Bez nich czasem nie przetrwalibyśmy. Mechanizmy obronne bywają ratunkiem, chronią przed zagrażającym wpływem ciał obcych – lękiem, żalem, przerażeniem. Pozwalają zachować obraz siebie jako kogoś szlachetnego i wartościowego. Ale można się w tej obronie zatracić.
Czytaj więcej
Erich Fromm porównywał miłość do sztuki, która wymaga dyscypliny, koncentracji, cierpliwości, aktywności czy zaangażowania. Możemy się jej nauczyć i możemy ją rozwijać, choćby nawet współczesny świat temu nie sprzyjał.
Czytaj więcej
Ciekawość motywowała nas do odkrywania nowych rzeczy i penetrowania nowych środowisk, a te stawały się stymulacją dla mózgu, który rozrastał się i zagęszczał swoje sieci, co z kolei pozwalało odkrywać nowe rzeczy i podbijać nowe środowiska…
Czytaj więcej
Z ciekawością jest jak z władzą. Obie bywają nienasycone. We współczesnym świecie nie brak sprzeczności, a każda od nowa pobudza ciekawość. Ta zaś budzi ambiwalencję: cnota to czy wada? Zżera nas czy motywuje do przekraczania granic? Pozwala poznać świat czy skłania do wścibiania nosa w nie swoje sprawy? A może jedno i drugie…
Czytaj więcej
Z naturalnym zainteresowaniem czytam teksty o perspektywach zawodowych osób w średnim wieku.
Nie chodzi o to, że myślę wciąż o przebranżowieniu i lotach w kosmos.
Chcę znać opinię profesjonalistów, bo oczekiwanie na emeryturę byłoby w moim przypadku gorzkim żartem. Ostatnie symulacje wykazały, że za świadczenie dożyję do połowy miesiąca.
Tak więc czytam, że człowiek w okolicach półwiecza powinien szykować się na drugą karierę, ponieważ „stara” się zaraz wyczerpie.
Jestem trochę zaskoczona, że mam robić drugą, skoro nie zrobiłam pierwszej, ale czytam dalej.
Podobno każdy rozsądny Amerykanin wraz z wybiciem pięćdziesiątki szykuje się na nowe zawodowe życie.
Przede wszystkim dlatego, żeby nie znaleźć się na cmentarzu, na razie na cmentarzysku prezesów. Specjaliści od zatrudniania tłumaczą, że profesjonaliści dobiegający półwiecza gwałtownie tracą na atrakcyjności. Mówiąc eufemistycznie, brakuje dla nich ofert. W realu wygląda to tak, że dostają wymówienie rok przed przedemerytalnym okresem ochronnym. Zastępują ich młodsi, z biegłym TikTokiem.
Drugi powód to wypalenie zawodowe. Człowiek w dużej firmie, jeśli piął się sprawnie, najprawdopodobniej zrobił wszystko i entuzjazm spadł do zera.
Trzeci powód to wkurzenie, że się robi coś, czego się nie lubi. Pięćdziesiątka to ostatni dzwonek, żeby wskoczyć na inne tory i zająć się prawdziwą pasją, także tą porzuconą w młodości.
Ja chciałam prowadzić życie Indiany Jonesa, archeologa awanturnika i nawet zrobiłam pierwszy krok, zgłaszając się na wykopaliska archeologiczne we wczesnopolskie okolice Leszna. Skierowano mnie na front rysowania profilów gleby przekopywanej przez ekipę. Wręczono ołówek, papier, krzesełko rybackie i posadzono nad wykopem. Około piątku, opatrując oparzenia słoneczne, zrozumiałam, że zanim wespnę się po zawodowych szczeblach, sama zamienię się w mumię. Tym bardziej teraz, w średnim wieku, bym nie zdążyła. Jeśli chodzi o współczesne pasje, to mam z grubsza dwie: jedna to hiking we własnym tempie, druga to spotkania z przyjaciółmi. Jeśli ktoś chciałby za nie zapłacić, zaraz podam numer konta. Specjaliści podkreślają jednak, że na zawodowy cmentarz częściej trafiają kobiety i to one powinny zadbać o drugą połowę zawodowego życia.
Chyba że planują etat babci, mają policyjną emeryturę lub są rentierkami. Wciąż to nie ja. Żeby wczesne żeńskie roczniki 70. nie zaczęły skakać z mostu, specjaliści pocieszają, że człowiek pięćdziesięcioletni ma dużo kompetencji, które powinny się sprzedać. Są nimi empatia, cierpliwość, umiejętność zarządzania chaosem, znajomość wielu dziedzin, czyli wielokompetencja. Jeśli chodzi o zarządzanie różnorodnością, to oczywiście mam umiejętności.
Na przykład, zamieniając ułamki dziesiętne na zwykłe, potrafię wstawić zmywarkę, zapłacić rachunek za telefon i nakarmić psy. Albo jednocześnie przepytywać z teorii Pascala, podrzucać brakujące słowa w pierwszej zwrotce arii Królowej Nocy z Czarodziejskiego fletu i doprawiać zupę soczewicową.
Nie wiem tylko, jakiej stawki można się domagać za te kompetencje i gdzie zgłosić się po monetyzację. Profesjonaliści uważają, że nie można decyzji o zmianie przeciągać w nieskończoność. Trzeba zamknąć oczy, zatkać nos i zrobić pierwszy krok. Zapisać się na kurs jogi lub umówić się na wizytę do banku, żeby sprawdzić, czy nas stać na pensjonat na Mazurach. No cóż, jogę już ćwiczę, przede wszystkim w momentach, kiedy nie jestem w stanie obejrzeć się za siebie bez skrzypienia w okolicach szyi. Jeśli chodzi o bank, to akurat mój dość regularnie sam do mnie dzwoni, żeby przypomnieć o niespłaconej racie kredytu. Nie będę go wkurzać pensjonatem. CDN.
Czytaj więcej
6 kwietnia ruszył ogólnopolski program edukacyjny, w ramach którego odbywa się konkurs „Ogródki ze smakiem”. Przedszkola z całej Polski będą mogły powalczyć o nagrodę główną – ogródek warzywny, w którym prowadzić będą działalność edukacyjną wśród najmłodszych na temat ekologii. Celem konkursu jest zaznajomienie dzieci, rodziców i opiekunów z ideą dbania o środowisko, niemarnowania żywności oraz produkowania mniejszej ilości odpadów. Inicjatorem akcji jest marka Electrolux, która namawia do mądrego korzystania z zasobów oraz proekologicznych wyborów.
Czytaj więcej
Jak posklejać życie, kiedy rodzina się rozpada?
Prawdziwa i niełatwa historia:
- o dorastaniu podczas rozwodu rodziców
- o szukaniu swojego miejsca w świecie
- o próbach ratowania siebie
- o tym, jak często zapominamy, by rozmawiać…
Książka Joanny Jagiełło „Popękane życie” to powieść dla młodzieży, która porusza ważny temat relacji rodzinnych oraz poczucia bezradności i osamotnienia, w momencie gdy rodzina zaczyna się rozpadać. Rozpad więzi rodzinnych powoduje u bohaterów problemy szkolne, problemy z przyjaciółmi oraz złość, apatię i na końcu depresję. Każde z dzieci stara się na swój sposób radzić sobie z nową sytuacją.
Główni bohaterowie książki to rodzeństwo: najstarsza Laura przygotowuje się właśnie do matury, Leo to licealista oraz najmłodsza Lena – perfekcyjna uczennica podstawówki.
Autorka na łamach książki pokazuje, jak dzieci radzą sobie z rozstaniem rodziców. Każde z nich musi podjąć decyzję, z którym rodzicem zostaje. Powoduje to oczywiście wyrzuty sumienia i prowadzi do kolejnych tragedii. Bohaterowie mają także swoje problemy miłosne, szkolne, do których rodzice, zaangażowani w walkę w sądzie, podchodzą obojętnie.
Pobierz fragment książki tutaj
Informacje szczegółowe o książce:
Data premiery: 13.04.2022
Format: 128x198
Objętość: 304 str.
