Ona płacze, ja bym pospał…

Idę czytać do wanny – nie z wygody, ale z zagonienia. Planuję się ukryć w łazience przed mężem i dziećmi i złapać (mały) oddech. Wiadomo, że w łazience można się nie tylko ukryć, ale i zachować godność, udając konieczność przeprowadzenia skomplikowanych zabiegów higienicznych. No więc wanna jest moim szampanem i truskawką z czekoladą, ale bez wyrzutów sumienia. Jest już późno, nikt nie powinien mieć żadnych potrzeb koniecznych do zrealizowania tu i teraz. Zamierzam czytać w wannie również z innego powodu – podobno w kąpieli nie można zasnąć, więc może uda mi się trochę podgonić lekturę.
Czytaj więcej

Przygoda na działce

Długi weekend. Wypoczywałem w hamaku, kontemplując stemple, którymi podparłem słaniającą się altankę, gdy przy płocie pojawił się sąsiad. Zdecydowanie przypalony szaszłyk w jego dłoni wskazywał, iż przybyszem był z ogródka, w którym odbywał się całopalny grill, czyli wydarzenie, na które najmocniej kręciła nosem moja partnerka, gdy zasygnalizowałem chęć nabycia rodowskiej posiadłości. Będziesz się wędził w smrodzie grilla i disco polo, wieszczyła, przysięgając, że jej noga nie postanie w krainie starych pierdzieli. Bez urazy, cytuję tylko jej słowa.  Wizja mniej więcej własnego kawałka ziemi w granicach administracyjnych miasta była na tyle kusząca, że zdecydowałem się na zakup. Z całym dobrodziejstwem inwentarza, tamtego dnia – w postaci odzianego jedynie w przyciasne shorty brzuchacza, który wymachując mięsnym szpikulcem, coś do mnie mówił. Nie zrozumiałem ani słowa. Pijany – pomyślałem. Przyjrzałem mu się, ale szczerze mówiąc, wyglądał na zupełnie trzeźwego. Jeszcze raz zaterkotał ni to po portugalsku, ni to po węgiersku z dodatkowymi znakami stukającymi. Obcokrajowiec, przyszło mi do głowy, ale wtedy z owego węglodrzewnym dymem spowitego ogródka wyszedł facet, z którym zdarzyło mi się zamienić parę niezbyt przyjemnych słów odnośnie do moich mleczy bezczelnie wysiewających się na jego nieskazitelnym trawniku. Ów facet zaterkotał równie dziwnie co ten przy płocie. Ponieważ nie odpowiadałem, szaszłykowiec zaterkotał dosadniej, potem machnął szaszłykiem i sobie poszedł.    Może to ze mną było coś nie tak? Tylko że ja tego dnia od rana popijałem wyłącznie ziółka z własnego zielnika. Trochę zaniepokojony zadzwoniłem do partnerki. Gdy usłyszałem jej iberyjsko-ugrofińskie terkoty, rozłączyłem się czym prędzej. Może mam udar, pomyślałem, wylew? Niemożliwe, czułem się w pełni zdrów, wręcz kwitnąco. Włączyłem starą unitrę – spadek po poprzednim właścicielu działki. Na wszystkich kanałach królował portugierski, a na jednym dało się słyszeć prawdziwy węgierski. Tego było za wiele. Wybrałem numer matki, postanawiając, że jeśli i ona zaterkocze, pojadę do szpitala. Trzy minuty później gnałem rozmiękłym asfaltem do najbliższej lecznicy. Nie dojechałem. Zatrzymał mnie patrol drogówki. Bóg mi świadkiem, że nie jestem człowiekiem religijnym, ale wtedy modliłem się, by funkcjonariusze odezwali się normalnie, po polsku. Nic z tego. Policjant zasypał mnie gradem dziwosłów. Odpowiedziałem w ojczystym. Zamarli jak rażeni. Po chwili jeden sięgnął po alkomat, drugi do kabury. I wtedy przyszło mi coś do głowy. Zaterkotałem po portugiersku, zdając się na kompletny bełkot. Policjanci roześmiali się, straszy pogroził żartobliwie paluchem i kazali jechać (na szczęście gestem).  Wróciłem na działkę. Zaterkotałem do partnerki, do mamy, nawet do sąsiadów, za co dostałem niemal surowy kawał karkówki. Schroniłem się w trzeszczącej altance. Na stole stał kubek z ziółkami. Kubek ozdobiony był kotkiem, za co skazany został na działkową banicję. Kotek mi się przyglądał. Mrugnął? Nie byłem pewien. Natomiast wiem, że się szeroko uśmiechnął. Tak, tego jestem pewien.  
Czytaj więcej

Relacje to spotkania – nigdy na zawsze

Żyjemy wśród ludzi. Żyjemy ze sobą, z bliskimi, z naturą. I od narodzin – zawsze w relacji. A żadna z nich nie trwa wiecznie. Relacje to spotkania. Czasem pozostajemy w nich na chwilę, czasem na dłużej. A kiedy czujemy, że warto i nic nie zagraża naszej autonomii – budujemy trwalsze więzi.  Wszyscy jesteśmy trochę jak pasażerowie, którzy wspólnie podróżują jednym pociągiem – na każdym z przystanków ktoś wysiada, ktoś inny wsiada, wspólnie odbywamy podróż w jednym przedziale albo mijamy się na korytarzu. Świadomość nieustającej zmiany, nietrwałości naszych relacji pozwala nam oswajać lęki przed porzuceniem, niestałością. To również jakiś rodzaj wolności osobistej, która przeraża, ale jest niezbędna, żeby zbudować więź najtrwalszą z możliwych – z samym sobą. Relacja z innymi nie może być jedynym źródłem radości i najważniejszym celem życia. Tylko zdrowa relacja z samym sobą pozwala wypełnić pustkę, kiedy pasażer z przedziału decyduje się przerwać podróż lub wysiąść na innej stacji. Tylko zdrowa relacja z samym sobą pozwala zbudować poczucie własnej wartości, dzięki któremu zrozumiemy, że nigdy nie będziemy samotni. To, jakie tworzymy relacje z innymi, kto staje się nam bliski na różnych etapach naszego życia, mówi wiele o nas samych. Relacje bywają złożone i różnorodne, pełne dobrych uczuć lub wzajemnej niechęci, ale jest wiele rzeczy, które można zrobić, aby spotkania z innymi osobami były budujące i wzmacniały nasz dobrostan, ponieważ od tego zależy nasze poczucie szczęścia i długość życia. Wśród najważniejszych czynników warunkujących długie zdrowie i szczęście dr Robert Waldinger wskazał właśnie relacje. Ludzie związani z rodziną, przyjaciółmi czy społeczeństwem są szczęśliwsi, fizycznie zdrowsi i żyją dłużej niż ci, którzy nie utrzymują takich kontaktów. Osoby odizolowane mają gorsze samopoczucie, szybciej się starzeją i żyją krócej. I nie chodziło wcale o liczebność osób w relacji, ale o jakość tych relacji. Ale…  Założenie, że mamy być ze sobą do końca życia, zarówno w miłości, jak i w przyjaźni, nie jest budulcem, jest tylko sumą strachów. Jest też nieprawdziwe, bo niemożliwe. Każdy z nas kiedyś odejdzie, bo życie ludzkie jest obliczone w czasie. Odejdziesz pierwszy albo odejdzie ktoś, kogo kochasz. Myśl o tym jest przerażająca wtedy, gdy nie dajemy sobie niezbędnej wolności. Wolności rozumianej jako decyzje, los lub inne czynniki, które stają na drodze bycia razem. Wolności, która nie jest brakiem odpowiedzialności, zasad czy nadmiernym luzem. Wolności, która jest mądrością wynikającą ze świadomości, że nic, co nas spotyka w życiu, nie jest po prostu trwałe. Nietrwałość ta nie musi nas pozbawiać głębokości przeżywania, szczerości intencji czy pragnień o życiu ze sobą wiecznie. Towarzyszy nam ona jak niezbędna myśl o skończoności życia, o spotkaniach ważnych, ale nietrwających całe życie, o swobodzie wyboru, na którym przystanku chce wysiąść, razem lub osobno. Przekonuje mnie jedno z fundamentalnych założeń buddyzmu o nieprzywiązywaniu się do rzeczy, ludzi, czegokolwiek. Przeciwstawne założenie zawsze niesie za sobą jakiś rodzaj zniewolenia: siebie i innych.  