Idę czytać do wanny – nie z wygody, ale z zagonienia. Planuję się ukryć w łazience przed mężem i dziećmi i złapać (mały) oddech. Wiadomo, że w łazience można się nie tylko ukryć, ale i zachować godność, udając konieczność przeprowadzenia skomplikowanych zabiegów higienicznych. No więc wanna jest moim szampanem i truskawką z czekoladą, ale bez wyrzutów sumienia. Jest już późno, nikt nie powinien mieć żadnych potrzeb koniecznych do zrealizowania tu i teraz. Zamierzam czytać w wannie również z innego powodu – podobno w kąpieli nie można zasnąć, więc może uda mi się trochę podgonić lekturę.
Czytaj więcej
Wylądowałam w lipcu w szczycie sezonu turystycznego we Władysławowie. Bliska mi osoba znalazła się w szpitalu w Wejherowie i przyjechałam do niej, by po wypisie być blisko w razie czego. Władysławowa nie planowałam. Zakupów też nie, ale ponieważ ratownicy medyczni zadzwonili w nocy, więc nie miałam czasu na myślenie o szamponie i paście do zębów, gdy wsiadałam do auta. Ale się zdarzyło. Gdy ogarnęłam sprawy najważniejsze, poszłam zrobić zakupy i pieszo wracałam do apartamentu, mijając tłumy. Mężczyźni z butelkami piwa w ręce prezentowali czerwoną spaleniznę na sporych połaciach ciał pozbawionych koszulek. Kobiety – feerie kolorów na głowie, paznokciach i ubraniach. Dzieci z goframi XXL i kręconymi lodami darły się wniebogłosy. Rozmawiałam ze znajomym przez telefon i... komentowałam to, co się dzieje. Tak. Robiłam to w złośliwy, niewybredny sposób. Byłam po nieprzespanej nocy, nerwach związanych ze zdrowiem kogoś, kogo kocham, zmęczona upałem, tłumami i obecnością w miejscu, w które nigdy z własnej woli o tej porze roku bym się nie wybrała. Byłam werbalnie wredna. Pewnie momentami okrutna. Znajomy podkręcał moje komentarze. Już w pokoju ze wstydem przyznałam się sama przed sobą, że ten wylew złośliwości zrobił mi dobrze.
Pierwszy publiczny hejt zaliczyłam kilka lat temu. Opublikowałam właśnie książkę Przepis na bieganie i w ramach promocji udzieliłam wywiadu jednemu z portali internetowych. Wywiad dotyczył przygotowań do zdobycia Korony Maratonów i moich doświadczeń treningowych. Tyle. Zobaczyłam go na ekranie telefonu, gdy wsiadałam do pociągu w Warszawie. Sprawdziłam, gdy już dojechałam do Krakowa. Ponad trzy tysiące komentarzy. Wulgarnych. Prymitywnych. Komentujących w niewybredny sposób moje ciało. Czasem pojawiały się informacje, co różni panowie chętnie by ze mną zrobili. Było też trochę sugestii dotyczących operacji plastycznych, którym powinnam się poddać. Ani słowa o bieganiu. O sporcie. O zdrowiu. Wróciłam do domu i długo stałam pod prysznicem. Mimo kolejnych namydleń, dalej czułam się brudna i zbrukana. To słowa w obrzydliwy sposób dotykające mojej cielesności, seksualności i życia prywatnego przykleiły się do mnie niczym brudny, śmierdzący muł.
Kolejne hejty pojawiały się zawsze, gdy publicznie robiłam jakąś akcję społeczną czy udzielałam jakiegoś wywiadu. I jestem prawie pewna, że hejterzy, tak jak ja wczoraj po wyjściu z marketu, byli przekonani, że tylko komentują to, co się dzieje. I też robili to w złośliwy, niewybredny sposób. Pewnie mieli swoje powody. Może drażniło kogoś, że laik pisze książkę o bieganiu? Może mój wygląd albo sposób bycia uruchamiał w kimś coś trudnego i za pomocą okrutnych słów wyzłośliwiali się na potęgę. I pewnie też po wyrzuceniu tego z siebie zrobiło się im dobrze. Więc na poziomie słów zachowaliśmy się identycznie. Tylko że ja swoje skierowałam wyłącznie do zaufanej mi osoby i mijająca mnie pani z gofrem XXL w jednej dłoni, kręconymi lodami w drugiej, z rzęsami do czoła i paznokciami jak mój palec wskazujący nigdy się nie dowie, jak ją opisałam znajomemu. Ja mogłam o sobie przeczytać na forum publicznym.