Oprawa: miękka
Wiek: 14+
Link do strony, gdzie można kupić książkę: https://bit.ly/3uVuTdz
Czytaj więcej
4 kwietnia na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim im. Jana Pawła II rozpocznie się XXVIII Ogólnopolska Konferencja Aktualności Psychologicznych- Aktualia 2002 odbywająca się pod hasłem „Niezmiennie zmienny człowiek”. Wykłady wygłoszą specjaliści z różnych Uniwersytetów w Polsce, a po niej odbędzie się sesja studencko-doktorancka.
Czytaj więcej
Kiedy zauważam coś, co wydaje mi się niezwykłe, a może być to łapa muchy albo grudka lodu, która jest zmrożonym spoiwem między dwoma listkami, albo oczy ślimaka – to często mam tak, że od razu chcę to pokazać innym. I nie mam wtedy wątpliwości, że jest to warte ich czasu. Bo co to za radość przeżywana w pojedynkę?
Zupełnie inaczej wygląda to w nauce. Naukowcy piszą dla siebie. Sami recenzujemy swoje pisania. Sami sobie swoje opowiadamy na konferencjach i seminariach. Nie trzeba chyba podkreślać, że w botanice przedmiotem badań jest czyste piękno stworzenia. Zamykamy je.
Potem stajemy się profesorami, potem umieramy, cała pasja została wykorzystana tylko dla nas, było jej oczywiście coraz mniej. Niby ciężko jest wyrwać się z tego zaklętego kręgu, wyrwać na chwilę i wrócić uczoną, ciężko jest zdradzać, że język konkretu jest tylko jednym z wielu, jakim można opisywać świat. Chciałoby się mówić o tych detalach życia poza metodyką badań, a jednak wciąż tworzących złożoność życia. Chciałoby się rwać, choć na chwilę statystykę i skupić się na jednym tylko przypadku, który z miejsca odrzuca nauka, bo przecież jest tylko jeden.
Dlatego mam malutki profil na Facebooku, gdzie pokazuję drobinki własnych wzruszeń. Tak, wzruszeń, nie liczb.
Łażę w nocy po Wołominie, przyglądam się jego ciemnym kątom i gadam z ludźmi. Widzę cienie, jakie są niewidoczne za dnia, bo świecą latarnie. Tu kałuża, tam szczelina w chodniku, gdzie wyrasta gwiazdnica, kot czeka, aż go minę w spokoju, ciekną przycięte konary. Czasem wydaje mi się to tak niebywałe, jak to, że po nocy jest dzień. Tylko żeby był nowy dzień, musi być porządna noc, więc właśnie dlatego czasem po nocy łażę. I w jej środku wyślę coś do ludzi, na ten mój kanał fejsbukowy, a potem zaraz okazuje się, że oni tak jak ja, nie śpią, a nawet że mnie opieprzają, że gdzie ja o tej porze, albo sami pokazują swoje ujęcia, właśnie z tej chwili. I ktoś im odpowie, tamten czy tamta zada pytanie, i już potem oni sobie gadają, jakąś boczną gałęzią, nawet umawiają się na piwo, a ja nocą łażę dalej.
Albo mój ogródek i niebo nad nim. Spieszę się to niebo oglądać, bo miasto wymienia latarnie na syfiące w nocy oświetlenie ledowe. Ale jeszcze widzę i Plejady, a nawet punkt Andromedy, widzę Byka i Bliźnięta. Wysyłam to ludziom. Albo skromne liście krokusów, kiedy już wszyscy w tym upierdliwym domęczeniu przedwiośnia poszukujemy byle zieleni – w ogródku ich kępka wyłazi, tycie przebiśniegi, jeden czubek żonkila. Tak się wtedy cieszę, wysyłam. A oni swoje żonkile, swoje pierwiosnki, młode pąki, oni swoje odkrycia i ogródki, lasy, parki czy nawet balkonowe doniczki. Nie wiedzą tego, jak mnie to wzrusza, cieszy, że oni też to widzą i że sobie o tym gadamy, śmiejemy się i nic więcej. I to są te dobre ludzkie rzeczy. Wiem, że choć te moje wpisy mogą być całkiem nic nieznaczące, bo kto by pomyślał, że to cokolwiek warte: jakaś grudka ziemi czy eksplozje olejków ze skórki pomarańczy, tym bardziej że i tak wszelakich treści wszędzie w każdym języku jest nadmiar, że człowiek ma ciągłe opory, czy dalej coś dokładać, a jednak się kusi i dzieli, i gada – to bardzo lubię przez tę godzinę czy dwie z ludźmi w tych internetach popisać. Wielu w ogóle nie kojarzę, toteż wzruszam się, że przyszli. Nie wiem, kim są. Nie znam ich bólu ani radości. Bo tu, na chwilę spotykamy się całkiem na swobodnie, na łagodnie, na śmiesznie. Gadamy o kroplach, o drzewach i doniczkach. Gadamy o książkach i o wołomińskich kałużach, że są doskonałe. Oczywiście czasem się tam przechwalam, pokazuję się, że coś napisałam, albo że będę, ale to wszystko, bo przecież tak bardzo się cieszę, tyle mam wdzięczności do losu, więc znowu chcę im to gadać, bo bez sensu cieszyć się w samotności, lepiej z kimś, więc piszę to, ale zaraz zmieniam temat, bo się trochę jednak wstydzę, a tamto moje „ja” spuszczam do studni swego „dziennika aktywności”.