Wierzę w miłość, która nie oczekuje, nie stawia nierealistycznych warunków, opiera się na tym, że tak naprawdę każdego dnia podejmujemy decyzję, czy chcemy razem podróżować dalej. Większość ludzi bardzo się boi takiego myślenia. Dlaczego? Bo interpretuje odejście jako odrzucenie, niespełnienie, rozczarowanie kogoś sobą. Bo uruchamia traumy wczesnodziecięce, które wynikają z emocjonalnych porzuceń, błędnych poznawczych założeń, niskiego poczucia wartości. Co by się stało, gdybyśmy zaczęli myśleć o tym inaczej? Czerpać ze spotkań. Każdych. Tych krótkich, długich i tych do końca. Dlaczego wartościujemy je przez pryzmat czasu trwania? Można się pięknie spotkać w przedziale i przeprowadzić z kimś jedną z najważniejszych rozmów w życiu. Można być ze sobą kilka lat i nauczyć się od drugiego człowieka jego spojrzenia na świat, miłości, odmienności. Można wreszcie pozwolić ludziom odchodzić i nie żywić urazy. Zachować to, co dobre. Wiem, nie jest to łatwe. I nie dzieje się od razu. Ale próba przeformułowania naszych ważnych spotkań daje szansę na rozwój, wdzięczność i nadzieję, która pozwoli być ciekawym i pełnym ekscytacji wobec tego, co dalej. Kto dalej. I jak dalej.  Filozofia buddyjska uczy też tego, że czasami na danym etapie życia albo po prostu w tym życiu niektóre spotkania nie mogą się spełnić. Wnosimy ze sobą za dużo zranień, deficytów, gniewu. Nawet najlepsza terapia nie jest w stanie tego zmienić. Po prostu nie. Odejście, a nawet śmierć, bywa szansą na lepsze spotkanie, lepszą relację. Nawet jeśli odbywa się ona w innej przestrzeni, choćby duchowej. Potrafimy wtedy wybaczyć, otworzyć się, spojrzeć z innej perspektywy. Coś, co jawi się jako koniec, tak naprawdę może być początkiem czegoś lepszego, czystszego, pięknego. Myśleliście o tym w taki sposób? Wiele lat zajęło mi, by dojrzeć do takich przeformułowań. Wiele mi dało wybaczenie. Patrzę wstecz i jestem wdzięczna za spotkanie z mamą, tatą, byłymi partnerami. Każde to spotkanie było ważne, wiele mnie nauczyło i pozostało w moim przeżywaniu. Tak naprawdę żadna z tych relacji się nie skończyła, bo niosę ją w sobie.  Czy istnieje miłość jedna na całe życie? Nie wiem. Nie dane mi było tego doświadczyć. Czy moje życie byłoby lepsze, gdyby tak było? Nie mam pojęcia. Coraz bardziej jestem przekonana, że przy moich osobistych deficytach nie było to możliwe. Nie w tym życiu. Ale jestem wdzięczna za wszystkie miłości, które były mi dane. Także te, które sprawiały ból. Jestem dziś utkana z przeżytych historii, z uczuć wtedy przeżywanych, wiedzy, którą nabyłam o sobie samej. Nie analizuję dziś, co ktoś miał w głowie, dlaczego tak się zachował, to przecież teraz nie ma żadnego znaczenia. Jedyne, co ma znaczenie, to moje uczucia, zachowania, ich powtarzalność oraz ich ukryte motywy. Czasem ktoś, kogo spotkałam, był po prostu figurą, która pozwoliła mi lepiej poznać siebie. Albo też ja byłam figurą dla kogoś. Moim zdaniem było warto… Zachęcam Was do tej wolności. Dawania jej sobie i innym. W tej wolnej przestrzeni rodzi się najpiękniejsze doświadczenie drugiego człowieka i siebie, rodzi się też odwaga, która pozwala odejść, gdy nasze granice są przekraczane, a ból staje się nie do zniesienia. Jest to też moim zdaniem najczystsza miłość, jaką możemy dać drugiej osobie. Wolna od oczekiwań. Po prostu wolna. Dla R.  
Czytaj więcej

