kolagen oraz prebiotyki, które uszczelniają naskórek. Dodatkowo algi regenerują i odbudowują komórki skóry, są „koktajlem mineralnym” dla zmęczonego naskórka. Serum sprawdzi się jako baza pod makijaż, dla spotęgowania jego działania przygotowano kremy do twarzy z tej samej linii.
Bielenda Golden Placenta Collagen Reconstructor
Nawilżająco-liftingujący krem pod oczy
Cena ok. 22 zł (15 ml)
Nawilżająco-liftingujący krem pod oczy dedykowany jest wrażliwej cerze dojrzałej, wzmacnia delikatną i cienką skórę wokół oczu. Zawiera placentę roślinną, która jest źródłem enzymów, peptydów i przeciwutleniaczy, a jej zadaniem jest stymulacja produkcji kolagenu i regeneracja skóry. Dodatkowo krem w swoim składnie ma naprawczy kolagen oraz prebiotyki, które wzmacniają mikrobiom skóry i podnoszą jej odporności. Dodatkowo krem bogaty jest w odżywczy olej z opuncji figowej (źródło kwasów Omega-6 i 9 oraz witaminy E) oraz złoty olej jojoba dodający cerze blasku. Produkt napina skórę, wygładza zmarszczki, rozświetla i zmniejsza widoczność cieni pod oczami.
Bielenda Golden Placenta Collagen Reconstructor
Odżywczo-wzmacniająca maseczka przeciwzmarszczkowa
Cena ok. 6 zł (8 g)
Odżywczo-wzmacniająca maseczka dedykowana jest wrażliwej cerze dojrzałej. Kremowa formuła zawiera placentę roślinną, która wzmacnia, odżywia i rewitalizuje komórki. Dodatkowo maseczka bogata jest we wzmacniające mikrobiom skóry prebiotyki, kolagen o działaniu napinającym i wygładzającym zmarszczki oraz olej abisyński, który intensywnie nawilża bardzo wysuszoną skórę. Maseczka dodaje cerze blasku.
Czytaj więcej
Czym są leki psychotropowe? Które z nich są dziś najczęściej stosowane?
Leki psychotropowe to takie, które potrafią wpływać na działanie naszego układu nerwowego. Mogą przykładowo działać tak, aby zmniejszyć objawy depresji czy wyhamować objawy psychozy, ale także potrafią wzmocnić nasze zdolności uczenia się. Wszystko dlatego, że mogą przenikać barierę krew-mózg i bezpośrednio działać na komórki mózgu. Choć należy zaznaczyć, że wybrane leki psychotropowe wykorzystuje się także do leczenia zaburzeń działania układu nerwowego obwodowego, np. jelitowego, którego nadreaktywność obserwuje się w przebiegu zespołu jelita nadwrażliwego. Leki psychotropowe przepisywane są z różnych wskazań, dlatego nie można określić, które z nich są najczęściej stosowane. Podobnie różne są ich mechanizmy działania. Przykładowo, najczęściej antydepresanty hamują wychwyt zwrotny neuroprzekaźników z synaps (połączenia między komórkami nerwowymi) lub hamują enzymy powodujące ich rozkład. A im więcej neuroprzekaźnika w synapsie, tym lepiej dla naszego układu nerwowego. Wszystkie razem mają za zadanie zwiększyć stężenia takich związków w mózgu lub oddziaływać na receptory (białka wiążące) tych neuroprzekaźników.
Badania naukowe wskazują zależność między stosowanymi lekami antydepresyjnymi, a mikrobiotą jelitową. Na czym polega ten związek?
W badaniach naukowych dotyczących mikrobioty jelitowej oba rodzaje leków łączy jedno, właściwości przeciwdrobnoustrojowe. Oznacza to, że kiedy rozpoczynamy kurację lekami psychotropowymi, w tym antydepresantami, nasza mikrobiota jelitowa może zostać naruszona. Póki co w literaturze naukowej dominują pojedyncze badania in vitro, w których dowiedziono, że wiele leków działa niekorzystnie na drobnoustroje w jelitach. Liczba badań u osób z zaburzeniami psychicznymi jest jednocyfrowa, ale – co ważne – spora ich liczba to badania Polaków. Tymczasem w naszym przewodzie pokarmowym olbrzymia różnorodność drobnoustrojów musi znajdować się w równowadze. Oznacza to między innymi niską liczbę bakterii patogennych. Równowaga ta konsekwentnie jest związana z szeroko rozumianym stanem zdrowia, m.in. ze zdrowiem metabolicznym, bo bakterie jelitowe mają olbrzymi potencjał oddziaływania na nasz metabolizm.
Do czego może dojść, jeśli nie będziemy stosować jednocześnie probiotyków i leków?
U osób, u których pojawia się przykładowo depresja i włączane są leki, nierównowaga mikrobioty (tzw. dysbioza) wywołana stosowaniem tych leków może doprowadzić do zaburzeń metabolicznych. Mogą wówczas pojawić się insulinooporność, zwyżki stężenia cholesterolu i inne, z otyłością włącznie. Zgodnie z definicją probiotyki to żywe komórki mikroorganizmów, które korzystnie wpływają na zdrowie człowieka. Idea takiej interwencji zakłada, że doustne podawanie żywych (probiotycznych) szczepów przywróci stan równowagi w jelicie. Komórki bakteryjne obecne w probiotyku namnożą się w jelicie w trakcie jego podawania, co równolegle zmniejszy liczbę mikroorganizmów patogennych, które mogą zacząć dominować w następstwie stosowania leków psychotropowych. W ten sposób probiotyk stworzy optymalne warunki do regeneracji własnej, unikatowej dla każdego człowieka mikrobioty jelitowej. Na rynku znajdują się preparaty probiotyczne o wysokiej jakości i skuteczności w przywracaniu równowagi mikrobiologicznej w jelicie. Powinny być one integralnym elementem terapii ordynowanej przez lekarzy psychiatrów, aby zminimalizować ryzyko rozwoju zaburzeń metabolicznych.
Czym się należy kierować przy wyborze właściwego probiotyku? Dlaczego właśnie psychobiotyki są najodpowiedniejsze podczas stosowania antydepresantów?
Probiotyk zawiera szczep bakteryjny, który został dokładnie przebadany. Istnieją szczepy, które przykładowo są świetne w ograniczaniu częstości występowania biegunki po antybiotykach czy korzystnie wpływają na metabolizm kostny. Każdy probiotyk musi przywracać równowagę mikroorganizmów w jelicie, jednak w omawianym kontekście idealne są psychobiotyki, gdyż oprócz korzystanego działania na stan mikrobioty jelitowej działają na poziomie układu nerwowego, przykładowo zmniejszając stężenia hormonów stresu czy podnosząc stężenie innych związków kluczowych dla funkcjonowania mózgu. Czyli działają częściowo synergistycznie wobec leków, które przyjmuje pacjent, aby poprawić działanie swojego układu nerwowego.
dr hab. n. med. i n. o zdr. Karolina Skonieczna-Żydecka
Specjalista Mikrobiologii Żywności i Biotechnologii Przemysłowej, nauczyciel akademicki i badacz. Prodziekan Wydziału Nauk o Zdrowiu Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego w Szczecinie. Jej zainteresowania naukowe i kliniczne obejmują zaburzenia kompozycji mikrobioty jelitowej i wpływ tych zmian na funkcjonowanie neuropsychiatryczne oraz inne manifestacje kliniczne
Czytaj więcej
Gdzie są granice ludzkiej wytrzymałości? Jak wiele może znieść człowiek, który zetknął się z murem obojętności, wyzwisk, niezrozumienia? Autorka rozmawia z ludźmi, którym na co dzień przyszło mierzyć się z najtrudniejszym życiowym przeciwnikiem – samym sobą.
Czytaj więcej
Kiedy ratować związek, a kiedy lepiej odejść? Co jest główną przyczyną jego rozpadu? Jak zbudować zdrową relację z sobą samym? Kiedy miłość się kończy? Alina Adamowicz, doświadczona terapeutka i Justyna Moraczewska, autorka poradników dla kobiet, łączą siły i pokazują, jak pracować nad związkiem.
Czytaj więcej
19. edycja największego polskiego festiwalu filmowego startuje już wkrótce! Część kinowa odbędzie się w dniach 13 - 22 maja, a część online potrwa od 24 maja do 5 czerwca na mdag.pl
Czytaj więcej
Linn Skåber
il. Lisa Aisato
Młodość. Wyznania nastolatków
przeł. Milena Skoczko-Nakielska
premiera: 18 maja
Wyrazisty, przejmujący i prawdziwy głos nastolatków spisany przez Linn Skåber, z niezwykłymi ilustracjami Lisy Aisato. Nie sposób przejść obok niego obojętnie, bez względu na to, czy mieszkasz w Oslo, czy w Rzeszowie. To głośne YA, które pomoże ci być sobą. A jeśli jesteś już za stary, sprawi, że lepiej zrozumiesz swoje nastoletnie dziecko, sąsiada, ucznia.
"Mam wianuszek wągrów wokół nosa i krosty (…). Mam chorobliwie duże stopy (…). Jestem hałaśliwy, kiedy pragniesz ciszy, i milczący, kiedy chcesz porozmawiać. Jestem nieprzewidywalny, gburowaty i zmęczony (…). Jestem cały przepełniony pogardą, złością, frustracją i pytaniami (…). Właśnie rodzę się jako nastolatek".
I nagle, z dnia na dzień, najlepsza przyjaciółka, stara drewniana klacz, Stella, nie jest już symbolem wolności, ale staje się powodem wstydu. Pociąg, którego trasa i los pasażerów zależały kiedyś wyłącznie ode mnie, ma trafić w poklejone słodyczami łapy znienawidzonego małego trolla. A Pernille, ta Pernille, którą znałem od przedszkola, wydaje się odległym i obcym motylem, więc postanawiam trzymać z chłopakami. Teraz ona płacze. "Gdyby tylko wiedziała, jak bardzo się bałem, że jej skrzydła nagle mi ją odbiorą".
Młodość. Wyznania nastolatków to opowieści o małych i dużych rozterkach. O zmaganiach w okresie dojrzewania z wyolbrzymionymi drobnostkami i całkiem realnymi problemami, zmianami wymaganiami oraz oczekiwaniami, z którymi młodzież styka się na co dzień. To wołanie, które przypomni dorosłemu czytelnikowi, że to, co dziś zdaje mu się łatwe, bywa cholernie trudne.
Czytaj więcej
Najnowsza książka uznanego psychologa, jednego z najwybitniejszych myślicieli współczesności Daniela Kahnemana, m.in. autora bestselleru Pułapki myślenia. Wraz z uznanymi naukowcami, Olivierem Sibonym i Cassem R. Sunsteinem podejmuje on temat szumu, czyli rozbieżności w osądach.
Czytaj więcej
Każdy z nas ma taką myśl, której boi się najbardziej. Taki scenariusz w głowie pracujący cały czas w jakimś odległym zakątku mózgu, objawiający się tylko w przebłyskach, bez słów i z całą pewnością niewypowiadany. Dla większości rodziców ta myśl dotyczy śmierci dzieci, co nie jest wcale oryginalne, choć wiedza o tym, że to lęk pierwotny, powszechny i naturalny w najmniejszym stopniu go nie zmniejsza.
Od momentu, kiedy uświadamiamy sobie istnienie śmierci, czyli od osiągnięcia wieku około czterech lat, przez większą część życia myślimy o śmierci własnej. Jako nastolatki zaczynamy myśleć o śmierci swoich rodziców. Rzadko jednak myślimy o potencjalnej śmierci własnych dzieci. Medialne obrazy wojny w Ukrainie tę sytuację z pewnością zmieniają, powielane zdjęcia rodziców kołyszących zwłoki dzieci, matek zakrywających własnymi ciałami dzieci przed odłamkami ustawiają nam ten najgłębszy lęk na pierwszym planie. Każde uruchomienie Facebooka może skończyć się właśnie takim zdjęciem.
O śmierci dziecka opowiada też książka Joan Didion, wybitnej amerykańskiej dziennikarki. Nie ma tu wybuchu emocji, jak przy oglądaniu fotografii udostępnianych w mediach społecznościowych, jest pełna cierpienia medytacja. Didion, przyzwyczajona do skrupulatnego analizowania kryzysów kultury, zwyczajów społecznych, własnych uprzedzeń i systemu myślenia, bierze na warsztat śmierć córki i własną żałobę. Cofa się do dzieciństwa Quintany, ale opowiada też o własnym macierzyństwie – o adopcji dziewczynki, o budowaniu relacji. Zwłaszcza że tu nie ma żadnego mitycznego instynktu, więzi naturalnej, wrodzonej i biologicznej. A sytuację emocjonalną dodatkowo komplikuje fakt, że Quintana umiera rok po śmierci swego przybranego ojca i męża Didion. I tak, dziennikarka przygnieciona dwoma zgonami, próbuje przy pomocy intelektualnego oglądu przejść proces żałoby – choć zaczyna pisać siedem lat po śmierci córki.
