Wyspane dzieci to szczęśliwe dzieci (oraz szczęśliwi rodzice)!

Sypialnia Twojego dziecka powinna być miejscem sprzyjającym odpoczynkowi. Pokój, w którym śpi Twoje dziecko, powinien być odpowiednio przygotowany do odpoczynku i relaksu. Zadbajmy o to!
Czytaj więcej

Warunkowa akceptacja

Prostota polskiej literatury, ciągle próbującej uwodzić najmniej czytających i tych z niższymi kompetencjami kulturowymi, sprawia, że zaczynamy jej schematy przekładać na całość świata i wychodzimy z założenia, że przecież człowiek może mieć jednorazowo tylko jeden kłopot. Że jeśli jest wykluczany z jakiejś grupy albo z jakiegoś powodu, to zawsze tylko z jednego zbioru lub z jednej przyczyny. Życie ma jednak to do siebie, że jest dużo bardziej skomplikowane, niż próbuje to pokazać polska proza, i z reguły nie ogranicza ciosów spadających na głowę jednostki.  O tej dość banalnej obserwacji przypominam sobie na początku lektury Żywota i śmierci pana Hersha Libkina… – dramatu polskiej autorki, niewystawionego jednak w teatrze, a wydanego drukiem. Ishbel Szatrawska miksuje wątki, wysyła swojego bohatera do Kalifornii, każe mu robić karierę w Hollywood, spotykać się z Lauren Bacall i Humphreyem Bogartem. To nie jest jednak opowieść o sukcesie na miarę Bianki Lipińskiej, ponieważ Hersh to ocalony z Holocaustu, który wyjeżdża z Polski. Już nie ma dla kogo zostać, wszyscy jego bliscy zginęli, a on rusza za ocean w poszukiwaniu lepszego świata. Nie znajduje go jednak w Stanach Zjednoczonych, na celownik biorą go bowiem polujący na komunistów podejrzliwi agenci FBI, ksenofobi i antysemici, uczuleni na wszystkich obcych. A Hersh jest dla nich obcy podwójnie: nie dość, że samotny Żyd, to jeszcze uciekinier zza żelaznej kurtyny i na dokładkę gej, a zatem człowiek o wyjątkowo wątpliwej moralności. Hersh nie robi kariery, żeni się, razem z teściem prowadzi sklep z meblami, jest głęboko nieszczęśliwy, ciągle osaczony. Wydzwania do Polski, gdzie próbuje odnaleźć kogokolwiek ze swoich znajomych, szybko się jednak okazuje, że większość rozmów prowadzi tylko w wyobraźni, w rzeczywistości nękając telefonami zupełnie obce, przerażone osoby, obawiające się prowokacji i konieczności wyjaśniania w czasie przesłuchań przez UB powodów rozmów transoceanicznych.   Ishbel Szatrawska, Żywot i śmierć pana Hersha Libkina z Sacramento w stanie Kalifornia, Wydawnictwo Cyranka 2022 Ishbel Szatrawskiej udaje się stworzyć ten rodzaj opowieści, który jest mało u nas znany, to znaczy niepoświęcony Polsce. A jednocześnie tak wymyśla ona biografię swoich bohaterów, że ich losy rozbijają po drodze wszystkie puszki Pandory, jakie tylko mogły się trafić w połowie XX wieku. Przyjaciółka Herscha, zakochana w nim i nieszczęśliwa przez to Mildred Bobek, stawia sobie inny niż Hersh cel: chce się przystosować jak najszybciej do kultury amerykańskiej, intensywnie pracuje, by zgubić europejski akcent, wtopić się w nową rzeczywistość. Ona jednak także nie zostaje wynagrodzona przez los za swoje wysiłki – równie samotna, jedyna ocalona z rodziny austriackich Żydów, rodzi w Ameryce syna, który ma pecha, że osiąga dorosłość w czasie wojny w Wietnamie.  Nie ma tu żadnego pocieszenia, żadnego wentyla, żadnego możliwego wyjścia – niezależnie od kontynentu. Ishbel Szatrawska mówi także inną jeszcze ważną dzisiaj rzecz: ci, którzy nie doświadczyli wojny i związanego z nią cierpienia, nie są w stanie zrozumieć osób, które przez to przeszły. Żaden rodzaj współczucia, elastycznego intelektu i wyobraźni nie otwiera na akceptację, która wśród obcych przyznawana jest warunkowo, a warunki z reguły są trudne do spełnienia.  
Czytaj więcej

Życie zamyka się w doświadczeniu, nie w pudłach kartonowych. Ba, zamyka się w teraźni...

Jest tyle frazesów dotyczących afirmacji życia. Żyj, jakbyś za chwilę miał przestać żyć. Trzeba żyć, nawet jeśli runęło niebo. Weź życie we własne ręce, a zobaczysz, co się stanie. I tak dalej. Ja zrozumiałam cud życia, gdy przestałam bać się śmierci. Powiedziałabym dziś, że im bardziej jesteśmy świadomi przemijania i skończoności życia, tym bardziej możemy pokochać życie. Latem wróciłam do domu w Milanówku. Z bólem wyprowadzałam się z Warszawy. Przyzwyczaiłam się do miasta, do jego muzyki, rytmu, oswoiłam pęd codzienności. Przez te ostatnie lata nazbierałam kolejne rzeczy, pamiątki, ślady wielkomiejskiego życia. Dobrze mi się kojarzą, dlatego zapakowałam w pudła i zabrałam ze sobą. Rzeczy, których nie wyrzuciłam, powędrowały za mną w kolejny etap mojego doświadczania życia.  Myślę o tym, czym ono dla mnie jest. Doświadczanie życia. Marta Iwanowska-Polkowska nazywa ten proces „nażywaniem się”, co zakłada czerpanie ze świata jak najwięcej i jak najlepiej. Pełna zgoda. Lubię jej postawę i jest mi ogromnie bliska. Doświadczanie życia obejmuje nażywanie się i obejmuje kryzysy. Można nawet powiedzieć, że szczególnie kryzysy. O tym Marta również pisze w swojej książce #nażyćsię. Jak zacząć nażywać się od dziś. To kryzysy niosą ze sobą największy imperatyw do zmian, do kreatywnych poszukiwań, do wychodzenia poza barierę strachu. Prawdziwe doświadczanie wymaga więc wielkiej odwagi i otwartego umysłu, który nie boi się przeciwności losu, dysonansów i zmian. W psychologii istnieje pojęcie wzrostu potraumatycznego, występującego u osób, które doznały silnego emocjonalnego wstrząsu (przeżyły traumę), i przy sprzyjających okolicznościach doprowadzającego do pozytywnych zmian w ich życiu. Obserwacje kliniczne udowadniają, że osoby, które przeżywają z tego powodu silny stres i często PTSD, uznają później to doświadczenie za dobre i rozwijające. Oczywiście, jeśli trauma jest zbyt silna i wiąże się z za dużym cierpieniem, może być destrukcyjna i nie prowadzić do rozwoju osobowości.  Ogólnie trudne doświadczenia są budujące dla osób, które mają wsparcie społeczne i solidne fundamenty w postaci zintegrowanej osobowości i poczucia sensu w życiu. Umiejętność nadawania znaczenia temu, co dzieje się w naszym życiu, sprawia, że możemy przypisać kryzysom wartość. Nawet największe straty mogą przewartościować nasze życie i sprawić, że staniemy się po prostu lepszymi ludźmi. Jak więc zestawić temat dobrego doświadczenia życia z przeżyciem śmierci? To antagonizmy, które bez siebie przecież nie istnieją. Cykl życia jest klarownie opisany. Rodzimy się, potem umieramy. Wszystko, co jest pośrodku, jest właśnie doświadczeniem życia, wraz z jego początkiem i