Dołącz do czytelników
Brak wyników

Poradnik pozytywnego myślenia na czas wyzwań

22 czerwca 2022

NR 7 (Lipiec 2022)

Nażyj się, czyli o kobiecie, która szuka możliwości - z Martą Iwanowską-Polkowską rozmawia Karolina Rogaska

0 347

Przypomnij sobie, kim byłaś, zanim życie Ci dowaliło i uwierzyłaś, że musi być tylko listą obowiązków. Co lubisz, czego potrzebujesz? Codziennie zadajemy te pytania wszystkim dokoła: dzieciom, partnerowi, współpracownicom. Sobie samym rzadko dajemy przestrzeń na taki wybór i troskę. „Nażywanie” zaczyna się od zauważania siebie.

Karolina Rogaska: Kiedy czytałam Twoją książkę Nażyć się. Jak zacząć nażywać się od dziś, pamiętać o tym jutro i już nigdy o sobie nie zapomnieć, pomyślałam sobie, że wiele rzeczy, które opisujesz, trudno wcielić w życie. Wiążą się bowiem z robieniem czegoś dla siebie, a to z kolei generuje poczucie winy. 
Marta Iwanowska-Polkowska
: Mam starszą o dwadzieścia lat koleżankę. Traktuję ją jak swoją mentorkę. I ta niezwykła kobieta stwierdziła, że dzięki lekturze mojej książki zdała sobie sprawę z tego, jak wciąż dużo jest w niej, w nas, kobietach, poczucia winy. To poczucie winy pojawia się w nas nawykowo, automatycznie, mimo że wykonujemy coraz odważniejszą pracę, by działać pomimo niego, dbać o siebie i kierować uwagę na siebie.

Przez wieki i wciąż jesteśmy uczone, że powinnyśmy mieć wyrzuty sumienia, kiedy tylko  nie poświęcamy się dla innych. Napisałam tę książkę, by zainspirować kobiety do tego, że można być wsparciem dla innych, ale bez poświęcania się. By pokazać, że gdy dbamy o siebie, to zyskuje na tym cały świat wokół. Nie tylko my. By zadać nam, kobietom pytanie, jakiej jakości wsparcie czy jakiej jakości pomoc będziemy dostarczać innym, jeżeli ciągle będziemy odkładać na bok swoje potrzeby? Podpowiem: to będzie wsparcie czy pomoc „niskiej jakości”, nie takiej, jaką chcemy dawać. Może więc warto zacząć robić coś dla siebie wbrew nawykowemu poczuciu winy?   

POLECAMY

Czy idea „nażywania się”, o której piszesz w książce, jest przeciwieństwem takiej postawy?
Dla mnie „nażywanie się” jest przede wszystkim o zauważaniu swoich potrzeb. Tego, że ja jako Marta – a nie tylko jako mama, żona, coach i przedsiębiorczyni  – czegoś potrzebuję. To może być odpoczynek, chęć zadbania o siebie, zrobienie czegoś, co mnie naładuje radością i spokojem. 

„Nażywanie się” to już samo zauważanie tych potrzeb i traktowanie ich poważnie i z szacunkiem. Uznanie „skoro ja to czuję, to wystarczy, to znaczy, że to jest ważne”. Nieumniejszanie samej sobie. 

Do tego „nażyć się”, oznacza również trzymanie się nadziei. To zaufanie, że nawet jeśli w życiu dzieją się rzeczy trudne, to one kiedyś miną, a ja mam wciąż szansę na dobre życie. Bo każda z nas ciągle ma wpływ, jak zareaguje na to, co trudne. 

„Nażywanie się” to zaproszenie do czucia, przeżycia swojego życia i szukania w przeciwnościach okazji do wzrostu, nauczenia się czegoś, poznania siebie, zrozumienia innych. Jednocześnie pozwalając sobie na przeżycie złości, smutku czy strachu lub innych emocji, które towarzyszą życiu. „Nażywanie się” nie jest ani pudrowaniem, ani lukrowaniem rzeczywistości. To nie podejście typu „sky is the limit” lub „możesz wszystko”. Osobiście nie ufam takim hasłom. Bliżej mi do myślenia, że w życiu nieraz poczujemy limit cierpliwości, sił, wsparcia, limit sukcesów i prostych rozwiązań, ale niezależnie od tego możemy się nażyć.  

To Ci pomaga?
Taka perspektywa sprawia, że łatwiej mi jest w trudnych momentach i szybciej się po nich zbieram. Obok tego co trudne świadomie robię sobie miejsce na czucie, na spokój i ostatecznie na radość też. Na szukanie tego, co mnie ożywia. 

Jak znaleźć coś, co sprawia, że czujemy się „nażyte”? Społeczeństwo narzuca nam tyle ról, że może być trudno rozpoznać, która potrzeba jest rzeczywiście nasza, a która wykreowana zewnętrznie. 
Może banalnie to zabrzmi, ale nie ma innej drogi, jak skupienie się na sobie. Myślę, że jako kobiety powinnyśmy pozwalać sobie na zatrzymanie się w codziennym pędzie. Wtedy będziemy mieć szansę sprawdzić, czego potrzebuje nasze ciało, głowa, jakie emocje w sobie mamy, a za jakimi tęsknimy, o czym marzymy. 