Język językowi nierówny. Słowa mają moc oswajania rzeczywistości. Coś, co zostaje nazwane, zyskuje status niezależnego bytu. Czułam w sobie frustrację, złość, zmęczenie. Mój umysł znalazł obiekty tej złości. I poradził sobie tak, jak umiał najlepiej. Nie. Nie jestem z siebie dumna. Wolałabym inaczej sobie radzić z trudnym w sobie. Ale poradziłam sobie tak, jak wtedy umiałam najlepiej. Pewnie nieraz się to jeszcze zdarzy. Bo tak też działa język. Nazywa to, co się w danej osobie aktualnie wydarza. Oczywiście lepiej byłoby nazwać to, co czuję, zamiast wyżywać się na niewinnych ludziach. Lepiej, ale często jest to niemożliwe. Nazywanie uczuć może pojawić się wtedy, gdy mamy do nich dystans, gdy potrafimy patrzeć na nie z boku. Ale w tym sklepie ja nie czułam złości i frustracji. Ja BYŁAM ZŁOŚCIĄ I FRUSTRACJĄ. Produkowałam więc słowa, a może raczej moja złość i frustracja, jak karabin maszynowy, wyrzucały złośliwość po złośliwości.
Językoznawcy i psychologowie bardzo chętnie podpowiadają nam, co, jak i kiedy powinniśmy mówić. A ja, przyglądając się zawodowo językowi, coraz częściej myślę sobie, że iluzją jest wiara, że słowa możemy w pełni kontrolować. Przecież w trudnych chwilach, słowa po prostu z nas się wylewają. Płyną też potoczyście słowa z ust tych, którzy do swoich emocji w ogóle nie mają dostępu. Wtedy obgadywanie innych jest strategią radzenia sobie z czymś trudnym w sobie samym, zgodnie z zasadą „dopóki zajmuję się tobą i twoim życiem, nie muszę patrzeć na to, co bolesne we mnie i trudne”. Są więc ludzie, których plotkowanie tworzy i wypełnia. Tym też zapewne sensowna rada, by nie mówić rzeczy, które kogoś ranią, na wiele się nie zda. Bo produkowanie takich właśnie słów konstytuuje ich świat. Są w końcu ludzie, którzy w ogóle nie widzą, że ich słowa mają raniący potencjał, bo przecież oni „mówią, jak jest”. Ten pan, który na forum portalu internetowego komentował, co mam „niezłe”, a co „fatalne”, zapytany zapewne powiedziałby, że to przecież tylko jego prywatna opinia, jest w wolnym kraju i ma prawo mówić, co myśli.
Więc coraz bardziej widzę język nie w kategoriach poprawnościowych, tylko silnego podziału na to, co możemy mówić publicznie, a co ma obowiązek pozostać w sferze prywatnej. Prywatnie mogę sobie mówić, co chcę i jak chcę. Ale upublicznienie tego musi mieć swoje konsekwencje społeczne. Więc jeśli czyjeś słowa naruszają w sferze publicznej moją prywatność, do której należy moja fizyczność, a więc moje ciało, moje życie prywatne, czyli to – na przykład – z kim tworzę związek, moja seksualność i tryb życia, jest to hejt i podstawa postawienia komuś zarzutów o zniesławienie. Natomiast nie mam złudzeń, że tego typu naruszenia będą się pojawiać w prywatnych rozmowach, bo tak stworzony jest człowiek. Tworzy wspólnoty, plotkując. Wyraża siebie, też obmawiając innych czy szydząc z nich. Radzi sobie z czymś, czego nie rozumie, nazywając to. Istota sprawy leży w zrozumieniu, że język prywatny i język publiczny to dwie zupełnie inne narracje.