Czytaj więcej
Idę czytać do wanny – nie z wygody, ale z zagonienia. Planuję się ukryć w łazience przed mężem i dziećmi i złapać (mały) oddech. Wiadomo, że w łazience można się nie tylko ukryć, ale i zachować godność, udając konieczność przeprowadzenia skomplikowanych zabiegów higienicznych. No więc wanna jest moim szampanem i truskawką z czekoladą, ale bez wyrzutów sumienia. Jest już późno, nikt nie powinien mieć żadnych potrzeb koniecznych do zrealizowania tu i teraz. Zamierzam czytać w wannie również z innego powodu – podobno w kąpieli nie można zasnąć, więc może uda mi się trochę podgonić lekturę.
Czytaj więcej
Powyższe motto zamieściłem nieprzypadkowo, gdyż nadchodzi już czas na refleksję, na rozliczenie ze swoich życiowych wyborów. Ile w nich było rozsądku, a ile spontaniczności? Pragnąłem – jak każdy chyba człowiek – być szczęśliwy, jednak na swój własny sposób. Kiedyś wyczytałem u Stendhala, że „Szczęście to jest to, czego prawdopodobnie w życiu nie osiągniemy, ale na szukanie go warto poświęcić życie”.
Tak więc poszukiwałem własnej życiowej drogi i na tej drodze odnalazłem spełnienie, czyli szczęście. Wszak na drodze życia spotykają się marzenia, oczekiwania, a ich spełnienie jest właśnie przejawem szczęścia. A kiedy się ziści, jest przeźroczyste jak szyba. To tak jak z horyzontem i punktem, do którego się dąży. Każdy z nas napotyka na takie punkty, do których dochodzi i mija, a potem znów w oddali widzi kolejne. Czasem marzenia są nieuświadamiane, czasem są niespodzianką. Ale zawsze jest to ten sam proces szukania, podążania pewną drogą, na której można spotkać szczęście. Jednak żeby ono się spełniało, potrzebny jest drugi człowiek, co więcej – często zapominając o sobie, zaczynamy żyć dla bliźnich. I to jest ta wartość, którą się mnoży, jeśli ją dzielimy z innymi.
Tak więc po pierwsze szczęście to rodzina, która towarzyszy mi przez całe życie. Ponad pięćdziesiąt lat temu spotkałem na swojej drodze drugą połówkę orzecha i od tej pory podążam razem z nią, a wraz z nami nasze dzieci i wnuczęta. To dzięki nim potrafiłem sięgać po te wszystkie dary życia, które uszczęśliwiają każdego/każdą z nas, a także wszystkich jako wspólnotę rodzinną. I to jest to najważniejsze moje spełnienie, bo gdy „odejdę o krok”, pozostanie ślad mojego szczęścia. A marzeniem moim jest to, aby ono się mnożyło u moich najbliższych, aby potrafili smakować życie tak, jak mnie to było dane. Wszak smak życia oznacza możliwość wyboru. Bo nie wszystko smakuje jednakowo. Potrafię smakować życie, dobierając sobie z niego to, co sprawia mi rozkosz na podniebieniu duszy. A jeśli smakuje mniej, to dodaję wiele „przypraw”. Przyprawiam więc życie tak, aby było ono szczęśliwe. Bliskie jest mi przesłanie Ericha Fromma – filozofa, psychologa i psychoanalityka – który uważa, że „Szczęście nie jest ani dziełem przypadku, ani darem bogów. Szczęście to jest coś, co każdy z nas musi wypracować dla samego siebie” – pójdźmy dalej – nie tylko dla siebie, ale też dla najbliższych.
Dopełnieniem mojego rodzinnego, a jednocześnie bardzo wzruszającego szczęścia, było odnalezienie po 74 latach grobu Ojca, który zginął w walkach pod Łodzią w lutym 1945 roku, kiedy ja przychodziłem na świat. Był to dla mnie moment niezwykły i podniosły, kiedy mogłem uklęknąć przy zbiorowej mogile, gdzie widniał napis – Szczepan Zgółka, pisany grażdanką – to mój Ojciec. Dziś stoi obok grobu zbiorowego symboliczna mogiła z krzyżem i polskim napisem. Czyż to nie jest szczęście, gdy człowiek, wierząc w ewangeliczne słowa… szukajcie, a znajdziecie, wytrwale poszukuje i znajduje.
Rodzina to pierwsze i najważniejsze szczęście. Mogłem więc realizować kolejne marzenia. Drugim moim marzeniem było to, by być człowiekiem intelektu, osobą oczytaną i stąd polonistyka. Polonistyka poznańska była pierwszym krokiem ku satysfakcji, zwanej skądinąd szczęściem. Potem zacząłem szukać szczęścia w językoznawstwie i wybrałem seminarium z zakresu fonetyki eksperymentalnej. Tak stałem się poniekąd fizykiem akustykiem. Moje poszukiwania trwały dalej. W czasach młodzieńczych nawet nie spodziewałem się, że będę uczonym. A to dzięki szczęśliwym zbiegiem okoliczności zacząłem służyć tej wielkiej pani, która ma na imię Nauka. Metodologię uważam za najważniejszą autorefleksję nad nauką, bo odpowiada nie tylko na pytanie, cośmy odkryli, ale jak do tego doszło. Służebnicą metodologii uczyniłem logikę, bo bez niej nauki nie da się uprawiać. A potem dodałem jej jeszcze jedną pomocnicę – retorykę. Wiedza bowiem nie po to jest, by pod korcem stała, ale by była propagowana. Bez retoryki nie da się nauczać i o nauce mówić. A potem poszukiwałem i sięgałem po dalsze wyzwania, które wiodły mnie ku spełnianiu się.
Nauczanie, uczenie, wykłady, seminaria, spotkania z młodzieżą akademicką czy szkolną to radość z tego, że jestem nauczycielem, a nawet mentorem. Wpisywanie się w różne nurty działalności naukowej, organizacyjnej polskiej i światowej niewątpliwie dawało tyleż satysfakcji, co i uczucie spełniania. Natomiast moment uruchomienia polonistyki w Archangielsku, której byłem współtwórcą – o tym nie mogę mówić inaczej niż z patosem – to dla mnie osobiście wymarzony sposób uczczenia pamięci Polaków, których kości tam leżą na „nieludzkiej ziemi”. Takich momentów na mojej drodze – jako człowieka intelektu – zaistniało tak wiele, że warto było poświęcić życie na szukanie szczęścia. Niewątpliwie mojej poznańskiej Alma Mater zawdzięczam dużą część mojego spełnienia, czyli szczęścia.
Teraz sam sobie zadaję pytanie, czy to był rozsądek, czy spontaniczność, potrzeba serca, odruch chwili. Śmiem twierdzić, że i jedno, i drugie. Wszak z mojej życiowej drogi „jasno w zachwyceniu” widzę, że sam rozsądek przeszkadzałby mi w odczuwaniu szczęścia.
Znalazłem szczęście w mojej życiowej wędrówce, choć momentami czuję, że to szczęście ma też swój głęboki smutek, gdyż coraz bardziej dostrzegam, że wszystko tak szybko przemija. Dlatego ostatnio, obok wyznania kocham Cię, często powtarzam – nawet kilka razy dziennie – jacy my jesteśmy szczęśliwi.
Czytaj więcej