końcem. Sztuka tracenia, którą pięknie opisuje Ewa Woydyłło w książce Żal po stracie. Lekcje akceptacji, to jedna z najważniejszych lekcji w naszym życiu. Strata w naszym doświadczeniu wydrąża dziurę, która albo staje się naszą ciemną otchłanią rozpaczy, albo tworzy nową przestrzeń do wypełnienia wytworami dojrzałego myślenia i dobroci serca. Pracując przez wiele lat jako psychoterapeuta dziecięcy, z fascynacją obserwowałam, jak dzieci radzą sobie z doświadczaniem życia. Nie będąc często sprawcami swojego losu, a raczej beneficjentami decyzji i działań swoich rodziców. Ich pojemność emocjonalna i otwartość poznawcza sprawiały, że współtowarzyszenie w doświadczeniach było dla mnie źródłem nieustających zaskoczeń. Dzieci wychodziły obronną ręką z największych traum. Starałam się zrozumieć dlaczego. Co nas tak bardzo różni od dzieci. Po latach zrozumiałam, że poza bezkrytycyzmem, brakiem świadomości, bezwarunkowością jest to przede wszystkim bezgraniczna i bezpretensjonalna chęć przetrwania. Jak najlepszego, przyjemnego, pełnego zabawy słońca i nadziei życia. Nigdy więc nie dorównamy dzieciom pod względem ich zdolności doświadczania, możemy tylko czerpać od nich i się uczyć. Bycia tu i teraz. Bez oczekiwań. Oceniania. Czerpania z chwili. Z najczystszego źródła życia.  Patrzę na pudła, w które zapakowałam swoje czterdziestoletnie życie. Śmiać mi się chce z tego zbieractwa. Życie zamyka się w doświadczeniu, nie w pudłach kartonowych. Ba, zamyka się w teraźniejszości, momencie, chwili. To, co było, ma znaczenie. To, co będzie – także. Ale w ostatecznym rozrachunku możemy tylko zmierzyć to, co tu i teraz. Tutaj się zatrzymać. Pod wielką lipą lub płacząca brzozą. I patrzeć, jak pędzą nasze myśli, jak umykają nam uczucia, jak wszystko jest nietrwałe. Ale my trwamy. Dopóki los tak chce. Doświadczenie śmierci w moim życiu zmieniło mnie. Po stracie rodziców nie zapadłam się w bólu, ale paradoksalnie zatrzymałam się w chwili. Na jakieś dwa lata świat zawirował przed moimi oczami. Czytałam, słuchałam, doświadczałam. Obojętność dała mi perspektywę narratora, który nie oczekuje i nie ocenia. Zobaczyłam ludzi, jakimi są. Świat, cykl życia – jakim jest. Nieubłagany, skończony, kategoryczny. I odkryłam dla siebie w tym nadzieję. Nieoczekiwanie ogarnęła mnie czułość wobec kruchości tego, co mam. Co zostało. Dar życia, jakim została obdarzona. Doświadczenie życia jest więc dla mnie nieustająca celebracją. W smutku i tęsknocie. W rozpaczy straty. W miłości bliskich, w sprzecznościach. Za to kocham życie najbardziej. Im szybciej zaakceptujesz jego skończoność, tym bardziej pokochasz bycie tu – na Ziemi. Takie moje doświadczenie, a Wasze? 
Czytaj więcej