To zatrzymanie może być trudne, dlatego potrzebujemy czasem wsparcia, które otrzymamy na warsztatach, sesjach coachingowych czy kręgach kobiet. W trakcie prowadzenia takich zajęć proszę kobiety, żeby przypomniały sobie takie momenty, kiedy czuły się żywe, kiedy zaspokajały swoje potrzeby. 

Czasem to są bardzo odległe wspomnienia z czasów dzieciństwa czy studiów. Jeśli już uda się je znaleźć, to pytam: co się wtedy działo, na co sobie pozwalałyście, co dawało wam szczęście?

Dzięki temu możesz sobie przypomnieć, kim byłaś, zanim życie „dowaliło ci” tragediami i wyzwaniami i zanim uwierzyłaś, że życie musi być tylko listą obowiązków. Kontakt z przeszłością to jeden ze sposobów znajdowania swego „nażyć się”.

Drugi to uparte pytanie siebie w różnych momentach dnia: „Hej, a ty Marta co lubisz, czego potrzebujesz, co sprawiłoby ci teraz przyjemność, jak możesz o siebie zadbać?”. My codziennie zadajemy te pytania wszystkim wokół: dzieciom, partnerowi, współpracownicom. Wracamy z pracy i zaraz myślimy, co rodzinie ugotować na obiad. Albo zachęcamy pracowników, by powiedzieli, o czym chcą rozmawiać. Sobie samym rzadko dajemy przestrzeń na taki wybór i troskę. „Nażywanie się” często zaczyna się od zauważania siebie. Brzmi to banalnie, ale w praktyce dla wielu kobiet jest ciągle trudne. 

Powiedziałaś o tym wracaniu do przeszłości. Co jeśli ten moment „nażywania się” miało się bardzo dawno, to chyba może przestraszyć? 
Może tak być, że znajdziemy go wiele lat wcześniej albo że w ogóle trudno nam będzie znaleźć jakikolwiek taki moment. Ta świadomość może się wiązać ze smutkiem albo poczuciem winy, że tak mało cieszyłyśmy się życiem. Może umykały nam jakieś okazje ku temu.  Dlatego w takim momencie dobrze mieć przy sobie drugą, wspierającą kobietę – uczestniczkę warsztatu, przyjaciółkę, coacha. Osobę, która powie: „Hej,, tak mogło być, że mało się nażywałaś i to jest okej”.

Jestem jednak przekonana, że każda z nas takie momenty miała. Czasem mocno „pochowały się” między obowiązkami i trudnymi sytuacjami. Mało z nas było uczonych w dzieciństwie, jak siebie doceniać, celebrować dobre momenty, cieszyć się nimi, a nawet się do nich przyznawać. Uczone byłyśmy bardziej pokory, poświęcania się, zapominania o sobie, budowania swojej wartości na byciu dzielną w obliczu przeszkód. Ale niejednokrotnie byłam świadkiem tego, jak kobiety, odkrywając w sobie ilość trudów, ciężar swojego zmęczenia, nagle pozwalały sobie na bunt i powiedzenie sobie: „Dość, już tak dalej nie chcę, nie chcę być wiecznie zmęczoną i przytłoczoną życiem, chcę odzyskać wpływ, chcę inaczej”.

W takich momentach gniew i złość bywają przydatne, żeby wyznaczyć sobie kierunek zmian, zdecydowanym głosem powiedzieć o swoich potrzebach, postawić granice, których do tej pory się nie stawiało.  

Z drugiej strony, jeżeli spotkała nas tragedia, możemy winić się za to, że sobie radzimy i cieszymy życiem, zamiast smucić. 
Jeśli przydarza się nam coś trudnego, na przykład śmierć kogoś bliskiego albo choroba, wypadek czy zwolnienie z pracy, wtedy musimy dać sobie zgodę na to, że każda z tych sytuacji wywoła emocje, a ich przeżycie będzie wymagało czasu. 

Ofiarowanie sobie tego czasu na smutek, żal, złość bywa trudne. Wydaje się nam, że kilka dni po śmierci rodzica powinniśmy wrócić do pracy i być sprawni i zaangażowani. A to nie tędy droga. 

W sytuacjach tragicznych naszym zadaniem jest poczuć te emocje. I nie uciekać w alkohol, sport, seriale. Wiem, przeżywanie może być obciążające – szczególnie jeśli wcześniej nie miałyśmy na to przestrzeni, nasze otoczenie woli uciekać od emocji, zaprzeczać nim. Ale znów, można wtedy zwrócić się do kogoś o rozmowę i wsparcie. Warto też pamiętać, że te silne emocje będą z czasem słabnąć. One się wygaszą, zrobi się miejsce na inne. 

A poczucie winy? Co z winą za to, że radzimy sobie coraz lepiej, a smutek mija?
Ona może wynikać z tendencji do nadmiarowego umartwiania się. Wmawiania sobie, że jeśli przeżywa się żałobę, to trzeba się jej całkowicie poddać i nie pozwalać sobie na zadowolenie, chwilę radości. Pojawia się mit permanencji i powszechności, cytując Martina Seligmana. Czyli...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy