Dołącz do czytelników
Brak wyników

Podróże w głąb siebie

22 września 2022

NR 10 (Październik 2022)

Jedna, jedyna prawda

0 234

Rozmawiam ze znajomym o ludziach, którzy mają do siebie dystans. Przypomina mi się anegdota dotycząca umiejętności kulinarnych Marii Czubaszek, którą opowiada Wojciech Karolak w wywiadzie rzece Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz, że ja cię kocham...: „Z szarlotką było tak, że ją zrobiła i przemieściła z naczynia na talerzyk. I to było zdecydowanie coś pośredniego pomiędzy ciałem stałym a płynnym, z przewagą płynnego. Gdy zapytała, czy mi dołożyć, odpowiedziałem: Bardzo proszę, dolej troszeczkę”. Dopiero wtedy do niej dotarło, że to nie była czcza aluzja. I dolała. Znajomy odpowiada: ja nie jestem pewny, co picie wódki ma wspólnego z gotowaniem? Ta szarlotka to nie jest ciasto, tylko żubrówka z sokiem jabłkowym. Na tym polega ten żart, że ona mu tę szarlotkę zrobiła nie do jedzenia, tylko picia. Ja się upieram, że chodzi o ciasto z jabł­kami. Do rozmowy pod tytułem: „nic nie rozumiesz” przy okazji banalnego w gruncie rzeczy kontekstu jest jeden krok. Sytuację ratuje sama Czubaszek, dopowiadając w innym tekście, jak to była zdziwiona, że w przepisie na kaczkę „nie było żadnej informacji, że tego ptaka przed włożeniem do piekarnika należy rozmrozić”. Nooo zamrożonej kaczki do szufladki alkoholowego kontekstu wrzucić się nijak nie dało. 

POLECAMY

Przykład banalny, ale już temat poważny. Jestem w stanie sobie wyobrazić, bo wielokrotnie sama doświadczałam i byłam świadkiem, jak z takich drobiazgów brały się awantury i kłótnie. A dzieje się tak wtedy, gdy rozmowa o szarlotce zmienia się w pole walki o rację. Szczególnie gdy nie ma kontekstu, który by sprecyzował, o co chodziło. W naszej rozmowie to samo słowo otworzyło dwie zupełnie różne szuflady skojarzeniowe. I to jest okej. Tak działa język. Nieporozumienia komunikacyjne często dzieją się wtedy, gdy jedno określenie językowe uruchamia różne konteksty, ale rozmówcy są przekonani, że istnieje tylko jedno rozumienie słowa, które jest właściwe, dobre, prawdziwe. Jak w Dniu świra „moja racja jest najmojsza”. Z psychologicznego punktu widzenia dla mówiącego często prawdziwe jest to, co najbliższe w jego obszarze znaczeniowym. Różne rzeczy różnie nam się kojarzą. I jeśli idę do sklepu i ustalam z drugą osobą, co mam kupić, to precyzja językowa jest dosyć istotna. Jeśli jednak nasza rozmowa jest swobodną wymianą myśli, czy na pewno walka o detale ma sens?

Z prawdą jest jeszcze jeden problem. Otóż kłócimy się nie tylko o to, co naprawdę jakieś słowo znaczy, ale też jak naprawdę z nami jest. Mam znajomego, który ma sporą nadwagę. Za każdym razem, gdy się widzimy, zamawia bezę pavlova, cynamonki albo jagodzianki i żali się na problemy hormonalne, które jego zdaniem są przyczyną problemów z nadwagą. Za pierwszym razem, gdy to powiedział, łapiąc spadającą z bezy bitą śmietanę, chyba zauważył mój wzrok. Nie ubrałam w słowa swoich myśli, ale on chyba odczytał intencję, bo powiedział: „Już nie pamiętam, kiedy ostatnio jadłem coś słodkiego”. Przy kolejnym spotkaniu, gdy opowiadał o wpływie PESEL-u na spowolnienie metabolizmu, mogłam mimowolnie się uśmiechnąć, gdy dosładzał kawę z bitą śmietaną, bo poprzednia porcja cukru okazała się niewystarczająca. Przy kolejnych spotkaniach już chyba nie reagowałam. Czy to hipokryzja? Bo przecież w moim myśleniu nadwaga znajomego jest umocowana w tym, co i ile je. W tym, że się nie rusza. Że codziennie wieczór kończy dwoma piwami z pizzą? 

A może warto zadać pytanie od innej strony: czy człowiek może nie chcieć wiedzieć, co i ile naprawdę je? Ile pije? W jakim toksycznym związku tkwi od lat? Przecież zawsze na każdych imieninach czy spotkaniach świątecznych jest jakaś...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy