Wybór w obliczu pokus i wojen

W ślad za wolnością idzie odpowiedzialność i nierzadko poczucie winy. Gdyby coś, choćby mózg, decydowało za nas, ileż byłoby mniej problemów. Czy mamy poczucie wolności, dokonując wyboru? Kiedy, w jakich okolicznościach i w jaki sposób doświadczamy własnej wolności?
Czytaj więcej

O (niezupełnie) wolnej woli

Poczucie wolności, w tym wolności wyboru, jest nam dane bezpośrednio i wydaje się oczywiste. Ale czy jest dowodem na to, że naprawdę dysponujemy wolną wolą? I czy w ogóle odnosi się do jakiejś realności? A co, jeśli jest tylko, wprawdzie użyteczną, lecz iluzją?
Czytaj więcej

Spotkanie z cieniem - Jak nawiązać możliwie najlepszą relację z najgorszą częścią si...

Cień to dzika, zdolna do destrukcji część, jaka jest w każdym z nas, a której nie chcemy w sobie widzieć. Jeśli jednak odwracamy się od niej, odsuwamy ją od siebie, ona zaczyna nad nami panować, popychając nas do niszczenia innych lub siebie. Dopóki się z nią nie spotkamy, nie będziemy w stanie żyć w pełni i prawdziwie kochać.
Czytaj więcej

Podróż w głąb siebie - Jak zanurzyć się w sobie i wyjść ze swojej strefy komfortu?

Większość z nas uważa, że zna siebie dobrze. Przecież wiemy, co lubimy, jakie mamy oczekiwania, plany, marzenia, czego pragniemy. Ale czy na pewno? Często tak nam się wydaje, choć nigdy się nad tym nie zastanawiamy. Nie mamy wprawy w poznawaniu siebie, nikt nas tego nie uczy.
Czytaj więcej

2050

Osoby pochodzące tak jak ja z lat 70. mogą przeżywać obecnie oblężenie dwóch pokoleń. Starszego i młodszego. Ich rodzice powoli się starzeją lub są starzy. W każdym razie potrzebują czasu i uwagi. Dorastające dzieci domagają się czasu, uwagi oraz wsparcia finansowego. Pochodzenie z lat 70. i trwanie wymaga naprawdę wielkiego hartu ducha, stalowej wytrzymałości, człowieczeństwa i jeszcze kilku umiejętności z zakresu inteligencji emocjonalnej, networkingu i bilokacji. Praktykuję powyższe z miernym skutkiem. Ściskane imadłem, pracujące najwięcej w Europie, po całodobowej grze na wielu bębenkach osoby te marzą o chwili wytchnienia, które powinno nastąpić najpóźniej za kilka lub kilkanaście lat, kiedy ich nastolatki zostaną młodymi dorosłymi lub przynajmniej zaczną dostawać pierwsze pensje.  Osoby z tendencją do bujania w obłokach liczą na emeryturę, która pozwoli im na relaks i swobodne podróże.  Od razu wyjaśniam, że żadnego wytchnienia nie będzie*. Pokolenie Y, dzisiejsi 44–50-latkowie, będą być może pierwszym pokoleniem, których dochody będą niższe niż zarobki poprzedniej generacji, a ich sytuacja ekonomiczna może być jeszcze trudniejsza niż obecnych emerytów.  Emerytura, w najlepszym wypadku wystarczy na pierwszy tydzień każdego miesiąca. W 2050 r. plaga otyłości skróci życie o cztery lata. Będziemy żyć na zniszczonej planecie, ponieważ ani my, ani nasi rodzice nie zadbaliśmy o ekologię.  Obraz wydaje się nieoptymistyczny, zwłaszcza gdyby wypełniały go osoby, które dziś pobłażliwie nazywamy seniorami. Zajrzyjmy do mediów: ubrany w beżowo-szary strój senior zajmuje się wnukami, karmi osiedlowe koty, ten bardziej aktywny kupuje kije do nordic walking. Jest odrobinę bezradny w zderzeniu z technologią, mylą mu się piloty do telewizora i dekodera. Na dedykowanych zajęciach w domu kultury uczy się podstaw edycji tekstu albo carvingu. Carving to nie technika narciarska tylko umiejętność wycinania warzyw w wymyślne dekoracyjne wzory.  Ten pogodny senior wycinający łabędzie z marchewki nie miałby szans w roku 2050. Jest anachroniczny. My, osoby 65+ z połowy XXI w. znajdziemy się w ogniu walki. Niektórzy z nas staną znów do wyścigu szczurów, by zdobyć i utrzymać posady. To będą nasze nowe kariery, ponieważ ze starych stanowisk dawno nas zwolniono. Otyli czy szczupli będziemy zarabiać na życie, by przetrwać. Chcemy czy nie – będziemy obsługiwać media społecznościowe – w jakiejkolwiek formie by nie występowały, żeby przed innymi dorwać ogłoszenie o pracę. Będziemy musieli być sprawni, ponieważ nie będzie nikogo, kto by zechciał nas dowieźć do dyskontu, w którym sprzątamy nocą na pół etatu.  Nie będziemy zresztą seniorami: będziemy się nazywać dojrzałymi dorosłymi. Najważniejsze jednak, że w połowie stulecia będziemy wiodącą siłą narodu, ponieważ ponad połowa Polaków będzie miała skończone 60 lat. Jeśli się zjednoczymy, będziemy groźni. Jeśli wywalczymy miesięcznie „Trzy Emerytury Plus”, wrócimy tak jak nasi ojcowie do wycinania łabędzi z warzyw.   
Czytaj więcej