„…wszystko minie, minie, minie…”

Słowa te powracają w bajce Hansa Christiana Andersena Świniopas. Jej tytułowy bohater to przebrany książę, panujący w niewielkim i niebogatym państwie. Inne postacie także należą do elity władzy. Księcia odróżnia jednak od pozostałych nie tyle dążenie do poślubienia córki cesarza (wspinanie się po szczeblach kariery jest wspólną cechą członków tej elity), ile gust. Upodobał sobie bowiem wysublimowane piękno natury: urodę i zapach róży oraz śpiew słowika. Zapach róży i śpiew słowika służą prokreacji, ale róża sprawia radość nie tylko zapylającym ją owadom, a śpiewający słowik – nie tylko samiczce. Cenią je także władcy, chociaż, jak się okazuje, nie wszyscy. Książę miał nadzieję, że pachnąca róża i śpiewający słowik zjednają mu przychylność wybranki – cesarzówny. Jakże się zawiódł! Dary zostały odrzucone. Cały cesarski dwór był zawiedziony, że nie były produktem zręcznego wytwórcy, choć początkowo wydawały się piękne. Można przypuszczać, że elita cesarskiego dworu ceniła sztukę (dziś powiedziano by: artefakty), a prowincjonalny książę, chociaż panujący – naturę. Hipotezę tę obaliły wyniki eksperymentu, jaki przeprowadził książę (nauka empiryczna od czasów Andersena także zdążyła zakwestionować opozycję natura – kultura). Wzgardzony wielbiciel, przebrawszy się stosownie, zatrudnił się u cesarza jako świniopas i po godzinach majstrował zmyślne zabawki. Nazwalibyśmy je dzisiaj gadżetami. Miał widać dobre rozeznanie upodobań dworu (powiedzielibyśmy dzisiaj: targetu), ponieważ jego produkcja wzbudzała w księżniczce zachwyt i chęć posiadania tych przedmiotów. Damom dworu również się one podobały i pomagały cesarzównie w ich zdobywaniu. Książę świniopas i producent gadżetów żądał zapłaty w pocałunkach, a księżniczka płaciła. Dopóki cesarz nie odkrył, na czym polegają te transakcje. Wyrzucił oboje z pałacu, ale to cesarzówna nie miała dokąd się udać, a książę nie był już zainteresowany małżeństwem. Słuchał tylko, jak bezdomna cesarzówna nuci jedyną piosenkę, jakiej się nauczyła: „…wszystko minie, minie, minie…”. Oprócz zaprzeczenia obiegowemu twierdzeniu o różnicach dzielących upodobania elit i pospólstwa, bajka ta mówi o zgubnych następstwach dążenia do natychmiastowego zaspokajania potrzeby przyjemności. Tylko dlaczego są one zgubne zwłaszcza dla dziewcząt? Pierwszy wyprodukowany przez księcia świniopasa gadżet miał kształt garnuszka do gotowania wody. Opatrzony był dzwoneczkami wygrywającymi melodię piosenki Ach, kochany Augustynie, wszystko minie, minie, minie – jedynej, jaką znała córka cesarza. Wrząca w nim woda informowała, co mieszkańcy stolicy gotują na obiad. Bywa, że gadżety bawią i zaspokajają ciekawość, a równocześnie inwigilują. Gotowanie ma tę zaletę, że buduje drogę do zaspokojenia potrzeby przyjemności. Nawet tak proste, jak porka z podkrakowskiego przysiołka Gacki u wrót Doliny Kluczwody.    PORKA osiem ziemniaków średniej wielkości pół szklanki mleka cztery płaskie łyżki mąki pszennej do smaku sól Omasta do porki     25 dag boczku Omasta dla wegetarian     dwie cebule trzy łyżki masła lub oleju Ziemniaki, najlepiej rozsypujące się podczas gotowania, obrać, pokroić na ćwiartki i ugotować w osolonej wodzie. Zajmuje to piętnaście do dwudziestu minut. W tym czasie zrumienić na złoto posiekaną cebulę albo stopić na skwarki pokrojony w kosteczkę boczek. Ugotowane ziemniaki odcedzić, ale niedokładnie, pozostawiając nieco wody. Wlać mleko i utłuc ziemniaki na gładką masę. Wsypać mąkę do masy ziemniaczanej i energicznie ją wmieszać, trzymając garnek na małym ogniu przez kilka minut. Jeść na ciepło, odpowiednio okrasiwszy.   
Czytaj więcej