Didion zadaje sobie uporczywie i wciąż od nowa pytanie o to, czy była wystarczająco dobrą matką, czy jej córka otrzymała wszystko, co powinna. A to już jest inne pytanie naszej kultury, jej kolejna, bardzo nowoczesna obsesja wyrastająca z przekonania, że jeden gest, zachowanie rodzica może skrzywdzić dziecko na resztę życia. Ale być może w obliczu śmierci odpowiedź daje nam poczucie panowania, jakąś namiastkę sprawczości, która w obliczu śmierci zawsze jednak okazuje się za mała?
Joan Didion,
Błękitne noce,
przeł. Jowita
Maksymowicz-Hamann
Nie da się jednak walczyć ze sobą i z kulturą na wszystkich frontach jednocześnie. Didion wybiera zatem front społeczny – przygląda się dzieciństwu Quintany i swojemu macierzyństwu w perspektywie przywilejów, norm obyczajowych i majątkowych amerykańskiej wspólnoty z okolic Hollywood. Próbuje zdefiniować to, co jest „normalne”, a co jest już „przywilejem” i między tymi biegunami ustawia dwie splecione biografie. Żaden przywilej jednak nie uratuje od śmierci, choć dziewczyna otoczona była faktycznie najlepszą opieką medyczną. Zawsze pozostaje jednak to pytanie: „A co, gdyby”, bolesne kołatanie się matki po pustym domu, w otoczeniu pamiątek, które nie pozwalają zapomnieć, ale nie dają też upragnionego kontaktu.
Czytaj więcej
Kiedy napisałam to zdanie, zaczynam zastanawiać się nad jego sensem. Ciekawa czego? Kogo? Siebie czy innych? A może ciekawa dla kogoś albo dla siebie? Albo ciekawa, po prostu? Tyle znaczeń możemy odkryć w ciekawości człowieka. I kiedy myślę o własnej ciekawości, to wiem, że zawdzięczam jej wiele. Gdybym nie była ciekawa, nigdy nie mogłabym być psychologiem. Nie podjęłabym najważniejszych decyzji. Nie pokonałabym strachu. Zawsze chciałam wiedzieć, co jest dalej…
Gdzie rodzi się ciekawość
Całkiem niedawno międzynarodowy zespół naukowców odkrył w mózgu przestrzeń odpowiedzialną za powstawanie ciekawości. Nad badaniami pracuje neurobiolog Julia Dziubek. Nic dziwnego, bo to w kobietach tkwi bardzo duży potencjał ciekawości. Zespół, którego jest częścią, zbadał mechanizm i źródła ciekawości u myszy w tzw. niepewnej warstwie mózgu. Do tej pory nie wiadomo było, jaka jest jej funkcja. Według naukowców to właśnie ta niewielka część mózgu jest centrum mysiej ciekawości. W eksperymencie sprawdzano reakcje zwierząt na nieznane przedmioty. Okazało się, że to właśnie dzięki neuronom w warstwie niepewnej mysz eksplorowała je dużo częściej. To odkrycie częściowo wyjaśnia mechanizm ciekawości u zwierząt. A wiadomo, od nich już tylko krok do człowieka.
Po co nam ciekawość
Mówią, że „ciekawość to pierwszy stopień do piekła”. Ale ta poznawcza ciekawość zawsze prowadzi do niezwykłych odkryć. To dzięki niej towarzyszy nam chęć ciągłego poznawania nowych rzeczy, przekraczania granic, zadawania wspomnianych wcześniej pytań. Bez ciekawości nic by się w naszym życiu nie wydarzyło. Ciekawość to ogromna siła, która sprawia, że z czymkolwiek się zetkniesz, wzbudza to Twoją chęć eksploracji. Każdy temat wydaje się fascynujący.
Ciekawość dla dziecka to imperatyw rozwoju. Staje się ono odkrywcą, eksperymentatorem, badaczem, rozwijając przy tym swoje zdolności poznawcze. Im większą ciekawością się ono wykazuje lub im większą ciekawość my, dorośli, wzbudzimy w dziecku, tym jego rozwój jest szybszy i przebiega harmonijnie. Takie dzieci szybciej przyswajają wiedzę, bo rozumieją, czego się uczą. Ich motywacja jest uwewnętrzniona, więc przekłada się na sprawniejsze zapamiętywanie i efektywne odtwarzanie zdobyczy pamięciowych. Dzieci przez swoją ciekawość potrafią też stawać naprzeciw swoim cierpieniom i trudnościom. Łatwiej ich zaprosić do zabawy z terapeutą i zachęcić do szukania rozwiązań, które pomogą im w życiu. Dzieci są ciekawe swojego terapeuty, chcą podążać za nim i chcą czuć się lepiej. Są ciekawe swoich emocji, otwarte na testowanie różnych sposobów radzenia sobie z nimi, ciekawe swoich myśli i chętne polemiki z nimi. Z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że ciekawość jest ważnym elementem terapii, stanowi duże zaplecze zdrowia i daje nadzieję.
Ciekawość otwiera także bramy wyobraźni. Albert Einstein powtarzał, że ważniejsza od wiedzy jest właśnie wyobraźnia, bo jest nieskończona. Czy moglibyśmy ją rozwijać bez ciekawości? Już dzieci korzystają z jej zasobów, gdy rozumienie otaczającej je rzeczywistości przestaje im wystarczać. W okresie wczesnego dzieciństwa zabawa „na niby” staje się ważnym elementem ich życia. Granice tego, co prawdziwe a co wymyślone, zacierają się. W miarę poznawania świata uczymy się mądrze korzystać z wyobraźni, ale ona zawsze pojawia się tam, gdzie widzimy granicę własnego umysłu. I zawsze wtedy,
gdy jesteśmy ciekawi, co jest poza nią…
Zdrowa ciekawość
Zaspokajanie ciekawości jest bardzo ważne dla naszego zdrowia psychicznego. Musimy rozwijać się jako cywilizacja, ale też jako jednostka. Zdrowej ciekawości towarzyszy kreatywność, zdolność postrzegania świata i jego nieustającego rozwoju jako szansy. Człowiek ciekawy pozbawiony jest stereotypowego myślenia, nie boi się „inaczej” myśleć. Pracuje nad swoim dobrostanem, bo jest w nieustającej drodze. Rozumie siebie i jest świadomy potrzeby, żeby się rozwijać. To wielka siła, dzięki której jesteśmy w stanie osiągać zamierzone cele. Ciekawość, która jest wysoko pośród sił sygnaturowych, sprawia, że jesteśmy bardziej pewni siebie, mamy wyższy poziom energii, nieustającą chęć do działania, wyższe poczucie sprawczości. Dużo częściej widzimy sens naszej pracy.
Brené Brown najlepiej podsumowuje kompetencje człowieka ciekawego:
„Trzeba być naprawdę pewnym siebie i swojej wartości, żeby przyznać się do niewiedzy i zadawać pytania. Powiedzieć: nie wiem, a ty co myślisz?”.
Ten rodzaj „niewiedzy” jest wspaniałą możliwością do oswajania nieznanego, co z kolei pozwala nam na wychodzenie ze strefy komfortu. Uczy nas tolerancji i dobrego życia z ludźmi. Ale przede wszystkim pozwala nam zmierzyć się z własnym lękiem i niską samooceną. Czy mogę nie wiedzieć? Czy nie ośmieszę się pytaniem? Czy wolno mi podjąć inną decyzję niż oni? Co, jeśli będzie to zła decyzja? Czy wolno mi zachować się inaczej? Co osiągnę, gdy pójdę w swoją stronę? Czy będę tam sama, czy spotkam innych ludzi? Wraz z tymi pytaniami z pomocą przychodzi Twoja ciekawość. Chcesz się tego dowiedzieć, chcesz spróbować inaczej, chcesz zobaczyć, jak to jest. Ale się boisz. Tylko czy rzeczywiście boisz się bardziej niż jesteś ciekawa?
Jak rozwijać w sobie ciekawość
Człowiek, jako istota stworzona do samorozwoju, potrzebuje ciągłego rozwoju, zarówno poznawczego, emocjonalnego, jak i duchowego. To od nas zależy, czy będziemy ograniczać możliwości naszego rozwoju, nie podejmując nowych wyzwań, oszukując mózg samousprawiedliwieniami, które ten czytać będzie jako spokojne i bezpieczne. Ciężej będzie nam odważnie realizować cele, ponieważ nasz umysł, wyczulony na niebezpieczeństwo, w rezultacie przejmie kontrolę nad takimi myślami i nie pozwoli nam podejmować odważnych decyzji. Nie wyobrażam sobie geniuszy, wybitnych osobowości pozbawionych ciekawości do życia i swojej pasji.
Czy jesteś ciekawa siebie i swojego życia? Co wzbudza Twoją ciekawość? Czym się interesujesz? Jak często próbujesz nowych rzeczy? Jesteś otwarta na nieznane?
Jeśli nie na wszystkie pytania odpowiedziałaś zdecydowanie, skorzystaj z kilku rad:
Nigdy nie zakładaj, że wiesz, że coś jest oczywiste.
Rozglądaj się z uważnością i ciekawością dziecka.
Pamiętaj, że jeśli czegoś raz się nauczyłaś – nie jest na zawsze.
Nie bój się pytać, jeśli nie wiesz.
Pytaj się nawet wtedy, gdy wiesz.
Pytaj innych i pytaj siebie. Oba źródła poszukiwań odpowiedzi są ważne.
Bądź ciekawa świata innych ludzi i siebie. O sobie nigdy nie zapominaj.
I jeszcze jedno. W kwestii ciekawości lepiej patrzeć z poziomu dziecka – najlepiej wyjaśnia to książka Mały Książę: „Jeżeli powiecie dorosłym: Dowodem istnienia Małego Księcia jest to, że był śliczny, że śmiał się i że chciał mieć baranka, a jeżeli chce się mieć baranka, to dowód, że się istnieje – wówczas wzruszą ramionami i potraktują was jak dzieci. Lecz jeżeli im powiecie, że przybył z planety B-612, uwierzą i nie będą zadawać niemądrych pytań. Oni są właśnie tacy. Nie można od nich za dużo wymagać. Dzieci muszą być bardzo pobłażliwe w stosunku do dorosłych”.
Bądźmy więc pobłażliwi dla siebie, ale zawsze ciekawi.
Czytaj więcej
Ten bardzo stary dęty instrument muzyczny ma szereg fujarek o różnej wysokości tonu. Jest prototypem organków, a nawet organów. Mit mówi, że pierwszy egzemplarz zbudował z trzciny bożek Pan. Pan, jak wszystkie bóstwa greckiego panteonu, był podobny do ludzi. Miał płeć – był mężczyzną. Czy lepiej brzmi: był rodzaju męskiego? Był mężczyzną jowialnym. Nie nadużywał wina jak Dionizos, nie ciskał piorunów jak Zeus. Ale i nie był pracowity jak Hefajstos. Hefajstos był jednak w tym męskim-boskim gronie wyjątkiem. Podobnie jak pracowita Atena wśród greckich bóstw żeńskich. Atena i Hefajstos wyróżniali się też wzorem życia seksualnego. Atena, powiedzielibyśmy dzisiaj, była aseksualna. Hefajstos dostał co prawda za żonę najpiękniejszą z bogiń – Afrodytę, boginię miłości, co było ojcowskim odszkodowaniem Zeusa za okaleczenie syna – ale o jego życiu seksualnym mity mówią tylko tyle, że był zazdrosny, i że żona zdradzała go z Aresem. Innych bogów greckich cechował nieposkromiony apetyt seksualny. Także i Pan odznaczał się pasującą do tego męskiego-bosko-ludzkiego wzoru potrzebą seksualną, nad którą nie panował. To niepanowanie było elementem kulturowego wzoru męskości. Dziś powiedzielibyśmy o nim – gender. Przekonanie, że mężczyzna nie panuje nad podnieceniem seksualnym wydaje się być nie tylko stare jak europejska kultura, ale i wiecznie żywe. I co tu owijać w bawełnę, jest elementem męskiego genderu. Podobnie jak gender żeński konstytuuje uległość wobec tego niekontrolowalnego podniecenia mężczyzn.