Jak bardzo wyobraźnia kreuje nasze lęki?

Czym jest lęk? Wielu z nas doświadcza lęku. Nie ma w tym nic nienormalnego. Każdy z nas ma coś czego się boi, co go paraliżuje, ogranicza, nie pozwala w pełni cieszyć się życiem.
Czytaj więcej

Laptop Dell do 3000 zł – TOP 2 modele warte uwagi

Firma Dell od lat jest uważana za producenta świetnej jakości sprzętów. Nic więc dziwnego, że laptopy tej firmy są chętnie wybierane do zastosowań biznesowych, ale nie tylko.
Czytaj więcej

Ślepe zaułki unikania stresu

Żyjemy w kulturze, która wspiera, a czasami nawet narzuca nam wspinanie się po szczeblach kariery, pogoń za lepszym autem, domem, noclegiem w ekskluzywnym hotelu za co najmniej 2000 zł za dobę. Wszystko po to, aby mieć się czym pochwalić i zabłyszczeć. Często budujemy w ten sposób wizerunek ludzi żyjących bezstresowo, którym wszystko się udaje. Wręcz unikamy stresu za wszelką cenę, dążymy do bezstresowego życia, pracy i utrzymywania spokoju i uśmiechu przez cały czas.
Czytaj więcej

„Jak żyć z lękiem” – przeczytaj fragment książki

Psychoterapeuta i lekarz Marcin Matych, znany jako dr Nerwica, od lat pracuje z cierpiącymi na zaburzenia lękowe. W poradniku "Jak żyć z lękiem" zaprasza do GRY O TROCHĘ LEPSZE ŻYCIE – wymyślonej przez niego i sprawdzonej razem z pacjentami metody. Zachęcamy do lektury fragmentu książki.
Czytaj więcej

Mięso w sypialni i mięso na ulicy

Idę czytać do wanny – nie z wygody, ale z zagonienia. Planuję się ukryć w łazience przed mężem i dziećmi i złapać (mały) oddech. Wiadomo, że w łazience można się nie tylko ukryć, ale i zachować godność, udając konieczność przeprowadzenia skomplikowanych zabiegów higienicznych. No więc wanna jest moim szampanem i truskawką z czekoladą, ale bez wyrzutów sumienia. Jest już późno, nikt nie powinien mieć żadnych potrzeb koniecznych do zrealizowania tu i teraz. Zamierzam czytać w wannie również z innego powodu – podobno w kąpieli nie można zasnąć, więc może uda mi się trochę podgonić lekturę.
Czytaj więcej