Byłem taki jak ty

Gdy obejrzałem francuską komedię filmową Pracownik miesiąca, stanęły mi przed oczami liczne sytuacje w pracy, które niegdyś bardzo mnie emocjonowały: czasem śmieszyły, czasem oburzały, czasem pozostawiały ślad po draśnięciu ambicji. Tytułowy bohater filmu jest urzędnikiem, który ma być zredukowany w związku z cięciami budżetowymi w jego firmie, ale na różne sposoby wywija się doświadczonym pracownikom kadr. Okazuje się, że pomysłowość i brawura mogą zwyciężyć w starciu ze sprawdzonymi socjotechnicznymi metodami.  Bywałem po obu stronach: i jako ten, który zwalniał innych, i jako, ten którego zwalniano. Wydawałoby się więc, że poznałem system, że wiem, jak się uchronić przed zaskoczeniem, jak wyciągnąć wnioski z doświadczeń, przecież wszystko się zawsze powtarza. I tu czuję ukłucie. Wszystko się zawsze powtarza? Przecież ani wszystko, ani zawsze. Nie da się uchronić przed przykrościami tylko dlatego, że ktoś już kiedyś je przeżył i może nam przekazać swoje know-how. Wiedziałem to praktycznie od zawsze. Nawet wtedy, gdy jako świeżo upieczony absolwent Akademii Teatralnej wylądowałem w tygodniku „Polityka” w roli etatowego recenzenta teatralnego. Moim szefem, sprawującym bezpośrednią opiekę nad działem kultury, był wtedy wicenaczelny Daniel Passent. Któregoś dnia pan Daniel zawołał mnie do swojego pokoju i przedstawił taką oto propozycję: „Obserwuję pana od jakiegoś czasu i dostrzegam, że jesteśmy do siebie podobni – popełnia pan te same błędy, które ja popełniałem, będąc w pana wieku. Dlatego pomyślałem, że obejmę pana swoją opieką, żeby dzięki mojemu doświadczeniu ustrzec pana przed tym, co mnie spotkało”. Moja reakcja zaskoczyła nawet mnie samego, nie mówiąc o opiekunie in spe. Wykrzyknąłem: „Ale ja tego nie chcę! Nie chcę, żeby pan mnie ustrzegł przed błędami, które pan popełnił, bo ja mam prawo do tych błędów. To będą moje błędy i mam prawo je popełnić!”. Daniel Passent oniemiał. Prawdopodobnie zupełnie się nie spodziewał, że jego oferta może zostać odrzucona – i to z tak niedorzecznego powodu. Jednak przyszłość udowodniła mi, że to ja miałem wtedy rację. Takie podpieranie się doświadczeniem innych jest bowiem może i praktyczne, ale osłabia osobowość. To jak w nauce jazdy na nartach – nie nauczymy się dobrze jeździć, nie upadając, a może i nie nabijając sobie siniaka. Siniaki są błogosławieństwem. Ból jest dowodem życia. Porażka – rewersem sukcesu. Każdy, kto próbuje przekazać swoje doświadczenie komuś innemu, żeby ustrzec go przed popełnieniem swoich błędów, w istocie osłabia tę osobę. Daniel Passent też to zrozumiał. Choć wtedy boleśnie odczuł odrzucenie i tak uprzykrzał mi życie w redakcji, że w końcu stamtąd odszedłem, to jednak po latach udzielił mi jednego ze swoich najlepszych wywiadów i tego hardego chłopaka, który stał się mężczyzną, po prostu szanował. A ja? Jak mu wtedy podziękowałem za chęć podzielenia się swoim doświadczeniem? Zjechałem w recenzji jego przedstawienie w Teatrze Syrena i położyłem mu na biurku, żeby ją zatwierdził do druku. A on zatwierdził. 
Czytaj więcej