Kobieta na polskim tronie

Legendy znakomicie nadają się do tworzenia i – co więcej – formowania świadomości zbiorowej. To zdumiewająco stara prawda. Są akceptowane. Nikomu nawet nie przychodzi do głowy sprawdzanie ich prawdziwości. Czasem nazywamy je mitami. Czasem dodajemy – założycielskimi – co podnosi ich rangę, bo w ten sposób ich treść staje się podstawą tożsamości grupowej.  Legenda o Wandzie, córce Kraka, istnieje w kilku wersjach. Najstarszą jest zapisana przez Kadłubka, a ostatnie chyba są wersje przeznaczone dla dzieci. Pewnie dlatego każdy Polak wie, że nie chciała Niemca. Wolała samobójczą śmierć w Wiśle. Nowhutczanie wiedzą też, że w ich dzielnicy została pochowana, a nad jej mogiłą usypano kopiec. Kadłubek podaje inną wersję. Ziemie, którymi Wanda rządziła po śmierci ojca, najechali Lemanowie (nie zawsze nazywano ich Niemcami), a Wanda dzielnie dowodziła obroną, lecz zginęła w tej wojnie. Kronikarz wywodzi też nazwę rzeki – Wisła – od imienia władczyni, której lud – według niego – też wziął nazwę Wandalowie od jej imienia.  Inne wersje dodają Wandzie siostrę Libuszę (a nawet dwie) oraz braci. Przypisują Wandzie i Libuszy założenie odpowiednio: Krakowa i Pragi. Jeszcze inne wprowadzają germańskiego księcia domagającego się jej ręki w małżeństwie. Sława mądrości i sprawiedliwości następczyni Kraka miała skłonić go do matrymonialnych zamiarów. Posyłał posłów, w innych wersjach sam zjawiał się w Krakowie, w jeszcze innych pojawiał się jako najeźdźca. W każdej z nich spotykał się ze stanowczą odmową Wandy. A ponieważ także był stanowczy, a nawet – według współczesnej terminologii – nie wahał się zastosować przemocy, Wanda popełniła samobójstwo.  Wczesne wersje motywacji kobiety-księcia podnoszą jej miłość poddanych i do miasta Krakowa. Zabiła się, żeby ich nie opuszczać. Późniejsze skupiają się na niechęci Wandy do mężczyzn i bezzasadnym kulcie dziewictwa. Śmierć samobójcza miała dziewictwo uchronić. W Legendzie Wyspiańskiego Wanda jest dzielną wojowniczką, własnym przykładem zagrzewającą rycerzy do walki. W tekście dramatu woła: „Za mną chłopy, na barykady, na okopy…”. Zawołanie cokolwiek dwuznaczne, podobnie jak zew Wolności wiodącej lud na barykady na obrazie Delacroix.  Szczególnie interesująca jest zamiana motywacji samobójstwa władczyni z miłości na nienawiść. Wpierw było to umiłowanie poddanych i chęć uniknięcia bólu rozłąki. Potem silna niechęć do mężczyzn, a w końcu nienawiść do całego narodu zalotnika. Ingerencja w treść mitycznej opowieści może więc służyć wskazywaniu wspólnego dla społeczności wroga – co więcej, utrzymywaniu jednoczących społeczność negatywnych emocji, nadając niechęci rangę cnoty.  Poza tym legenda o Wandzie była też wykorzystana do wprowadzenia na tron polski dwu kobiet: Jadwigi Andegaweńskiej i Anny Jagiellonki. Ta pierwsza też nie została (chociaż chciała) żoną Niemca, tylko Litwina. Ta druga miała dwóch mężów: Francuza i Siedmiogrodzianina. Oba małżeństwa miała nieudane.  Na lato warto sięgnąć po chłodnik zwany litewskim, chociaż mocno na oryginalną chłopską zupę wpłynęła kuchnia dworska.  CHŁODNIK LITEWSKI CHŁOPSKI 1 szklanka (na osobę) kwaśnego mleka     1 ogórek kiszony     ½ szklanki wody z ogórków     1 gałązka koperku     2 łyżki kiszonego barszczu buraczanego lub soku z surowego buraka         sól do smaku Ogórka zetrzeć na tarce o grubych oczkach. Koperek posiekać. Mleko, wodę spod ogórków i sok buraczany dobrze roztrzepać, dodać ogórka i koperek. Ochłodzić w lodówce lub chłodziarce.   CHŁODNIK LITEWSKI DWORSKI 1 szklanka (na osobę) kwaśnej śmietany     ½ szklanki kiszonego barszczu buraczanego     1 ogórek kiszony     1 jajko     5 szyjek rakowych (lub krewetek)     1 gałązka    koperku         sól do smaku Jajka ugotować na twardo. Obrane ogórki i ostudzone jajka pokroić na cienkie plasterki. Włożyć do wazy razem z ugotowanymi szyjkami rakowymi. Można użyć ugotowanych krewetek, bo raki są rzadkością w polskich wodach. Można je też zastąpić pokojoną w słupki zimną pieczenią cielęcą. Dla wegetarian, zamiast raków lub cielęciny, dodać kostki mozarelli.  Śmietanę dobrze roztrzepać z barszczem, posolić do smaku. Wlać do wazy.  Posypać obficie siekanym koperkiem. Podawać schłodzony.  Kto dziś używa waz do zupy? Ale może na cześć Jagiellonów?  
Czytaj więcej