Jedna, jedyna prawda

Rozmawiam ze znajomym o ludziach, którzy mają do siebie dystans. Przypomina mi się anegdota dotycząca umiejętności kulinarnych Marii Czubaszek, którą opowiada Wojciech Karolak w wywiadzie rzece Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz, że ja cię kocham...: „Z szarlotką było tak, że ją zrobiła i przemieściła z naczynia na talerzyk. I to było zdecydowanie coś pośredniego pomiędzy ciałem stałym a płynnym, z przewagą płynnego. Gdy zapytała, czy mi dołożyć, odpowiedziałem: Bardzo proszę, dolej troszeczkę”. Dopiero wtedy do niej dotarło, że to nie była czcza aluzja. I dolała. Znajomy odpowiada: ja nie jestem pewny, co picie wódki ma wspólnego z gotowaniem? Ta szarlotka to nie jest ciasto, tylko żubrówka z sokiem jabłkowym. Na tym polega ten żart, że ona mu tę szarlotkę zrobiła nie do jedzenia, tylko picia. Ja się upieram, że chodzi o ciasto z jabł­kami. Do rozmowy pod tytułem: „nic nie rozumiesz” przy okazji banalnego w gruncie rzeczy kontekstu jest jeden krok. Sytuację ratuje sama Czubaszek, dopowiadając w innym tekście, jak to była zdziwiona, że w przepisie na kaczkę „nie było żadnej informacji, że tego ptaka przed włożeniem do piekarnika należy rozmrozić”. Nooo zamrożonej kaczki do szufladki alkoholowego kontekstu wrzucić się nijak nie dało.  Przykład banalny, ale już temat poważny. Jestem w stanie sobie wyobrazić, bo wielokrotnie sama doświadczałam i byłam świadkiem, jak z takich drobiazgów brały się awantury i kłótnie. A dzieje się tak wtedy, gdy rozmowa o szarlotce zmienia się w pole walki o rację. Szczególnie gdy nie ma kontekstu, który by sprecyzował, o co chodziło. W naszej rozmowie to samo słowo otworzyło dwie zupełnie różne szuflady skojarzeniowe. I to jest okej. Tak działa język. Nieporozumienia komunikacyjne często dzieją się wtedy, gdy jedno określenie językowe uruchamia różne konteksty, ale rozmówcy są przekonani, że istnieje tylko jedno rozumienie słowa, które jest właściwe, dobre, prawdziwe. Jak w Dniu świra „moja racja jest najmojsza”. Z psychologicznego punktu widzenia dla mówiącego często prawdziwe jest to, co najbliższe w jego obszarze znaczeniowym. Różne rzeczy różnie nam się kojarzą. I jeśli idę do sklepu i ustalam z drugą osobą, co mam kupić, to precyzja językowa jest dosyć istotna. Jeśli jednak nasza rozmowa jest swobodną wymianą myśli, czy na pewno walka o detale ma sens? Z prawdą jest jeszcze jeden problem. Otóż kłócimy się nie tylko o to, co naprawdę jakieś słowo znaczy, ale też jak naprawdę z nami jest. Mam znajomego, który ma sporą nadwagę. Za każdym razem, gdy się widzimy, zamawia bezę pavlova, cynamonki albo jagodzianki i żali się na problemy hormonalne, które jego zdaniem są przyczyną problemów z nadwagą. Za pierwszym razem, gdy to powiedział, łapiąc spadającą z bezy bitą śmietanę, chyba zauważył mój wzrok. Nie ubrałam w słowa swoich myśli, ale on chyba odczytał intencję, bo powiedział: „Już nie pamiętam, kiedy ostatnio jadłem coś słodkiego”. Przy kolejnym spotkaniu, gdy opowiadał o wpływie PESEL-u na spowolnienie metabolizmu, mogłam mimowolnie się uśmiechnąć, gdy dosładzał kawę z bitą śmietaną, bo poprzednia porcja cukru okazała się niewystarczająca. Przy kolejnych spotkaniach już chyba nie reagowałam. Czy to hipokryzja? Bo przecież w moim myśleniu nadwaga znajomego jest umocowana w tym, co i ile je. W tym, że się nie rusza. Że codziennie wieczór kończy dwoma piwami z pizzą?  