Zadanie szoku

Lubię zadać szoku. Szyku przy okazji też. A w gruncie rzeczy: szoku szykiem. Brzmi dość tajemniczo? I o to, oczywiście, chodzi. A dokładnie: o chodzenie w określone miejsca w kostiumie bezwstydnie te miejsca negującym, rzucającym się w oczy jak do gardła, wyzywającym i wyzwalającym. Pierwszy lepszy, och, możliwe, że najlepszy przykład z brzegu: wieczór upalnego lata, brudny squat urządzony w jakiejś pofabrycznej ruderce. Wszystko na wskroś punkowe – stroje, napoje, nastroje. I wtedy wchodzę ja, cały na elegancko. Szyty na miarę garnitur, kłująca jakością koszula, wypastowane na błysk buty z cielęcej skórki, nabłyszczająca, dyskretnie perfumowana mgiełka na włosach, spektakularny zegarek ze srebrną bransoletą, sygnet, tym razem złoty, do tego zapach od Frederica Malle. Sobie to wyobrażacie? Miny tych wszystkich obszarpanych anarchodemoralistów? Ich nieskrywane zgorszenie obecnością kogoś takiego w świątyni pogo i nieakcyzowanej popijawy? Możecie mi wierzyć na słowo – zatkało ich wszystkich. Nawet zespół przestał rzępolić. Stali oniemiali przez chwilę, szybko się jednak zreflektowali, muzyczny chaos uderzył po bębenkach, towarzystwo wróciło do punkowych czynności, ale nic już nie było takie samo. I o to, oczywiście, chodziło.  Filharmonia, dla odmiany. Śmietanka ubita na sztywno gorsetem konwenansów. Suknie, garsonki, fraki, ę, ą, panie przodem, z olejem flaki. Drzwi odskakują z impetem i wchodzę ja. Tym razem cały na metalowo. Czarne utapirowane włosy, czarny makijaż, czarna skórzana kurtka, takież spodnie, wysokie glany. Wszystko nabite dwunastoma kilogramami ćwieków. Do tego obroża na szyi i wielki odwrócony pentagram na grubym łańcuchu. Wszystko nienagannie czyste, doskonałej jakości. I niech spróbują mnie wyrzucić. Spróbowali. Bez skutku.  Nieźle było także na miejskiej wigilii dla ubogich. Wystarczyło użyć ciuchów z punkowego koncertu, dołożyłem tylko półprzezroczystą siatkę wypchaną plikami banknotów, którą postawiłem obok talerza z barszczem. Wyprosili mnie dopiero przy próbie pobrania trzeciej dokładki pierogów, nie opierałem się, trochę mnie mdliło. Bawiłem się naprawdę świetnie, było mnie też na to stać, tym bardziej bawiłem się na całego. Z biegiem czasu weszło mi to jednak w krew. Właściwie nie umiałem już inaczej. Nawet na uroczystościach rodzinnych. Zaczęło się od pogrzebu dalekiej ciotki. Wiadomo, na pogrzebie obowiązuje funerlany dress code, a ja wchodzę cały „bahamiczny”: klapki, spodenki, koszula w palmy i różowy daszek przeciwsłoneczny. Ojciec dał mi w twarz, matka nie odzywała się miesiąc. Warto było.  Tylko że robiło się coraz grubiej. Na zakończenie podstawówki syna przyszedłem w stroju żula. Nie śmierdziałem, ale sam kostium był tak dobry, że ludzie zatykali nosy. Później na rozprawę rozwodową wparowałem w stroju nurka. Z butlą i całym osprzętem. Przegrałem o włos. Te wszystkie stroje bardzo się przydały. Po ich sprzedaniu starczyło mi na wynajem kawalerki na dwa miesiące. Postanowiłem się za siebie wziąć. Pójść na terapię.  Tylko nie wiem, w co się ubrać. 
Czytaj więcej

W jaki sposób obserwować ptaki, czyli kilka słów o terapii wśród ptasich treli

Pandemia COVID-19 uświadomiła nam, jak bardzo zatęskniliśmy za kontaktem z przyrodą. Za wycieczkami do parku, lasu, nad jezioro czy rzekę, w góry, a nawet na pustynię. I wszędzie tam są ptaki. Od czego zacząć ptasie obserwacje, które stają się coraz popularniejsze?
Czytaj więcej

Autocoaching – jak odzyskiwać energię, gdy brakuje sił?

Gdy przychodzi moment, w którym zaczyna nam brakować energii, możemy borykać się z obniżoną satysfakcją z życia oraz niską skutecznością. Dlatego bardzo ważna jest zdolność do rozpoznawania przyczyn obniżonej witalności oraz umiejętność wprowadzania narzędzi służących jej podwyższaniu. Jak wykorzystać do tego autocoaching?
Czytaj więcej

Jak wprowadzać rodzinne rytuały?

Rytuały nadają sens życiu rodzinnemu i wspólnemu spędzaniu czasu, integrują i dają poczucie więzi oraz bliskości, wspomagają rozwój społeczny, uspokajają. Warto zatem angażować nawet małe dzieci w ich wymyślanie i wdrażanie. Wszystko po to, aby usłyszeć po latach: „Mamo, tato, dziękuję, że wtedy...”.
Czytaj więcej

Seks tak pięknie różny

Kobiety są z Wenus, a mężczyźni z Marsa – ta od lat powtarzana maksyma ma podkreślić różnice między płciami. Jak przekładają się one na nasze intymne relacje i jak to, jak funkcjonujemy na co dzień, wpływa na to, co dzieje się w nocy?
Czytaj więcej

O czym "mówi" ból?

Boimy się bólu. Uważamy, że nie niesie ze sobą niczego dobrego. A przecież ból to sygnał ostrzegawczy, że z ciałem dzieje się coś niedobrego pod względem fizycznym i emocjonalnym. Często jest rozpaczliwym wołaniem o pomoc, gdy zawiodły inne sposoby zwrócenia na siebie uwagi. Każdy ból coś mówi…
Czytaj więcej

Samotność

Nie jest to temat pasujący do lata. Wszyscy, w każdym razie większość, wypoczywają, poznają nowych ludzi, odwiedzają nowe miejsca i starają się być na bieżąco z tym, co się dzieje na świecie. Wydawać się może, że właśnie teraz jest czas, kiedy nie powinniśmy czuć się samotni. Tymczasem poczucie samotności może dotykać zarówno starszych (do których sam się zaliczam), jak młodych. Jednak samotność starszych i młodych może mieć różne przyczyny – i zapewne konsekwencje. Samotność ludzi starszych może wywodzić się z braku bliskich osób – część dawnych przyjaciół przeniosła się już do wieczności, a ci, którzy zostali przy życiu, niekoniecznie chcą mieć z nimi kontakt. Zostają dzieci i wnuki, ale, po pierwsze, relacje te są sporadyczne, a po drugie, ludzie starsi często starają się dawać różne rady młodym pokoleniom. Jednak te rady nie są akceptowane, ponieważ dotyczą czasów, które dawno temu minęły.  Samotność młodych ma inny charakter. Czasami jest to poczucie samotności w tłumie. Ludzie młodzi odczuwają samotność także dlatego, że nie czują obecności innych jako czegoś istotnego i ważnego. Wprawdzie żyją w obecności innych, ale osoby te mogą dla nich niewiele znaczyć. Może też być tak, że inni znaczą tak wiele, że młodzi czują się niejako omotani ich istnieniem. U osób młodych samotność może także wynikać z faktu, że mają wprawdzie wielu znajomych a także przyjaciół, ale kontaktują się z nimi za pośrednictwem Internetu. To jest inny rodzaj kontaktu niż spotkanie twarzą w twarz. Pewne bodźce w kontakcie internetowym są niedostępne albo częściowo niedostępne. Mam tu na myśli nie tylko bodźce dotykowe, lecz również wiele innych. Na przykład komunikacja może dotyczyć emocji. W Internecie można korzystać z języka emoji, ale język ten ma ograniczone możliwości, nie pozwala choćby przesyłać informacji o emocjach złożonych. Młodzi ludzie przeżywają też różnego rodzaju kryzysy oraz buntują się. Często taki bunt dotyczy nie tylko radzenia sobie ze sprzecznymi wymaganiami otoczenia, ale także bywa buntem wewnętrznym. Każdy z tych buntów może również prowadzić do samotności. Niektóre z nich to bunty przeciwko rodzicom, którzy przestają być grupą odniesienia. Młodzi szukają innych grup – są to przede wszystkim grupy rówieśnicze. Jednak okres dojrzewania to okres niebezpieczny, ponieważ w tym czasie następują duże zmiany hormonalne. Zmiany te mogą prowadzić także do niekontrolowanej agresji w grupach rówieśniczych.  Osobną sprawą są zmiany tożsamości. Nie będę omawiał wszystkich, ale chciałbym zwrócić uwagę na jeden, a mianowicie na tożsamość moratoryjną. W tym czasie młodzi ludzie podejmują różne działania o charakterze eksploracji. Eksperymentują i sprawdzają siebie, swój potencjał i możliwości. Często te działania wykonywane są bez obecności innych. Dodatkowo towarzyszy temu wysoki poziom lęku. W tym okresie odsuwa się również w czasie podejmowanie ważnych decyzji dotyczących przyszłości.  Można zatem stwierdzić, że w okresie młodzieńczym samotność może być często doświadczana przez adolescentów. Ma ona inne źródła niż samotność ludzi starszych. Ci już nie przeżywają kryzysów tożsamości ani nie buntują się przeciwko komuś. Co najwyżej mogą buntować się przeciwko sobie, przeciwko wyborom, których kiedyś dokonali. To wszystko sprawia, że choć mówimy tu także o samotności, jest to zupełnie inny rodzaj tego zjawiska. 
Czytaj więcej