Tego dnia we Władysławowie przyszłam zmęczona do pokoju. Zasnęłam. Rano poszłam nad morze. Mijałam tych samych ludzi. I te same ich cechy, które dzień wcześniej budziły we mnie ducha szydery, teraz jawiły mi się zupełnie neutralnie. I wtedy pomyślałam sobie, że cała tajemnica języka polega na tym, byśmy mieli dostęp do tego, co on w danej sytuacji z nami wyczynia. Świadomość tego, co językoznawcy ładnie nazywają metajęzykiem, czyli językiem o języku, jest kluczem. Gdy jestem w sytuacji publicznej, a do takiej należy też obecność w mediach społecznościowych, jestem zobowiązana do przekazywania słów, które do maksimum szanują cudzą prywatność. Muszę dobierać je tak, by nie wykluczać jakiejś społeczności, nie ranić i nie obrażać. Gdy zaś sama jestem obiektem wykluczania i poniżania, reagować, wyraźnie wskazując, że granica mojej prywatności została naruszona. Ale kiedy czuję, że dana sytuacja, też publiczna, budzi we mnie złość, to potrzebuję zdecydować, czy dalej chcę pozostawać w przestrzeni publicznej. Czy potrzebuję wziąć telefon do bliskiej, dyskretnej osoby i szczerze pobyć z moimi emocjami, przegadując je, a czasem zwyczajnie plotkując. Muszę pamiętać, że wszystko, co mówię o innych, de facto jest opowieścią o mnie i moich emocjach, a świat zewnętrzny stanowi tylko pretekst do tego, by te emocje nazwać i oswoić.
Czytaj więcej
Cień Jana Christiana Andersena jest bajką o marnym końcu porządnego człowieka i niebywałej karierze jego podłego cienia. Jak to możliwe, żeby człowiek skończył na szafocie, a jego cień w tym samym czasie zasiadł na tronie? Przecież w bajkach to dobro jest nagradzane dostatkiem i zaszczytami, a zło spotyka kara. Czy w życiu jest inaczej? A jeśli nawet jest inaczej, to można spotkać człowieka, który nie rzuca cienia w południe, na równiku, gdy słońce stoi prostopadle nad jego głową. Chociaż i wtedy można zobaczyć niewielki cień u stóp człowieka. Gdyby człowiek na równiku, w południe położył się na szklanym stole – pod stołem znalazłby się jego cień powtarzający wiernie sylwetkę leżącego. Ale cień bez człowieka?
Porządny bohater bajki Andersena był badaczem rzetelnie publikującym wyniki swoich prac, które nie interesowały nikogo. Klepał więc biedę. W przeszłości zainteresował się piękną dziewczyną, jaśniejącą – jak sądził – emitowanym światłem, na balkonie domu po przeciwnej stronie ulicy. Chciał wiedzieć, jak naukowiec, coś więcej o niej i jej emanacji. Dom z balkonem nie miał bramy ani nawet drzwi. Kiedy jednej nocy wpatrywał się w balkon, siedząc w oknie swojego pokoju, z lampą zapaloną za plecami, dostrzegł na balkonie swój cień. Wysłał go więc jak sondę badawczą do mieszkania dziewczyny. Co nim kierowało? Obowiązek badacza, który powinien wyjaśnić tajemnicę emanacji światła? Fascynacja urodą dziewczyny i popęd płciowy? A może determinacja poznawcza w wyniku sublimacji nieakceptowanych moralnie fantazji seksualnych? Nie zastanawiał się. Cień posłusznie wszedł do środka i zniknął na lata. Badacz, nie rzucając cienia, który zresztą odrósł z czasem – może dlatego, że badacz przeniósł się na północ, gdzie cienie są dłuższe, i cierpiąc niedostatek, ogłaszał swoje prace. Zapadał też na zdrowiu.
Jego sytuację odmienił powrót cienia, tym razem Pana Cienia. Opływał w dostatki, nabrał ciała. Miał wszystko, czego zapragnął, z wyjątkiem brody i żony. Nie miał też cienia.
Opowiedział, jak z pomieszczenia, do którego wszedł z balkonu, ustalił, że świetlista dziewczyna to Poezja, a jej mieszkanie pełne jest wiedzy o świecie. Kiedy wrócił do zleceniodawcy, nie zastał go. Jeśli wierzyć Cieniowi, zabawił w domu Poezji i wiedzy długo. Rozpoczął więc samodzielne życie. Kiedy się wyemancypował? Nie wracając od razu? Dopiero wtedy, gdy nie zastanie człowieka, którego cieniem był dotychczas? Wyemancypowany wykorzystał swoje umiejętności wspinania się po ścianach i wpełzania do cudzych mieszkań. Poznawał skrywane przez podglądanych ludzi sprawy, a ponieważ ludziom zależało na trzymaniu ich w cieniu, spełniali wszystkie jego życzenia. Dostawał pieniądze, ordery, nagrody, tytuły i stanowiska. Miał władzę. Nie tylko w bajkach szantaż jest skutecznym sposobem zdobywania i utrzymywania władzy. A przecież jest to postępowanie powszechnie uważane za niemoralne, złe.