A może warto zadać pytanie od innej strony: czy człowiek może nie chcieć wiedzieć, co i ile naprawdę je? Ile pije? W jakim toksycznym związku tkwi od lat? Przecież zawsze na każdych imieninach czy spotkaniach świątecznych jest jakaś ciocia Zdzisia albo wujek Zdzichu, który wali prawdę z mostu. Tylko prawdę. To dlaczego go nie lubimy? Dlaczego jak już zaśnie upojony wódką albo pójdzie skłócony z całą rodziną, to oddychamy z ulgą? Bo myślę, że w języku nie tyle chodzi o prawdę faktów, co o zgodę na ich widzenie. Często traktujemy język jako orędzie walki o rację, prawdę, obiektywność. Zawsze w takiej sytuacji przychodzi mi do głowy pytanie, czy można sobie wyobrazić palacza, który nie wie, że palenie szkodzi? Zapewne każdy z nich to wie. Mimo to palą dalej. Czy więc podejście do kogoś, kto stoi z długim cienkim i powiedzenie mu: „Wiesz, tytoń może powodować raka płuc”, ma sens? Czy można sobie wyobrazić sytuację, gdy ktoś odpowie: „Nie. Nie wiedziałem. Rzucam palenie”. Raczej ktoś uśmiechnie się pobłażliwie i głębiej zaciągnie: „Moje płuca. Moja sprawa”. I paradoksalnie będzie miał rację. Bo w języku nie tylko chodzi o prawo do prawdy, ile o prawo do swojego świata, swoich decyzji i swoich osobistych konsekwencji za te złe wybory.  Odnoszę wrażenie, że walka o prawdę jest cudownym wytłumaczeniem tego, by wchodzić na teren czyjejś prywatności i bez pardonu, orzekając o jedynie słusznym rozwiązaniu, naruszać granice czyjegoś świata. Jeśli mój znajomy chce żyć w iluzji swojej otyłości, to czy w imię mitycznej Prawdy mam prawo ową iluzję mu zabierać? Żeby zmierzyć się z czymś trudnym w sobie, a walka z otyłością czy chorobą alkoholową na pewno do takich należy, potrzebujemy kogoś, kto jest i uszanuje naszą trudność, czy kogoś, kto – nawet w dobrej wierze – nam to trudne oświetli reflektorem i wykrzyczy: „Zobacz, jaki(-a) naprawdę jesteś”. Bo w efekcie druga osoba prędzej dojdzie do wniosku, że jest beznadziejna, niż że jest silna na tyle, by stanąć frontem do problemu.  Kultura przez wiele lat mówiła nam, że gdy kogoś kochamy lub gdy ktoś jest dla nas ważny, to naszym obowiązkiem jest chronienie go przed błędami i ostrzeganie przed zagrożeniami. W efekcie ze szczerego serca walimy innym między oczy prawdę, naszym zdaniem najprawdziwszą z prawd: „Niech się dowiedzą, jak jest”. Bo kiedy wydarzy się coś trudnego, zawsze możemy powiedzieć, że „przecież cię ostrzegałam”. Jest w nas jakaś obsesja działania bez porażek i bez błędów zatopiona w kolejnej obsesji życia w prawdzie. Walka o nią i rację często przesłania nam sprawę o wiele ważniejszą: relację z drugim człowiekiem.  Kultura bardzo długo wmawiała nam, że istnieje jedna prawda, więc gdy ktoś ma inne skojarzenia albo widzi rzeczywistość inaczej niż my, to należy – w imię prawdy – stoczyć z nim bitwę. Bo podwójne skojarzenie ze słowem szarlotka zagraża światu.  Tymczasem najbardziej światu zagraża brak dobrej komunikacji między ludźmi i nieumiejętność usłyszenia w potoku słów potrzeb drugiego człowieka. Myślę, że czas zredefiniować to myślenie, z nakazowo-pouczeniowo-prawdziwego na towarzyszące i empatyczne, w którym zamiast przekonywać kogoś, że jest idiotą, bo nie zorientował się, o jaką szarlotkę chodzi, przyglądnąć się jego światu i pomyśleć, że można go widzieć inaczej i to jest bardzo bardzo okej. 
Czytaj więcej