Podróże w głąb siebie - Dropsio

Pierwszy raz zobaczyłem go na profilu internetowym znajomej wolontariuszki: zdjęcie małego, czarnego szczeniaczka wychylającego się z koszyka i strzelającego okiem w kierunku kamery. Do tego pytanie: kto przygarnie pieska, bo inaczej trafi do klatki w schronisku? Jego rodzeństwo zostało już przygarnięte, został tylko on – krnąbrny, niepodporządkowujący się, zawsze roześmiany i uwielbiający występy przed kamerą. Brzmiało to jak podpowiedź: przecież jesteście tacy podobni!  Czy między człowiekiem i psem może być miłość od pierwszego wejrzenia? Może. My natychmiast zakochaliśmy się w sobie. Mały, czarny pan śmiało stanął na pierwszym schodku naszego domu i objął go w posiadanie. Rozrabiał – jak to szczeniak. I rozrabiał potem – jak wolny, niezależny członek rodziny. Nigdy nie walczyliśmy ze sobą o dominację. Nie potrzebowaliśmy hierarchii.  Gdy wszedł w wiek młodzieńczy, zaproponowałem mu pójście do psiej szkoły. Zgodził się, ale wytrwał tam tylko przez kilka lekcji. Nie odpowiadało mu słuchanie komend, siadanie, leżenie, bieganie za rzuconą zabawką, stadne zabawy z kolegami. To w ogóle nie była jego bajka. Rozumiałem to świetnie, bo ja w szkole też nie słuchałem poleceń, dbałem o poczucie wolności, nie uczestniczyłem w grach w piłkę, siatkę czy kosza. Zawsze byłem indywidualistą, więc natychmiast rozpoznałem te cechy u Dropsia i postanowiłem pozwolić mu na życie w zgodzie z jego charakterem. Myślę, że było to najważniejszym fundamentem naszej silniejszej z każdym dniem więzi. Oczywiście czochranie, bieganie, przytulanie, spanie w jednym łóżku, głaskanie, karmienie, rozpieszczanie też miały pewne znaczenie, ale najważniejsze było nasze partnerstwo w korzystaniu z wolności.  Dropsio pilnował domu. Uważnie wsłuchiwał się w każdy szmer za drzwiami, szczekaniem informował o przyjściu kuriera, wypadał za drzwi, siejąc strach, niektórzy sąsiedzi – biorąc pod uwagę jego rozchełstaną kudłatość – nazywali go nawet „psem Baskervillów”. Dużo szczekał, dużo biegał, piszczał, jakby go zarzynano, gdy nie chciałem spełnić jego zachcianki, ale mnie to nie przeszkadzało. Dropsio nigdy nie usłyszał podniesionego głosu, twardego rozkazu ani nie poczuł palącego klapsa. Dogadywaliśmy się bez tego.  