Cień, widać, nie miał haka na swojego człowieka, bo skłonił go do przyjęcia posady cienia Pana Cienia ofertą pokrycia jego kosztów utrzymania, podróży i leczenia. Badacz zatem towarzyszył Cieniowi jako jego cień, zawsze stając po jego przeciwnej stronie niż ta, z której biło źródło światła. Do czasu, aż w uzdrowisku, w którym Cień spodziewał się wyhodować brodę, nie spotkali księżniczki. Pan Cień oczarował ją inteligencją i wdziękiem do tego stopnia, że zdecydowała się poślubić go i koronować wraz z sobą. Tego było za wiele uczciwemu badaczowi. Postanowił ujawnić księżniczce prawdziwą naturę Cienia udającego człowieka. Nie dopuścić łajdaka do tronu. Kierując się zasadami czystej gry, bo je szanował, ujawnił swój plan Cieniowi. Czy liczył na to, że go przekona do swoich racji? Czy chciał go nieudolnie szantażować? Nie wiemy. Sukcesu znów nie odniósł. Pan Cień oskarżył go przed narzeczoną o to, że będąc jego cieniem, uważa się za człowieka. Doprowadził do uwięzienia i stracenia uczciwego naukowca.
W dwudziestym wieku udowodniono, wydawałoby się ponad wszelką wątpliwość, że człowiek jest skłonny do czynienia zła. Doświadczenie przemawia za tym, że panowanie nad tą skłonnością jest możliwe. Nauka nie wyjaśniła dotychczas, co sprzyja skutecznej kontroli gotowości do złych uczynków. Owszem, istnieją dowody na to, że zniszczenie płatów czołowych mózgu skutkuje nieposkromioną agresywnością. Są przesłanki, aby sądzić, że odcinanie się od skłonności do zła i zaprzeczanie ich istnieniu to nie jest skuteczny sposób panowania nad nimi. Cień, jak w bajce Andersena, niszczy tego, kto zaprzecza jego istnieniu.
W Cieniu wszystko zaczyna się od zła, jakim jest pogwałcenie prywatności. Człowiek potrzebuje intymnej przestrzeni osobistej. Pragnie decydować o tym, kogo do niej dopuszcza. Wtargnięcie do niej jest raniące. Nawet wówczas gdy ogranicza się do podglądania przez okno. W czasach, w których pisał Andersen, nie było jeszcze telefonu, nie mówiąc o sieci internetowej.
Gotowanie i jedzenie to także czynności intymne. Tyle że stwarzają możliwość intymności grupowej. Wspólne gotowanie, a zwłaszcza jedzenie, to taka wspólna intymność.
Sałatkę jarzynową, nazywaną też francuską, włoską albo rosyjską, można przyrządzać w kilka osób, bo wymaga krojenia składników. Każdy może zachować indywidualne upodobania, do podstawowego zestawu dodając ulubione składniki. Można też, zamiast kupować majonez gotowy, ukręcić go w domu.
SAŁATKA JARZYNOWA
Składniki podstawowe
4 marchewki
1 seler
2 pietruszki lub pasternaki
1 cebula
1 słodkie jabłko
2–3 kiszone ogórki
Składniki dodatkowe
zielony groszek
ziarna kukurydzy
marynowane grzyby
ugotowany w mundurku ziemniak
jajko na twardo
Sos
Majonez domowy
1 jajko
200 ml oliwy
1 łyżeczka soli
1/2 łyżeczki mielonego pieprzu
1/2 cytryny
1 łyżka miodu
1 łyżeczka musztardy
Obrane jarzyny (z wyjątkiem cebuli) ugotować w osolonej wodzie do miękkiej jędrności. Ostudzić. Wywar zachować na zupę. Obraną cebulę posiekać w kosteczkę i zblanszować (to znaczy zagotować i odcedzić wodę do wywaru z jarzyn). Ostudzić. Jabłka i ogórki obrać ze skórki. Groszek, kukurydzę i grzyby odcedzić. Ziemniaka najlepiej ugotować oddzielnie w łupinie, a po ostudzeniu obrać. Wszystkie jarzyny i jabłko pokroić w drobną kostkę. To pole do wspólnej pracy. Każdy może kroić inne jarzyny i pokrojone przekładać do jednej miski.
Starannie umyć jajko. Wbić je do wysokiego naczynia, dodać pozostałe składniki majonezu i zmiksować blenderem. Podstawowe jarzyny i jabłko wymieszać z połową majonezu, doprawić solą i pieprzem, jeśli trzeba. Pozostały majonez podać osobno, podobnie jak składniki dodatkowe. Każdy może dodać takie składniki i tyle sosu, ile lubi. Wspólnie, intymnie i ad libitum.
Czytaj więcej
Długo wahałem się, czy im powiedzieć. Wiem, że trudno w to uwierzyć, ale ta sytuacja trwała kilka lat. Tak, tak – nie miesięcy, nie tygodni. Lat. A dokładnie siedem. Nawet kiedy piszę te słowa, płonę ze wstydu. Niepotrzebnie, ale płonę. Siedem lat bicia się z myślami, siedem lat wewnętrznego rozdarcia, siedem lat koszmaru podejmowania decyzji. Oczywiście nie zaprzątało mnie to przez cały czas, źle było z rana, gdy odpalałem komputer, a porozrzucane po ekranie foldery zaczynały krzyczeć. Szybko klikałem przeglądarkę i, sami wiecie, wsiąkałem. Drugi raz źle było pod koniec roboty, kiedy wynurzałem się z odmętów. Spoglądałem na kolegów i koleżanki pochylonych pilnie nad ekranami i nieraz miałem ochotę im to wykrzyczeć.
Coś mnie jednak powstrzymywało. Lęk? Wstyd? Lenistwo? Chyba wszystko naraz. I tak przez siedem lat. Tylko że zacząłem się budzić w nocy. Zlany potem, zdyszany, ze świadomością, że coś przegapiłem, straciłem, że coś zawaliłem. To było po pięciu latach. Jeszcze dwa zbierałem się na odwagę, żeby im powiedzieć. Coraz gorzej ze mną było, mało spałem, nie jadłem, nikłem w oczach. Nie tylko ja, więc jakoś nie rzucało się to w oczy, ale i tak byłem przerażony. Kiedy zjechałem do 47 kilogramów i byłem po trzeciej nieprzespanej z rzędu nocy, podjąłem decyzję. Powiem im. Teraz albo nigdy.
Ubrałem się w najlepszą koszulę, najlepszy garnitur, wypastowałem buty, wyszorowałem paznokcie. Chciałem to powiedzieć od razu po wejściu do firmy, ale nie dałem rady. Większość już pracowała, chyłkiem przemknąłem do swojego boksu, odpaliłem komputer, ikonki nawrzeszczały na mnie, płakałem. Po kilku kwadransach zebrałem się w sobie i jakimś nadludzkim wysiłkiem wstałem z krzesła. Gardło miałem suche, język zesztywniały, w oczach znowu łzy, ale wydusiłem to z siebie. Ja nic nie robię. Nie jednym zdaniem, każdy wyraz rodziłem w bólach, spociłem się przy tym jak mysz. A oni nie usłyszeli, mówiłem za cicho. Myślałem, że padnę trupem, ale skoro już zacząłem, nie było odwrotu. Powiedziałem więc głośniej.
JA NIC NIE ROBIĘ!
Kilka osób obróciło głowy. A ze mnie słowa wyleciały jak z otwartej rany. Mówiłem o tym, że od siedmiu lat przychodzę do pracy, odpalam komputer, a potem… nic nie robię. Coś tam sprawdzam, czytam, komentuję, oglądam, lajkuję. I tyle. Nic więcej. Kiedy skończyłem, w firmie panowała potworna cisza, ale tylko przez chwilę. Zaraz podniosły się inne osoby i też zaczęły mówić. Okazało się, że nikt tu od dawna nic nie robi. Nikt. Jakaż to była ulga! Padaliśmy sobie w ramiona, na przemian szlochając i śmiejąc się, potem głównie się śmiejąc. Chyba z tego śmiechu zrodził się pomysł, by sprawdzić, co porabiają ci z zarządu. Nie chcieli powiedzieć. Nawet nas nie wpuścili. Nie mieliśmy wyjścia – zaczęło się oblężenie. Trwa już tydzień, ale wkrótce powinni skapitulować, bo kończy im się jedzenie. A wtedy wszystko będzie jasne.