Irytacja Alicji

Przygody małej dziewczynki opisane przez Lewisa Carrolla w Alicji w Krainie Czarów mają tę cechę, że zdarzenia toczą się według innych reguł niż te, które zna bohaterka bajki. Ale tak jest niemal w każdej bajce. Można podróżować na dywanie albo całując żabę, uwolnić zaklętego w niej księcia. W bajce Carrolla nie ma czarów, chociaż są w tytule polskiego przekładu. Wchodząc do mysiej dziury, Alicja trafia do świata, którego odmienne reguły wprawiają ją w niepokój i irytację. Nie dość na tym, że są odmienne, ale bezustannie się zmieniają. Zaledwie osiągnie poczucie, że opanowała zasady, którymi rządzi się świat, do którego weszła, one już są inne. Rzeczywistość w podziemnym świecie jest płynna. Tę odmienność i płynność świetnie obrazuje gra w krykieta (całkowicie już wyparta przez minigolfa), do której została zaproszona. Piłkami były żywe jeże, a należało je wprawiać w ruch trzymanymi pod pachą flamingami. Ponieważ jeże same biegały po polu krykietowym, przechodziły przez krykietowe bramki albo je omijały tak, że nie można było trafić w nie flamingiem, więc nie miało to żadnego wpływu na wynik gry. Wyniku zresztą nie można było przewidzieć, bo zasady zmieniano co chwilę. Czy nie przypomina to rzeczywistości, w jakiej żyjemy? W podziemnym świecie, spolszczonym na Krainę Czarów rządzi despotyczna królowa i to ona zmienia zasady. Przynajmniej zasady gry w krykieta. Jednak za każde odstępstwo od tych płynnych zasad karze śmiercią. Tyle że w jej królestwie śmierć nie istnieje. I to jest zasadnicza różnica między naszą rzeczywistością a rzeczywistością mysiej dziury. Czy Alicja mogła się nie irytować? Chyba nie mogła. Była małą dziewczynką przywiązaną do porządku, jaki sobie przyswoiła, zanim przekroczyła granicę oswojonego świata. Częścią tego świata był autorytet dorosłych. Jeszcze nie weszła w dorastanie. Adolescentki (i adolescenci też) ochoczo przyjmują normy alternatywne do wpajanych im w dzieciństwie. Gdyby już osiągnęła dojrzałość, a z nią także własny, niewymagający odwołania do autorytetów porządek moralny, miałaby szansę spojrzeć na płynną rzeczywistość podziemnego świata ze spokojnym dystansem. Ale była dopiero małą dziewczynką i narzucany przez despotów chaos niepokoił ją i irytował. Sprawdźcie przy gotowaniu. Można przyjąć właściwie dowolne zasady. Ale lepiej ich nie zmieniać w trakcie gotowania. Nawet gotując jajko na miękko, można je włożyć do wrzątku na trzy minuty (albo trzy i pół, jeśli się naśladuje Jamesa Bonda). Jeśli się je wkłada do zimnej wody, trzeba wyjąć w minutę po jej zawrzeniu. Zmiana zasad skutkuje tym, że jajko będzie tylko zagrzane, ale surowe lub że będzie ugotowane na twardo. Wówczas nie da się go podać na sposób wiedeński.  JAJKA PO WIEDEŃSKU 2 świeże jajka średniej wielkości 1 łyżka masła do smaku sól i pieprz Świeże jajka umyć starannie w ciepłej wodzie. Ugotować na miękko dowolnie wybraną metodą. To znaczy albo włożyć do wrzątku i gotować trzy minuty, albo włożyć do zimnej wody i wyjąć w minutę po jej zawrzeniu. Nadtłuc z cieńszego końca i przełożyć do ogrzanej szklanki. Na wierzch włożyć świeże masło, posolić i popieprzyć według upodobania. Najlepiej smakują ze świeżym, chrupiącym rogalikiem. Można wybrać całkiem inną metodę. Na dno żaroodpornej szklanki włożyć pół łyżki masła, wbić dwa jajka i włożyć szklankę na trzy minuty do gotującej się wody, dobrze jest podłożyć na dno garnka z wodą małą ściereczkę. Po wyjęciu dać na wierzch pozostałe masło, sól i pieprz. Albo jeszcze inną metodę – do szklanki wlać łyżkę śmietanki, wbić na nią jajka, ugotować, dodać łyżeczkę masła, sól i pieprz. Byle nie zmieniać zasad w trakcie!    
Czytaj więcej