Gdy zauważyłem pewne drobne zmiany w jego zachowaniu, dziwne ściszenie, ugrzecznienie, zaniepokoiłem się. To nie było normalne! Badanie USG w mojej obecności przerodziło się w rajd po brzuchu Dropsia przerywany okrzykami lekarza: o i tu, i tu też, jaki duży, o matko i tu, jak on w ogóle żyje!?  Dropsio nie wiedział o tym, co zobaczyłem na ekranie. Zachowywał się normalnie. Gdy zaraz potem zachorowałem i leżałem bez sił z odwodnienia, był przy mnie i ogrzewał mnie swoim kudłatym ciałem. Potem zabrali mnie do szpitala. Nie umiałem się pogodzić z tym, co zobaczyłem. Gdy wróciłem, czekał na mnie i nadal udawał, że jest wszystko OK. Umarł w nocy, przy moim łóżku, bez jednego jęku, bez bólu (bo dostał tabletki), bez strachu (bo byłem obok). Przynajmniej taką mam nadzieję. 
Czytaj więcej

Na ciężkie czasy

Nie mam jednej odpowiedzi na to, jak mi się teraz żyje. Mam w głowie obraz przeplotu, warkocza, który składa się z bardzo różnych uczuć. Mam ogromną wdzięczność, że siedzi się z ludźmi, których się kocha, przy stole, a ten stół jest w domu i ten dom ma dach. Poczucie niezwykłej doniosłości obecnego czasu. Mam też taką metaforę, że na szali zła ktoś położył wielki głaz, a my wszyscy się zbieramy, żeby na tę drugą szalę poukładać jakieś kamyczki. Spytałam mojego taty, który jest mądrym człowiekiem, jak on to widzi, a on odpowiedział: „Trwa walka dobra ze złem. Jesteśmy tego nie tylko świadkami, ale tak naprawdę jesteśmy w środku tej walki”.  To jest ważne pytanie, co ja mogę położyć na tę szalę. Warto do niego podejść świadomie. Zastanowić się, czego najlepiej mogę użyć, żeby miało największą stopę zwrotu. Jest takie wyrażenie po angielsku, które tłumaczy się jako wybieraj swoje bitwy. Ważne jest, żeby to robić z głęboką empatią.  Z młodą kobietą ze Lwowa, która przyjechała do Polski i mieszka w gabinecie mojego taty, poszłam do centrum dowodzenia pomocowego w Krakowie, gdzie działa fundacja „Wolno nam”. Najbardziej zafascynował i wzruszył mnie tam korytarz. Stoi tam komoda, na której położono rzeczy, o które ludzie wstydzą się poprosić: majtki, podpaski, pieluszki, tampony. Drobny przejaw wielkiej empatii. Wyobraźmy sobie: gdybyśmy my się znaleźli w takiej sytuacji, mając swoje zawody, swoje domy i kariery, w jednej chwili stajemy się uchodźcami i nagle mamy prosić o majtki albo o tampony…  Więcej wysłuchasz w podcaście K3 Dariusza Bugalskiego.
Czytaj więcej

Pomoc w dwie strony

Wybuch wojny w Ukrainie uświadomił nam, jak niewielki mamy wpływ na rzeczywistość. Poszukujemy więc sposobów na choćby częściowe odzyskanie poczucia kontroli nad swoim życiem i dlatego tak masowo przyjmujemy Ukraińców pod swój dach. To pomaga nam uporać się z lękiem, a nawet odzyskać poczucie sensu w tej granicznie trudnej sytuacji.
Czytaj więcej

Nażyj się, czyli o kobiecie, która szuka możliwości - z Martą Iwanowską-Polkowską ro...

Przypomnij sobie, kim byłaś, zanim życie Ci dowaliło i uwierzyłaś, że musi być tylko listą obowiązków. Co lubisz, czego potrzebujesz? Codziennie zadajemy te pytania wszystkim dokoła: dzieciom, partnerowi, współpracownicom. Sobie samym rzadko dajemy przestrzeń na taki wybór i troskę. „Nażywanie” zaczyna się od zauważania siebie.
Czytaj więcej

Jak polubić swoje ciało dzięki samowspółczuciu

Czasem trudno nam zaakceptować swoje ciało. Niejednokrotnie patrzymy na nie przez pryzmat oczekiwań, żądań, rozczarowań i pretensji. Jak polubić swoje ciało, nawet jeśli nie jest ono idealne albo właśnie szczególnie wtedy, kiedy brakuje mu wiele do doskonałości? W jaki sposób przerwać błędne koło wrogiego myślenia o swoim wyglądzie? Kluczem może być samowspółczucie.
Czytaj więcej

Dlaczego właśnie Ty? - Czyli jak podświadomość wpływa na wybór partnera

Czy naprawdę wybieramy partnera? A może pchają nas ku niemu nieświadome pragnienia i lęki… Bezwiednie lokujemy w nim te części siebie, z którymi sobie nie radzimy, o których wolimy nie wiedzieć. I nie rozumiemy, czemu partner zaczyna nas coraz bardziej drażnić i odpychać. Czy jest ratunek dla takiej pary? Gdzie go szukać?
Czytaj więcej

Stres: szansa czy zagrożenie

Zbyt silne reakcje stresowe w określonych sytuacjach świadczą o tym, że nasz układ nerwowy tak właśnie „nauczył się” na nie reagować – z różnych powodów, w tym biologicznych i sytuacyjnych. Może warto spróbować się z nim zaprzyjaźnić?
Czytaj więcej

Seksualność dzieci to nie temat tabu - mówi Agnieszka Stein w rozmowie z Dotą Szymbor...

Seksualność jest tematem trudnym tylko dla dorosłych. Dla dzieci poznawanie swojego ciała jest tak samo zajmujące, jak oglądanie bajki czy przyglądanie się pełzającej gąsienicy. Wielu rodziców nie czuje się na siłach rozmawiać o seksie, cielesności z małymi dziećmi, a przecież rzeczowa rozmowa pomoże dziecku zorientować się nie tylko w swojej seksualności, ale też odważnie zadawać kolejne życiowe pytania.
Czytaj więcej