Czytaj więcej
Jechałem windą na dziesiąte piętro wieżowca i zastanawiałem się, jak to możliwe, że wielki kompozytor muzyki filmowej, Ennio Morricone, mieszka w bloku mieszkalnym, a nie w pięknej willi? To prawda, budynek stoi na wzgórzu, skąd roztacza się piękny widok na położony u jego stóp Rzym, a widok z dziesiątego piętra to już w ogóle zapiera dech. Ale jednak – postanowiłem – zapytam o to Maestro w czasie naszej rozmowy. Czekał na mnie w wielkim salonie na czerwonym fotelu, niczym król. Obok siedziała tłumaczka, bo mistrz chciał rozmawiać tylko po włosku. Była jeszcze agentka i kilka osób z ekipy filmowej. No i stał piękny fortepian.
Gdy cztery lata później na ekrany kin wszedł monumentalny dokument w reżyserii Giuseppe Tornatore, pt. ENNIO, opowiadający całą drogę artystyczną i życiową mistrza, chciałem być jednym z pierwszych widzów. Jakież było moje zdziwienie, gdy zobaczyłem Ennio Morricone w tym samym pokoju, w tym samym czerwonym sweterku, w którym mnie przyjmował, i zorientowałem się, że filmowy wywiad zrobiono prawie dokładnie w tym czasie, gdy ja tam byłem.
Pamiętam ten sam spokój i skupienie na twarzy Mistrza. Nie miał ochoty na lekką, zabawną rozmowę. Interesowały go tylko pytania najważniejsze: Czy jest spełniony jako artysta? Czy jest szczęśliwy jako człowiek? Co okazało się dla niego najważniejsze i czy cena za to była do zniesienia? W jego oczach dostrzegłem determinację, żeby odpowiadać szczerze. Żadnego taniego marketingu!
Zadałem więc pytania, o których zadanie poprosił mnie oczami. A on odpowiedział bez złości, że światowa popularność nie pozwala mu zapomnieć o dwóch wielkich afrontach, które przez lata go gnębiły. Pierwszy zgotowali mu jego koledzy z konserwatorium, którzy komponowali poważne utwory filharmoniczne, a jego muzykę lekceważyli. Mógł dopasować się do tego, co oni uważali za właściwe, ale wybrał wtedy prawdę o swoim talencie i dał jej wolność kierowania jego życiem. Drugi raz podobny afront spotkał go ze strony kolegów z hollywoodzkiej Akademii Filmowej, którzy twierdzili, że gdyby przeprowadził się do Los Angeles, szybciej dostałby należącego mu się Oscara. Ale on czuł się Europejczykiem i rzymianinem. Odmówił przeprowadzki do USA i zapłacił za tę swoją demonstracyjną wolność wyboru wieloletnim ignorowaniem jego dorobku przez Akademię. Nie żałuje tego, ale przykro mu, że tak jest.
– To na tym fortepianie komponuje Pan swoją muzykę? – zmieniłem temat.
– Fortepian mam przede wszystkim dla dziennikarzy, żeby spełnić ich wyobrażenie o kompozytorze, bo ja do komponowania nie potrzebuję instrumentu; muzykę tworzy się w głowie. Ale fortepian świetnie nadaje się do rozkładania listów od wielbicieli mojej muzyki.
Musiałem zapytać 90-letniego Maestro, dlaczego tak skromnie mieszka w bloku, a nie w willi – wszak obiecałem to sobie.
– Nie zależy Panu na prywatności, codziennie spotyka Pan obce osoby w windzie?
Nareszcie się roześmiał.
– Przecież to jest mój dom, a na poszczególnych piętrach mieszkają członkowie mojej rodziny. Wybrałem taki sposób życia, bo tak chciałem. Na tym przecież polega wolność!
Czytaj więcej
Senna ręka naciska budzik, żeby przestał dzwonić, ciało obraca się na drugi bok, ufne, że czeka je dalszy sen, ale budzik wysuwa się spod ręki i nie przestaje hałasować. Ręka próbuje jeszcze raz, ale trafia w powietrze: budzik jest już metr dalej. Zanim telefony komórkowe zaczęły powszechnie zastępować budziki, tak działały te, które zaopatrzono w funkcję uciekania.
Opisali to bracia Heath w świetnej książce Pstryk, która traktuje o wprowadzaniu zmian. Ilustrowali tą poranną metaforą znany każdemu chyba człowiekowi mechanizm: kiedy słyszysz dźwięk budzika, rozpadasz się na dwa kawałki. Jeden kawałek chce uciszyć budzik i spać dalej, drugi, ten bardziej dojrzały, ten sam, który nastawiał budzik wieczorem, pomny obowiązków, rozumie, że trzeba wstawać. W większość poranków dla wielu z nas to ten drugi kawałek rano zwycięża, ale to nie przerywa wewnętrznego zmagania – pomiędzy naszymi powinnościami a naszym chceniem. To zmaganie, w mniejszym bądź większym nasileniu, trwa aż do momentu, kiedy wieczorem nastawimy budzik. Jego wyniki składają się na to, jak żyjemy. To, co czuliśmy, że powinniśmy zrobić, ale jakoś się nam nie udaje, przespane poranki, pokrywające się kurzem karty na siłownie, nieposprzątane strychy czy szuflady, zaniedbane koleżanki, z którymi chciałyśmy pozostać w kontakcie – ta Suma Wszystkich Zaniechań odkłada się w nas w postaci mętnego planktonu poczucia winy, czasami stanowiąc kanwę Postanowień Noworocznych, od lutego wstydliwie przed sobą samym zmilczanych.
Stawka jest wysoka, bo moje powinności czy aspiracje w wielu przypadkach u swojej podstawy mają wartości i nawet jeśli ich nie lubię, jeśli – idąc za słowami Czesława Miłosza – „szczera wściekłość opromienia moje codzienne obowiązki” i tak prawie zawsze wykonuję je w imię czegoś, co dla mnie cenne: siłownia w imię zdrowia, spotkania z koleżanką w imię serdecznych relacji, porządek w szufladzie, bo wiem, że ład zewnętrzny i wewnętrzny mają jakiś związek.
No, ale ta ręka! Ta ręka, która wyłącza budzik, chociaż mózg, zwłaszcza jakby się obudził, wiedziałby, że chcę wstać! To niechcenie, uporczywe.
Posłuchałam kiedyś na YouTubie dość obcesowej mówczyni, Mel Robbins, twórczyni metody 5 sekund: jej główną tezą było to, że jeśli czekamy na dzień, kiedy nam się zachce, nie doczekamy się. „Nigdy ci się nie zachce!” – krzyczy złowieszczo w stronę publiczności Robbins. Jako remedium proponuje następującą regułę: kiedy wiesz, że powinnaś coś zrobić, ale wiesz też, że będziesz chciała się ociągać, powiedz sobie 5-4-3-2-1 i działaj. Pięć sekund – tyle mamy czasu, zdaniem Robbins, zanim nasz mózg podsunie nam usłużnie jakiś powód, żeby nie zrobić tego, co powinno być zrobione.
Spróbowałam w czasie, kiedy bardzo mało mi się ogólnie chciało. Na początku całkiem mi się podobało: potraktowawszy siebie żwawym 5-4-3-2-1, zrywałam się, brałam za telefon, otwierałam plik w komputerze, zwijałam matę i ruszałam na jogę. A potem kiedyś ciału po prostu znudziło się tego słuchać 5-4-3-2-1 i nic! Wstawać miało, a leży. Ponowiłam komendę – dalej nic. I tak się skończyła moja przygoda z Najemnym Żandarmem.
Niewiele później, wciąż kminiąc sposoby na to, żeby się czasem samą przechytrzyć, szłam krakowską ulicą i to nawet nie chodnikiem, a brzegiem ulicy właśnie, bo na chodniku panowie robotnicy ustawili rusztowanie, by wyremontować fasadę starej kamienicy. Kto to stawiał, Janek!? – krzyknął z pierwszego piętra pan robotnik, widać z czegoś niezadowolony. Józek! – upominał go tamten, bo może to on właśnie stawiał. – Jakby nie to rusztowanie, to byś nawet parteru nie sięgnął! (szach mat, bo Józek był skromnego bardzo wzrostu). Minęłam panów i szłam dalej, a jednak pogłos słowa rusztowanie brzmiał w moich uszach i mojej głowie: takie pogłosy nauczyłam się traktować jako podpowiedzi z Nieznanego Źródła, co to często, czymkolwiek jest, okazuje się mądre. Aż mi się połączyło z tym budzikiem, z tym 5-4-3-2-1 i zrozumiałam: potrzebuję rusztowania. Bez niego nie sięgnę nawet parteru.