Płeć kulturowa nie ma jednego wzoru, nawet w tej samej kulturze. Poglądy, oparte na wzorze naszkicowanym powyżej, można co prawda usłyszeć z ust współczesnych prawodawców i duszpasterzy, ale przecież nie z każdych ust, jakich używają politycy i kaznodzieje. Nawet w mitach greckich są wyjątki. Nimfa Dafnis, która nie chciała ulec Apollinowi i, uciekając przed przemocą, zamieniła się w drzewko bobkowe. Jarosław Marek Rymkiewicz boleje nad tym, że zachowała życie, a wybrała utratę tożsamości. Inna nimfa, Sirinx, nie chciała ulec podnieceniu Pana. Odmowa nie przynosiła efektu, więc aby uniknąć gwałtu, zamieniła się w trzcinę. Pan ściął ją, zrobił z niej pierwszą fletnię i grał na niej. Sirinx też zmieniła tożsamość. Ale czy zachowała życie? W biologicznym znaczeniu – nie. Przerwała w muzyce instrumentów dętych.
Greczynki nie miały praw obywatelskich. Nawet Aspazja, żona Peryklesa, doradzała demokratycznemu przywódcy Aten całkiem prywatnie. A Ateńczycy krytykowali go za uleganie wpływom mądrej żony. Prawa obywatelskie przyznali kobietom mężczyźni, i to całkiem niedawno. Po ostatniej wojnie światowej pojawiło się nowe ujęcie praw jednostki. Nazwano je prawami człowieka, a państwa uczyniono odpowiedzialnymi za zapewnienie ich przestrzegania. Ale państwa, a raczej aparaty władzy państwowej, wolą same decydować o tym, jakie te prawa są i komu właściwie przysługują. W trzeciej ćwierci ubiegłego wieku w debacie nad prawami człowieka zgadzano się, że takie same prawa ma każdy człowiek niezależnie od płci, koloru skóry, wyznania, wieku, stanu zdrowia czy orientacji seksualnej. Spór między Zachodem a Wschodem tyczył najważniejszego z nich: wolność czy praca? Sowiecki Wschód promował pracę. Teraz kobiety domagają się prawa do decydowania o swoim zdrowiu reprodukcyjnym. Idzie im o to, żeby nie musiały zmieniać tożsamości i zmieniać się w drzewka nawet bobkowe ani w trawę, nawet taką, z której można zrobić fletnię.
Współcześnie w części świata, którą zamieszkujemy, jedzenie uruchamia konflikt między dwoma prawami człowieka: prawem do wolności i prawem do zdrowia. Potrawy, jakie sprawiają przyjemność, a i niepohamowana żarłoczność mogą narażać na utratę zdrowia. Chociaż nie można pomijać i wcześniejszych niż koncepcja zdrowej żywności nakazów i zakazów religijnych oraz moralizatorskich. Rozwiązywanie tych konfliktów może być źródłem rozwoju osobowego dzięki znajdowaniu rozwiązań pozwalających doznawać przyjemności i zachować spokój moralny i zdrowie.
Quiche Lorraine może być przykładem. W wersji oryginalnej naruszałby zasady wegetarian. Zmodyfikowany może cieszyć wszystkich z wyjątkiem wegan i anorektyków.
QUICHE LORRAINE
CIASTO
30 dag mąki krupczatki
15 dag masła
szczypta soli
2 łyżki zimnej wody
WYPEŁNIENIE
2–3 szt. pory
3 szt. jajka
3 łyżki kwaśnej śmietany
20 dag żółtego sera
15 dag wędzonego boczku
(wersja oryginalna)
10 dag wędzonych śliwek
(wersja wegetariańska)
1/2 łyżeczki soli
1/2 łyżeczki mielonego czarnego pieprzu
Z mąki, masła i wody zagnieść w misce ciasto przy pomocy drewnianej łyżki lub miksera. Nie zapomnieć o soli. Wyłożyć nim dno i boki formy do tarty. Przykryć papierem do pieczenia i odłożyć na dwie godziny do lodówki.
Pory obrać, odciąć zieloną część. Dobrze wypłukać i pokroić w plastry 1,5 cm grubości. Ublanszować je, to znaczy: zalać wrzątkiem i gotować 5 minut. Odcedzić.
W misce ubić jajka, dodać śmietanę, grubo utarty ser, sól i pieprz.
Boczek (albo śliwki) pokroić w cienkie paseczki.
Na wyjęte z lodówki ciasto (na papier, który je przykrywa!) nasypać warstwę surowego ryżu i piec 15 minut w temperaturze 175°C. Wyjąć, usunąć papier z ryżem. Wlać połowę masy, ułożyć ublanszowane pory, wlać resztę masy i posypać boczkiem lub śliwkami. Piec następne 15 minut w temperaturze 125°C.
Jeść na ciepło albo na zimno.
Czytaj więcej