Tam, gdzie nie mogę się dostać bramą i potem klatką schodową, potrzebuję zbudować rusztowanie: coś, co pozwoli mi się wspinać, schodzić w dół i poruszać się na boki po miejscach bez rusztowania niedostępnych. Potrzebuję się wesprzeć, bo bez podpory nie pójdzie. Bawiąc się tą metaforą, pomyślałam sobie tak: gdybym zrobiła sobie kilka nowych zwyczajów, które pomogłyby mi żyć mądrzej i lepiej słuchać swoich rozsądnych głosów wewnętrznych, to będzie tak, jakbym zbudowała rusztowanie. Idąc za radą autora książki Siła Nawyku, Charlesa Duhigga, której to książki do końca chyba nie zdołałam doczytać, ale nie przeszkadza mi to uznać jej za lekturę pożyteczną, postanowiłam doczepić nowe zwyczaje do tych już istniejących – tak jakby oprzeć rusztowanie o już postanowiony mur. Na pierwszy ogień poszło mycie zębów. Dopóki wody starczy w kranach i past do zębów na półkach sklepowych, będę je myła, rano i wieczorem. Teraz jednak postanowiłam, że będę to robić, słuchając piosenki, której mam ochotę posłuchać, a to wymaga porannego kontaktu z sobą samą i zadania sobie pytania, na co mam ochotę. Kiedy robię sobie kawę, przez tych kilkadziesiąt sekund, zanim będzie gotowa, podchodzę do okna i gapię się na drzewa. I dalej – kiedy jadę do miasta, zadaję sobie pytanie, którą drogą mam ochotę jechać, rezygnując z GPS, co rzadko kosztuje mnie więcej niż pięć dodatkowych minut. Co wieczór, kiedy się kąpię, mówię na głos o dziesięciu rzeczach, za które jestem wdzięczna. Wcześniej kąpałam się i tak, ale nie używając neuroplastycznych mocy mojego mózgu (wdzięczność zmienia strukturę mózgu na bardziej pogodną i optymistyczną).
Z ciekawości zaczęłam pytać ludzi o ich rusztowania – niezmienne nawyki, które nie wymagają od nich żadnego zrywu, żadnego wydatku ani rodzinnej rewolucji. Stają się po prostu częścią ich codzienności, powietrzem, którym oddychają. Ktoś zaczął jeździć do pracy rowerem. Ktoś zaczął chodzić do lasu bez telefonu – teraz już automatycznie odkłada go na półkę, wychodząc na spacer. Jedna moja koleżanka w piątki wieczorem odkłada laptopa w najdalszy od sypialni kąt domu, żeby w sobotę rano, leżąc jeszcze w łóżku, czytać książkę, a nie rzucać się do e-maili.
Najfajniejsze jest to, że dobrze wymyślone rusztowanie szybko przeradza się w bezwysiłkowy nawyk. Ile potrzebnych jest na to powtórzeń, nie ma wśród naukowców zgody. Ale wiadomo, że z każdym powtórzeniem mocniej osadzamy nawyk w swojej codzienności – aż przychodzi dzień, kiedy staje się naszą drugą, mądrzejszą czasem niż poprzednia naturą.
Czytaj więcej
Seks przestaje być tematem tabu. Nadal jednak trudno jest nam mówić o nim bez skrępowania. Dlatego jak mamy mieć dobry seks, jeśli nie mówimy wprost, co lubimy, czego potrzebujemy, a co jest dla nas nudne?
Czytaj więcej
Łóżko ma służyć tylko do spania, ewentualnie do seksu. Jeśli przyzwyczaimy swój organizm, że przyłożenie głowy do poduszki jest sygnałem do snu, łatwiej będzie nam zasnąć. Jeżeli jednak zapalamy lampę i wyciągamy książkę, wysyłamy do mózgu sygnał, że powinien utrzymać stan czuwania. Niektórzy od lat sypiają przed telewizorem czy nad książką, ale gdy wejdą do sypialni, senność im mija.
Czytaj więcej
Coraz częściej zdarza się, że w rodzinie pojawia się nowy partner któregoś z rodziców: On albo Ona. Potrzeba dużo cierpliwości, taktu i życiowej mądrości, aby rodzina znowu zaczęła sprawnie funkcjonować, a dzieci nabrały zaufania do nowej osoby.
Czytaj więcej
Nie myśl sobie, że możesz iść przez życie i być odważną, nie rozczarowując kogoś od czasu do czasu.
Czytaj więcej
Wybitnie kreatywny może być każdy, niezależnie od wykształcenia, dochodów czy wykonywanej pracy: inżynier, architekt, profesor, ale też robotnik, sprzedawczyni w sklepie czy pracownik call center. Nie ma na to reguły.
Czytaj więcej
Jakie obawy rodzicielskie wiążą się z wychowywaniem nastolatka? Dlaczego wolność dla młodego człowieka jest tak ważna i dlaczego warto, by rodzic to rozumiał?
Czytaj więcej